Przeciw wojnie

 

W kwietniu 1930 roku Romana Dmowski opublikował w „Gazecie Warszawskiej” i „Dzienniku Poznańskim” cykl artykułów pt. „Przeciw wojnie”. Recz tyczyła nasilających się pogłosek o prowokowaniu przez Zachód nowej wojny na Wschodzie, w której Polska miała odegrać jedną z kluczowych ról. Lider Narodowej Demokracji stanowczo się takim planom sprzeciwiał.

Ów Komiwojażer, to symbol zachodniej finansjery (establishmentu) szukającej nerwowo nowych łupów. Dmowski pisał, że kiedy bolszewicy niszczyli Rosję, mordowali i łupili, wtedy Komiwojażer przyjmował jak gdyby nigdy nic jego ambasadorów. I oto kiedy ci sami bolszewicy postawili na nogi państwo i zaczęli budować u siebie przemysł, „tego już sumienie komiwojażera europejskiego i amerykańskiego nie zniesie!… Z Sowietami trzeba skończyć”.

Kiedy czyta się dzisiaj ideologiczne wstępniaki w „Wall Street Journal”, „The New York Times” czy „Washington Post” – to na myśl przychodzi jedno: Komiwojażer powrócił, znowu judzi i szczuje. U nas większość mediów idzie za nim jak za Panią Matką i powtarza w kółko to, co on podszeptuje. I czyż nie mamy tej samej sytuacji co w czasach Dmowskiego? Kiedy w Rosji rządzili panowie Bierezowscy i Gusińscy, kiedy rozkradano majątek narodowy, kiedy naród rosyjski popadł w nędzę, a państwo nie miało żadnego autorytetu – Komiwojażer był zachwycony „demokracją” w Rosji. Pijak Borys Jelcyn był „reformatorem” i „antykomunistą”.

Zbigniew Brzeziński bezczelnie mówił: „Ten rząd nam odpowiada, bo robi to, co my chcemy”. Ale przyszedł Władimir Putin, przegnał Bierezowskich, Gusinskich i Chodorkowskich, uratował państwo, naród powstał z kolan, gospodarka zaczęła przynosić bogactwo – i Komiwojażer zawył z przerażenia.Nagle Rosja i jej prezydent stali się „wrogami cywilizowanego świata i całej ludzkości”. Tak jak kiedyś padło znowu hasło – z taką Rosją trzeba skończyć! Historia się powtarza, Komiwojażer powrócił w całej swojej potędze i propagandowej bezwzględności. Różnica polega na tym, że dzisiaj nie ma w Polsce znaczącego polityka, który napisze kilka słów prawdy, tak jak przed laty zrobił to Roman Dmowski.
Jan Engelgard
Myśl Polska, nr 19-20 (11-18.05.2014)

ANEKS:

Komiwojażer w kłopocie

Po zakończeniu wojny światowej zapanowały w naszym świecie choroby gospodarcze i finansowe. Powstała obszerna literatura, poświęcona diagnostyce tych chorób, i zjawili się w znacznej liczbie fachowi lekarze, którzy narzucali się lub których narzucano rozmaitym krajom, ogłoszonym za najciężej porażone. Ci lekarze przepisywali nie tylko lekarstwa z apteki finansowej, ale i ogólną higienę polityczną. Wyrokowali we wszystkich dziedzinach w tonie bezapelacyjnym, wychodząc ze stanowiska, że od finansów zależy wszystko i że finansista ma prawo decydować o wszystkim.
Gdym przed kilku laty w rozmowie z jednym z tych lekarzy wskazał, że w kierownictwie wielkiej wojny i robienia pokoju po niej nie było ani jednego wielkiego polityka, ani jednego męża stanu w całym tego słowa znaczeniu, odpowiedział mi: – Całe szczęście, że to nie jest najważniejsze.
Miało to znaczyć, że do rozstrzygania losów świata nie potrzeba wielkich polityków: wystarczą sprytni aferzyści. Tych zaś nie brak w dzisiejszym świecie.

Wzięto się na szeroką skalę do kuracji gospodarczej i finansowej świata. Zaczynając od Ligi Narodów,, stworzono do tego szereg instytucji międzynarodowych,, podpisano niejeden pakt, rozesłano po świecie dużą liczbę komisarzy dla dozorowania, ażeby recepty, przepisane chorym, były wykonane. Najważniejszym lekarstwem był pokój powszechny – rozstrzyganie wszelkich sporów drogą międzynarodowych sądów; rozumiano, że choroby finansowe i gospodarcze pochodzą z ran, zadanych przez wojnę, a więc te rany pokój zaleczy.

Upłynęło przeszło dziesięć lat tej kuracji. Chwilami zdawało się, że idzie ona dobrze, że zbliżamy się do rekonwalescencji; okazało się atoli, że to złudzenie. Dziś choroba przedstawia się poważniej, niż to zrazu myślano: okazało się, że chore są nie tylko kraje mniejsze i słabsze, że cierpią nie tylko pobici, że kuracji potrzebują nawet najpotężniejsi ze zwycięzców. Głęboko cierpi Anglia, czuje się źle nawet najzdrowsza z wielkich państw europejskich – Francja, i nawet imponująca wszystkim potęga amerykańska, w której rękach, jak mniemano, leży uzdrowienie całego świata, popadła w stan zapalny…
Panujący dziś na widowni politycznej komiwojażer znalazł się w ciężkim kłopocie. Wszędzie jest ciasno, wszędzie nadprodukcja, wszędzie zastój.

Wszystkie dotychczasowe środki kuracyjne okazały się niedostateczne. Trzeba szukać nowych – ma się rozumieć – w tej samej ciągle farmakopei. Trzeba obudzić ruch handlowy, choćby na krótko, na rok – na dwa. Bo aferzysta i komiwojażer nie zna innych potrzeb narodów i innych źródeł ich chorób. Nie umie też myśleć o dalszej przyszłości: dla niego istnieje tylko dzisiejsza koniunktura. Gotów dziś budzić ruch handlowy środkami, które zarżną go jutro. Tak aferzysta amerykański obudził przed kilkudziesięciu laty ruch handlowy z Japonią, która dziś jest jego najniebezpieczniejszym współzawodnikiem na Pacyfiku; tak później budził do handlu Chiny, które jutro dadzą mu się znacznie więcej od Japonii we znaki. To doświadczenie nic nie pomoże, bo ludzie, którzyby inaczej myśleli, przestaliby być aferzystami.
Niestety, mężowie stanu wymarli, a polityką kierują aferzyści i komiwojażerowie.

Podniesiony do przewodniej roli w świecie i zajęty poszukiwaniem leków na dolegliwości nie tyle tych czy innych krajów, ile tych czy innych przedsiębiorstw, komiwojażer rozglądał się nieustannie po mapie świata, z którą był wcale oswojony, ale której nie rozumiał. Oko jego padało coraz częściej na wielką, zazwyczaj zieloną plamę, zaczynającą się na granicach Europy, urządzonej przez Traktat Wersalski, a kończącą się na brzegach Pacyfiku. Patrzył na tę plamę z coraz większą melancholią.

Nie bardzo go bolało, że w kraju, przez tę plamę oznaczonym, dzieją się rzeczy okropne: wielkie zbrodnie, wielkie okrucieństwa. Często po cichu umiał z niemi sympatyzować, nawet żałować, że ta plama nie posunęła się trochę dalej na zachód. Źródłem jego zmartwienia było, że to kraj odcięty od reszty świata, wyłamany spod władzy międzynarodowego kapitału, z pod kontroli komiwojażera. A gdy w ostatnich czasach ciasnota rynku stała się wprost nieznośną, nie mógł się opędzić myśli, że otwarcie tego kraju dla swobodnego handlu przyniosłoby ulgę…

Wreszcie dowiedział się o sowieckim planie „pięciolecia”, planie uprzemysłowienia Rosji. Ten plan spędził mu sen z oczu; zamiast pola do eksploatacji, Rosja gotowa stać się niebezpiecznym współzawodnikiem. Bolszewicy mieli prawo niszczyć Rosję, zamieniać w gruzy to, co wczoraj w niej zbudowano, mordować ludzi tysiącami, niszczyć moralnie i fizycznie całe pokolenia dzieci, zaprowadzać tyranię i ucisk, jakiego nawet Rosja nigdy nie widziała, zamienić państwo w jedno więzienie śledcze — to im wolno, są przecie u siebie. To nie przeszkadzało przyjmować z honorami ich ambasadorów. Ale wszystko ma swe granice. Nareszcie prze brali miarę swych nieprawości: chcą uprzemysłowić Rosję! Tego już sumienie komiwojażera europejskiego i amerykańskiego nie zniesie!…

Komiwojażer powiedział sobie: trzeba z Sowietami skończyć!

I widzimy od kilku miesięcy postępującą w prasie różnych krajów kampanię, noszącą wszelkie cechy przygotowania do jakiejś akcji na wielką skalę.
Sowiety świeżo wzmocniły prześladowanie religii, wywołując wielkie oburzenie ludzi szczerze wierzących, a przede wszystkim głos protestu ze strony Stolicy Apostolskiej. I oto stal się cud: komiwojażer, który dotychczas drwił sobie z religii, a przede wszystkim był wrogiem Kościoła Rzymskiego, naraz uznał autorytet Ojca Świętego, poparł Jego protest – sam żyd lub bezwyznaniowiec — zaczął przemawiać w obronie prześladowanego chrześcijaństwa i wołać o pomstę na prześladowcach. Bo sumienie jego, gdy raz zostało poruszone przez „piatilietkę” sowiecką, już nie zasypia.

Komiwojażer jest człowiekiem czynu. Jeżeli zaczyna kampanię, to na pewno nie ma zamiaru poprzestać na słowach. Nie ogłosił on wszakże oficjalnie swoich zamiarów. Natomiast w rozmowach prywatnych, prowadzonych po całej Europie, wiele o nich mówi. Ze słabym, ułamkowym echem tych rozmów można też czasami spotkać się w prasie.

Roman Dmowski
„Gazeta Warszawska”, 8 kwietnia 1930 r.
Za: Roman Dmowski, „Pisma”, t. VII, ss. 109-112

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

http://mysl-polska.pl/node/62

No comments yet.

Leave a Reply

Intronizacja
Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE