Antoni Chołoniecki: Duch dziejów Polski

Antoni Chołoniecki

Duch dziejów Polski

Wydanie drugie przejrzane i rozszerzo­ne Kraków 1916 r.

nakładem towarzystwa imienia Stefana Buszczyńskiego

Kraków Basz­towa 17. Cena 6 koron (4 marki)

Drukarnia Na­rodowa w Krakowie.

Pamięci Stefana Buszczyńskiego autora „Upadku Europy”

Żeby wskrzesić naród, trzeba wynaleźć jego utracone jestestwo, z bacznym względem na modyfikacje, któremi je czas zmienił i prze­kształcił.

Nie improwizujemy Polski, ale z grobu wy­wołujemy ojczyznę. Nie sporządzamy bez planu i architektów fantastycznego gmachu, ale wygrzebujemy z gruzów starożytna bu­dowlę

We wskrzeszeniu ducha owych instytucji, owych praw i obyczajów, które niegdyś zdobiły republikańska monarchię polskiego narodu, miesi się wielka myśl politycznej restauracji.

                                                                                                 Mochnacki

Ogłoszona niespełna przed rokiem praca niniejsza znalazła wśród polskich kół czytelni­czych żywy oddźwięk – czego wyrazem mie­dzy innymi, że stosunkowo znaczny nakład jej został wyczerpany w ciągu kilku miesięcy. Wywołała jednak z paru stron zarzuty. Korzy­stając ze sposobności drugiego rozszerzonego wydania, pragnę na nie pokrótce odpowiedzieć, tym chętniej, ze przez to uzupełni się niejeden rys, który dopiero w polemicznej formie może się wydobyć na jaw.

Odezwały się glosy, że w charakterysty­ce idei przewodnich naszej historii nie uwzględniono należycie stron ujemnych, że obok świateł zabrakło „cieni”, co rzecz uczyni­ło jakoby jednostronna. Zarzut ten przy bliż­szym rozpatrzeniu nie da się utrzymać. Czytel­nik baczny znajdzie w pracy mojej niejedno­krotnie zaznaczone owe plamy i zgrzyty, któ­rych obecność w dziejach musiała znaleźć od­bicie i na kartach książki. Jest tam mowa o cza­sach „obłędu i występków politycznych”, o tem, ze warstwy nieszlacheckie w Polsce prze­żyły „okres istotnie ciężkiej i twardej niedoli”, ze były liczne „wynaturzenia” naszego ustroju państwowego, ze ogólnemu obrazowi wzrostu i upadku naszej ojczyzny odpowiada „nierówny poziom duchowej i moralnej wartości pokoleń”. To wszystko istotnie zostało wypowiedziane skrótami myślowymi, jeśli kto chce – tylko po­bieżnie. Dlaczego?

Miarodajnymi były dla autora dwa względy.

Po pierwsze, ponieważ te wszystkie ciemne strony państwowego życia polskiego są dostatecznie znane polskiemu ogółowi, nie tyl­ko wykształconemu. Trzem czwartym częściom naszego narodu od szeregu pokoleń szkoła mo­skiewska i pruska wpajała z pilnością nic nie zostawiająca do życzenia wszystkie saskie i nie saskie nasze upadki, wszystkie czarne i przy- czernione fragmenty obrazu naszej przeszłości. Nie nazbyt w tyle pozostawała w tej pracy i szkoła galicyjska. Przyrzuciły do niej swą cząstkę wreszcie liczne podręczniki i liczni hi­storycy, na których wszyscyśmy się kształcili; wszak to o jednym z najwybitniejszym z nich i to właśnie o tym, który przez długie lata kiero­wał wychowaniem publicznem całej polskiej dzielnicy, mówi prof. Konopczyński: „Wyro­zumiały dla wszelkich wrogów polskości, a nie- litościwy” dla przeszłości własnego narodu. Zdawałoby się zatem chyba, że mówiąc do tak przygotowanego pokolenia wystarczy, nie tra­cąc słów, zamarkować „nasze cienie” dziejowe choćby tylko w najlżejszy sposób, aby obraz ich wystąpił od razu z całą plastyką w umyśle czytelnika.

Ale był drugi wzgląd, istotniejszy.

Rzecz niniejsza nie jest wszak zarysem historii, – jest próbą charakterystyki duszy dzie­jowej. Jedno i drugie zakreśla piszącemu od­mienne nieco obowiązku i prawa. Wychodząc z obranego założenia autor nie tylko nie potrze­bował, ale nie mógł zajmować się tym, jakie sumy wypłacił był Ponińskiemu Stackelberg, a Branickiemu Katarzyna, ani zapuszczać się w las obskurantyzmu szlacheckiego za Sasów ani zatrzymywać się szczegółowo przy zbrodniach popełnianych przez możnowładców, którzy świadomie działali na szkodę ojczyzny. Tak samo, chcąc scharakteryzować ducha dziejów

Anglii, będziemy mówili wszak nie o rządach kurtyzan królewskich, o przekupstwie rozpo­wszechnionym od góry do dołu, o tym, że sprzedawali się nawet królowie, że Karol II (1660-1685) wziął pieniądze od obcego władcy za przyczynę zmian we własnym kraju, że współdziałali przy tych haniebnych machina­cjach doradcy korony, albo że opozycja w par­lamencie angielskim była stale kupowana przez pierwszego ministra Roberta Walpole (1721­1742), gdyż to wszystko nie było konieczną emanacją duszy narodu, było tylko przejawem powszechnego w całej Europie upadku moral­ności publicznej od schyłku wieku XVII do II połowy wieku XVIII, w tym samym czasie co i u nas, – lecz mówić będzie o kulturze wolności jednostki, o rządach parlamentu, o zasadzie, iż tylko ustawa uchwalona przez reprezentację społeczeństwa może społeczeństwo obowiązy­wać i o dążności do utrwalenia tej zasady, al­bowiem to właśnie jest wiekuistym w dziejach Anglii, to jest wykładnikiem, kwintesencją, tre­ścią i cechą dziejowej duszy angielskiej.

W „Duchu dziejów Polski” jest mowa podobnież o istotnych i naczelnych cechach na­szej przeszłości i tylko o nich. Że Polska, której rozwój poszedł w kierunku wykształcenia wol­ności politycznej, otoczona państwami zabor­czymi, zbłądziła ciężko, zaniedbuj ąc wytwo­rzyć w nowszych czasach, choćby kosztem zwężenia swobód wewnętrznych rząd zdolny do obrony na zewnątrz, to prawda nie tylko oczywista, lecz tak znana, tak przetopiona już w komunał, że chyba nie wymagała specjalnego podkreślenia w pracy, która nie jest podręczni­kiem historii.

Obszerniejsze rozwodzenie się nad tą prawdą i nad wszystkimi cieniami, jakie się do­koła niej skupiły, nie była ni koniecznym ni po­trzebnym dla charakterystyki dziejowego ducha Polski. Dodajmy, że po usilnej pracy, jaką w tym kierunku wykonała już szkołą historiogra­fia ostatnich czasów, to pokutnicze wlepianie wzroku wstecz nie może być również uznane za szczególne pilne zadanie wychowawcze. Prze­ciwnie. Braki i grzech przeszłości znamy na wylot. Natomiast co od dziesiątek lat było jest u nas zastraszające, to nieświadomość wielkiej twórczości narodu przez długie wieki i utrwala­jące się na tym tle, w umysłach słabszych i mniej uodpornionych, ale bynajmniej nie tylko w umysłach prostaczków, poczucie bezgranicz­nej małości własnej i poddawanie się urokowi potęgi, która – na pewien okres dziejów – za­tryumfowała nad nami. Tam: wszystko we wzo­rowym porządku, opromienione powodzeniem w glorii sprostania ogromnym zadaniom, zdro­we, j ędrne, zdolne do przetrwania choćby do końca świata, gdy Polska – cóż? Rupieciarnia błędów, klęsk, heroicznych lecz nieudolnych porywów i świadomie lub nie świadomie na swoją własną szkodę popełnianych zbrodni. Tej niesłychanej mistyfikacji usiłuje praca niniejsza przeciwdziałać przez zaakcentowanie naszych wielkich wartości dziejowych, zestawienie ich z ówczesnym stanem rzeczy gdzie indziej i wskazanie na ich renesansowy rozkwit w epo­ce, której próg zaledwie zdołała ludzkość prze­kroczyć.

Wyrażono jednak obawę, że to wywoła w czytelniku polskim „szkodliwą dumę”. Przy sposobności omawiania kart niniejszych zna­komity badacz przeszłości podniósł trafnie, ile niewyczerpanej siły daje narodowi francuskie­mu fakt, iż czuje się on „Une grande nation” dzięki wspaniałym kartom swojej historii. Czy u nas inne rządzą prawa psychologiczne? Nie. Toteż fałszywe poczuwanie się do owej „Min- derwertigkeit”, którą tak skwapliwie wmawiają w nas sąsiedzi z zachodu, może jedynie osła­biać naszą siłę odporną i twórczą, podczas gdy świadomość posiadania świetnej spuścizny dziejowej, świadomość, która obowiązuje do utrzymania się na odziedziczonej wyżynie, mu­si się stać pomnożycielką naszej energii. Natu­ralnie nawet ten wysoki cel nie uprawniałby do improwizowania rzeczy niebyłych. Na szczę­ście – kłamać nie potrzebujemy. Historia, jak głosi stara maksyma ma być nauczycielką ży­cia. Rzecz szczególna, że u nas ostatnimi czasy to jej pedagogiczne zadanie zostało po prostu o połowę obcięte, aczkolwiek nauczycielka jest w pełni sił i mogłaby swoją robotę odrabiać w zu­pełności. Jednostronnie akcentuje się wciąż rzecz z resztą słuszną, że historia uczy unikać błędów. Lecz czy tylko to? Ta wychowawczyni może nam przecież nam dawać ponadto bardzo cenne wskazania pozytywne, a właśnie wiele naszych koncepcji posiada te zdolność w wy­bitnym stopniu. Wystarczy przypomnieć dla przykładu starą polską ideę łączenia narodów na podstawie ścisłego lojalnego, nieobłudnego przestrzegania ich prawa do rozrządzania się sobą i nie narzucania im niczego wbrew ich woli. Z pomyślnych skutków praktycznego sto­sowania tej idei w Rzeczypospolitej mogliśmy byli wiele nauczyć się w tej części Polski, w której łaskawy los powierzył nam był po raz drugi – w miniaturze – rozwiązania współżycia narodów, a w której polityka małodusznych targów o mandaty, o szkoły, o „koncesje” języ­kowe, dała po czterdziestu latach jako rezultat: rozpaloną do czerwoności wzajemną nienawiść. W chwili dzisiejszych wielkich przekształceń i narzuconej nam niestety z zewnątrz konieczno­ści rewizji naszego stosunku do ludów, z któ­rymi niegdyś żyliśmy pod jednym dachem pań­stwowym, myśl polska z przed czteru stuleci, która spajała równych z równymi, może się stać dla naszej polityki praktycznej nieoszacowa- nym dziedzictwem, pod warunkiem, że w zmienionych formach potrafimy ją zastosować niemniej uczciwie, jak czynili to pradziadowie nasi.

Ślepota było by nie widzieć istotnych błędów i zboczeń naszej przeszłości, ale takim samem kalectwem jest patrzeć w jej świetne, nie tylko moralnie wzniosłe, lecz także mądre oblicze – nie umieć z niego wyczytać żywot­nych, płodnych i twórczych myśli jakie tam wyrył Geniusz Narodu.

Kraków w kwietniu 1918

Wstęp

Zdobyta przenikliwością natchnienia poetyckiego prawda, że Polska jest „wielką rze­czą”, zabrzmiała w uszach naszego pokolenia przed latu niewielu jak paradoks smutny i szy­derczy. Nigdy mniejszą pozornie nie wydawała się Polska, jak właśnie w chwili wypowiedzenia tych słów. Od roku 1870, do ostatecznego utrwalenia się stosunków, w których tylko sil­nym, rozporządzającym opancerzoną pięścią, przyznano prawo bytu i głosu, straciła ona wszelkie znaczenie. Dla urzędowej i nieurzę- dowej Europy „sprawa polska” przestała ist­nieć; skurczyła się do lokalnego, powiatowego zatargu w łonie państw rozbiorowych. Stała się z nami, na widowni życia międzynarodowego, rzecz najstraszniejsza: przejście do porządku. Starsi z pośród nas, którzy za lat młodzieńczych z bijącym sercem nadsłuchiwali co powie o nas w senacie książę Ludwik Napoleon, lub czy w Izbie Gmin odezwie się za nami lord Russel i jak przyjmie kanclerz rosyjski zbiorową inter­wencję za Polską połowy Europy, doczekali się chwili, w której pojawienie się nazwy Polski na ustach szanującego się dyplomaty byłoby uzna­ne za objaw niepoczytalności. Ci, których mło­dość upływała gdy centralny komitet narodowy pertraktował o termin wybuchu z Młodą Euro­pą, gdy Warszawa podziemna niecierpliwiła się zwlekaniem Mazziniego i nadmierna przezor­nością Hercena, dożyli dnia, w który międzyna­rodowy romantyzm wolności ukorzył się przed rosnącą wszechwładzą państwa a w pamięci lu­dów Europy zatarło się nawet samo wyobraże­nie o Polsce.

Ostatnie światła pogasły. Zostaliśmy sam na sam z przemocą, która szła ku nam pijana ze­mstą za nieprzerwany stuletni bunt, i z przemo­cą, która zasiadłszy na katedrach uniwersytec­kich, ustaliła według wszelkich reguł naukowe­go myślenia tezę, że jako naród mniej warto­ściowy powinniśmy rozpłynąć się w kulturze „wyższej”. Czegóż nie uczynniono, aby jeden i drugi punkt widzenia uzmysłowić nam z cała dobitnością? Było wszystko: od tortury fizycz­nej do rafinowanych sposobów wymienienia polskiej duszy na inną, od zdziczałych odru­chów nienawiści do chłodnych aktów woli, cy­nicznie stosującym względem Polaków pro­gram państwowy wytępienia. Wyświecona ze wszystkich dziedzin życia, Polska skurczyła się, jak ślimak w skorupie, w ciasnych granicach ogniska domowego i w wąskim kole zabiegów o  chleb. Wydana na łaskę i niełaskę bezmiernej pychy zwycięzcy, obezwładniona i bezsilna, ujęta w potworną kuratelę gwałtu, smagana bi­czem prześladowań i upokorzeń, ścigana i szczwana jak osaczone zwierzę, zżyta z tem, że można się nad nią pastwić bezkarnie, stoczyła się w oczach pozostałej Europy tak nisko, ze przestała budzić jakiekolwiek zainteresowanie. Nędza polskiego bytu, o ile odgłosy jej docho­dziły na zewnątrz, wywoływała już tylko uczu- cie przykrej nudy. Dłoń oprawcy odarła nas nawet z uroku, jaki towarzyszył niegdyś naszej niedoli. Ulotniło się gdzieś bez śladu mistyczne piękno polskiego męczeństwa. Tragizm nasz zszarzał i nabrał cech wulgarnych. Nikt nie dbał o nas i nikt się z nami nie liczył. Na obszarach naszej ojczyzny rozwlokła się beznadziejność najsmutniejszego okresu, jaki wypadło nam kiedykolwiek przeżyć od rozbiorów.

Pod wpływem tego położenia zaszły w psychi­ce polskiej głębokie zmiany. Opuściło nas, tak niedawne jeszcze, dumne poczucie zajmowania w świecie określonego i uprawnionego stano­wiska. Zwęził się i aż do ziemi przybliżył hory­zont naszych aspiracyi. Gdy jeszcze ojcom na­szym, których myśl kształtowała się pod bezpo­średnim tchnieniem wielkiej emigracyi, Polska przedstawiała się jako dążenie ducha ludzkiego wzwyż, jako potężna ujarzmiona idea, to dla nas, ogłuszonych codziennie spadaj ącymi cio­sami, zaatakowanych u samego korzenia bytu, stawała się coraz bardziej już tylko terenem zoologicznej walki o zachowanie gatunku. Du­sza polska straciła swój dawny lot prometejski. Wyrabiała w sobie samozachowawczą przebie­głość, właściwą niewolnikom. U słabszych ro­dziła się pokora, zdająca się przepraszać cały świat za to, że ośmielamy się jeszcze w ogóle zabierać miejsce pod słońcem.

Nigdy tak jak wówczas nie było nam potrzeba rzeźwiącego słowa naszych dziejów. Lecz wte­dy właśnie – wśród poszukiwań za praprzyczy­nami tego niesłychanego stanu rzeczy, do któ­rego wielki i niegdyś świetny naród został do­prowadzony – pojawiła się historyczna doktry­na krakowska o źródłach upadku Polski, potę­piająca ryczałem cały kierunek, jaki od wieków przybrał nasz rozwój. Na piedestale postawiono zwycięska siłę fizyczną, skrępowanie jednostki posłuchem bezwzględnym już nie prawu, ale państwu, podporządkowanie się uległe każdej władzy, choćby legitymującej się, jak były carat rosyjski, jedynie zbrojnym przymusem – cnoty, do których nie umieliśmy się nigdy nagiąć, a któremi celowali właśnie nasi prześladowcy.

Na duszę narodu, która skurczyła się już pod ciężarem okrutnej ponad wszelką miarę rze­czywistości, na duszę spaloną żarem męki i spragnioną kropli wody, na dusze nawiedzana zwątpieniem i pokuszeniem odstępstwa, jak kamienie spadały odkrycia badaczy, że prze­szłość była u nas od blisko pół tysiąca lat wiel­ką pomyłką, ze duch jej zasadniczo chromał. Instytucye w założeniu już były chybione, cier­piały na nieprzystosowalność praktyczną i mu­siały wieść do upadku, żeśmy zatem sami, wła­snymi rękoma wykopali grób, w który runęła ojczyzna. (” Upadku swego Polacy są sami sprawcami – słowa Kalinki w przedmowie do pracy „ Ostatnie lata panowania Stanisława Augusta ”. Nie sąsiedzi, tylko nieład wewnętrzny przyprawił nas o utratę politycznego bytu ” – słowa Bobrzyńskiego w pracy „Dzieje Polski w zarysie ”.2).Szkole krakowskiej sekundowała publicystyka warszawska ogłuszona klęską1863 roku, mianowicie odłam jej tzw. Pozytywistycz­ny. Swoisty ton stanowiło tu szczególnie na­miętne piętnowanie Polski historycznej, jako kraju który prześcignął wszystkie inne w ucisku chłopów Wartość tych oskarżeń rozpatrzymy w jednym z dalszych rozdziałów) A to, w czym chcielibyśmy upatrywać zbrodnię, t. j. akty po­działów Polski, było nieuchronną koniecznością dziejową. To samo głosiła równocześnie urzę­dowa i reakcyjna historiografia rosyjska i nie­miecka. Pobudki były tu i tam odmienne – kon­kluzje jednakowe. U nas poglądy te powstały pod wpływem rozpaczy: widziano bowiem z jednej strony wzniesienie się potęg, które opar­ły swój rozwój na tresurze niewolniczej, z dru­giej strony pogrom narodu polskiego, który oparł był swój byt dziejowy na zasadzie wolno­ści. Historyografia rosyjska i niemiecka, wtóru­jąc historykom polskim i skwapliwie powołując się na powagę ich sądu, miała przed oczyma własny cel – usprawiedliwić rozbiory, pozatem zaś hołdowała przekonaniu, że ideałem państwa jest państwo policyjne, t. j. takie, wobec które­go duch polski znajdował się zawsze w zasad­niczej opozycyi. Tak wiec, wychodząc z róż­nych założeń,. Schodzili się ze sobą polscy i obcy oskarżyciele naszej przeszłości2).

Poczęta niezaprzeczenie z gorącej troski patryo- tycznej, ale i z niewolniczego ubóstwienia „sil­nej ręki” i „silnej władzy”, będącego odbiciem ogólnego w Europie obniżenia się ideałów poli­tycznych, doktryna krakowska podcięła jeszcze bardziej zwątloną siłę duchową narodu. Gdy współczesność przypominała nam na każdym kroku, żeśmy skazani na śmierć, historia prze­konywała nas, żeśmy od setek lat już byli nie­zdolni do życia. To, co na krzyżowej drodze te­raźniejszości mogło było samo jedno podtrzy­mać w nas zdolność do wytrwania: poczucie głębokiego sensu naszego bytu historycznego, zostało zachwiane aż do podstaw. Teorya szko­ły krakowskiej, której wpływ nieliczni tylko, jak Buszczyński, starali się zneutralizować, przyjęła się była niemal powszechnie i stała się straszna nauczycielką całego jednego pokolenia polskiego, pokolenia najnieszczęśliwszego ze wszystkich. Cóż pozostało z całej namiętnie do­tąd umiłowanej przeszłości po druzgoczącem przejściu po niej krytyki historycznej? Nic, tyl­ko wina! Ulotniła się z niej wszelka treść pozy­tywna, uleciała z niej twórcza dusza narodu.. Ze zburzonego gmachu ocalały tylko marne rusz­towania: suche daty, szeregi rozegranych wo­jen, korowód królów. I nędzny koniec!

Patrząc przez pryzmat pojęć, które za­panowały powszechnie, można było tylko za przeszłość naszą rumienić się ze wstydu. A ten, ktoby chciał był konsekwentnie dosnuć rzecz do końca, stanąćby musiał przed strasznym py­taniem: Jeśli tak – czegóż właściwie broniliśmy dotąd z takim rozpacznym uporem? Dziedzic­twa błędów i wynaturzeń? Jakiż sens miało i ma to całe tragiczne szamotanie się narodu, któ­ry wbrew wszelkiej logice życia nie chciał i nie umiał wznieść się na wyżyny jedynie upraw­nionych i jedynie do życia uprawniających za­sad istnienia zbiorowego?

…………………………………………………………………………

Nadeszła wielka wojna, która miała do głębi wstrząsnąć posadami świata. Reżyserom jej ani wśród długich przemyślnych prac przygoto­wawczych ani wśród pierwszych strzałów, któ­re gromowym echem miały się odezwać we wszystkich państwach

Europy, nie zamarzyła się możliwość głębokich zmian, jakie wśród nieskończenie przewle­kłych, niewymownych cierpień miały się doko­nać w zbiorowej duszy narodów. Olbrzymi bój, który rozpętał się był o bilanse kupieckie współzawodniczących imperyalizmów, otrzy­mał w pewnym momencie zgoła nieprzewi­dzianą poprawkę: wobec nieznanej dotąd w dziejach wielkości i intensywności ofiar, wobec bezprzykładnego zniszczenia owoców kultury, wydobyły się na wierzch i zażądały dla siebie głosu istotne interesy walczących narodów. W

trzecim roku wojny lud rosyjski potężnym ude­rzeniem pięści obalił carat. Światowładną i za­borczą na zewnątrz, a autokratyczną w domu ideologię starej Rosji zastąpiły tłumione do­tychczas idee wolności politycznej, władztwa ludu, braterstwa i samookreślenia narodów, wprowadzane natychmiast w czyn z rozpędem młodej rewolucyjnej energii. Po obszarach Eu­ropy wionął gorący wiatr wewnętrznego wy­zwolenia. Przesłoniły się jakby mgłą cele wal­czących imperializmów. Do wrót historii zaku­kała tęsknota za nowym porządkiem rzeczy, w którym oprawo nieskrępowanego rozwoju by­łoby zapewnione każdej indywidualnej i zbio­rowej jednostce, w którym narody mogłyby żyć obok siebie w przyjaznym związku i nie czyhać na siebie drapieżnie, w którym nie pięść rozka­zywałyby, lecz siła moralna. Wielkie ideały wstrząsnęły łonem społeczności europejskiej. Ależ to ideały – nasze!

Te, które za dni naszego państwowego bytu stanowiły treść naszych urządzeń publicznych a które wroga ideologia obca i rozpacz własna potępiły jako „romantyzm”, jako dowód „nie­udolności życiowej”, jako błąd „nieprzystoso­wania się do potrzeb czasu”. Wszak to za nie walczyliśmy, cierpieli i ginęli.

Cóż bowiem było kwintesencją życia w tym państwie, które geniusz naszego narodu był stworzył, a które przemoc zniszczyła? Oto sze­roko rozwinięte i bezwzględnie zabezpieczone prawo jednostki do swobodnego poruszania się w granicach więzi społecznej. Wolność sumie­nia i wolność sądu o sprawach publicznych. Za­sada władztwa narodu, powołująca – na gruncie pojęć swego czasu – wszystkich pełnoprawnych obywateli do współudziału i współodpowie­dzialności w rządach. Poszanowanie dla wszel­kich form odrębności zbiorowej. Pojmowanie państwa nie jako rzeczy istniejącej w sobie, lecz jako narzędzia służącemu szczęściu żywej społeczności. Nietykalność cudzych granic i dążność do łączenia wolnych i równouprawnio­nych ludów w dobrowolne szersze związki. Wstręt do zbrojności i międzynarodowego ra­bunku. Wstręt do władzy, nieupoważnionej przez ogół, do „absolutum dominum”. Wstręt do niewolniczego przymusu. Wysoka kultura wolności przenikająca wszelkie dziedziny ży­cia. To wszystko stanowi sumę myśli dziejo­wej, wypracowanej w ciągu wieków, w ramach naszego dawnego państwa.

W świetle błyskawic rozdzierających firma­ment Europy widzimy dziś ze szczególną ja­snością, ze Polska to nie tylko ziemia i ludzie, ale także wielka idea życia zbiorowego i przede wszystkim ona. Ludy Europy, przytłoczone nadmiarem klęsk, jakie zwaliło na jej barki do­tychczasowe panowanie siły nad prawem, w poszukiwaniu trwałych zabezpieczeń przed powtórzeniem się katastrof podobnych ostat­niej, zwracają się z rosnącą tęsknotą ku zasa­dom, które stanowią właśnie rdzeń i sens na­szego bytu dziejowego. Państwu, pojmowane­mu jako absolut i podporządkowującemu ży­wych ludzi swym oderwanym celom, chcą przeciwstawić organizacje państwową, dla któ­rej celem jest człowiek. Przewadze fizycznej, podniesionej do znaczenia rozstrzygaj ącego czynnika w polityce – panowanie praw moral­nych. Zbrojności – rozwój pokojowy. Wzajem­nemu pożeraniu się narodów – współżycie i współdziałanie. Zasady te, które ludzkość musi uznać za obowiązujące, jeżeli nie ma stoczyć się na poziom menażerii, jeśli kultura nie ma stać się narzędziem tym głębszego zdziczenia i znikczemnienia ducha, a dzieje nieustannym pasmem coraz to bardziej wyniszczających ka­tastrof, zasady, których głęboką mądrość zro­zumiało wiele narodów Europy dopiero wśród straszliwych cierpień światowej wojny, te zasa­dy my Polacy stosowaliśmy już przez setki lat w granicach, jakie pojecie o społeczeństwie za­kreślił był rozwój epoki.

Gdy po obaleniu despotyzmu w Rosji w marcu 1917 roku pierwszy rewolucyjny rząd zwrócił się do narodu polskiego z odezwą, zawierającą uznanie naszego prawa do samoistności, zakoń­czył ją hasłem powstańców polskich z r. 1831 „Za nasza wolność i waszą”. W przyswojeniu sobie tej szerokiej koncepcji wolnościowej na­szych przodków przez naród, który tak nie­skończenie długo służył za niewolnicze narzę­dzie do tłumienia wolności ludów, tkwi wspa­niałe uwierzytelnienie żywotności i wszechludzkiego znaczenia przewodniej myśli naszych dziejów.

W ostatnim szczególnie tragicznym okresie na­szej męki porozbiorowej pod demoralizującym wpływem sponiewierania ciała i duszy Polski

przez prześladowców, zmąciło się w nas poczu­cie wielkości i wartości historycznej idei pol­skiej. Przestawaliśmy rozumieć własna prze­szłość. Zrywał się kontakt z nią, tak żywy jesz­cze w pokoleniu mickiewiczowskim. Historio­grafia lat postyczniowych oszukała nas, potę­piając ryczałtem drogi, którymi Polska szła w epoce poprzedzającej rozbiory. Nowsze badania historyczne podjęły rewizję niewzruszonych dotychczas dogmatów szkoły krakowskiej i podważyły ślepe do nich zaufanie. Wśród gro­madzenia i naukowego przygotowania źródeł wśród prac nad poszczególnymi zjawiskami i odłamkami czasu, nie mogła być jeszcze wyko­nana nowa wielka synteza dziejów Polski. Jed­nakże już dziś – dziś właśnie szczególnie wy­raźnie i jasno – wiemy, że z rumieńcem nie wstydu, lecz dumy, możemy patrzeć na prze­mierzoną dotąd wielką drogę narodowej prze­szłości. Wśród wichru olbrzymich przemian dziejowych, wobec ogromnego tętna, jakiem uderzyło łono ziemi, wobec rozsypywania się w gruzy starych form, gdy Bastylie padają, a nie­śmiertelny dreszcz pożądania wolności płynie przez miliony serc ludzkich, nowego nabiera oświetlenia to, co się – nie odczytane jeszcze w całej rozciągłości – zawarło w rocznikach na­szych dziejów, to, za cośmy pokoleniami cały­mi marli wśród niewymownych cierpień. W głębokiej prawdzie zarysowuje się przed nami fakt, że Polska była „wielka rzeczą”, że instytu­cje publiczne i idee, jakie rozwinęła w swym długim życiu, a które odbiły na niej tak odrębne charakterystyczne piętno, oparte były na nie- współcześnie śmiałych i wzniosłych koncep­cjach dziejowych, które w istotnej treści swej zachowały dotąd niezniszczalną wartość. Zadaniem niniejszej pracy będzie przedstawić pokrótce najważniejsze przejawy polskiej myśli dziejowej. Nie będziemy tu wchodzić w prak­tyczne błędy i grzechy Rzeczypospolitej, któ­rych nie brak: przy ocenie najgłębszych, pod­stawowych zasad, jakimi kierowała się dusza polityczne naszej ojczyzny, znaczenie ich jest podrzędne. Polska, nie napastowana z zewnątrz, byłaby uleczyła z łatwością swe niedomagania, do czego dążyła już od połowy XVIII wieku i czego dowiodła w reformie Czartoryskich roku 1764, w wiekopomnych pracach oświatowych Komisji Edukacyjnej i Konstytucji 3 maja, a uzupełniwszy braki swego ustroju, rozciągnąw­szy jego dobrodziejstwa z czasem na cały na­ród, stałaby się ze szlacheckiej Rzeczypospoli­tej stanowej wzorową republiką nowoczesną. Grzechy i błędy publicznego życia, bez wtrąca­nia się obcej napaści w nasze sprawy, mogły były jedynie odwlec wysunięcie ostatecznych konkluzji ze wspaniałych założeń polskiej my­śli politycznej. A założenia te, pozostawione warunkom swobodnego rozwoju, rozkwitając i dojrzewając w atmosferze zdwojonej intensyw­ności pracy ducha ludzkiego, jaką przyniósł wiek XIX, doprowadziłyby nas już do tej pory z pewnością do wcielenie wzorowego państwa nowoczesnego, podobnie jak to się stało z An­glią, która dzięki temu, że gwałt zewnętrzny nie przeszkodził jej swobodnie się rozwijać, wy­snuła bezpośrednio ze średniowiecznych insty­tucji i idei prawnych typ nowoczesnego pań­stwa wolnościowego i praworządnego, nie przechodząc wcale przez „szkołę” absolutyzmu. Myśl polityczna naszego narodu skrystalizowa­ła się w połowie XV wieku. Odtąd oddzielnym poczęła płynąc korytem w porównaniu z prze­ważną częścią Europy.

Ten moment weźmiemy też za punkt wyjścia do naszkicowania obrazu, który poprzez wzrost i upadek polskiej potęgi państwowej, wśród nierównego poziomu duchowej i moralnej war­tości pokoleń, wśród licznych zmian a zwłasz­cza wynaturzeń w szczegółach, pozostał w za­sadniczych swych zarysach ten sam przez prze­ciąg trzech z górą stuleci. Zostawiając na ubo­czu zamierzchłe dzieje średniowiecza, dzieje niemowlęctwa narodu, przypatrzmy się głów­nym duchowym wiązaniom tej w nowszych czasach wytworzonej konstrukcji politycznej, która nazywała się Rzeczpospolitą Polską.

Idea życia zbiorowego

Wśród rosnącego absolutyzmu w Europie – rozwój swobód w Polsce. Swobody obywatel­skie i polityczne. Naród źródłem władzy Ustrój państwowy. Zasady. Sejm polski i jego rola kie­rownicza. Liberum veto. Konfederacje. Inten­sywność życia publicznego. Rzeczpospolita.

Na przełomie wieku XVI i XVII Europa poczy­na wchodzić coraz głębiej w okres nowocze­snego absolutyzmu. Na całym niemal konty­nencie zamiera idea samorządu stanowego, wy­hodowana przez wieki ubiegłe. Dawne sejmy stanowe oraz francuskie etats generaux, nie­mieckie landtagi, hiszpańskie kortezy, które przy całym swym zacieśnionym widnokręgu reprezentowały pierwiastek społeczny w rzą­dzie, pokonane w długoletniej zaciętej walce z rodzimą władzą monarszą lub jak sejm węgier­ski lub czeski zatamowane w rozwoju, względ­nie zniszczone przez obce siły, ustępują z wi­downi. Jeżeli czasem utrzymały się jeszcze formalnie, życie pozbawia je wszelkiego zna­czenia. Na ogół staja się cieniem przedstawi­cielstwa. Nie maja prawa stanowienia o niczym –     mogą tylko słuchać i potakiwać. Są zwoływa­ne rzadko, nieraz, co kilkadziesiąt lat lub w ogóle nikną. We Francji np. zamarły w roku 1614 i dopiero w przeddzień wielkiej rewolucji po 175 latach następuje próba ich wskrzeszenia. Królów francuskich nazywano w XVI wieku „reges servorum” t. j. królami niewolników, zamiast „reges Francorum”, a pisarze polityczni współcześni, zastanawiając się nad różnicą miedzy „monarchą” i „tyranem”, upatrywali ja w tem, że tyran nie dopuszcza do głosu podda­nych i wszystkie ciała reprezentacyjne „prze­straszają go jak światło nietoperza”. Sejmy sta­nowe schodzą ze świata bezpotomnie, nie wy­łoniwszy z siebie kształtów ustrojowych wyż­szego rzędu. Natomiast nowy prąd dziejów co­raz bardziej grupuje czynniki rządu dookoła purpury monarszej, aby na koniec skupić w rę­ku jednego człowieka, króla, wszystkie promie­nia władzy i strąciwszy społeczeństwa ludzkie w poniżającą nicość polityczną, pozwolić temu jednemu człowiekowi powiedzieć o sobie wy­niośle: Państwo, to ja! W wieku XVII niemal wszędzie już na kontynencie rozpościerał asie absolutyzm. Nieodpowiedzialna przed nikim i żadnym prawnym hamulcem nieokiełznana wo­la jednostki kierowała uzależnionymi od siebie narodami i państwami, niby osobista własno­ścią – przed wola ta ślepo korzyły się narody. Zwycięski autokratyzm zniweczył udział społe­czeństw w życiu publicznym, podkopuj ąc tem samem w znacznej mierze i przywiązanie ich do powszechnego dobra.

W Polsce rzeczy przybrały obrót wręcz od­mienny. Obok Anglii ona jedna, a na kontynen­cie europejskim jedyna, potrafiła nie tylko obronić i utrzymać prze cały czas swego pań­stwowego bytu, ale i rozwinąć przekazana przez średniowiecze zasadę udziału społeczeń­stwa we władzy. Jak dwa o przeciwnym biegu strumienie, płyną: rozwój ustrojowy europej­skiego kontynentu i rozwój ustrojowy polskiej Rzeczypospolitej. Tam u stóp wznoszącego się coraz wyżej tronu jedynowładcy wychowuje się na długie stulecia pokorny typ „poddanego o ograniczonym rozumie”. Tu, przy ciągłym przesuwaniu się władzy w ręce narodu, wytwa­rza się typ wolnego obywatela, który stosunek swój do państwa określa dumną a co ważniejsza słuszna zasadą: nihil de nobis sine nobis” -„nic onas bez nas”.

Naród polski z niebywała szybkością rozwija u siebie swobody obywatelskie i polityczne od początku wieku XV.

Przywilejem czerwińskim z roku 1422 zdobywa szlachta polska zabezpieczenie nietykalności mienia: król nie może odtąd pozbawiać nikogo własności prywatnej bez wyroku sądowego.

Rok 1425 przynosi doniosłe prawo nietykalno­ści osobistej, wyrażone w wiekopomnej ustawie zasadniczej „Neminem captivabimus nisi jure victum”, poręczającej, iż szlachcic nie będzie uwięziony inaczej, jak na podstawie prawo­mocnego wyroku sądowego, wyj ąwszy schwy­tanie na gorącym uczynku zabójstwa, podpale­nia, kradzieży i gwałtu. To polskie „Habeas corpus”, wyprzedzające o wiele stuleci rozwój pojęć prawnych na kontynencie europejskim, a przestrzegane tak sumiennie, ze nigdy nie wa­żono się go pogwałcić, rozciągnęła Rzeczypo­spolita polska z czasem także na mieszczan (1791) i na żydów (1792). Przywilej z roku 1588 zabezpiecza nietykalność ogniska domo­wego, postanawiając, że dom szlachcica nie podlega rewizji, nawet wówczas, gdy się tam ukrywa banita. Bez specjalnych patentów po­siada obywatel Rzeczypospolitej wolność two­rzenia związków i swobodę wyrażania przeko­nań słowem i pismem i nie może być w żadnej postaci prześladowany za opinię, wygłoszona w sprawach publicznych. Kto pozywał współo­bywatela do sądu za wypowiedzenie choćby najbardziej nieprawomyślnych poglądów, kara­ny był sam jako burzyciel spokoju wewnętrz­nego i ciemiężyciel wolności obywatelskiej.

Tak zwane dziś zasady konstytucyjne: nietykal­ność jednostki, ochrona mienia i ogniska do­mowego, wolność zrzeszania się, swoboda ujawniania myśli – zasady, o które gdzie indziej płynęły w XIX stuleciu potoki krwi i które zdo­bywano wśród gwałtownych wstrząśnień we­wnętrznych, były w Polsce urzeczywistnione już w wieku XV i XVI i przetrwały do końca istnienia Rzeczypospolitej, gdy w Europie pa­nowało najsroższe bezprawie.

Równolegle rozwijają się swobody ściśle poli­tyczne. Podstawa ich staje się uzyskany w roku 1554 w Nieszawie „statut” Kazimierza Jagiel­lończyka, który obowiązuje się w nim nie wy­dawać nowych ustaw, ani nakazywać wypraw wojennych, inaczej, tylko za zgodą szlachty zgromadzonej na sejmikach ziemskich. Odtąd uzyskała szlachta dostęp do władzy prawodaw­czej. Coraz wyraźniej krystalizuje się zasada, która stanie się kamieniem węgielnym ustroju państwowego w Polsce, że wszystko co ma obowiązywać ogół, musi podlegać jego uprzed­nim zezwoleniu. Z mgławicy tak krystalizują­cych się pojęć wyłania się polski system parla­mentarny. W drugiej połowie XV wieku perio­dyczne zjazdy rycerstwa oraz przyboczna rada koronna przeistaczają się w sejm walny, stały odtąd i pierwszorzędny życia publicznego czynnik, którego ostateczne zorganizowanie się przypada na rok 1493. W roku 1505 sejm w Radomiu uzyskuje podstawę prawną swej orga­nizacji, a zarazem przeprowadza wielka refor­mę ustrojową w ustawie zasadniczej „Nihil novi constitui debeat per nos sine communi consensun conciliariorum et nuntiorum tere- strim” („nic nowego nie postanowimy – zaręcza król – jak tylko za wspólną zgodą Rady i po­słów ziemskich”)

Konstytucja „Nihil novi”, która odtąd przez trzy wieki blisko aż do dnia 3 maja 1791 r. będzie tworzyła główna podstawę ustroju Polski, uświęca aktem prawodawczym i po raz pierw­szy wyraźnie określa i utrwala zasadę, która się w praktyce na ogół od dawna była utarła, zasa­dę, że prawo nie może być stanowione przez jedna osobę, przez koronowanego władcę i zwierzchnika, ale winno być uchwalone z udziałem ogółu, że zatem właściwym źródłem norm regulujących życie publiczne jest naród i że ma on słuchać tych praw, jakie sam w oso­bach wybranych przez siebie przedstawicieli w sposób wolny i nieprzymuszony uznał za po­trzebne. Przenosząc władze ustawodawczą, słu­żącą dotąd sejmikom ziemskim, na sejm walny, przyczyniła się konstytucja 1505 roku, tym zcentralizowaniem legislatywy, zarazem do ści­ślejszego spojenia i skonsolidowania całości na­rodowej . Tworzy ona w ogóle fakt epokowy w naszych dziejach, „przedziela – według słów Bobrzyńskiego („Sejmy polskie”) – państwo polskie średniowieczne od nowożytnego” otwierając jednocześnie okres naszego naj­świetniejszego wewnętrznego rozwoju, okres Zygmuntowski.

Sejm wlany w Polsce („stany sejmujące”) skła­da się z senatu i izby poselskiej, a ponadto wchodzi w skład jego w charakterze osobnego „stanu” król, który sprawuje tez z natury rzeczy najwyższą władzę wykonawczą i naczelne do­wództwo siła zbrojną. Zespolenie to władzy królewskiej z przedstawicielstwem narodu w jedną zwartą całość istniało, prócz Polski, aż do najnowszych czasów tylko w konstytucji An­glii. Prof. Balzer („Państwo polskie w XV i

XVI    wieku”) podkreśla, że gdy gdzie indziej naówczas władca występował poza obrębem przedstawicielstwa stanowego jako osobnym i przeciwstawiający mu się czynnik, to „polski związek króla z sejmem jest ograniczony jak gdyby w nowożytnej monarchii” i że gdy du­alizm średniowieczny umożliwił z czasem na­rodziny absolutyzmu, u nas przeszkodziło temu właśnie połączenie króla z ciałem prawodaw­czym we wspólnych ramach. W senacie pol­skim zasiadaj ą, wraz z monarchą, senatorowie świeccy i duchowni, w izbie poselskiej szlachta („rycerstwo”) i – przynajmniej do pewnego czasu, względnie w pewnej mierze – miesz­czaństwo. Członkowie izby poselskiej pocho­dzą z wyboru: szlachta wybiera posłów „ziem­skich” na zgromadzeniach wyborczych czyli sejmikach, wojewódzkich lub ziemskich, przez powszechne głosowanie, miasta wybierają po­słów miejskich.

Sejm polski jest reprezentacj ą ogólno- państwową i najwyższym zgromadzeniem pra­wodawczym, którego postanowienia obowiązu­ją cały kraj. Do ważności jego uchwał wyma­gana była powszechna zgoda obu izb oraz kró­la. W niektórych sprawach zachował król, oczywiście z wola sejmu, władze wydawania ustaw na własna rękę, co atoli nigdy nie było jasno i ściśle uregulowane. (Stanisław Kutrze­ba, „Historia ustroju Polski”). Izba poselska tworzyła właściwy czynnik prawodawczy, senat przyjmował lub odrzucał jej uchwały, przy czym obie izby w określonych momentach schodziły się na wspólne narady. Projekty do praw wnoszone były od tronu, ale mógł z nimi wystąpić każdy poseł. Obrady sejmowe odby­wały się jawnie, przy drzwiach otwartych wo­bec publiczności, czyli „arbitrów”. Przewodni­czy obradom w senacie król, w izbie poselskiej wybierany z jej łona marszałek. Przez cały czas trwania sejmu posłowie i senatorowie są niety­kalni i wolni od odpowiedzialności sądowej : toczące się w jakichkolwiek sądach ich sprawy ulegaj ą chwilowemu zawieszeniu pod nieważ­nością wyroku.

Wadą organiczna tak skonstruowanego ciała, które zresztą w długotrwałej praktyce ulega różnym, acz nieznacznym tylko modyfikacjom, jest skrępowanie posłów przez „instrukcje” od wyborców, co otwierało szeroka drogę do ego- izmów lokalnych, a trwa aż do reformy 3 maja 17912 roku i w rozmaitych epokach jest ze zmienną skrupulatnością przestrzegane. In­strukcje te określały mniej lub więcej dokładnie jakie stanowisko zająć ma poseł wobec najważ­niejszych przynajmniej spraw, będących na do­bie, pozostawiając go tym samym swobody działania. Niekiedy jednak wyborcy, nie krępu­jąc swego posła, polecali mu wręcz postąpić jak uzna za właściwe i pożyteczne, lub tez iść soli­darnie z większością. Po sejmie posłowie mają stanąć przed wyborcami i na t. zw. sejmikach relacyjnych zdać sprawę ze swych czynności. Szeroki samorząd zachowały województwa i „ziemie” w liczbie kilkudziesięciu. Odpowiadał temu osobny organ prawodawczy w postaci sejmików gospodarskich, na których szlachta załatwiała różne miejscowe sprawy administra­cyjne i skarbowe, uchwalała podatki na miej­scowe potrzeby i pobierała je przez swych urzędników: województwa utrzymywały nawet własna siłę zbrojną. Były to niby małe republiki w ramach wielkiej, która za pomocą władz cen­tralnych i walnego sejmu łączyła je we wspólna całość. Kiedy władz centralna w epoce upadku saskiego zupełnie niemal zanikła i punkt cięż­kości przeniósł się do lokalnych ciał samorzą­dowych, których nadmierny rozrost zagroził wprost rozbiciem więzi państwowej. Rzeczpo­spolita stała się jakby luźna federacyą takich nieskoordynowanych ze sobą republik – woje­wództw”

Lecz zresztą w zasadzie, a poza owym okresem stuletnim rozprężenia także w praktyce, całe życie państwowe poddane było rozstrzygają­cemu wpływowi sejmu walnego. Do zakresu jego działania należały następujące kierownicze funkcje: Wypracowanie i uchwalenie ustaw obowiązujących ogól mieszkańców, nakładanie wszelkich ciężarów i podatków państwowych, przyzwalanie na bicie monety, sadownictwo karne najwyższej instancji dla spraw wyjątko­wej wagi, kontrola działalności rządu, nadzór nad gospodarstwem skarbowym państwa, któ­rego rachunki podskarbiowie koronny i litewski przedkładają do zbadania i zatwierdzenia osob­nej komisji sejmowej, czuwanie nad admini­stracją wewnętrzną, odbieranie sprawozdań od posłów do dworów cudzoziemskich i wyzna­czanie kierunku polityce zagranicznej, sankcjo­nowanie traktatów i przymierzy, wreszcie tak ważna czynność jak decyzja o wypowiadaniu wojen i zawieraniu pokoju. Monarcha polski nie mógł dla osobistych czy rodzinnych wido­ków rozpalić lekkomyślnie pożogi wojennej, gdyż najdonioślejsze z praw – prawo dobycie oręża – przysługiwało samemu tylko narodowi, który zastrzegł sobie rozpatrzenie, czy wojna czy pokój zgodne są z jego interesem. Są to kompetencje olbrzymie, których znaczna część nie stała się jeszcze dziś w tym stopniu udzia­łem niejednego z nowoczesnych parlamentów. Niesłychanie silnie akcentowane prawo jed­nostki znalazło wyraz w charakterystycznej dla polskiego ustroju politycznego zasadzie jedno­myślności uchwał sejmowych, zasadzie, która w pewnym stopniu ma na zachodzie swoje ana­logie w epoce średniowiecza, lecz w tej mierze i w tym natężeniu pojawiła się tylko u nas. Każda prawomocne uchwała sejmu musi zapaść „unanimiter”, wszystkimi głosami. Głos prze­ciwny jednego posła („Liberum veto”) obala uchwałę. Na dnie tej zasady leżała myśl, że większość nie powinna narzucać mechanicznie swej woli mniejszości. Poseł sejmu polskiego chciał być nie przegłosowanym, lecz przekona­nym. Przez długi czas doktryna ta, nazywana przez szlachtę „źrenicą wolności”, wytrzymy­wała zwycięsko próbę życia. „Liberum veto” było przez sto lat prawem, z którego nikt nie wysnuwał ostatecznych konsekwencji: mniej­szość dawała się przekonywać lub dobrowolnie ustępowała przed wolą większości. „Za naj­świetniejszych czasów sejmikowania polskiego większość głosów rozstrzygała faktycznie za­równo w senacie jak i w izbie poselskiej w kwestiach większej wagi” – stwierdza Bobrzyń- ski („Sejmy polskie”). Od schyłku XVII w., gdy poziom moralny społeczeństwa obniżył się, stała się zasada jednomyślności dogodnym na­rzędziem bądź do wichrzeń zewnętrznych, bądź dla opozycji przeciwnej wszelkim reformom i poczęła służyć do zrywania sejmów: w czasach upadku utarło się mianowicie, że „veto” jedne­go z posłów unieważniało uchwały całej w ogó­le sesji i tamowało czynności sejmowe. Zniosła je częściowo już reforma Czartoryskich w 1764 r., do reszty zaś uchwała Konstytucji 3 maja. (Upatrujemy słusznie niedorzeczność w tym, że uchwały, które sejm powziął, mogły być obalo­ne przezjednego człowieka, powołującego się na swoje prawo „ veta ”. Europa nie wychodzi z podziwu, jak taka absurdalna zasada utrzymała się u nas przez tyle wieków Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że „liberum veto ” istnieje dotąd wszędzie, gdzie ustawa, choćby uchwalo­na przez cały parlament, upada, skoro nie uzy­ska jeszcze sankcji głowy państwa. Że w tym wypadku wola jednego człowieka przekreśla wolę ciała prawodawczego, to krytykom pol­skiego „liberum veto” wydaje się najnatural­niejszym w świecie.)

Przeciwwagę „Liberum veto”, częścio­wo przynajmniej, przynosiły ze sobą konfede­racje, dobrowolne związki obywateli, zawiązy­wane na czas zewnętrznego niebezpieczeństwa oraz podczas każdorazowego bezkrólewia, ce­lem utrzymania porządku w państwie. Uchwały zapadały wówczas na sejmach wyjątkowo większością głosów. Złączona w owych związ­kach szlachta (przez długi czas i mieszczań­stwo) słuchała obranej przez siebie władzy, „:generalności konfederackiej”, ślepo i bez­względnie, aż do gotowości na śmierć dla speł­nienia jej postanowień. Zwierzchność konfede- racka posiadała władzę nieograniczoną, dykta­torską.

Życie polityczne Rzeczypospolitej rozwinęło się w tych ramach z niezmierną intensywnością.

O  ile mieszczaństwo faktycznie rychło zeszło z widowni, a pewne przysługujące mu prawa wy­konywało raczej tylko manifestacyjnie, aby stwierdzić, że je w zasadzie posiada, to ogół ziemiański coraz bardziej zaprawiał się w sze­rokim życiu państwowym. W ciągu długiej i nieprzerwanej praktyki trzech stuleci wyrabia się kultura polityczna, która wchodzi w krew szlachty polskiej. Sprawy publiczne – źle lub dobrze pojmowane – pochłaniają ja, są zaję­ciem ulubionym i zaszczytnym, jak w starych republikach greckich, i równie jak tam posiada­ją zdolność roznamiętniania. Na sejmach, zwy­czajnych, zwoływanych obowiązkowo co dwa lata i nadzwyczajnych, zbierających się w razie potrzeby, na niezliczonych rodzajach sejmików powiatowych i wojewódzkich (sejmiki przed­sejmowe, elekcyjne, deputackie, gospodarskie, relacyjne, generalne), w obieralnych trybuna­łach sądowych i na licznych urzędach, jest szlachta nieustannie zaprzątnięta sprawami bądź samorządu lokalnego bądź odnoszącymi się do interesów państwa.

Obraz powyższy jest w ogólnych zarysach wy­kończony już pod koniec XVI wieku i bez zmian zasadniczych pozostanie takim przez dwa następne stulecia, właśnie wtedy, gdy nie­mal cała Europa kontynentalna poddała szyje pod jarzmo absolutyzmu. Ponieważ we wszyst­kich tych prawach i swobodach politycznych bierze udział cały, niezmiernie liczny i różnoli- ty w swym społecznym uwarstwieniu ogół szlachty, a tron od dawna już przestał być dzie­dzicznym, Polska krystalizuje się ostatecznie jako ustrój szlachecko – demokratyczny i szla­checko – republikański. W ustach narodu zja­wia się samorzutnie na oznaczenie tak ukształ­towanego państwa nazwa „Rzeczypospolitej”, która odpowiadając wiernie duchowi urządzeń publicznych, upowszechnia się szybko jako nieurzędowe określenie konstytucyjnej monar­chii polskiej

W naszej literaturze historycznej, nie­koniecznie nawet autoramentu szkoły krakow­skiej, i w ogóle w całej współczesnej umysło- wości, tendencja do obniżania wartości urzą­dzeń i idei państwowych własnego narodu sta­ła się czymś w rodzaju dobrego tonu. Z któ­rym, zdaje się, stoimy odosobnieni w Europie. Dla przykładu spróbujemy tu w zwięzłym przy- pisku skontrolować parę poglądów na dawny sejm Rzeczypospolitej.

Al. Rembowski („Konfederacja iro- kosz”)pisze: „ – uważam za stosowne nadmie­nić, że twierdzenie prof. Bobrzyńskiego, jakoby ustawa polska z roku 1505, uświęcająca udział szlachty w życiu państwowym, stworzyła par­lamentaryzm, może w nauce o państwie spo­wodować tylko pomieszanie pojęć. Przez wyraz „parlamentaryzm ” rozumie nauka polityki zgodnie z historykami prawa państwowego sys­tem rządzenia czyniący „ministerium zawisłym od poparcia większości izby gmin. System po­wyższy wyrobił się i utrwalił w Anglii dopiero na początku XVIII stulecia ”. Otóż kryterium powyższe jest zupełnie dowolne. Dowodzi tego jasno fakt, ze w Prusiech, a nawet w Rzeszy niemieckiej dotychczas ministeria stoją zaufa­niem i wolą korony, nie izb, i żadne wotum nieufności ze strony reprezentacji ludowej nie może zmusić ich do ustąpienia. Co więcej, na­wet w Stanach Zjednoczonych północnej Ame­ryki ministrowie nie są odpowiedzialni przed kongresem, lecz wyłącznie przed prezydentem. Czy można jednak twierdzić jakoby Niemcy czy Ameryka północna nie były państwami parla­mentarnymi? Nie! Gdyż istotą parlamentary­zmu jest po prostu taki układ stosunków, w którym społeczeństwo posiada głos współdecy­dujący w sprawach państwowych za pośrednic­twem swego mniej lub więcej zakreślonego przedstawicielstwa, układ, w którym społe­czeństwo to, jak obrazowo wyraża się St. Ku­trzeba „nie jest tylko miękką glina w rękach władcy”.

Ze stanowiska teorii przesadnie pod­kreśla się i przeciwstawia dzisiejszemu stanowi rzeczy fakt, że posłowie byli u nas przed refor­ma 3 maja 1791 roku tylko mandatariuszami sejmików a nie przedstawicielami całego pań­stwa: że „ ci co w sejmie zasiadali reprezento­wali interesy stanu a nie państwa, zaś interesy państwa o tyle tylko o ile one schodziły się z tamtymi”. Jedno i drugie jest oczywiście zgod­ne z martwa literą urządzeń ówczesnych. Sko­ro jednak weźmiemy pod uwagę praktykę, któ­ra wobec „szarej teorii” ma chyba tezjakieś znaczenie, to stwierdzić należy: 1). że członko­wie sejmu polskiego, mimo że byli mandata- riuszami sejmików, wznosili się niejednokrot­nie na wysoki poziom przedstawiciela całości państwowej, czego mamy mnóstwo przykła­dów. 2). że deputowani dzisiejsi, aczkolwiek nie prawnie, to faktycznie, czują się również – nieraz przede wszystkim przedstawicielami swoich „okręgów” imandatariuszami swoich wyborców, od których na zgromadzeniach przedwyborczych otrzymują sui generis przy czym wiadomo jak wrażliwi bywają na punkcie zyskania osobistej nawet wdzięczności tych od których wzięli mandaty. 3). że dawne stany w znaczeniu prawno – państwowym zastąpione zostały przez „klasy” społeczne i że w dzisiej­szych ciałach ustawodawczych posłowie, po­dobnie jak kiedyś było w Polsce reprezentują przede wszystkim interesy swojej klasy, a pań­stwa o tyle tylko o ile one schodzą się z tamty­mi. Wystarczy wskazać na posłów robotni­czych, posłów agrariuszy np. pruskiego typu, na walki o reformy wyborcze podszyte zupełnie wyraźnie klasowymi interesami itd. pozosta­wienie zresztą dotąd w składzie ciał prawo­dawczych izby „wyższej”, izby „lordów”, izby, która na Węgrzech nazywa się wprost „izba magnatów”, dowodzi, że pierwiastek stanowo- ści nie został całkowicie usunięty nie tylko z ducha, ale nawet z organizacji nowoczesnego parlamentaryzmu.

Prof. Oswald Balzer („Reformy poli­tyczne i społeczne konstytucji 3 maja ”) mówi znowu: „Przywykliśmy nazywać sejm polski ciałem parlamentarnym, reprezentacja naro­du ”. Jeżeli do tych nazwprzywiążemy znacze­nie ścisłe, dzisiejsze, to trzeba je chyba zarzu­cić: izba poselska nie była izbą parlamentarna w znaczeniu dzisiejszym ”. Z równa słusznością należałoby odmówić i dziś istotnych cech par­lamentu sejmom, które nie opierają się na gło­sowaniu powszechnym, bo i one reprezentują tylko ułamek narodu. Gdyby o istocie parla­mentaryzmu miała rozstrzygać zasada bez­względnie doskonałej reprezentacji, to pokaza­łoby się, że nie ma na ś wiecie w ogóle parla­mentów, albo istnieją one tylko w paru krajach i to przeważnie egzotycznych. Za wyjątkiem bowiem dalekiej Australii, Nowej Zelandii oraz dwóch północno – amerykańskich stanów Wyoming i Colorado, a w Europie Finlandii i Norwegii we wszystkich krajach i państwach usunięta jest od udziału w życiu reprezenta­cyjnym polowa ludności t. j. kobiety. Wyłącze­nie to jest niezawodnie krzywdzące i niedo­rzeczne: nie zechcemy mimo to jednak twier­dzić, ze parlament francuski, w którym kobiety nie maja prawa głosu, nie jest dlatego parla­mentem. Wysuwane dla kontrastu z dawnym polskim sejmem określenie „parlamentaryzm w znaczeniu dzisiejszym ” jest arcyśliskie, gdyż to „ dzisiejsze znaczenie ” ogarnia w dobrej zgodzie dzisiejsze przedstawicielstwa o tak znacznych odchyleniach jak parlament angiel­ski czy przedrewolucyjna Duma rosyjska, sejm pruski i parlament nowozelandzki. Ze sejm Rzeczypospolitej polskiej nie był „ dzisiejszym parlamentem ” tego chyba nie trzeba dowodzić. Jeżeli jednak Bobrzyński widzi w roku 1505 narodziny parlamentaryzmu w Polsce, to ata­kowanie tego słusznego twierdzenia „dzisiej- szością ” nie może bynajmniej zachwiać istotą rzeczy, która nie tylko w perspektywie dziejo­wej, ale jak widzieliśmy, nawet dziś, w obrębie tego samego czasu, przejawia się w bardzo różnych postaciach.

Pomiędzy dawnym sejmem polskim a najliberalniejszym z sejmów nowoczesnych za­chodzi głównie i przede wszystkim różnica ilo­ściowa, naturalna ze względu na upływ stuleci, podczas gdy między ustrojem i duchem Polski historycznej a większością państw w Europie, nie tylko współczesnych jej, leczjeszcze nawet w XIX i XX wieku zachodzi różnica jakościo­wa, zasadnicza, taka, jaka wyraża się w sto­sunku wolności do despotyzmu.

Naród i król

Wolna elekcja panującego. Stosunek do monar­chy Prawo do korony. „Artykuły henrycjań- skie ”. Król – prezydent. Prawo o wypowiada­niu posłuszeństwa. Król dla narodu, nie naród dla króla. Królobójstwo w Polsce nieznane.

Polityczna społeczność polska od schył­ku średniowiecza aż po koniec swego istnienia wyznaje zasadę, ze człowiek powinien podle­gać tylko tej władzy, którą sam z siebie wyło­nił. Król w Polsce nie jest też narzucony ślepym trafem urodzenia – wybrano go wolną elekcj ą,

na zgromadzeniu wyborczym. Na którym mógł zjawić się i oddać swój głos każdy pełnoprawny obywatel państwa. Obok senatorów i posłów od ziem i znaczniejszych miast, cała osiadła szlachta Korony i Litwy, bez względu na sto­pień zamożności, miała prawo przybyć na sejm konwokacyjny do Warszawy i osobiście brać udział w wyborze króla. Był to więc wybór na podstawie powszechnego głosowania, jednej wprawdzie warstwy, lecz niezmiernie licznej.

Zasada elekcyjności tronu w Polsce ist­niała już właściwie od roku 1382, po wymarciu głównej linii Piastów i po zgonie Ludwika wę­gierskiego, którego jeszcze Kazimierz Wielki po prostu „przeznaczył” na króla na mocy ukła­dów familijnych, nie pytając o niczyją zgodę. Utrwaliło ją ostatecznie wygaśnięcie rodu Ja­giellonów, który dynastią był tylko na Litwie. Odtąd, od roku 1572, datują się owe niezwykłe akty wyborcze, w których brała udział cała szlachta, stanowiąca w danym okresie dziejo­wym „naród” polityczny, akta wadliwie zorga­nizowane ale istota swą, poprzez absolutyzm, utrwalający się wówczas w Europie, wybiega­jące ku wyżej rozwiniętym a dziś w wielu kra­jach praktykowanym pojęciom nowoczesnym. Dopiero w roku 1791 niebezpieczeństwo grożą­ce ze strony sąsiednich mocarstw autokratycz­nych zmusiło Polskę upodobnić się do otocze­nia i wprowadzić monarchię dziedziczną. Nie­mniej przez cały ciąg panowanie dynastii Ja­giellońskiej naród polski dobrowolnie obierał siedmiu po kolei królów z jednej rodziny, a wczasach późniejszych obrał trzech z rzędu Wazów i dwóch Wettinów, co wymownie do­wodzi, iż chroniąc zasadę polityczną, nie popa­dał bynajmniej w doktrynerstwo.

Przez długie wieki szlachta polska strzegła zasady elekcyjności tronu jako kardy­nalnej cechy swobód obywatelskich. Dziś nie­zmiernie łatwo wykazać szkody, jakie przynio­sła Polsce wolna elekcja. Niemniej motywy ogółu szlacheckiego miały za sobą głębokie ra­cje polityczne. Dziedziczność tronu na całym kontynencie europejskim została wyzyskana przez monarchów jako narzędzie do wprowa­dzenia rządów absolutnych, a oprócz tego była źródłem wojen sukcesyjnych, które ustawicznie zawichrzały Europę. Naród, który nie chciał ab­solutyzmu, musiał bronić się przeciw zasadzie dziedziczenia i zamiast „pana dziedzicznego” chętniej uznawać władzę „pana obieralnego”.

Między narodem a królem panuje w Polsce stosunek, który dobitnie charakteryzuje ducha urządzeń publicznych. Wobec osoby kró­lewskiej zachowuje szlachcic polski pełne po­czucie swej godności obywatelskiej i ludzkiej. „Króla szanował – mówi historyk Kalinka – ja­ko powagę moralną, jako głowę federacji szla­checkiej, której członkiem sam się być wyzna­wał, ale króla się nie bał, bo nic od niego do­świadczyć nie mógł. Rad był pozyskać jego ła­skę, lecz w potrzebie bez niej się obchodził. Czem był, nie z króla był, ale sam z siebie”. W przeciwieństwie do tego we Francji np. za Lu­dwika XIV już nie zabiegano o względy, ale kult osoby monarszej doszedł do szczytu upodlenia. Wschodząc na ucztę biesiadnicy składali ukłon przed serwetą przeznaczoną do obtarcia ust królewskich, a każdy przechodzący przez sypialnię „króla – słońce” musiał kłaniać się przed pustym łóżkiem. W Polsce w stosun­ku do panującego nie ma ani śladu owego bi- zantynizmu, owego służalczego płaszczenia się, owego czołgania się „u stop tronu”, które ty­powo występuj ą w Europie ówczesnej, a także

o  wiele późniejszej. Do Stefana Batorego rzekł Jakub Niemojewski z całą swoboda wolnego człowieka: „Miłościwy panie, chowaj w całości nasze przywileje a będziesz nam miłościwym królem, jeśli nie – będziesz Stefanem Batorym, a ja Jakubem Niemojewskim”. Porównajmy to odezwanie się z owym znanym w historii rosyj­skiej faktem, iż pewien bojar za drobne jakieś przewinienie wbity na pal na rozkaz Iwana Groźnego, męcząc się przez całą dobę, mówił do dzieci i żony, stoj ących opodal słupa: „Boże chroń cara”. Był to tylko jeden z tysięcy przy­kładów niezrozumiałego dla Polaka „heroizmu niewoli”, o którym powiedział Mickiewicz, że jest „psu zasługą, człowiekowi grzechem”. W atmosferze polskiej sami panujący wzdragają się przed przyjmowaniem bałwochwalczego kultu. Kiedy na sejmie lubelskim w roku 1569 magnaci litewscy, jeszcze pod wpływem sta­rych wyobrażeń, padli na kolana przed Zyg­muntem Augustem, król rzekł: „ Klękanie Panu Bogu samemu czynić mamy, a nie ziemskim panom”. (W. Sobieski „Król a car”). Tenże król podkreśla, że rozkazuje” swoim poddanym „prawem, nie czym innym”, a chociaż nie jest autokratą, chociaż nikt nie pełza przed nim i nie wybija pokłonów, to on kocha ten swój naród i mówi do niego: „Gdybyście się gardła naparli, aby to było z dobrem waszym, tedy dla was powinienem uczynić – tak was miłuj ę”.

Szlachcicowi polskiemu towarzyszy dumne poczucie, że jest nie tylko „wyborcą królów”, ale posiada nadto sam prawo do koro­ny. Dla każdego z członków olbrzymiej rzeszy szlacheckiej stoi otworem droga do tronu, jeżeli na mocy wyj ątkowych talentów i zasług powo­łać go tam zechce zaufanie współobywateli. Wypadek taki zdarza się w dziejach Polski czte­ry razy, a dwaj z tych elektów, Sobieski i Lesz­czyński, pomnożyli szereg nie najgorszych mo­narchów. Obaj oni, dostawszy się na tron, czuli się nie jakimiś istotami nadprzyrodzonymi, lecz ludźmi wyrosłymi z krwi i kości społeczeństwa i mimo wszystkie niedostatki polskiego rządu odczuwali szlachetna dumę, że mogą sprawo­wać władzę w państwie opartym na wolności i prawie. Sobieski w pierwszej mowie tronowej, nazajutrz po elekcji, nazwał siebie „prostym szlachcicem”, obranym „z życzliwej woli swo­bodnego i prawowicie władnego narodu”. Leszczyński, ów zwolennik ukrócenia nadmier­nych przywilejów szlacheckich i wróg „liberum veto”, wyznawał jednak, iż „daleko większy honor panować nad wolnym narodem, niż nie­wolniczym”. O stosunku narodu do króla decy­dował sam ustrój Rzeczypospolitej, ustrój, któ­ry zapobiegając tyranii jednostki, przesuwał punkt ciężkości życia politycznego na zgroma­dzenia sejmowe, który każdego obywatela czy­nił tym sposobem bezpośrednio uczestnikiem rządu i który w krew narodu wszczepiał poczu­cie odpowiedzialności za tok spraw publicz­nych.

Władza królewska była ograniczona szerokimi, jak widzieliśmy, kompetencjami Sejmu. Od roku 1573 wstępującym na tron mo­narchom przekłada sejm elekcyjny do przyjęcia ustawy zasadnicze („artykuły henrycjańskie”) i warunki rządzenia („pacta conventa”), rozgra­niczające obowiązki i prawa króla od obowiąz­ków i praw narodu. Król zatwierdza tę umowę przysięgą. Po takim unormowaniu obupólnego stosunku, po uznaniu kierowniczej roli sejmu i zatwierdzeniu swobód narodowych, król polski rozpoczyna swe funkcje, które są funkcjami najwyższego przedstawiciela władzy wyko­nawczej i pierwszego obywatela państwa, funk­cjami w istocie swej – prezydenta republiki, pomimo tytułu i majestatu monarszego.

Naród zabezpiecza się dalej przed wszelkimi próbami autokratyzmu ze strony swego władcy, a czyni to w sposób zarówno prosty, jak uczci­wy. „Gdyby król prawa, swobody, artykuły i pacta nadwyrężał lub ich nie dopełnił tedy obywatele będą uwolnieni od wierności i posłu­szeństwa monarsze”. Chodziło przy tym nie o „ludzka omylność”, lecz wyraźnie o złą wolę, o świadome zamachy na prawa narodu, co sejm w 1576 roku osobno zastrzegł, „aby dla króla i dla obywateli wola Rzeczypospolitej nie była wątpliwą”. Ustawa z roku 1609 „ de non pra- estenda oboedientia” dokładnie określa postę­powanie, jakie ostatecznie ma wyprzedzić wy­powiedzenie posłuszeństwa, nie jest to bowiem procedura ani krótka ani lekkomyślna. Jeżeli król targnął się w sposób jawny i oczywisty na zaprzysiężone prawa, ma być uchwała sejmu trzykrotnie przestrzeżony i upomniany przez prymasa państwa i dopiero „w razie odrzucenia prośby”, w razie notorycznego szkodnictwa, może sejm rozwiązać umowę, której jedna ze stron nie dotrzymała. Naród tedy był obowiąza­ny wyczerpać cały szereg prób porozumienia się z królem, zanimby wypowiedział mu wiarę. Ten stosunek wyjątkowej lojalności wobec pa­nującego mógł w praktyce prowadzić do nad­użyć. I temu jednak zapobiegało prawodawstwo polskie, ustanawiając najsroższe kary dla awan­turników wzniecaj ącym zaburzenia pod pozo­rem, że król „na zgubę Rzeczypospolitej zamia­ry knuje”.

Artykuł „de non praestenda oboedientia” świadczy o wysokiej w Polsce czci dla prawa, które wyżej stawiano niż osobę królewską. Rzecz charakterystyczna przy tym, że warunek ten nie przeszkodził królowi tej siły moralnej, co Stefan Batory, sprawować rządów żelazna ręką i karać gardłem najpotężniejszych magna­tów, gdy udowodniono im złamanie ustaw: ogół solidaryzował się z królem, który nie dopusz­czał deptania prawi sam je uczciwie wypełniał. Stosunek ten obywateli do osoby królewskiej (jeżeli weźmiemy poza nawias Węgry, których swobody zresztą zaczynają gasnąć już w pierw­szej połowie XVI w.) jest czymś nieznanym w dziejach reszty ówczesnej Europy, która na przemian korzy się w prochu przed najdzik­szymi wybrykami swoich władców i pozwala im po sobie deptać, to znowu rzuca ich sobie pod stopy, pastwi się nad nimi, więzi, truje, ob­cina głowy itd. Naród polski załatwia swe pora­chunki z monarchą uczciwie i jasno, jak przy­stało ludziom wolnym. Gdyby nie mógł dłużej znosić jego panowania, wówczas stanie przed nim z podniesionym czołem, oko w oko, bez niewolniczego podstępu, w biały dzień i z ręka na księdze praw przypomni artykuł „de non praestanda oboedientia” ( o nie stawaniu w po­słuszeństwie, wypowiedzenie posłuszeństwa), artykuł który przewiduje po prostu rozwiązanie obupólnej umowy. „Chceszli starzeć się miedzy nami – woła naród polski do swego władcy – szanuj nasze swobody”. Jeśli nie, tedy król bez­ie odesłany tam, skąd przybył, z całym jego majestatu szacunkiem i z pełnym swej osoby bezpieczeństwem. Nic złego nie stanie się mu wśród Polaków. Nie błyśnie mu w cieniach no­cy maska najętego zbira, nie zagrozi mu sztylet, trucizna ani szarfa. Przez całych ósm wieków swojego bytu państwowego i przez ciąg czter­dziestu kilku różnych panowań Polska nie mia­ła ani jednego wypadku królobójstwa. (Jeden z pisarzy historycznych, omawiając to niezwykłe zjawisko, zapytuje sceptycznie, czy nie pochodzi ono stąd iż „u nas monarcha nie mógł nikomu szkodzić, jak gdzie indziej ”. Oczywiście! Polska nie potrzebowała mordować królów, gdyż uczy­niła wszystko możliwe, by zapobiec działaniu ich na szkodę narodu. Ale czyżby odwrotny sto­sunek miałby być lepszy?

W nowszym okresie dziejów od chwili gdy zaczyna się rozwijać władza sejmu, szlach­ta żyje w nieustannej obawie przed „absolutum dominium”, którego wzrost widzi w całej Euro­pie, czuwa ciągle, aby korona nie nadużyła swoich praw na szkodę swobód obywatelskich, ale królów nie wlecze na szafot, nie morduje skrytobójczo. Król w Polsce nie potrzebował tez otaczać się strażą, obracał się wśród swego narodu śmiało i swobodnie. Zygmunt Stary mówił, że nie ma w całej Rzeczypospolitej ani jednego człowieka, na którego piesi spokojnie by nie zasnął. Bohaterski oswobodziciel Wied­nia, Sobieski, który słynął z popularności, nie wahał się stanąć do tańca wśród szarego tłumu, na weselu u prostego kowala, jak wolny czło­wiek wśród wolnych ludzi.

Ten wybitnie charakterystyczny rys polskiego społeczeństwa, iż nigdy nie rozprawiało się z panującymi w sposób podstępny i zbójecki, lecz jawnie i po rycersku, mógł powstać tylko tam, gdzie równie jawnie i otwarcie głoszona była zasada, że nie naród istnieje dla króla, lecz król dla narodu, zasada nawskroś nowoczesna, a wyznawana w Polsce wówczas, gdy dookoła państwa europejskie coraz bardziej staczały się na poziom, prywatnej własności swych monar­chów.

Szlachta polska

Liczebność. „Naród szlachecki ” i jego uwarstwowienie. Możnowładcy, karmazyni, tłum. Odrębny charakter szlachty polskiej. Równość szlachecka. Nobilitacje. Udział krociowej masy w życiu publicznym.

Aby móc ocenić we właściwy sposób prze­szłość dziejową Polski, trzeba uświadomić so­bie, ze szlachta nie była tu, jak gdzie indziej, cienka tylko warstwą zwierzchnią, lecz tworzy­ła ogromny niezmiernie liczny odłam narodu, tak liczny, jak w żadnym innym kraju Europy. Liczebność ta była specjalną cechą polskiej bu­dowy społecznej. Gdy np. Francja z końcem

XVIII    w. na 20 milionów mieszkańców ma szlachty 140000

A więc niespełna 1,5 %, to Rzeczypospolita polska na 10 milionów mieszkańców, w tym samym czasie liczyła z górą milion (niektórzy historycy podają 1300000) samej szlachty, co czyni 10-13 % ogółu ludności. Niebywały ten odsetek nie powinien dziwić, gdy przyjrzymy się wewnętrznej strukturze warstwy szlachec­kiej polskiej. Jest ona w najwyższym stopniu zróżniczkowana, zawiera w sobie uwarstwo- wienia, które bez mała odpowiadają budowie pełnego organizmu społecznego. W obrębie po­zornie jednego „stanu” mieszczą się cztery zgo­ła różne i mocno od siebie odcinające się grupy. U szczytu stoją wielkie rody magnackie, potęż­ni dzierżyciele latyfundiów przenoszących ob­szarem niejednokrotnie małe, a nawet średnie księstwa na zachodzie. Poniżej idzie liczne ziemiaństwo zamożne, odpowiadające angiel­skiej „gentry”, w którym jako dalsze odcienia można jeszcze rozróżnić „karmazynów” i

szlachtę średnio sytuowaną, siedząca na jednaj lub paru wsiach. U dołu wreszcie rozlewa się niezmierna rzesza szlachty drobnej, ubogiej, zwana szaraczkową, zagrodową lub zaścianko­wą. Tu spotykamy właścicieli kilkumorgowych zaledwie działek ziemi, którzy ją sami własno­ręcznie uprawiają, jak chłopi, nie posiadają bo­wiem wcale poddanych. Gospodarczo nie róż­nią się oni niczym od zwykłego chłopstwa a często stoją niżej od chłopów lepiej uposażo­nych np. z dóbr królewskich. „Politycznie wy­niesieni ponad chłopa, materialnie nieraz gorzej uposażeni” – mówi o nich Pawiński („Polska

XVI    wieku”). Obok nich na koniec, lub raczej o stopień jeszcze w dół, widzimy bezrolny tłum szlachecki, zwany dosadnie „gołotą”, który żadnej własności nieruchomej nie ma, a zajmu­je drobne urzędy, służy po dworach zamożnego ziemiaństwa lub czepia się pańskich klamek, często zaś niepostrzeżenie wsiąka do miast, chwytając się rzemiosła lub handlu.

W milionie szlachty polskiej ten proletariat szlachecki, z ziemią czy bez ziemi, tworzy tez główny odsetek. Pochodzenie tej warstwy jest różne. Wywodzi się ona czasem z nobilitowa­nych chłopów, częściej jest produktem ciągłego procesu rozdrabniania się własności ziemskiej, który przez działy rodzinne oraz klęski gospo­darcze i wojenne, doprowadził do dwumorgo- wych nawet posiadłości szlacheckich. Już w połowie XVI wieku w różnych stronach Rze­czypospolitej, na Mazowszu, na Podlasiu, na Litwie i na Pomorzu kaszubskim występuje licznie warstwa nazywana urzędownie „nobiles pauperes”, szlachta uboga, szlachta, która póź­niej coraz bardziej będzie się upodobniać do chłopstwa, aby za naszych wreszcie czasów, z utrata specjalnych praw politycznych, schłopieć całkowicie. Zaludniała ona w Polsce całe wsie i całe niemal powiaty. Orał swą szczupłą skibę ziemi ów herbowy chudopachołek, nie odpasu- jąc przy tym szabli na znak szlacheckiego uro­dzenia. Powtarzał sobie przysłowie, malujące dobitnie poziom materialny całej tej dobrze urodzonej biedoty: „Choć boso, a z kordem!” To, iż szlachta polska nie stanowiła jednolitej warstwy społecznej, że rozpadała się na tyle różnych grup specjalnych, odcina ją w jaskrawy sposób od wszelkiej szlachty zachodniej. Że tworzyła ogromną milionową masę ludności, czyni to ją zjawiskiem nie posiadającym zgoła analogii. Nie bez pozorów słuszności też, w po­czuciu nie tylko swego uprzywilejowanego sta­nowiska, ale też tej wielkie siły liczebnej, na­zywała się po prostu „narodem szlacheckim”. Pomiędzy poszczególnymi warstwami szlachty, oddzielonymi od siebie przepaściami różnic majątkowych, istnieje zasadniczo idealna rów­ność, słynna i z duma wyznawana „równość szlachecka”, która stanowi jedną z najbardziej znamiennych cech życia publicznego w Polsce. Od Radziwiłła trzęsącego Litwą do ubogiego szaraczka, wszyscy, bodaj w teorii uznają się za równych jako szlachta i tylko piastowanie urzę­dów publicznych wywyższa jednych nad dru­gich. Na znak równości szlachta, bez różnicy stanowiska, nazywa się „bracią”. Możnowład- ca, sięgający głową poziomu korony królew­skiej, odzywa się do chudopachołka szlachec­kiego odwiecznym zwyczajem „panie bracie”. Duch narodu kodyfikuje to w popularnym i ulubionym przysłowiu „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Istotnie, pod względem prawnym – pominąwszy tylko niewiele znaczą­ce drobiazgi – żadne nie zachodzą różnice po­między poszczególnym warstwami ogółu szla­checkiego. Wszyscy zajmują jednakowe stano­wisko prawne w państwie. Przed wszystkimi w jednakiej mierze stoi otworem udział w spra­wach publicznych i droga do najwyższych za­sług i największych godności, nie wykluczając królewskiej. Dobitnie ilustrują to w praktyce losy rodziny Poniatowskich, w której dziad był nieznanym nikomu szlachetką, syn już pierw­szym senatorem Rzeczypospolitej, a wnuk kró­lem.

Równości tej strzeże szlachta polska miedzy innymi bezwarunkowym zakazem ubiegania się o  tytuły baronów, hrabiów i książąt, co liczne i wciąż ponawiane uchwały sejmowe przypomi­nają każdemu pokoleniu, wychodząc z zasady że nie masz zaszczytu większego, niż być oby­watelem wolnej Rzeczypospolitej. Wyjątkowo tylko rodom książęcym na Litwie i Rusi, które wywodziły się od panujących tam niegdyś drobnych władców, a podpisane była na akcie Unii Lubelskiej, pozostawiono wolność nazy­wania się nadal kniaziami. Król polski nie po­siadał władzy nadawania tytułów szlachcie kra­jowej, mógł ich udzielać tylko cudzoziemcom, a ustawa z roku 1673 nakładała karę dozgonnej infamii na tych, którzy przez przyjęcie tytułu od obcego monarchy poważyli się obrazić zasadę równości. Tak samo, aż do końca nieomal, nie dopuściła szlachta do zaprowadzenia orderów. Próbę Władysława IV ustanowienia orderu Niepokalanego Poczęcia sejm udaremnił. Do­piero w połowie XVIII wieku, wśród po­wszechnego zamętu, przemycono pierwszy pol­ski order Białego Orła. (Duch polskiego „narodu szlacheckiego ” był zatem republikań­ski i demokratyczny w pełnym tego słowa zna­czeniu. Dumny ze swych swobód „naród szla­checki ”, jakich niegdzie nie było na kontynen­cie, a nieraz nad miarę nimi upojony, nigdy przecież, za wyjątkiem zdeprawowanego poko­lenia z końca XVIIi pierwszej połowy XVIII w, nie zamykał się całkowicie przed dopływem z innych warstw ludności. Szlachta polska nie uległa niebezpieczeństwu wyrodzenia się w bezwzględnie skostniałą kastę, lecz zachowała cechy wciąż odnawiającego się organizmu, przy czym droga do tego uprzywilejowanego stanu nie prowadziła przez bogactwa i wpływy, lecz przez zasługę rycerską, która była dostępna i najuboższym: jest to tym znamienniejsze dla charakterystyki ducha narodowego, że od po­łowy XVI w. Nie król posiadał prawo nobilita­cji, lecz sejm, a więc sam „naród”. W żadnym z krajów Europy nie było tak licznych nadań szlachectwa i nie było o nie tak łatwo. (Mężo­wie rycerscy przyjmowali do bractwa swego coraz więcej ludu, przyjmowali całe pułki i całe pokolenia. I stała się liczba braci wielka jako Naród, i w żadnym narodzie nie było tylu ludzi wolnych i bracią nazywających się, jak w Pol­sce. (A. Mickiewicz – „Księgi narodu polskie­go”)

Znanym zjawiskiem jest uszlachcanie całych wsi chłopskich za czyny wojenne. Het­man Zamoyski po zwycięstwie pod Wielkimi Łukami przyjął do swego herbu rodzinnego znaczna część żołnierzy, który to przykład nie­raz się powtarzał. Szczególnie wielu włościan służących woj skowo nobilitowano po wyparciu Szwedów za Jana Kazimierza w nagrodę za oswobodzenie kraju od nieprzyjaciela. Za króla Zygmunta Augusta mnóstwo mieszczan otrzy­mało szlachectwo. Automatycznie uzyskiwali je profesorowie Akademii Krakowskiej. O silnym dopływie z zewnątrz świadczy fakt, że od roku 1601 do 1791 z pośród samych tylko cudzo­ziemców 500 rodzin zagranicznej szlachty otrzymało w Polsce indygenat, a blisko tysiąc obcych rodzin mieszczańskich zdobyło nobili­tację (Fr. Bujak „Z dziejów kultury i gospodar­stwa w Polsce”). Wolności szlacheckie posiada­li nawet Tatarzy osadzeni na Litwie, chociaż od ogóły szlachty oddzielała ich przepaść różnicy religijnej i w pojęciu głęboko katolickiego spo­łeczeństwa polskiego byli oni „niewiernymi”. Rzecz najbardziej jednak znamienna, że przy­puszczano do klejnotu herbowego – ochrzczo­nych oczywiście – Żydów wiec żywioł bez­brzeżnie wówczas wszędzie lekceważony i po­gardzany. Nobilitowano ich już w wieku XVI. W połowie wieku XVII obdarzono szlachec­twem wiele rodzi żydowskich, należących do sekty tzw. frankistów.

Z powyższego przedstawienia rzeczy wynika jasno, że udział w szerokich swobodach poli­tycznych w Polsce, udział w życiu publicznym i wpływ na sprawy państwa posiadała nie jakaś nic nie znacząca garść oligarchów, lecz wielki odłam narodu, milionowa, wciąż pomnażająca się masa ludności. Do urn wyborczych stawało w Polsce 200 tysięcy szlachty. Liczebny stopień tego udziału unaoczni się najlepiej stwierdze­niem, że Francja za Ludwika Filipa (1830 – 1848), jak to z uprawniona dumą mógł Zyg­munt Krasiński podnieść w liście do Lamartina. Posiadała odsetek obywateli uprawnionych do głosowania do ciał przedstawicielskich – mniej­szy niż Polska przed trzema wiekami.

Unie

Swobody wewnętrzne źródłem wzrostu mocar­stwowego. Siła przyciągania. „Wolni z wolny­mi, równi z równymi”. Unie z Prusami, Litwą, Inflantami. Podstawy zjednoczenia z Litwą. Autonomizm polski. Jak u nas „wynaradawia­no”? Patriotyzm państwowy. Dysonans kozac­ki. Trwałość unii.

Ustrój wewnętrzny, oparty na wysoko rozwi­niętej wolności, gwarantujący tak szczodry wymiar praw i swobód obywatelskich, począł wywierać z czasem wpływ atrakcyjny na inne narody i wywołał w następstwie potężny wzrost mocarstwowy państwa polskiego. Drogą specy­ficznie polską, niegdzie indziej niespotykaną w tej postaci, drogą Unii z sąsiednimi państwami i ludami, małe stosunkowo państwo Piastów po­większa coraz to bardziej swoje obszary. Naro­dy sąsiednie, podlegające w domu twardej ręce absolutyzmu lub samowoli oligarchicznej, a pociągnięte urokiem praworządności i swobód, jakie społeczeństwo polskie potrafiło u siebie rozwinąć, poczynają ciążyć ku niemu z zgła­szać dobrowolnie swe przystąpienie do związku z Polską. Przez dwa wieki, od początku wieku XV    do końca XVI, trwa szereg tych bezprzy­kładnych akcesów, dzięki którym Rzeczypo­spolita polska urasta z czasem do rozmiarów największego mocarstwa w Europie.

Przy zawieraniu unii z Litwa postawiła polska nieśmiertelną w swej prostocie zasadę: „wolni z wolnymi, równi z równymi” i zastosowaniem jej osiągnęła zdumiewające wyniki. Prof. St. Kutrzeba podnosi, ze na przekór utartej teorii, jakoby w rozwoju państwa tylko absolutyzm objawił wszędzie siłę spajającą. Polska XVI i XVII    wieków ze swym bujnym rozwojem przewagi czynnika społecznego nad władzą monarszą potrafiła przeprowadzić jedność pań­stwa o wiele lepiej niż despotycznie rządzone Niemcy lub Włoch y. W XVIII wieku Niemcy rozpadały się na półtrzeciej setki udzielnych kraików, wtedy gdy Rzeczypospolita polska stanowiła terytorialną jedność państwową, mi­mo, że w przeciwieństwie do narodowo jednoli­tych Niemiec jaj materiał budowlany przedsta­wił się niemal jako mozaika etniczna.

Łączącą siłę pięści zastąpiła tu skuteczniej łą­cząca siła miłości pojętej tak dosłownie, iż pierwszej unii Polski z Litwą towarzyszyły liczne małżeństwa zawierane między szlachtą obu krajów.„Związkiem miłości”, więc niby mistycznym małżeństwem dwóch narodów na­zwano wręcz dalszą ściślejszą unię polsko – li­tewską w Horodle w roku 1413, której akt przez Polaków ułożony rozpoczynał się charaktery­stycznym wyznaniem:„Nie dozna łaski zbawie­nia, kogo nie wesprze miłość. Ona jedna nie działa marnie: promienna sama w sobie, gasi zawiści, uśmierza swary, użycza wszystkim pokoju, skupia co się rozpierzchło, podźwiga co upadło, wygładza nierówności, prostuje krzy­we, wszystkim pomaga, nie obraża nikogo, a ktokolwiek schroni się pod jej skrzydła, ten znajdzie bezpieczeństwo i nie ulęknie się niczy­jej groźby. Miłość tworzy prawa, włada pań­stwami, urządza miasta, wiedzie stany Rzeczy­pospolitej ku najlepszemu końcowi, a kto j ą pogardzi, ten wszystko utraci. Dlatego też my wszyscy zebrani, prałaci, rycerstwo i szlachta, chcąc spocząć pod puklerzem miłości i przejęci pobożnym ku niej uczuciem, niniejszym doku­mentem stwierdzamy, że łączymy i wiążemy nasze domy i pokolenia, nasze rody i herby….” Polska zapisała w dziejach cały szereg takich dobrowolnych do siebie przystąpień.

W roku 1454 stany pruskie z miastami prawie czysto niemieckimi i szlachta w znacznej części niemiecką lub zniemczoną wypowiedziały po­słuszeństwo oligarchicznemu rządowi Zakonu Krzyżackiego i zwróciły się do Polski z prośbą

o  inkorporację. W dwanaście lat po tym zgło­szeniu się stanęła unia Prus z Polską. Odtąd, od roku 1466, jest pruskie Pomorze Gdańskie inte­gralna częścią Rzeczypospolitej, zachowując atoli pod względem ustrojowym szeroka we­wnętrzna samodzielność. Nowa prowincja po­siada odrębne prawo sądowe, tzw. „korekturę pruską”, odrębny sejm, odrębny skarb z pod­skarbim pruskim. Do końca istnienia Rzeczy­pospolitej posłowie pruscy, kładąc podpisy na aktach elekcyjnych królów, zaopatrywali je za­strzeżeniem „salvis per omnia juribus terrarum Prussiae” (z zachowaniem praw ziemi Pru­skiej). W granicach Prus jeszcze dalej idącą od­rębność administracyjną i sądową zachowuje Warmia z biskupem swym jako księciem na czele. Do tego stopnia sięga swoboda, że nie tylko niemczyzna w tych przyłączonych zie­miach zachowuje cechy języka urzędowego w magistratach, ale posługuje się nią nawet kance­laria królewska w stosunkach z miastami pru­skimi, czego przestrzega tak typowo narodowy król, jak Jan III Sobieski. W roku 1525, z wy­gaśnięciem dynastii Piastów, księstwo mazo­wieckie wyrzeka się swej udzielności i przystę­puje do dobrowolnego związku z państwem polskim; i oni zachowuje przez długi czas od­rębne urządzenia, między innymi własne urzą­dzenia prawne, skodyfikowane pod nazwa „ exceptów mazowieckich”. W roku 1561 akces do Polski zgłaszają Inflanty. Zagrożone pod rządami Zakonu Mieczowego zaborem przez rosnącą potęgę Moskwy, niemieckie to i prze­ważnie protestanckie państewko duchowne, maj ąc do wyboru z j ednaj strony j ednowierczą i pokrewna plemiennie Szwecję i Danię, z dru­giej katolicką Polskę, wybiera tę ostatnią ze względu na widoki uzyskania najszerszego sa­morządu. Rzeczywiście wcielone do Rzeczypo­spolitej polskiej Inflanty zachowują, obok peł­nej swobody wyznaniowej, oddzielne władze, własne sądownictwo, a początkowo osobny sejm. Stopniowo, bez żadnego ze strony pol­skiej nacisku, dokonała się ściślejsza tego kraju asymilacja z całością państwa.

Równolegle do tych trzech mniejszych unii z Prusami, Mazowszem i Inflantami, rozwija się wspomniane już na wstępie olbrzymie, zarówno na rozmiary terytorialne, jak na znaczenie dzie­jowe, epokowe dzieło unii z Litwą historyczną, krajem, który obszarem swym niewiele ustępu­je Francji. Przedstawia się ono jako szereg co­raz ściślejszych umów, zawieranymi miedzy oboma państwami w przeciągu lat dwustu, jest zatem wytworem niezwykle dojrzałej ewolucji. Wśród całego łańcucha ponawianych w obrębie tego czasu unii polsko – litewskich wybijają się trzy główne etapy. W roku 1386 zawarta zosta­ła pierwsza, personalna unia Polski z Litwą przez powołanie na tron Polski wielkiego księ­cia Litwy, Jagiełły, i poślubienie przez niego królowej polskiej Jadwigi. W roku 1413 doszła do skutku unia w Horodle, w której oba narody poręczyły sobie trwałe porozumienie co do na­stępstwa tronu, a szlachta litewska otrzymała zadatki swobód i praw politycznych, jakie już posiadała szlachta polska. W 156 lat po tym nowym zbliżeniu i zrównaniu, po utrzymaniu przez cały ten czas wspólnej dynastii, gdy we­wnętrzne upodobnienia się ustroju i ducha obu państw dokonało się już w głównych zarysach, nastąpiła w roku 1569, na sejmie lubelskim, tym razem realna unia Polski z Litwą, która niewzruszona miała przetrwać, dopóki przemoc z zewnątrz nie obaliła świetnej budowli, wznie­sionej rozumem naszych praojców.

Oba państwa posiadały odtąd wspólnego mo­narchę, który był w jednaj osobie królem Polski i w. Ks. Litewskim, oraz wspólny sejm, który zbierał się na przemian w Warszawie i Grodnie, a przewodniczył mu również na zmianę mar­szałek Korony lub Litwin. Wspólnie występo­wały zjednoczone kraje na zewnątrz jako jedna Rzeczpospolita, wspólnych miały sprzymie­rzeńców i wrogów, wspólnie zawierały traktaty i prowadziły wojny. Poza tym pozostawały od­rębne dziedziny życia i odrębne instytucja dla każdej połowy. Sejm walny, złożony z senato­rów i posłów polskich i litewskich, uchwalał ustawy bądź dla całej Rzeczypospolitej, bądź specjalnie osobno dla Korony i dla Litwy. Za­trzymały oba państwa własną administrację centralną, oddzielne skarby, osobne wojsko, od­rębne sądownictwo aż do trybunału ostatniej in­stancji. (W sądach litewskich, zorganizowanych według polskiego wzoru, obowiązywał miej­scowy kodeks praw tzw.„Statut Litewski”). Władza kanclerzy, podskarbich, marszałków i hetmanów koronnych wraz z cała im podwład­na hierarchią nie sięgała na Litwę i odwrotnie. Obustronna ta autonomia szła tak daleko, że piastować urzędy mogła na Litwie tylko osiadła szlachta litewska, w Koronie tylko koronna. (Oto przykładjak zasady tej strzeżono. W roku 1597zdarzyło się, że biskupem krakowskim mianowany został Litwin, Jerzy Radziwiłł, na odwrót zaś biskupstwo wileńskie miał objąć Po­lak. Wynikła o to zasadnicza sprawa. Zarówno Litwini, jak i Polacy uznali zgodnie, że prece­dens taki jest niedopuszczalny i rzecz zakończy­ła się w ten sposób, że desygnowany do Wilna Polak wcale nie objął urzędu.). W praktyce nie odznaczała się tak owa dwoistość państwa tak silnie, skoro ustrój prawny, administracyjny, skarbowy i wojskowy był tu i tam zupełnie zgodny, skoro zwłaszcza osią, około której ob­racało się życie publiczne, był jeden sejm wal­ny, nie tylko spełniający funkcje ustawodaw­cze, ale i kierujący całą polityką. Nie mniej Li­twa posiadała w stosunku do Polski, aż do epo­ki rozbiorów, niczym nie zachwiane stanowisko państwa współrzędnego i odrębnego, jakkol­wiek mieszkańcy obu krajów – mowa ty oczy­wiście o warstwach wyposażonych w prawa po­lityczne – dzięki swobodom, które ich łączyły, czuli się przede wszystkim obywatelami wspól­nej Rzeczypospolitej.

Lecz oprócz autonomii terytorialnej zna Polska jeszcze autonomie obcoplemiennych grupo nie zajmujących nigdzie zwartego obszaru. Ormia­nie mieszkający w południowych miastach Rzeczypospolitej, posiadali własne sądownic­two i odrębny „statut ormiański”, zatwierdzony przez polskie władze i normujący wewnętrzne stosunki prawne tego handlowego ludu. Żydzi

mieli przez długie wieki w Polsce zupełnie sa­modzielną organizacj ę swego wewnętrznego życia, wyposażona nawet w organy centralne. Dwa razy w roku zbierały się „generalne sejmy żydowskie” (Congressus generalis judaicus – od 1582 do 1764), osobno w koronie i osobno na Litwie, które składały się z przedstawicieli gmin wyznaniowych i jako najwyższa instancja załatwiały różne sprawy objęte żydowską auto­nomią. Sejmom tym przyznane było prawo roz­działu według własnego uznania podatków, które Rzeczypospolita nakładała ryczałtowo na ludność żydowską. Posiadali wreszcie Żydzi własne sądownictwo. Żyd oskarżał Żyda tylko przed sądem żydowskim. Dopiero gdy Żyda oskarżał chrześcijanin, lub odwrotnie, sprawa przechodziła pod sąd królewskiego wojewody, ale i tu zasiadał ławnik żydowski, którego współudział był konieczny dla prawomocności wyroku. O rozległej autonomii Żydów w Polsce odzywają się dziś z zachwytem pisarze naro­dowo – żydowscy. „Jeżeli gdziekolwiek – mó­wi dr M. Rosenfeld (“Polen und Juden” Berlin 1917)-dążymy do autonomii narodowej, to jako ideał przyświeca nam to, cośmy posiadali już w Polsce. Pragniemy powrotu do dawnych trady­cji, chcemy starego samorządu jaki kiedyś w Polsce kwitnął. (Nie tylko jednak prawo było tak szczodre dla Żydów. Wparze z tym szła wy­soka kultura humanitarna społeczeństwa. Hi­storyk żydowski dr Mojżesz Schorr stwierdza w stosunku tego społeczeństwa do ludności staro- zakonnej „ czysto ludzki moment poszanowania godności człowieczej Żydów w odróżnieniu, od wszystkich innych krajów”, który między innymi wyraził się w tym, że znany na Zachodzie ja­skrawy symbol pogardy dla Żydów, tzw „żółta łata ” (w ciągu dwóch stuleci 1370 – 1538 w prawodawstwie polskim spotykamy tylko cztery razy, a potem już nie spotykamy wcale, był „ w praktyce w ogóle całkowicie nieznany” (Schorr

–      „Rechtstellung und innere Verfassung der Juden in Polen. ” Berlin 1917)

Obok odrębności ustrojowych posiadała różno- lita ludność Rzeczypospolitej aż do końca jej bytu całkowitą swobodę j ęzyka. Ze strony ży­wiołu polskiego, niezawodnie górującego kultu­rą nad olbrzymią większością narodów i ple­mion, które wchodziły w skład wspólnego związku państwowego, nie było pod względem językowym żadnego zgoła ucisku. Nikogo Pol­ska nie „wynaradawiała”. Nie mniej wyższe warstwy niepolskie w Rzeczpospolitej, przede wszystkim litewskie i ruskie, przyjęły z czasem całkowicie język polski za swój, nie tracąc przy tym poczucia odrębności narodowo- terytorialnej, co w pewnych swoistych formach przejawiało się nawet u takich ludzi jak Ko­ściuszko. Pomimo, że współczesne pojęcie „wynaradawniania” było na ogół obcym tamtej epoce, musimy sprawie tej poświęcić więcej uwagi z dwóch przyczyn. Po pierwsze dlatego, aby wywlec na światło faktów historycznych oszczerczy fałsz pewnych, mianowicie rosyj­skich i niemieckich pisarzy, jakoby dawna Pol­ska „uciskała narodowo” złączone z sobą ludy. Po wtóre, ponieważ nie brak jednak przykła­dów, ze nawet za czasów istnienia Rzeczypo­spolitej zdarzały się kraje, w których przed­wcześnie dojrzała myśl celowej i siła przepro­wadzonej unifikacji językowej: wystarczy przy­toczyć, że np. w Prusiech już w połowie XVIII wieku w brutalny sposób germanizowano Pola­ków śląskich, między innymi rafinowanym, choć zresztą krótkotrwałym ukazem Fryderyka II,   zabraniającym dawania ślubów parom, które nie wykażą się dostateczną znajomością języka niemieckiego. (Buzek: „Historia polityki rządu pruskiego wobec Polaków”). Ze strony oszczerców obcych wysuwa się głównie zarzut, że Polska „wynarodowiła” wyższe warstwy na Litwie i Rusi litewskiej. Wystarczyłoby zapew­nie powołać się na fakt, że Litwa stanowiła w stosunku do Korony państwo odrębne z wła­snym, jak to widzieliśmy, rządem, administra­cją, sądownictwem i armią, aby wykazać całą niedorzeczność przypuszczenia, iżby Polacy mogli narzucać jej swój język. Ale nie poprze­stańmy na tym, walnym dowodzie i sięgnijmy głębiej.

Nie mogło być mowy o wynarodowie­niu wyższych warstw litewskich, gdyż one w chwili pierwszej osobistej unii z końcem XIV wieku od dawna były językowo wynarodowio­ne, uległszy wpływowi bardziej podówczas wy­robionej białoruszczyzny. Język ten był urzę­dowym na Litwie, w nim zredagowany był są­dowy Statut Litewski. Językiem białoruskim, w chwili zetknięcia się z Polską, posługiwali się bojarzy i panowie litewscy w sprawach nie tyl­ko państwowych, lecz i rodzinnych. Tym j ęzy- kiem biegle sam władał i porozumiewał się z

Polakami Jagiełło. Już Kromer pisał: „Odkąd jęła Litwa po rusku mówić litewski język nie był użyteczny”. Zauważono słusznie („Polska i Litwa dawniej i dziś”), że wobec tego mogłaby być mowa o „ucisku ruskim” co zresztą byłoby także nonsensem, ponieważ nie Ruś panowała nad Litwą, ale Litwa nad Rusią. Taki stan rze­czy zastali Polacy w epoce unii. Zmienić w nim prawnie nic nie mogli i nie zmienili, gdyż wła­dza ich nie sięgała poza Koronę ani wtedy, ani później. Życie dopiero sprowadziło zmiany. Zbiałoruszczona niegdyś dobrowolnie szlachta litewska poczęła z czasem, również dobrowol­nie, ulegać wpływom polszczyzny – j ęzyk bia­łoruski począł ustępować w użyciu potocznym przed wykształceńszym językiem polskim. Po- lonizacja, która była procesem działającym wolno przez parę pokoleń, zatoczyła kręgi wśród wyższych warstw społecznych całej już teraz Litwy jagiellońskiej. Stopniowo, nie­znacznie, bez żadnego nacisku szlachta zarów­no rdzennie litewska, jak białoruska ( a równo­legle z tym w Koronie i ruska) poczęła mówić i myśleć po polsku. Do jakiego stopnia nie było w tej matamorfozie językowej najmniejszej presji ze strony Polaków, świadczy fakt, że już po dokonanym procesie owej polonizacji język białoruski pozostał i nadal na Litwie językiem urzędowym, językiem kancelarii Wielkiego Księstwa Litewskiego i siłą rozpędu wciąż jeszcze obowiązywał w aktach urzędowych. Już w wieku XVII coraz częściej, a po tem stale powtarzało się przez długi czas jedyne w swoim rodzaju curiosum, że szlachta litewsko-ruska podawała do sądów akta pisane po polsku, a są­dy, stosując się do przepisów niezmienionego jeszcze prawa, opatrywały je wciąż formułkami ruskimi. Tym sposobem przetrwała białorusz- czyzna szlachecka na Litwie, o całe niemal stu­lecie, swą likwidacje w życiu. Oto – ucisk!?

Czy mogła być w takich warunkach mowa o jakimkolwiek „tępieniu” przez Pola­ków j ęzyka litewskiego? Już fakt, że sama szlachta litewska go porzuciła, uchyla potrzebę odpowiedzi. Polacy odnosili się do tego języka ludu z tym samym poszanowaniem odrębności, jaki na tylu innych spotykaliśmy polach. Wyna- radawnianie nie było po prostu kunsztem pol­skim. Jako ilustracje do stosunku ukształconego o tyle wyżej żywiołu polskiego do pogardzanej naówczas mowy litewskiej warto przytoczyć, że zanim ustalono prawnie zasadę, iż Polak nie może piastować urzędu na Litwie i odwrotnie, gdy duchowieństwo szło z Korony na Litwę dla ugruntowania wiary chrześcijańskiej i gdy Ka­zimierz Jagiellończyk pragnął wysłać na bi­skupstwo wileńskie Sędziwoja z Czechła otrzymał od tego Małopolanina znamienna od­powiedź: „Miłościwy królu, nie umiem po li­tewsku i już jestem za stary abym się tego języ­ka mógł łatwo nauczyć”. Historyk uchrześcija- nienia Litwy ks. dr Jan Fijałek („Polska i Litwa w dziejowym stosunku”) na podstawie żmud­nych badań stwierdza, że lud litewski przez ca­ły czas trwania Rzeczypospolitej tj. i wtedy gdy polszczyzna była tam językiem całkowicie pa­nującym w warstwach wyższych znajdował pewną opiekę dla swej mowy ze strony spolo­nizowanej już szlachty i Kościoła. Przytoczyw­szy długi szereg faktów i dokumentów z dzie­dziny wyznaniowej autor wspomniany pyta: „Gdzie są tego rodzaju pomniki u innych w Eu­ropie narodów, które by uwzględniały tak jak w Kościele polskim wszystkie języki miejscowej ludności?”. Nie znajdziemy ich w każdym razie u niemieckich rycerzy krzyżowych, którzy jed­nocześnie ogniem i mieczem usiłowali „nawra­cać” plemiona letońskie.

Nieliczni tylko z wykształconych Litwi­nów kultywowali język litewski. Do takich na­leżał kanonik Mikołaj Dauksza, który z końcem

XVI    wieku po litewsku pisał i drukował. Otóż wymowny i charakterystyczny był stosunek te­go pisarza litewskiego do polszczyzny. Może­my o tym przekonać się ze wstępu jego do li­tewskiego przekładu postylli Wujka. We wstę­pie tym Dauksza mówi: „ Z przyrodzenia każ­dy, jako do swej nacji i krwi, tak do swego ję­zyka chęć ma większą i mocno się do niego przywiązuje. Lecz to nie tym umysłem mówię, abym miał ganić umiejętność postronnych ję­zyków, zwłaszcza polskiego, który nam przez owo miłe zjednoczenie Wielkiego Księstwa ze sławną Koroną Polską niemal rodzonym j est, ale tylko ganię zbrzydzenie i niemal odrzucenie języka naszego, właśnie litewskiego” itd.. Więc nawet i ten miłuj ący swą stara mowę plemienną klasyczny świadek nie mógł oskarżać i nie oskarżał Polaków o wynaradawianie.

Polonizacja była dobrowolną. Źródło jej nie stanowiła sama siła przyciągania kultury naszej w utartym i wąskim tego słowa znacze­niu, a więc kultury umysłowej, która tak wysoko stanęła już za Zygmuntów, ale przede wszyst­kim siłą przyciągającą polskiej kultury politycz­nej. Że wpływ stanowczy odgrywały tu czynni­ki ideowe, że była to najgłębsza i najszlachet­niejsza asymilacja, przez WOLNOŚĆ, o tym świadczy fakt, że spolszczyły się nie tylko ję­zykowo zwierzchnie warstwy rusko – litewskie, które kulturalnie stały niżej od nas, lecz także – na kresach zachodnich i północnych – szlachta niemiecka, która pod względem rodzimej kultu­ry intelektualnej nie stępowała bynajmniej Po­lakom. Jeżeli spolszczeniu językowemu uległy zachodnio-pruskie rody Kalksteinów, Den- hoffów, Szlichtyngów, Weycherów, Wolszle- gierów, oraz dziesiątki innych, o miedzę tylko od macierzystych dla siebie terenów niemiec­kich, z których dorobku kulturalnego my sami czerpaliśmy niejednokrotnie, to działał tu jedy­nie urok atrakcyjny tych wolności i swobód, w które tak bogata była Rzeczpospolita, a których nie było po tamtej stronie zachodniej granicy. Na tej samej zasadzie opierała się polonizacja szlachty bałtyckiej, owych Platerów, Borchów, Weyssenhoffów, Tyzenhausów, Manteufflów, Romerów, Mohlów, którzy tylu znakomitych, oddanych i wiernych synów dostarczyli polskiej ojczyźnie, rodów tak daleko od ognisk umy­słowej kultury polskiej oddalonych, jak daleko było z Inflant do Warszawy i Krakowa. (Analo­gie do asymilacyjnej siły polskich ideałów wol­nościowych stanowi stosunek Francji do nie­mieckiej Alzacji, która przeżyła wraz z nią okres Wielkiej Rewolucji. W czasie wojen repu­bliki i wojen napoleońskich niemniej jak 62 ge­nerałów francuskich pochodziło z tej kraju, a nazwiska 28 wyryto na Łuku Triumfalnym w Paryżu. Pomnik francuskiego patrioty gen. Kle- bera (1753-1800) zdobi do dziś Strasburg.) Zasadnicza cecha państwowości naszej była wolność i tolerancja ustrojowa dla wszystkich przejawów odrębności historycznej, czy cywili­zacyjnej lub nawet plemiennej czy językowej. Każda skrystalizowana indywidualność zbio­rowa korzystała w granicach Rzeczypospolitej z pełnych praw do życia i mogła swobodnie się rozwijać.

Na gruncie tak rozwiniętego ustroju wytworzył się w Polsce patriotyzm państwowy, niepodob­ny zgoła do tego, co współcześnie widzimy gdzie indziej, patriotyzm niemal nowoczesnego typu. Swobody polityczne, szerokie i bujne, wiązały każdego obywatela mocno z państwem, kazały mu cenić „Najjaśniejszą Rzeczpospoli­tą”, jako gwarantkę rozlicznych wolności. „Oj­czyzna wasza – mógł słusznie mówić z począt­kiem XVII w. Skarga – matką wam jest, a nie macochą, na ręku was swoim nosi, a krzywdy żadnej cierpieć nie dopuści”, gdy poddani in­nych państw „uciśnienie i tyranie cierpią”. Szlachcic polski, współrządca swego kraju, dumny swym prawnie zabezpieczonym stano­wiskiem człowieka prawdziwie wolnego, pa­trzał z politowaniem na rządzonych autokra­tycznie sąsiadów z zachodu, a z pogarda na niewolniczo podległe ludy najbliższego wscho­du i tym wyżej musiał szanować organizm poli­tyczny własnego państwa. („ Nigdy Polacy – pi­sał Kościuszko w r. 1814 do historyka angiel­skiego Jamesa Mackintosha – nie poddadzą się z własnej woli jarzmu cudzoziemców, albowiem ich charakter zbyt się różni od charakteru ich sąsiadów”. Ten „różny charakter ” był w znacznej mierze wytworem wielowiekowej od­rębnej kultury politycznej i on to przede wszyst­kim udaremnił próby zjednoczenia rozdartych części Polski z państwami rozbiorowymi, które wyrosły na ideologii wprost przeciwnej). Świa­domość ostrej odrębności w stosunku do są­siednich narodów wytwarzała na wewnątrz po­czucie wspólnoty bez względu na plemienne, językowe i wyznaniowe różnice jakie dzieliły mieszkańców rozległej Rzeczypospolitej. Na ogromnych obszarach od morza Bałtyckiego do morza Czarnego wśród odmiennych żywiołów etnicznych i kulturalnych, nachylających się bądź ku łacińskiej, bądź ku bizantyjskiej cywi­lizacji, istniał jeden mocno zarysowany patrio­tyzm państwowy – polski, czerpiący siłę swa w fakcie, iż cała ta różnolita masa politycznie czynnej masy ludności oddychała pełnią swo­bód obywatelskich.

W długim, szeregu pokoleń nie wykazuje histo­ria ani jednej próby zerwania tego świetnego związku państw i narodów, jaki wytworzył ge­niusz dziejowy polski. Związek Polski i Litwy, ze względu na odmienność pierwiastków poli­tycznych, które go utworzyły, oraz nie niespo­żytą swa trwałość stoi jako zjawisko odosob­nione w dziejach. Unia kalmarska trzech państw skandynawskich (1397) przetrwała za­ledwie jeden wiek, a u[padła, jako mówi histo­ryk Danii, Dahlman dlatego, gdyż opierała się głównie na sile materialnej i była sprawą panu­jących, nie sprawą ludów. Unia polska okazała się wewnętrznie niezniszczalną.

Jedyny wybitny dysonans w dziedzinie współ­życia ludów zamieszkujących Rzeczpospolitą tworzy powstanie kozaczyzny w połowie XVII w.

Powstanie to, które zwichrzyło kraj i podcięło jego siłę państwową, było atoli ruchem głównie socjalnym, przynajmniej w pierwszej fazie swego rozwoju. Jaka role w nim grał czynnik narodowo- polityczny, oświetla między innymi fakt, że przedstawicielem Rzeczypospolitej, wysłanym do pertraktowania z Kozaczyzna, był wojewoda Adam Kisiel, Rusin i schizmatyk. W roku 1658 przyszło między Polską i Ukrainą do ugody w Hadziaczu. Rozszerzyła ona Unię Lu­belską i przekształciła jagiellońska Rzeczpo­spolitą w związek federacyjny polsko-litewsko- ukraiński, w którym Ukrainie przypadł podob­ny stosunek do Korony, a jakim do niej pozo­stawała Litwa. Lecz akt ten przyszedł niestety za późno. Zniweczyła go Moskwa ku szkodzie zarówno Polski jak Ukrainy. Polityka wobec Kozaczyzny, i w ogóle schizmatyckiej Rusi, przypadaj ąca na czasy upadku naszej myśli po­litycznej, upadku tolerancji i zdolności łączenia żywiołów różnorodnych, była jednym z naj­cięższych błędów i jedną, z najcięższych win, jakie obarczyły nasza przeszłość. Polska odstą­piła tu od zasad którym zawdzięczała pomyśl­ność wewnętrzną i siłę na zewnątrz i odstęp­stwo to zemściło się na niej.

Jak silną spójnię potrafiła Polska wytworzyć poza tym między ludami przez siebie sfedero- wanymi, jaka trwałość wykazały unie polskie, świadczy fakt, że nawet gdy Rzeczpospolita ostatecznie przestała istnieć i znikł węzeł pań­stwowy, łączący jej różnorodne części, to długo jeszcze, niejednokrotnie aż dotąd, trwa ciążenie ku Polsce krajów, które niegdyś stanowiły z nią jeden organizm państwowy. Największy z nich, Litwa, wchodzi w skład imperium rosyjskiego od lat 120 z górą, niemniej w warstwach, które były historycznie czynne uznaje się i po rozbio­rach w dalszym ciągu za przynależną do Polski. Żadne wysiłki, których wszechpotężna Rosja nie szczędziła, nie były w stanie wytępić tego poczucia przynależności, żaden nacisk nie mógł stłumić w historycznej warstwie litewskiej pa­mięci, że żyła kiedyś w wolnym i szczęśliwym związku Rzeczypospolitej Polskiej. Od lat trwa Litwa wiernie u boku Polski podczas wszyst­kich jej walk o odzyskanie wolności. Nie tylko w epoce rozbiorów, gdy w Warszawie wybucha powstanie Kościuszki, porywa za broń także Wilno: to samo bowiem dzieje się przez cały wiek XIX. W walce z Rosja w roku 1831 leje się pod wspólny sztandarem krew zarówno w Polsce, jak na Litwie. W latach 1836 – 1838, gdy w wyczerpanej Warszawie zaległo głuche odrętwienie, Litwa porywa się sama do nowych spisków, których przywódcy litewscy Konarski, Zawisza, Wołłowicz, wraz z tysiącami uczest­ników ponoszą męczeńską śmierć za próbę od­budowania Rzeczypospolitej. W roku 1863 po­wstanie ogarnia znowu obydwa kraje, a rok przed tym niebywała procesja dwu narodów spotyka się w Horodle, aby na tym historycz­nym miejscu odnowić uroczyście przedwieczne śluby unii.

Pierwiastków odmiennych, stopionych niegdyś dobrowolnie w jedną polityczną całość niepo­dobna oddzielić od siebie ani w rzeczach, ani w ludziach. Tragiczny Reytan, który na sejmie warszawskim z rozpacza protestował przeciwko rozbiorowi Polski, to syn Litwy. Człowiek, któ­rego imię stało się synonimem najwyższych polskich ideałów, który na krakowskim rynku przysięgał wypędzić z Polski najeźdźców, Ta­deusz Kościuszko, to również Litwin. Mocarz polskiego ducha, genialny wyraziciel jego tęsk­not i wzlotów, Adam Mickiewicz, którego szczątki pochowała Polska w królewskich swych grobach na Wawelu, to także Litwin. Po­tomkowie tych, co imieniem Litwy zaprzysię- gali niegdyś wieczna wiarę wspólnej Rzeczpo­spolitej, historyczne rody Radziwiłłów, Sapie­hów, Czartoryskich, Czetwertyńskich, San­guszków i dziesiątki, setki i tysiące innych, do­chowali tej wiary do dziś, niezłomni w swym poczuciu i jedności z Polską.

Mamy tu przed sobą dziwne zjawisko dziejowe: unia polsko-litewska przeżyła istnienie państw, które ja zawierały. Treść aktów politycznych spisanych w r. 1413 i 1569, po upływie wielu stuleci żyje w duszach ludzkich, choć akty z państwowych kancelarii przeszły dawno do szaf muzealnych, a postanowieniom ich zabrakło si­ły wykonawczej. Taka spiżową trwałość wyka­zało dzieło polskiej mądrości stanu, które łączy­ło wolnych z wolnymi i równych z równymi.

Swobody jednej warstwy

Wyjątkowe pretensje do Polski. Mieszczań­stwo. Stulecie upadku. Losy polskiego samo­rządu miast. Położenie chłopów w Polsce i w Europie. Reformy XVIII wieku.

Z psychiki narodu. Stan prawny a rzeczywisty. Niewolnictwo w Stanach Zjednoczonych. Wła­ściwa miara oceny

Jakkolwiek Rzeczpospolita Polska była wybit­nie państwem wolnościowym i rozwinęła w tym kierunku ogromne bogactwo twórczej my­śli politycznej, to przecież często, nie tylko ze strony obcych źle poinformowanych lub też wrogich nam pisarzy, których sądy bywają przykrawywane do podejrzanych interesów bieżących, ale także ze strony samych Polaków wychowanych na samobiczującej się nowszej historiografii naszej, zdarza się słyszeć, że wszystko to traci właściwie na wartości, gdy z Polska stanowiła raj dla jednej tylko uprzywile­jowanej warstwy społecznej, podczas gdy dale­ko liczniejsza ludność mieszczańska i chłopska przeżywała równocześnie całe wieki w najbar­dziej opłakanych warunkach.

Mogłoby się zdawać wobec takiego zarzutu, ze tzw. Niższe warstwy stąpały w innych krajach Europy po różach, kiedy w szlacheckiej repu­blice polskiej przezywały długi okres istotnie ciężkiej i twardej niedoli. Nie! Każdy szkolny podręcznik poucza, że chłop był w pewnych epokach dziejów wszędzie gnębiony, miesz­czaństwo było wszędzie z praw odarte. Lud rolny w Europie od drugiej polowy XVI wieku coraz to cięższym jarzmem robocizny był przy­twierdzony do gleby, a ucisk pańszczyźniany przybrał tak wielkie rozmiary, że zadawano so­bie w tych czasach pytanie, czym lepiej być: czy długo pielęgnowaną a krótko ścigana zwie­rzyną, czy wiecznie ściganym a nigdy nie pie­lęgnowanym chłopem-poddanym (was es bes- ser habe, das lang gehegte und kurtz gehetzte Wild, oder der stets gehetzte und nie gehegte Unterthan” – Janssen „Geschichte des deut- schen Volkes”). We Francji pisał w roku 1688

Jean de la Bruère: „Widać po wsiach pewne dzikie zwierzęta, samców i samice, czarne, opa­lone od słońca, przywiązane do ziemi, którą ry­ja i kopią z zaciekłością. Kryją się na noc do jam, gdzie żyją czarnym chlebem, wodą i ko­rzeniami. Maja jak gdyby mowę, a gdy wstają na nogi, pokazują twarz ludzką: w istocie są to ludzie”. Nie potrzeba chyba dodawać, że to są chłopi. Mieszczaństwo po świetnym rozkwicie średniowiecza znalazło się również mniej wię­cej wszędzie w upadku. Traciło nie tylko prawa polityczne, ale i warunki materialnego rozwoju. W Niemczech w XVI wieku szlachcic – zupeł­nie jak w Polsce – był wolny od cła. Jeśli spro­wadzał dla siebie towar, lub gdy własny pro­dukt wiejski wywoził, pod osłona zaś tego przywileju dopuszczano się nadużyć na szkodę miejscowego przemysłu i handlu. Nieliczne tylko, wyjątkowe umysły ówczesne, zarówno w Europie jak u nas, zdawały sobie sprawę, że i niesłusznym i szkodliwym dla państwa jest upośledzenie nie-szlachty. Powszechnie przyj­muje się to za rzeczy usprawiedliwione histo­rycznym rozwojem pojęć. Nikomu, o ile idzie o stosunki na zachodzie, nie przychodzi do głowy dzika myśl, aby do oceny tych zjawisk przykła­dać ściśle dzisiejszą miarę. Tylko Polska sta­nowić ma osobliwy wyj ątek. Położenie warstw nieszlacheckich w Polsce przedwiecznej mierzy się miarą nie owoczesnych pojęć, lecz pojęć

XIX    i XX wieku i konstruuje się na tej podsta­wie z łatwością druzgoczące oskarżenia. Niedo­rzeczność tych oskarżeń i pretensji urąga wszelkiemu historycznemu myśleniu. Z taką samą racj ą można by wszakże obwinić o nieuc­two Newtona i Kopernika, którzy nie rozumieli w swoim czasie wielu zjawisk przyrodniczych, oczywistych dziś dla najmniej pojętego ucznia wiejskiej szkółki.

Chociaż jednak dla oceny warunków bytu wło- ściaństwa i mieszczaństwa w Polsce jedynie dopuszczalnym probierzem mogą być wyobra­żenia owej odległej epoki, spróbujmy przeko­nać się, czy pod niejednym względem położe­nie to nie było, podobnie jak położenie szlach­ty, korzystniejsze niż w krajach ościennych. Przede wszystkim słowo o ekonomicznym sta­nie miast naszych.

„Te nędzne mieściny – pisze w roku 1810 Wawrzyniec Surowiecki („O upadku przemysłu w Polsce”), w których dziś widzimy rynki pu­ste, ratusze bez okien i dachów, w których się teraz czołga kilkuset biedaków bez sposobu do życia, liczyły niegdyś po kilkaset różnych warsztatów rzemieślniczych”. Wyjmijmy z cennych badań Surowieckiego dla przykładu parę najnędzniejszych miejscowości, wśród których są i takie co dziś raczej do ubogich osad wiejskich, niż do miasteczek podobne, z trudem niejednokrotnie dadzą się wyszukać na karcie geograficznej. Oto jakiś Ostrów pod Warszawą – składający się z 93 chałup – liczył sobie samych rzemieślników 200, Stanisławów Mazowiecki 263, Garwolin 192, Wyszogród 308,Pyzdry 215,Łęczyca 161,Przasnysz 399. Jakże wobec tego ludnie i bogato musiały wy­glądać miasta średnie i większe. Kraków miał mieszkańców 80 000, w czasie gdy Hamburg 6 do 7 tysięcy. W jednym z przeszłych stuleci ist­niało na obszarze naszej ojczyzny około stu drukarni. Bogactwem, wykształceniem rywali­zowały wyższe warstwy mieszczańskie ze szlachtą. Niewątpliwie w związku z rozkwitem handlu w Polsce znajduje się niezwykle wcze­sne, wyprzedzające nawet całą Europę zapro­wadzenie regularnego ruchu poczt i jednakowej taryfy za listy bez względu na odległość: u nas w roku 1583, na zachodzie w XVII wieku, a gdzie niegdzie i znacznie później. O żywym tętnie interesów handlowych mówi również wczesne ujednostajnienie miar i wag w całej Polsce, czego żadne państwo podówczas jesz­cze nie znało (wszędzie obowiązywały miary i wagi prowincjonalne), a co na kontynencie po nas dopiero rewolucja francuska uczyniła. (Henryk Radziszewski: „Polska idea ekono­miczna”).

Do jakiej epoki odnoszą się owe objawy bujne­go gospodarczego życia naszych miast i nasze­go mieszczaństwa? Czy to w średnich wiekach pracowały setkami rękodzielniczych owe nędz­ne dziś mieściny? Nie. To wszystko, co przyto­czyliśmy wyżej, działo się w wieku XVI i z po­czątkiem jeszcze wieku XVII – równocześnie za tym z od dawna już osiągniętym szczytem praw, wolności i swobód politycznych szlachty polskiej. Upadek ekonomiczny mieszczaństwa naszego, którego przyczyną stały się za równo długoletnie wyniszczające wojny jak szkodliwe, lecz odpowiadające pojęciom owego czasu wy­jątkowe uprawnienia szlachty, przyszedł w po­łowie XVII wieku i trwał nie wiele dłużej, niż jedno fatalne stulecie, wtedy, gdy niejednokrot­nie i rynki miast zachodnioeuropejskich trawą zarastały.

A teraz prawno-polityczna strona obrazu. Zachwiało się stanowisko polskiego mieszczań­stwa, gdy moralna i umysłowa wartość spo­łeczności szlacheckiej uległa obniżeniu, gdy swobody tej przodującej warstwy, doszły do zenitu – zetknęły się z generacją, która z twórczego poziomu wielkich ojców stoczyła się na poziom biernego użycia. Nie był przecież mieszczanin w Polsce nigdy pozbawiony praw obywatelskich w zupełności, nie tylko w swej gminie miejskiej, ale i na szerokiej widowni ogólno-państwowej. Konstytucja „Nihil Novi”, która na całe stulecia zdecydowała o ustroju państwa, uchwalona została na sejmie radom­skim w 1505 roku głosami szlachty i miesz­czan. W XVI wieku mieszczanie miast królew­skich brali udział we władzy prawodawczej, („Sejm piotrkowski roku 1565, który przepro­wadził szereg uchwał, dotyczących polityki handlowej, odbył się właśnie przy udziale po­słów miejskich, którzy bronili swoich interesów i do których życzeń Izba poselska stosowała się niejednokrotnie, przyjmując poprawki rozmaite w ustawach ” – a Szelągowski: “Pieniądz i przewrót cen w XVI i XVII wieku w Polsce “) zdobywali wyższe urzędy w Rzeczypospolitej, a rycerstwo nie wahało się urzędownie nazywać ich „braćmi” (Łoziński: ”Patrycjat i mieszczań­stwo lwowskie w XVI i XVII wieku”). Nie znajdujemy nigdzie w polskim prawie pań­stwowym przepisu, usuwającego mieszczan od udziału w sejmach. W roku 1573 konfederacja generalna warszawska mówi o sobie: „My rade koronne duchowne i świeckie, rycerstwo wszystko i stany insze jednej a nierodzielnej Rzeczypospolitej”. Wyrażenie „insze stany” stosowało się do miast. We wszystkich następ­nych konfederacjach generalnych oraz sejmach konwokacyjnych i elekcyjnych znaczniejsze miasta biorą udział przez swych posłów. Prawo do czynnego uczestnictwa w akcie tak ważnym, jak wybór króla, posiadają miasta Kraków, Wilno, Lwów, Poznań, Warszawa, Lublin, Ka­mieniec, Gdańsk, Toruń, Elbląg i wykonują je do samego końca. Reprezentanci miast poja­wiają się na sejmie 1668 roku i podpisują abdy­kacje Jana Kaziemierza. W roku 1733 potwier­dzają „Pacta conventa”. W obu wypadkach dzieje się to w okresie szczytowej samowładzy szlacheckiej i świadczy – zauważa słusznie je­den z pisarzy politycznych J. Grabiec – że może głównie bierność i nieumiejętna polityka mieszczaństwa stały na przeszkodzie pełni jego praw obywatelskich i że stanowość polskiego prawa państwowego była raczej jego zwyrod­nieniem, niż cechą zasadniczą. W tej samej epoce hegemonii szlachty, w XVII i XVII wie­ku, mnożyła się liczba miast, w których magi­straty uzyskiwały tytuł „nobiles” w miejsce dawnego „spectabiles et famati”, uszlachcenie to zaś magistratu jako organu publicznego, na­kazywało traktować miasto, jako osobę prawną na równi ze szlachtą. Gdy w innych krajach mieszczanie pozbawieni byli prawa posiadania majątków ziemskich (w Prusiech aż do roku 1807), to w Polsce prawo to przysługiwało po wszystkie czasy mieszkańcom większych miast jak Lwów, Kraków, Wilno, Lublin, a ponieważ względnie łatwo było uzyskać w nich obywa­telstwo, przeto zakaz władania ziemią przez mieszczan nie istniał właściwie nigdy w pełnej sile.

Jeszcze dobitniej zarysowuje się różnica w in­nej, ważniejszej dziedzinie: w dziedzinie samo­rządu komunalnego. Na zachodzie w XVII i XVIII w stary samorząd miast został w wielu krajach bądź skrępowany do ostatnich granic i zamieniony w fikcję (członków rad miejskich i urzędników miejskich mianowała wprost wła­dza monarsza), bądź też został zupełnie skaso­wany. W Polsce poddano rady miejskie pod nadzór królewskich starostów, ale wewnętrzny ich ustrój pozostawiono nietknięty. Gdzie in­dziej sadownictwo i policję w miastach objęły częściowo lub całkowicie organy królewskie, w Polsce funkcje te autonomiczne nigdy nie były nigdy odebrane. Wreszcie konstytucja 3 maja 1791 roku, uzupełniając to, co z biegiem czasu uległo uszczupleniu, a zarazem rozwijając zgodnie z pojęciami nowoczesnymi, dobrowol­nie, bez żadnego nacisku „ z dołu”, osobną ustawą uchwaloną wyłącznie głosami szlachec­kimi, wyposażyła miasta zreformowanym, peł­nym i szerokim samorządem. Dwa różne sys­temy rządzenia: centralizm, który wszystko ni­welował w autokratycznie rozwijającej się resz­cie Europy, i bujny polski autonomizm, rzucały i tu swe refleksy

Przyjrzyjmy się z kolei najliczniejszej klasie narodu, ludności włościańskiej.

W okresie największego rozkwitu praw poli­tycznych szlachty chłop polski – przez szereg wieków wolny kmieć, podlegający sądownic­twu swoich sołtysów – zepchnięty zostaje do stanu poddaństwa i podporządkowany nieogra­niczone z czasem władzy patrymonialnej pana. Drogą ta idzie nie sama Polska, lecz także Eu­ropa Zachodnia, a idzie tak szybko, że nas znacznie wyprzedza. Wcześniej i w sposób nie­równie dotkliwszy ukształtowało się tam pano­wanie szlachty nad ludem, rozwijając się w ciemięstwo pełne odrażających okrucieństw. Pomimo smutnego położenia poddanych nie było w Polsce ani owych książąt noszących na sobie pasy ze skóry chłopskiej, ani nędzy która zmuszała ludność pograniczną do gromadnych ucieczek, ani handlu ludźmi, który kwitnął jeszcze w XVIII wieku w samym środku Euro­py (dostawa rekrutów za gotówkę do Anglii przez landgrafa heskiego Fryderyka w latach 1776 – 1784), ani, za wyjątkiem wiecznie burz­liwych ukraińskich kresów Rzeczpospolitej, krwawych buntów poddanych, ani straszliwych wojen chłopskich, po których następowały akty szalonej represji. Wybuchów rozpaczy w klasie włościańskiej, jakimi zapełnione są karty histo­rii europejskiej, nie spotyka się u nas. (Historia nasza zapisała jedyny znaczniejszy „bunt” pol­skich chłopów pod wodzą Kostki Napierskiego na Podhalu w 1651 roku, o rozmiarach wprost miniaturowych w stosunku do tego co w tym czasie działo się na Zachodzie). Natomiast obce źródła wyraźnie stwierdzają, że chłop z krajów sąsiednich często uciekał do Polski, aby popra­wić swój byt. Podczas pierwszego rozbioru rząd rosyjski jako jedną z rzekomych krzywd sobie wyrządzonych przytoczył, że 300000 chłopów z pogranicznych krajów moskiewskich uciekło do Polski (Tadeusz Lubomirski „Ludność rolni­cza w Polsce”). Chronili się u nas tłumnie chło­pi z Pomorza, ze Śląska, z Moraw. Gdy w XVIII    wieku rząd austryjacki doprowadził do traktatu o wydawanie zbiegów – jedyna Polska wyrzekła się prawa wzajemności, gdyż wło­ścianie jej nigdzie nie uciekali.( Grunberg – „Bauernbefreiung in Bohmen, Mahren u. Schlesien” – „Die reciproitat scheint auch von diesen Landern, mit Ausnahme Polens, gewahr worden zu sein, was sich leicht dadurch erklart, da wohl schlesische Unterthanen in grossen Massen nach Polen fluchteten, nicht aber um- gekehrt”)

W najgorszej nawet epoce nie było w Polsce pastwienia się nad poddanymi, tak często spo­tykanego gdzie indziej, a dotąd nie znaleziono śladu, by szlachcic korzystając z prawa patry- monialnego, wykonał kiedykolwiek karę śmier­ci na chłopie. Los chłopów był tu ponadto kró­cej ciężkim, niż w innych krajach, gdyż tylko w wieku XVII i XVIII, gdy jeszcze XVI zachował sporo z blasku złotego okresu dwóch poprzed­nich stuleci. „ Wymiar pańszczyzny i pokrew­nych jej świadczeń – stwierdza Oswald Balzer, znakomity znawca ustroju Polski – nie doszedł był nigdy do tych granic, jakie tu i ówdzie usta­liły się na Zachodzie”. Przytem, spełniając po­winności dworskie, odrabiaj ąc pańszczyznę, płacąc czynsz, chłop wiedział, że w zamian miał prawo do opieki pańskiej, że w razie ele­mentarnej klęski dozna ulgi w opłatach i zapo­mogi w inwentarzu, zaś pewną autonomię, pe­wien współudział w załatwieniu spraw bieżą­cych, dawały mu instytucje gromadzkie, któ­rych postanowienia przybierały niejednokrotnie charakter ustaw (Ulanowski – „Wieś polska pod względem prawnym od XVI do XVII w.”). Nie można również zapomnieć, że znaczna część stany włościańskiego – włościanie dóbr koronnych, a po części i duchownych – korzy­stała z pewnych praw cywilnych pod opieką państwa.

Zabiegi na koniec prywatne około poprawy po­łożenia ludu przybrały w Polsce o wiele więk­szą miarę niż gdziekolwiek indziej. Polska mia­ła pod tym względem stare i dobre wskazania, gdyż w najlepszej epoce dziejów narodu w XVI w wołali o to Skarga, Górnicki, Ostroróg, a znakomity pisarz polityczny, Andrzej Frycz Modrzewski, domagał się wręcz zniesienia poddaństwa i zrównania wszystkich wobec prawa, wtedy, gdy o możliwości takiego postu­latu nikomu jeszcze nie śniło w Europie.. Z po­czątkiem XVIII w. Utorował drogę idei podnie­sienia stanowiska prawnego, dobrobytu i oświa­ty włościan król Stanisław Leszczyński w swym traktacie „Głos wolny” (rozdział „Plebe- i”). Inicjatywa społeczna w tym kierunku szyb­kie poczyniła postępy i wydała znakomite owo­ce. Próby zreformowania stosunków włościań­skich w duchu nowoczesnym, rozpoczęte w ro­ku1740, objęły wielkie latyfundia magnackie Jabłonowskich, Zamoyskich, Lubomirskich, Brzostowskich, Chreptowiczów, Potockich, Czartoryskich, Poniatowskich. W drugiej poło­wie tego wieku prąd ten stał się prawie po­wszechnym. Zrywano z pańszczyzną, zamie­niano robociznę na czynsz, nadawano włościa­nom wolność osobistą, obdarzano ich samorzą­dem. „Wszędzie – stwierdza T. Lubomirski („Rolnicza ludność w Polsce”) – dziedzice zrzekają się przewagi władzy patrymonialnej, wszędzie wznawiaj ą lub tworzą samodzielny ustrój sądowy i wszędzie objawia się ruch re­stauracji gmin i ich niezawisłości”. O rozmia­rach tej samorzutnej reformy może dać wy­obrażenie fakt, że posiadłości Stanisława Ponia­towskiego, w których większą część poddanych wyzwolono „uczyniono właścicielami”, liczyły same tylko do 400.000 ludności. „Nie dopusz­czając się przesady – mówi A. Rembowski („Porównanie konstytucja stanowych”) – moż­na utrzymywać, ze w żadnym z krajów europej­skich inicjatywa prywatna nie uczyniła tyle do­brego dla włościan i to z takim niezaprzeczo­nym zaparciem się stanowych interesów, co w Polsce.

Wielka reforma państwowa 3 maja 1791 roku położyła prawne warunki bytu warstwy wło­ściańskiej . Była ona, przy całej swej połowicz- ności, tak liberalną w porównaniu ze stosunka­mi panującymi u sąsiadów, że kanclerz rosyjski Biezborodko bał się „rozprzestrzeniania się pol­skiej zarazy” („ wolność włościan – pisał 25 li­stopada 1794 roku – może również rozdrażnić naszych wieśniaków”),. A cesarz Austrii rozka­zał gubernatorowi Galicji pisać memoriał „co robić należy dla mieszczan i chłopów wobec reform dokonanych w Polsce”. W trzy lata póź­niej, w roku 1794, Kościuszko, jako naczelny wódz i faktyczny dyktator narodu, poszedł o znaczny krok naprzód ogłaszaj ąc w uniwersale połanieckim nowe ważne postanowienia na ko­rzyść włościan. Ostatni ten akt prawny niepod­ległego państwa polskiego, reguluj ący stosunki włościańskie, zapewniał ludności chłopskiej między innymi bezpośrednia opiekę rządu, nie­usuwalność z uprawianego gruntu i wolność osobistą – zdobycze niezmiernej jak na swój czas doniosłości. Ta reforma wydała się naszym sąsiadom tak wywrotową, że generał moskiew­ski Cycjanow po bitwie pod Maciejowicami ogłosił w Grodnie ukaz, w którym nakazywał „uległość panom według dawnych zwyczajów” i zabronił powoływać się na uniwersał Ko­ściuszki. (po rozbiorach Polska, pozbawiona własnych organów państwowych, już nie mogła kontynuować reformy włościańskiej, a rządy rozbiorowe tamowały na naszych ziemiach ce­lowo wszelką w tej dziedzinie inicjatywę spo­łeczną, pragnąc jak najbardziej pogłębić prze­dział miedzy ludem i szlachtą. W różnych dziel­nicach podejmowano bezskutecznie prób usta­wodawczego rozwiązania kwestii włościańskiej w duchu nowoczesnym. Rządy obce zachowy­wały się opornie lub paraliżowały te akcje. W Galicji ówczesny ruch rewolucyjny podniósł hasło uwłaszczenia włościan. W Królestwie pierwszym aktem rządu powstańczego z roku 1863 było uwłaszczenie, co zmusiło rząd rosyj­ski do wprowadzenie tej reformy w życie. Histo­ryczny manifest Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, datowany z Poitiers, ogłosił, już w roku 1836program przyznania ziemi włościa­nom na własność. Gdyby Polska nie została przez rozbiory pozbawiona swobody ruchów, byłaby jedna z pierwszych w Europie rozwiąza­ła u siebie kwestię włościańską.)

Obok tych faktów znajdziemy w dziejach Pol­ski jeszcze pewne momenty psychologiczne, które pośrednio mogą nam posłużyć do odtwo­rzenia obrazu rzekomego „piekła” chłopskiego w Polsce, a posiadają również wartość doku­mentalną. I tak niezmiernie wiele mówi stosu­nek szlachty z końca XVIII wieku do Ko­ściuszki. Kościuszko reprezentował to, co dzi­siaj nazwalibyśmy radykalizmem społecznym. Podczas sześcioletniego pobytu w Ameryce dojrzały w nim przekonania demokratyczne zu­pełnie nowoczesne, które po powrocie do kraju w całym swym publicznym działaniu śmiało i jawnie wyznawał. Parafrazując deklaracje Jeffersona, głosił, że „w naturze wszyscy równi jesteśmy”, przystosowuj ąc zaś tę zasadę do sto­sunków praktycznych, szerzył pogląd, ze „sło­wo poddany powinno być przeklęte u oświeco­nych narodów”. Gdy ujął za broń przeciw na­jazdowi- oświadczył wyraźnie, że „za samą szlachtę bić się nie będzie”, że ”chce wolności całego narodu”, a po zwycięskiej bitwie pod Racławicami,. W której krakowscy kosynierzy wzięli szturmem armaty moskiewskie, przebie­ra się manifestacyjnie w chłopską sukmanę. Po­tem przyszedł uniwersał połaniecki,. Akt kom­promisowy, ale w danych warunkach prawnych oznaczający niemal przewrót. Szlachta, gdyby wyglądała w stosunku do chłopów tak czarno jak ją malują tendencyjni portreciści, powinna tego człowieka obwołać dawno Jakobinem. Wcale nie. On był wszak dyktatorem szlachec­kiej Rzeczypospolitej. Jego postać już wówczas otoczył powszechny entuzjazm. Noszono jego medaliony, rozpowszechniano tysiącami jego portrety, wielbiono w nim bohatera. Ten kult ze strony społeczeństwa przecież wyłącznie szlacheckiego, kult, któremu nie przeszkodziły bynajmniej wyznawane tak dobitnie przekona­nia socjalistyczne Kościuszki, jest nader cha­rakterystyczny. Gdyby nie było innych świa­dectw, on jeden wystarczyłby za dowód, że przepaść między szlachtą ludem w Polsce nie była chyba – niezgłębioną. (coś mówi także fakt, że małżeństwo szlachcica z kobietą innego stanu, a więc i włościanką, nie miało żadnego wpływu na uprawnienia potomstwa. Dzieci nie traciły przez to „klejnotu ” szlacheckiego.)

Do praktykowanych gdzie indziej orgii ucisku chłopa nie dopuszczał także wrodzony Polakom łagodny charakter, owa „dulcis sanguis Polono- rum”, zaobserwowana przez obcych już W XVI wieku, charakter, który nawet wobec nieprzyja­ciela nie zatracał w sobie ludzkiego poczucia. Dla ilustracji przytoczymy przykłady choćby pierwsze z brzegu. Rada Najwyższa Narodowa, która w roku 1794 kieruje ostatnią obroną Pol­ski przed najazdem, rzuca ludowi swemu wzniosłe pouczenie, że „kiedy o zemście na nieprzyjacielu mówią, nie rozumie się przez to zemsty na ludziach kraju moskiewskiego bez­bronnych, w pojmaniu lub zabezpieczeniu na­rodowym zostających, których los należy sza­nować”, „idzie o zemstę godna Polaka przez okazanie odwagi” itd. W roku 1831 oswobo­dzona chwilowo Warszawa daje wspaniały przykład ludzkości wobec wroga: lud okazuje miłosierdzie jeńcom, ranni żołnierze polscy ustępują miejsca na wozach rannym moskiew­skim, a rząd narodowy umieszcza w budżecie wydatek na utrzymanie szkoły dla pozostałych dzieci rosyjskich. (A. Kraushar „Życie potoczne Warszawy 1830 – 1831”). W narodzie, który wobec wroga miał tyle ludzkości okazać, nie mogło być okrucieństwa wobec własnego ludu. To też ciężkie prawo które normowało w ubie­głych wiekach byt chłopa polskiego, było raczej łagodzone niż zaostrzane w praktyce. Przekonawszy się, ze nie tak czarno wyglądało u nas położenie mieszczaństwa i włościan, jak to głosi kursujące oszczerstwo, stwierdźmy te­raz, że położenie to – aczkolwiek smutne – nie może być żadną miarą podstawą do kwestio­nowania wartości swobód i praw politycznych, które Rzeczpospolita szlachecka tak bujnie rozwinęła. Zaprzeczać tej wartości jest to po­pełniać taką samą bijącą w oczy niedorzecz­ność, jak gdyby ktoś chciał utrzymywać, że Francja nie była nigdy narodem rycerskim, gdyż ta typowa cecha jej rozwinęła się w ra­mach jednej tylko warstwy.

Zjawisko szerokiego wymiaru praw dla ograni­czonej części zaludnienia nie przeszkadza wszak, iż dotąd ludzkość żywi podziw do staro­żytnych republik z ich wysoka kulturą wolności i demokracji. Jeszcze dobitniej występuje to na przykładzie, późniejszym nie tylko pod tych przedtysiącletnich ustrojów, ale – od Polski, na przykładzie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Konstytucja federacyjna tego pań­stwa, jedna z najliberalniejszych na świecie, uposażając prawami politycznymi całą ludność

–    białą, nie przyznała ich murzynom, co więcej, nie zniosła ich niewolnictwa. „Wszyscy murzy­ni, wraz z potomstwem istniejącym i przy­szłym, maja pozostać na zawsze niewolnikami i będą podlegać kupnu, darowiźnie i przysądze­niu na równi z majątkiem ruchomym i zgodnie ze swa naturą” – głosiły ustawy kraju, który miał już za sobą nieśmiertelną Deklarację Jeffersona. Aż do roku 1866 w nowoczesnej, na wskroś demokratycznej republice północno­amerykańskiej istniało i było prawnie uznane niewolnictwo kilkumilionowej warstwy ludno­ści! Nikomu przecież dotąd nie przyszło do głowy, aby kwestionować z tego powodu wiel­kość tych zasad, jakie zajaśniały przy narodzi­nach wolnej Ameryki i których doskonałym rozwinięciem świeci ona do dziś starej Europie. Gdy tą samą miarę zastosujemy do idei i praw­no – państwowych urządzeń szlacheckiej Rze­czypospolitej Polskiej, to okaże się w całej peł­ni niedorzeczność pseudo-krytyki dziejowej, która odmawia im znaczenia z powodu upośle­dzonego stanowiska mieszczaństwa i włościan. Skoro bowiem z praw politycznych i obywatel­skich zostały obdarte gdzie indziej wszystkie warstwy społeczne, a w Polsce przynajmniej jedna, niezmiernie liczna, te prawa posiadała, skoro tam od kaprysu jednego człowieka zależą losy całych państw, a w Polsce milion ludzi ma zabezpieczony współudział w rządach, to jakie- goż żonglerstwa logicznego lub grubej złej woli trzeba, aby wysokiej wartości swobód polskich przeczyć dlatego, że z nich nie korzystał cały naród – choćby nawet jego szerokie i pełne po­jęcie nie było dziełem ostatnich dopiero cza­sów.

Tolerancja wyznaniowa

Swoboda religijna jako następstwo swobód po­litycznych. Położenie Żydów. Wobec reforma­cji. Ustawa tolerancyjna z roku 1573. Równo­uprawnienie wszystkich wyznań. Polska schro­nieniem prześladowanych. Jak wyglądała reak­cja religijna w Polsce? Unia brzeska.

Naród, który na gruncie życia politycznego wy­tworzył kult najwyższej swobody jednostki, nie mógł tej swobody ukrócać tym bardziej w sub­telnej dziedzinie wiary. Z wolności obywatel­skiej, z tego źródła, które zabarwiło wszystkie cechy ustrojowe polskie, z którego rozwinęły się różnorodne autonomie historycznych i ple­miennych odrębności w ramach jednej Rzeczy­pospolitej, konsekwentnie wyrosła także swo­boda religijna i wzajemna tolerancja wyzna­niowa, nigdzie dawniej nieznana w tym stop­niu, a w najświetniejszym swym okresie wyka­zująca wręcz charakter nowoczesny.

W najbardziej wymowny sposób przejawiło się to w stosunku do Żydów, tego społeczeństwa, które niezależnie zresztą od innych przyczyn ściąganej na siebie nienawiści było wszędzie typowym kozłem ofiarnym przesądów i na­miętności religijnych. Mimo, że Polacy byli na­rodem arcychrześcijańskim i mimo ze osiadły miedzy nimi żywioł starozakonny od najdaw­niejszych czasów okazywał wobec gościnnego dla siebie państwa w chwilach jego ciężkich terminów bardzo kruchą lojalność, co tym bar­dziej mogło pogłębić istniejącą przepaść, nie­znane były tu srogie prześladowania jakich do­świadczyli Żydzi w całej niemal Europie. W czasach największej reakcji katolickiej tumulty przeciw Żydom były dziecinną igraszką wobec pełnych grozy okrucieństw, których widownią był Zachód. Gwałty, znęcania się bestialskie i mordy pozostały nawet wówczas obce naturze polskiej. Nie było również owych gromadnych wypędzeń., tak pospolitych gdzie indziej. Ba­dacz historii Żydów na naszych ziemiach dr Mojżesz Schorr stwierdza: „Na chwałę dziejów Polski należy podnieść, że w przeciwieństwie do wszystkich innych europejskich krajów śre­dniowiecza, przez cały ośmiowiekowy przeciąg niepodległego bytu Polski nie zdarzył się ani jeden wypadek wypędzenia Żydów z państwa” (M. Schorr – „Rechtstellung u. innere Verfas- sung der Juden in Polen” Berlin 1917r). Wy­znanie żydowskie posiadało zupełna wolność rozwoju w krajach polskich. Nauka rabinacka mogła tu stworzyć najbardziej kwitnące swoje centra. Żydzi – konstatuje jeden z pisarzy ży­dowskich – cieszyli się w Polsce w ciągu jej ca­łego bytu państwowego „wielkoduszną toleran­cją i daleko idąca swobodą” (miesięcznik „Morlah” grudzień 1916 r)

Polska nie znała na ogół religijnego fanatyzmu i sprawę stosunku do Boga zostawiała sumieniu każdego ze swoich mieszkańców. Już podczas soboru w Konstancji (1414) nauka polska przez usta rektora Akademii Krakowskiej Pawła Włodkowica z Brudzewa postawiła naprzeciw powszechnej doktrynie i praktyce średniowie­cza zasadę zupełnie nowoczesną, że „wiara nie ma być z przymusu” (fides ex necessitate esse non debet – jak brzmiała w oryginale wieko­pomna ta deklaracja). Stanowisko to zajaśniało u nas w pełnym blasku w epoce Reformacji. Ruch reformacyjny zjawił się wcześnie i zna­lazł łatwy przystęp w Rzeczpospolitej, która ty­sięcznymi więzami związana była z Zachodem

i   z ośrodków jego życia umysłowego obficie czerpała. Szerokie rozpowszechnienie humani­zmu w wyższych warstwach narodu przygoto­wało grunt dla reformy religijnej. Najpierwsze rody polskie: Radziwiłłów, Leszczyńskich, Górków, Oleśnickich, Stadnickich, Zborow­skich, Ostrorogów, Łaskich, Tomickich, Jazło- wieckich, Działyńskich, Firlejów, i dziesiątki innych częściowo lub zupełnie odpadły od ka­tolicyzmu. Prymas państwa, arcybiskup Uchań­ski, skłaniał się ku wytworzeniu narodowego kościoła. Reformie religijnej uległ pierwszy na­rodowy pisarz polski Mikołaj Rey. Zaroiło się na obszarach Rzeczypospolitej od różnowier- czych zborów, szkół, drukarń. Rozszerzył się kalwinizm i luteranizm, pojawili się wyznawcy religii Braci Czeskich, wyłoniła się polska sekta Aria nów (Braci Polskich), nie licząc mnóstwa sekt drobnych, a Polak Jan Łaski, którego wy­bitnej indywidualności obcy badacze poświęca­ją dziś monografie (holenderska monografia Kuypera, niemiecka Daltona), sięgnął działal­nością swą do Fryzji, Danii i Anglii.

Tej wielkiej przemianie pojęć towarzyszy tole­rancja, jakiej w Europie ówczesnej nie tylko nigdzie nie było, ale której nawet tam często zrozumieć nie umiano. Na Zachodzie wznosiły się stosy, na których płonęli „heretycy”. Stru­mieniami lała się krew na chwałę Boga”. Dzie­siątki tysięcy ludzi mordowano na rusztowa­niach, drugie dziesiątki tysięcy, tropione jak dzikie zwierzęta, uciekały z kraju do kraju. Pol­ska nie znała tortur inkwizycji. Nie gwałciła sumień. Nie wszczynała wojen religijnych. Krwawe prześladowania innowierców, to zja­wisko zgoła w tym katolickim kraju nieznane. Wobec Reformacji władze polskie zajęły od ra­zu stanowisko pełne tolerancji. Od początków tego ruchu panowała w Polsce faktyczna, choć nie potwierdzona żadną jeszcze ustawą swobo­da wyznaniowa. Przez cały wiek XV i XVI, chociaż katoliccy królowie ostro potępiali w specjalnych rozporządzeniach „nowinki religij­ne”, tj. nauki reformatorów, innowiercy cieszyli się w praktyce pełną swobodą. Wśród pierw­szych dostojników państwa, otaczających tron królewski, spotykamy protestantów. W 1569 roku posiadają oni większość w senacie: 38 krzeseł na 73. Protestanci przewodzą na sej­mach Rzeczypospolitej. Innowierstwo nie za­gradza nikomu drogi do służby publicznej. Ohydna zasada „cuius regio – eius religio”, uchwalona w Niemczech na zjeździe augsbur­skim 1555 roku, zasada, która stała się zarze­wiem strasznych i długotrwałych wojen religij­nych, nigdy w Polsce nie istniała. W czasie, gdy różni książęta Europy pławią we krwi swych poddanych wierzących inaczej, niż król, wielki twórca Unii Lubelskiej, Zygmunt August wy­powiada do swego narodu wiekopomne słowa:

„ Nie jestem królem waszych sumień”, a Stefan Batory oświadcza: „Mniemam, że wiary nie wolno nigdy rozszerzać prześladowaniem i krwią, ani sumień ludzkich zniewalać gwał­tem”. Stanowisko to podziela ogół społeczeń­stwa. Nawet jezuita polski, Skarga, po którym najmniej możnaby oczekiwać jakichkolwiek względów dla innowierców i który zwalcza ich płomienną wymową, nie woła o represje, lecz ogarnięty nastrojem powszechnym, mówi: „Złe odszczepieństwo, ale krew miła”. Podobnież inny wysokiego stanowiska duchowny katolic­ki, ks. podkanclerzy Myszkowski, którego sło­wa – zauważa Kubla („Stanisław Orzechow­ski”) – „płynęły jakby z pod serca całego naro­du”, zachęca: „Różne rozumienie pisma niech nie mąci miłości między nami, niechaj nie urą­ga jeden drugiemu a każdy przy swoim rozu­mieniu zostaje”. Kanclerz koronny Jan Zamoj­ski wyrzekł typowo charakterystyczne dla du­cha polskiego słowa: „Kiedyby to mogło być, abyście wszyscy mogli być papieżnikami, dał­bym za to połowę zdrowia mojego, żebym dru­gą połową żyjąc, cieszył się z tej świętej jedno­ści. Ale jeśli kto będzie wam gwałt czynił, dam wszystko swe zdrowie przy was, abym na tą niewolę nie patrzył”.

Obok faktycznej, zyskali innowiercy polscy także ustawodawczo zagwarantowaną wolność sumienia. Prawo swobodnego wyznawania reli­gii wymierzyła Rzeczpospolita szeroką i szczo­drą dłonią na pamiętnym sejmie konwokacyj- nym w roku 1573, który we wspaniały sposób zadokumentował polityczną i kulturalną Polski dojrzałość. W chwili, gdy na Zachodzie szalał fanatyzm, a ów sławny „pokój augsburski”, który orzekł, że wiara księcia ma być wiarą poddanych, zdołał doprowadzić na krótko do porozumienia się dwóch tylko uprzywiliowa- nych wyznań, wiekopomna sejmowa ustawa polska „ De paces inter dissidentes” z dnia 28 stycznia 1573 roku – współczesna niemal nocy św. Bartłomieja – urównouprawniła wszystkie wyznania w kraju i orzekła, że bezwzględnie nikt w Polsce nie może być prześladowany z powodu swoich przekonań religijnych. Pojęcie tolerancji religijnej weszło do konstytucji Rze­czypospolitej, stało się jedną z ustaw zasadni­czych, która każdy król zaprzysięgał odtąd przy obejmowaniu władzy. Swoboda wyznaniowa przysługująca de jure tylko szlachcie i miesz­czaństwu, de facto przysługiwała również chło­pom, których możnowładcy – dysydenci, pomi­nąwszy oczywiście wyjątki,. Nawet w czasie największego wzrostu Reformacji nie zmuszali do przyjmowania swojej wiary, jak to się wszę­dzie wówczas działo. „Aby kogo do zboru nie­wolono – mówi pisarz polityczny polski XVII wieku – aby penowano (karano), iż tak wierzyć nie chce jako pan, albo iż do kościoła chodzi, to nigdy nie było”. (Rembowski – „Konfederacja i rokosz”).

W Europie, zalanej potokami krwi podczas wo­jen religijnych, Polska wyglądała jak wyjątko­we, bezprzykładne zjawisko. (Obchód czte­rechsetlecia reformacji w Polsce, odbyty w Warszawie w r. 1917, otwarty został przez mówcę-ewangelika słowami: „ Chcemy wybiedz myślą do owej krainy szczęśliwej, która obywa­teli swoich największą darzyła wolnością, do dawnej Rzeczypospolitej polskiej… “)

Wobec tych obyczajów ludzkich, wobec praw i swobód, jakich naród polski używał, zwracały się ku niemu z sąsiednich a nawet dalekich kra­jów oczy wszystkich, którzy cierpieli za prze­konania religijne. Tuż po nocy św. Bartłomieja hugenoci we Francji domagają się, aby król francuski poszedł za „a l’exemple de Pologne”. Erazm z Rotterdamu sławił swobodę myśli w Polsce, mówiąc o kraju naszym, że jest „jedyną ojczyzną tych co mają odwagę być uczonymi”. W okresie wrzenia wielkiej reformacji zamieni­ła się Polska w wielkie asylum dla prześlado­wanych na zachodzie nowatorów. Działali tu wypędzeni skądinąd wybitni reformatorzy ob­cy: Ochino, Stankar, Statorius, Lismanin, Lelio i   Faust Socyni. Całe sekty szukały tu bezpiecz­nego schronienia i pola działania. Odłam husy- tów, Bracia Czescy, po wyganianiu z Czech schronili się tłumnie do Wielkopolski w roku 1548. Jeszcze w XVII w., podczas przekwitu tolerancji, na zachodzie Rzeczypospolitej wzdłuż granicy brandenburskiej i śląskiej osia­dło mnóstwo Niemców, którzy w gościnnej Polsce kryli się przed prześladowaniem za wia­rę we własnej ojczyźnie. Później tzw. Staro- wiercy rosyjscy, ścigani przez carat, chcąc swobodnie wyznawać swą wiarę, przechodzili wielkimi gromadami polską granicę.

Ten stan rzeczy trwał dwa stulecia. W ciągu XVII w., gdy katolicyzm wziął ostatecznie górę nad wyznaniami reformowanymi, przyszły ograniczenia dawnej swobody innowierców, nie były one jednak niczem w porównaniu z tem, co przeżywała zachodnia Europa. Największe napięcie rozdrażnienia religijnego w Polsce wy­ładowywało się w przeważnie bezkrwawych tumultach miejskich, przeciw którym zresztą kilka razy uchwalano specjalne „konstytucje o tumultach” i które nigdy nie zmieniły się w domową wojnę, jakich pełno było gdzie indziej. W wojnach kozackich, które miały charakter zrazu socjalny a później polityczny, moment wyznaniowy był ubocznym. Obecności jego, mianowicie w dalszym rozwinięciu się wypad­ków, mimo to nie myślimy przeczyć ani osła­biać. Polska sprzeniewierzała się już wówczas swym długoletnim zasadom tolerancyjnym, które znalazły tak wspaniały i bezprzykładny na owe czasy wyraz w ustawie sejmowej z r. 1573.

O  ile przecież idzie o dyzunitów, którzy upo­śledzani i krzywdzeni przez katolików, stali się czynnikiem ciągłego wrzenia na wschodzie Rzeczypospolitej, nie wolno zapominać o pod­żegającej roli Moskwy, płynącej z pobudek czysto politycznych, o drażnieniu celowym, które utrudnić miało wszelką akcję porozumie­wawczą. Z tych samych pobudek sąsiad prote­stancki podsycał ferment wyznaniowy na za­chodzie.

Pomimo wszystko reakcj ą katolicką w Polsce nazywa się właściwie epoka tłumnego powrotu dysydentów na stare wyznanie rzymskie, a okresem fanatyzmu nazywa się schyłek wieku XVII    i pierwsza połowa XVIII, gdy zabroniono wznoszenia nowych zborów protestanckich w miastach o większości katolickiej, gdy ograni­czano ostentacyjnie formy innowierczego kultu oraz wypędzono – jeszcze w 1658 – najbardziej znienawidzonych Arian, podejrzanych o zdra­dzieckie konszachty z najazdem szwedzkim. Charakterystyczne przy tym, że tym wyj ątkowo niecierpianym sekciarzom dano jednak dwa lata czasu na zlikwidowanie stosunków prywatnych. Pisarze niemieccy rozdmuchują tendencyjnie tzw. sprawę toruńską z roku 1724(skazanie na ścięcie burmistrza Rosnera i jego dziewięciu towarzyszy oraz liczne kary więzienia na mieszczan) zapominając, że nie odegrali oni w tym wypadku bynajmniej roli niewinnych ba­ranków, gdyż w odwet za zaczepki katolickich żaków szkolnych napadli i spalili kolegium je­zuickie, Czymże zresztą był odosobniony i dla­tego tak łatwo w oczy wpadający epizod z całą srogością swego wyroku wobec strumieni krwi, która lała się na Zachodzie, wobec tysięcy sto­sów, które tam płonęły przez wieki? Podobnie jak to dziś czynią niemieccy historycy, rozdmu­chiwały te sprawę obłudnie już wówczas dla politycznych celów dwory protestanckie, a w spółce z nimi, w masce opiekuna uciśnionych, taki miłośnik wolności, jak car moskiewski Piotr „Wielki”. Autorów rosyjskich, bolejącym w ogóle nad rzekomo smutnym losem inno­wierców w naszej ojczyźnie należy przywołać do porządku przypomnieniem zupełnie nowo­czesnego męczeństwa unii, autorów niemiec­kich należy otrzeźwić faktem, że gdy polska Konstytucja 3 maja 1791 roku zatarła ostatnie u nas ślady nietolerancji religijnej, to niemal w sto lat potem w północnej połowie Niemiec wrzała jeszcze walka z katolicyzmem i wtrąca­no biskupów do więzień (Kulturkampf Bismar- ka).

Jako szczyt nietolerancji występuje w dawnej Polsce fakt, że wreszcie zamknięto dysydentom dostęp do urzędów i godności ziemskich (nie­mieccy sędziowie naszej przeszłości, którzy tak surowo piętnują owe zamykanie urzędów przed innowiercami w Polsce XVIII wieku, zechcą zwrócić uwagę na często powtarzające się skargi dzisiejszych katolików niemieckich na pomijanie ich przy obsadzaniu, stanowisk pu­blicznych przez rząd pruski. Równouprawnienie na papierze nie przeszkadza tu praktyce wręcz przeciwnej) – w miastach zachowali go w znacznej części do końca. Ale patrzmy jak wol­no postępowała ta reakcja, jakby na dowód, że nie wypływała z instynktu narodowego. Przez cały wiek XVII, chociaż dewocja katolicka co­raz gwałtowniej wzbiera pod wpływem działal­ności zakonu Jezuitów, prawa polityczne dysy­dentów pozostają nienaruszone. Aż do roku 1773 zasiadają oni jako obieralni sędziowie w trybunałach i piastują urzędy publiczne. Więc niemal do polowy XVIII wieku nie tracą naj­ważniejszych praw obywatelskich, a ledwie się to stało – na krótki czasu przeciąg – już powiew „oświecenia” wdzierał się pod dachy szlachec­kich siedzib i niósł zapowiedź reform Wielkie­go Sejmu lat 1788 – 1791. Łagodny przebieg i stosunkowa krótkotrwałość reakcji religijnej w Polsce może a contrario służyć za dowód, jak głęboko w naturze polskiej tkwiła zasada tole­rancji.

W Polsce też, i jedynie tu, dokonano dzieła po­jednania dwóch kościołów, wschodniego i rzymskiego, dzieła, które z ujemnym skutkiem podejmowane było gdzie indziej. W niespełna trzydzieści lat po ostatecznym złączeniu się Polski i Litwy na sejmie lubelskim w roku 1569, w epoce rozkwitu unii politycznej, po­wiodło się Polsce doprowadzić do skutku rów­nież unię dwóch wielkich odłamów chrześci­jaństwa. Na pamiętnym synodzie w Brześciu Litewskim 1595 r. stanął wiekopomny akt, mo­cą którego kościół grecki na ziemiach Rzeczy­pospolitej ponownie został z rzymskim zjedno­czony, uznaj ąc zwierzchność papieża, a zacho­wując odrębność ustroju swego i obrzędów.

Gdy unia florencka 1439 roku po kilkunastu za­ledwie latach rozpadła się znowu na wrogie so­bie kościoły, wschodni i zachodni, polska Unia Brzeska wykazała tak wielką siłę trwania, że po upływie trzech stuleci, chcąc na zagrabionych obszarach Rzeczypospolitej rozszerzyć prawo­sławie, Rosja musiała strzałami karabinowymi nawracać w 1874 roku unitów, a miliony ich jeszcze do dziś uznają zwierzchność Rzymu.

W opinii naszych kół wykształconych utrzymują się dotychczas mętne i krzywdzące przeszłość narodową zapatrywania na znaczenie swobody wyznaniowej w dawnej Polsce. Zawdzięczamy to historykom ze szkoły krakowskiej, którzy ob­dzierając ze wszelkiej wartości przewodnie idee w dziejach Rzeczypospolitej, nie zaniedbali uczynić tego również ze wspaniałym zjawi­skiem, jakim była tolerancja religijna naszych przodków: skwalifikowano ją po prostu jako objaw „niezdolności do silnych namiętnych po­rywów”, jako wypływ kwietyzmu, bezwładu i niemal bezmyślności. Zdaniem tych historyków tolerancja była objawem niższości polskiej wśród powszechnej walki o byt. Pogląd – rów­nie oszczerczy jak paradoksalny i nie wytrzymu­jący krytyki. Możnaby z nie mniejszą ani o włos słusznością, że upowszechnienie się nowocze­snej procedury sądowej w miejsce dawnego prawa pięści jest dowodem nie postępu w kultu­rze prawnej i obyczajowej, lecz zniedołężnienia ludzkości. Skoro narzucanie komuś siłą wła­snych wierzeń religijnych uchodzi dziś słusznie za rzecz brutalną, dziką i głupią, a przodkowie nasi stali na wyżynie tego poglądu już przed setkami lat, to zamiast naciąganych wycieczek w dziedzinie temperamentu, polskiego natural­niejszą będzie konkluzja, że po prostu wyprze­dzili oni w rozwoju pojęć prawnych i etycznych współczesne sobie narody. Że tak było, że tole­rancja polska płynęła z głębokich pokładów du­chowych i była wytworem świadomie działają­cej myśli, to potwierdza bijący w oczy ścisły związek, jaki zachodzi między zjawiskiem tole­rancji religijnej a zasadą szerokiej wolności, która przenikała całokształt polskiego życia. A że praktyczna wartość tej zasady w międzyna­rodowym współzawodnictwie bywa niekiedy gorszą od wartości kłów i pazurów, będących wykładnikiem także „silnych namiętności ”, tego dowodzi ogromny rozrost, jaki Polska osiągnę­ła w epoce największego rozkwitu nie tylko re­ligijnej swej tolerancji i właśnie dzięki niej.

Prawo i życie

Wstręt do przymusu. Moralne więzy życia gromadnego. Praktyczna próba ich wartości.

Sto lat rozwoju. Poczucie prawa. Sądownictwo. Zasada obrony i jawności rozpraw. „Palestra”. Własność. Bezpieczeństwo publiczne jako pro­bierz systemu karnego.

Przez całą polityczną twórczość narodu pol­skiego – przez jego ustrój państwowy wysnuty z zasady „nic o nas bez nas”, przez wolną elek- cj ę pokreślona artykułem o wypowiedzeniu po­słuszeństwa królowi. Przez unie i autonomie oparte na podwalinach wszechstronnej toleran­cji – przewija się charakterystyczna cecha na­tury polskiej : wstręt do przymusu. Rys ten wy­stępuje jako jeden z najbardziej znamiennych w typie polskim. Wielkie czyny skoncentrowanej energii w naszym narodzie były zawsze uwa­runkowane istnieniem pobudek swobodnie uznanych i głęboko odczutych. Więzy życia gromadnego posiadały konieczny podkład w sankcji moralnej wszystkich, którzy w skład or­ganizacji wchodzili. Autor „Sejmu czteroletnie­go” Kalinka kreśli w następuj ący sposób typ szlachcica polskiego na tle środowiska: „Służbę lub urząd pełniąc, nie czuł się podwładnym, tylko dobrowolnym pracy towarzyszem. W ży­ciu prywatnym, tak dobrze jak publicznym, wiązała go wiara, tradycja, obyczaj, hierarchia, ale wszystko to było dobrowolnie przez niego uznane i przyjęte; przymusu nie pojmował i nie cierpiał”.

Wbrew utartym poglądom na państwo jako na organizację przymusu, Polska istniała z tymi pojęciami przez setki lat. W XVBI i XVII w była potężną i umiała być groźną: stanęła zwy­cięską stopą w Moskwie na dwieście lat przed Napoleonem, obroniła chrześcijaństwo pod Wiedniem, złamała potęgę Turcji. A jednak „cały ustrój Rzeczypospolitej – mówi Kalinka – opierał się na dobrej woli obywatela”. Pod ko­niec istnienia państwa polskiego wielka reforma z dnia 3 maja 1791 roku, reorganizując admini­strację publiczną, powołała do życia tzw. komi­sje cywilno – wojskowe -p pierwszy w Polsce przejaw nowoczesnej biurokracji. Ale biurokra­cja ta posiadała swoiste cechy polskie, właści­we i poprzedniemu okresowi: urzędnicy speł­niali swe obowiązki jako zaszczytną służbę obywatelską, a za wszystkie środki rygoru, ja­kimi dziś utrzymuje się ogół we karności, miało tam wystarczyć poszanowanie dla prawa. I o tej administracji pisze historyk owych czasów Ko­rzon w swych „Dziejach wewnętrznych Polski za Stanisława Augusta”: „Przejrzawszy księgi, protokoły i wyroki, przyjdziemy do przekona­nia, że komisje cywilno – wojskowe funkcjo­nowały ku zadowoleniu tak władz wyższych, jak ludności, i ze społeczeństwo okazywało niezwykłą powolność ich zarządzeniom, bez żadnych prawie środków przymusowych”. Polska ze swoim niemal zupełnym brakiem przymusu państwowego musiała tym samym stawiać swym obywatelom niezmiernie wyso­kie wymagania moralne. Tym wymaganiom Polacy umieli sprostać przez wiek XV i XVI, gdy państwo było bardzo silne, w znacznym stopniu jeszcze w wieku XVII, gdy zdołaliśmy się obronić przed napaścią równoczesną wszystkich niemal sąsiadów. Pomiędzy okre­sem najświetniejszego rozkwitu Rzeczypospoli­tej w wiekach XV, XVI, aż ku połowie wieku XVII    – a epoką reform 3 maja 1791 roku, po­między tymi dwoma okresami, w których me­chanizm polskiego życia mimo braku przymusu funkcjonował prawidłowo, leży około stuletni przeciąg czasu, w którym założenia pierwotne rozwinęły się chorobliwie, wolność stawała się niejednokrotnie swawolą, decentralizacja nad­mierna groziła rozbiciem całości, a dobra wola obywateli okazywała się siłą zbyt słabo spajają­cą wewnętrzne wiązania państwowe. Był to najsmutniejszy w dziejach Rzeczypospolitej okres osławionej i przez czcicieli silnej pięści tendencyjnie jaskrawionej – „polskiej anarchii”. Ale i wtedy o ileż wyżej stał naród polski od despotycznie rządzonych społeczeństw sąsied­nich. Nawet w tej smutnej epoce istnieje w zbiorowości powszechnej, aczkolwiek w słab­szym natężeniu i nieraz zwyrodniała,. Ta siła moralna, która przenika cały obszar dziejów na­rodu polskiego: poczucie prawa.

Zjawisko to jest łatwo zrozumiałe. Naród, któ­remu od wieków nie narzucano ustaw od góry, który sam był swoim ustawodawcą, musiał z samej natury rzeczy rozwinąć w sobie poczucie prawa wyżej, niż społeczeństwa, które p[oddane samowładnej woli jednostki nie brały udziału w tworzeniu prawnych form życia. Stąd charakterystyczny, że kanclerz państwa mógł u nas odmówić nawet samemu królowi położenia pieczęci pod aktem, gdy jego treść była nie­zgodna z duchem obowiązujących ustaw.

Uderzająco znamiennym jest w dziejach Polski brak epoki „prawa osobistej pomocy” (prawa pięści), tego wykwitu istotnej anarchii, gdy roz­strzyganie sporu na własną rękę przez gwałt fi­zyczny (w Niemczech po czteru wiekach ist­nienia wznowione jeszcze w czasie wojny 30 – to letniej uchodziło właściwie za legalną insty­tucję, gdy nie było rządu ani sądu, a samowolny wymiar sprawiedliwości był przywilejem przy­znanym każdemu silnemu. W Polsce podob­nych wynaturzeń prawnych nie było nigdy. U nas, gdy władza państwowa osłabła, to zjawiła się – jako daleki refleks prawa pięści – awan­turniczy „zajazd”, tj. samowolna egzekucja wy­roku, która, nie mówiąc już o zasadniczej róż­nicy prawnej, wyglądała wobec dzikiego „Fau- strechtu” jak igraszka dziecięca (wystarczy się­gnąć do na wpół humorystycznego opisu mic­kiewiczowskiego) i zresztą zdarza się rzadko a uważana jest zawsze za gwałt publiczny, nigdy za legalną instytucję. Już około połowy XVIII wieku zdarzają się takie przykłady surowości prawa, jak fakt, że potężny magnat litewski Wołłowicz za występne swe awantury, schwy­tany i postawiony przed sąd poniósł karę śmier­ci przez rozstrzelanie w Mińsku.

W całej prawie dziedzinie polskiego życia wi­dzimy refleks tych naczelnych zasad, na któ­rych wspierała się budowa państwa: kultu wol­ności – poszanowania indywidualizmu. Na są­downictwie polskim, podobnie jak na ustroju politycznym wycięły te dwie podstawowe ce­chy piętno niezwykle wczesnej dojrzałości.

Gdy z wyjątkiem Anglii we wszystkich monar­chiach europejskich panował, w procedurze proces śledczy inkwizycyjny, połączony z ba­daniem tajemnym opartym głownie na tortu­rach, na podstępnych pytaniach (captiose Fra- gen) i na pisemnych protokółach, to w postę­powaniu sądowym polskim, wobec jednej przynajmniej warstwy narodu, tj. szlachty, spo­tykamy wszędzie zachowanie zasady jawności, rozprawy ustnej, oskarżenia i obrony, te zna­komite zasady, które dopiero za wpływem wielkiej rewolucji francuskiej wprowadzone zostały w XIX wieku we wszystkich państwach europejskich, a przed rewolucja istniały tylko w Anglii i w Polsce. Wytwarzało to w ludności, korzystającej z tych urządzeń, poczucie prawne zgoła inne niż w krajach tkwiących w absolu- tyźmie. Wystarczy powołać się tu na niezmier­nie charakterystyczny rys, że skazany stawiał się zwykle sam, by „zasiąść wieżę”, skoroby zaś nie chciał zadość uczynić wyrokowi, stawał się banitą i każdy mógł zabić go bezkarnie, co od XVI wieku zdarzało się nie raz. Człowiek, uciekający przed karą wymierzoną przez sąd, uważany był w Polsce za tchórza.

Jak głęboko prawo ukorzeniało się w pojęcia narodu świadczy fakt, iż w XVIII wieku powoływano się w sądach polskich jeszcze na niektóre postanowienia statutu wiślickiego z XIV wieku. Słynne pieniactwo polskie z cza­sów upadku, tak zgubne jako zjawisko społecz­ne, dowodzi jednak pośrednio istnienia autory­tetu prawa. „Palestra” była po wszystkie czasy niwą uprawianą ze szczególnym zamiłowa­niem, stanowiła jedna z pasji narodowych – jak praca rolnicza i rzemiosło rycerskie – gdyż zawsze, nawet wśród rozgwaru namiętności, wśród obłędu i występków politycznych, cześć dla prawa tkwiła głęboko w umysłach Polaków. Byli oni zdolni „mieć fanatyczna głowę na punkcie prawa”, zauważył nienawidzący Pol­ski, a długo w Warszawie przebywaj ący amba­sador rosyjski Repnin w roku 1767.

Szczególnie mocno ugruntowane było nie tylko w umysłach ogółu szlacheckiego, ale w instynkcie całego narodu pojęcie własności. Istniało przysłowie, że łatwiej w Polsce stracić życie niż własność. O bezpieczeństwie publicz­nym, tym niezawodnym probierzu wartości państwa posiadamy z czasów największej wła­śnie „anarchii” polskiej cenne zeznania cudzo­ziemców.

Rulhière w „Histoire de l’anarchie de la Pologne” (Paryż 1807) pisze: „Niepodobne prawie do wiary, ze wśród takiej anarchii Pol­ska zdawała się szczęśliwą i spokojną; bezpie­czeństwo panowało w miastach, podróżny bez żadnej obawy mógł przebywać lasy najsamot­niejsze jak drogi najliczniej uczęszczane, nie słychać nigdzie rozmów o jakiejś zbrodni i nic lepiej nie popiera mniemania niektórych filozo­fów, że człowiek z natury jest dobry”. W roku 1779 podróżował po Polsce historyk angielski Wiliam Cox, profesor uniwersytetu w Cam­bridge, w towarzystwie lorda Herberta. Cox za­pisał spostrzeżenie, że w ciągu całej podroży przez kraje polskie nic mu nie zginęło, choć powóz zostawał zawsze na dworze bez dozoru, tymczasem w Rosji po każdym noclegu spo­strzegali jakąś kradzież, mimo iż w powozie sypiał służący. (Cox – „Travels into Poland, Russia and Denemark”). Niemiec Blester po­dróżując w 1791 roku zapewnia, że „w Polsce czy we dnie, czy w nocy jechać można bardzo bezpiecznie: kilkakroć sto tysięcy dukatów wiezie kabrioletem jeden człowiek. (Ksawery Liske – „Cudzoziemcy w Polsce”). Niechętny Polakom Schultz („Reise eines Lieflanders”), kiedy podróżował przez Polskę w latach 1788 – 1793, pisze o bezpieczeństwie publicznym w krajach Rzeczypospolitej: „Nie należy wierzyć temu co mówią o niepewności dróg. Ja sam od­byłem te drogę (przez Polskę) trzy razy, wiele moich przyjaciół również i nigdy nie pokazało się nic podejrzanego”. Dodajmy do tych wynu­rzeń świadectwo Tadeusza Korzona („We­wnętrzne dzieje Polski za Stanisława Augu­sta”), który pisze: ”Co kwartał przewożona była z każdej prowincji skarbowej, a wiec z pozna­nia, z Krakowa, z kamieńca, kasa prowincjo­nalna do Warszawy, wynosząca czasem około miliona złotych, pod eskotrą jednego a rzadko dwóch strażników konnych. Można się zdu­miewać, ze te kasy dochodziły miejsca prze­znaczenia. Przejrzawszy wszystkie akta co­dziennych czynności Komisji Skarbowej, wie­my dokładnie, ze ani jeden transport w ciągu lat trzydziestu nie zginął, ze raz tylko była złupio- na kasa egzaktorowi w Latyczowie przez haj­damaków nad granicą turecką”.

Ponieważ – zauważa Korzon słusznie – bezpieczeństwo publiczne jest głównym i osta­tecznym celem wszelkiego systemu karnego, zaś cel ten był w Polsce osiągany z podziwu godnym powodzeniem, przeto i samemu syste­mowi przyznać należy niepospolite zalety, gó­rujące nad wszystkim i wadami”.

Wojny polskie

Wstręt do wojen zaborczych. Piast – symbol. Zamiłowanie pokoju. Kultura obyczajowa. Po­spolite ruszenie. Polska wobec narodzin milita- ryzmu. Idea wojen polskich. Przedmurze Euro­py. Kompetencja sejmu w sprawach wojen­nych. Problem „wojny słusznej”.

Polska wyrosła szybko z barbarzyńskiego zami­łowania we wojnach, które zresztą nigdy, nawet za Piastów, nie stanowiło jej szczególnie zna­miennej cechy: instynkt narodu, podobnie jak innych ludów słowiańskich, skłaniał się raczej do zaspokojenia swych potrzeb własna pracą, niż łupiestwem popełnianym na sąsiadach; przeważna część orężnych wystąpień polskich była już wtedy wywołana koniecznością zasła­niania się przed napaściami – Niemców, Prusa­ków, Litwy. „Na gospodarczo – twórczej pracy rozbudował się gmach Polski – stwierdza eko­nomista H. Radziszewski („Polska idea ekono­miczna”), uzasadniając to stwierdzenie szero­kim zarysem historycznym. Od wyjścia zaś z młodzieńczego okresu swych dziejów, przez pięć ostatnich wieków państwowego bytu, oj­czyzna nasza nie prowadziła nigdy wojen za­borczych. Zbójecki najazd na czyja własność, choćby przystrojony „racją stanu”, uważany był w tym wielkim i tak wielkimi zasobami rozpo­rządzającym państwie za rzecz nikczemną. Państwo dobywało miecza tylko w wypadkach nieuniknionych, dla obrony własnej i dlatego wojna nazywała się u nas charakterystycznie „ potrzebą”. Buszczyński w swym „Znaczeniu dziejów Polski” podkreślił trafnie znamienny fakt, że gdy u innych ludów mit o pierwotnych bohaterach narodowych owija się niemal zaw­sze dokoła krwawych postaci wielkich zdobyw­ców i wielkich zbrodniarzy, to polska legenda postawiła u przedtysiącletniej kolebki wyłania­jącego się narodu króla – rolnika Piasta, uoso­bienie twórczej pokojowej pracy. Równie zna­miennym jest, że jedyny raz w dziejach Polski przyznane monarsze miano „Wielkiego” otrzymał od narodu nie znakomity wojownik, jakich nie brakło, lecz król, który upamiętnił się wydaniem kodeksu praw (Statut Wiślicki) i za­słynął sprawiedliwością, który założył pierwszy w kraju uniwersytet (1364) i zbudował mnó­stwo monumentalnych gmachów i całych miast, tak, ze przeszedł do potomności z pochwałą, że „zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowa­ną”. Właśnie ten król – budowniczy, król miło­śnik pokojowej pracy, zyskał miano „Wielkie­go”.

Te dwa symbole przeniknęły całą treść dziejo­wą Polski.

W chwili największego wzniesienia się potęgi państwowej, gdy Rzeczpospolita tworzyła naj- rozleglejsze w Europie mocarstwo, obłędna żą­dza „panowania nad światem”, która tyle razy pustoszyła kwitnące niwy ziemi i zalewała krwią całe kraje, pozostała obcą naturze narodu polskiego, chociaż słynął on z rycerskiej brawu­ry. „Pośród powszechnego łupiestwa – mówi Julian Klaczko – pozostała Polska czysta od niesprawiedliwej grabieży cudzych ziem, obcą wszelkiej chciwości, nawet wówczas, kiedy miała łatwą sposobność „sprostowania granic” lub przyjęcia „misji Opatrzności”. Ten rys, godny prawdziwie cywilizowanego narodu, wystąpił w pełni swego uświadomienia we wspaniałej mowie hetmana wielkiego koronne­go Jana Zamoyskiego, który wołał w sejmie:

„Ci wszyscy, którzy napaści czynią na ziemie obce, są burzycielami świata i nieprzyjaciół­mi ludzkiego plemienia. Bądźmy gotowi gi­nąć przy obronie własnej ojczyzny, odłóżmy jedną połowę majątku dla ocalenia drugiej jego połowy, twórzmy wojsko dla bezpie­czeństwa naszej granicy, nie dla najeżdżania ziem cudzych”.

Potworność nazywająca się wojnami sukcesyj­nymi, które dla interesów dynastycznych sze­rzyły mordy i zniszczenie, tak zwykła w historii Europy, była w Rzeczypospolitej Polskiej czymś nieznanym i obcym. Król Zygmunt Sta­ry, gdy ofiarowano mu koronę czeską i węgier­ską, rzekł te niespotykane w dziejach słowa:

„Po co chcieć panować nad kilkoma narodami, gdy tak trudno przysporzyć szczęścia jedne­mu”, słowa których głęboką mądrość życie tyle razy sprawdziło.

Wysłany do Polski Francuz Choisnin w roku 1573 pisał z podziwem: „cette nation deteste l’effusion du sang, si ce n’est contre les enne­mis déclaré” (naród ten nienawidzi rozlewu krwi, chyba, gdy ma przed sobą zdecydowanego nieprzyjaciela). Polacy ówcześni byli świadomi tej odrębności swej psychiki i swej kultury oby­czajowej i szczycili się tym, mówiąc: „o nas inne narody powiadają, że „dulcis set sanguis Polonorum” (słodka jest krew Polaków tzn. mają słodkie usposobienie) i dodawali z duma „Abhorrent lectissimi et dulcissimi mores nostri ab omni crudelitate, natura ipsa nostra ad omnem humanitatem facta, refugit ferocitatem” („nasze obyczaje pełne ogłady i słodyczy brzy­dzą się wszelkim okrucieństwem, a sama nasza natura, skłonna do wszelkiego humanitaryzmu, stroni od krwiożerności” – W. Sobieski „Huge- noci ”).

Typ polskiej siły zbrojnej w nowszych czasach

i    aż niemal do końca tworzyło pospolite rusze­nie. Było ono przeznaczone wyłącznie do obro­ny i zgodnie z tym nie mogło być wyprowa­dzone poza granice państwa. Do służby w po­spolitym ruszeniu, do udziału w jedynie uspra­wiedliwionej w oczach Polaków wojnie – od­pornej, obowiązany był każdy obywatel – szlachcic (mieszczaństwo miało sobie powie­rzoną obronę miast) i spełnienia tej powinności strzegła bardzo stanowcza egzekutywa. W dawniejszych czasach ci, którzy na wezwanie nie stawili się, podlegali wręcz karze śmierci i konfiskacie majątku. Ustawa nowsza z roku 167 skazywała winnych na utratę dóbr, które przechodziły na własność skarbu publicznego. Od obowiązku służenia można było uwolnić się tylko dla ważnych powodów za wyraźnym ze­zwoleniem sejmu. Wojska najemne odgrywały wobec pospolitego ruszenia stosunkowo nie­znaczną rolę.

Gdy w XVII wieku cała Europa reorganizowała się militarnie, stwarzając wielkie stałe siły zbrojne, gdy gorączkowo stosowano wszędzie „podstęp” w taktyce woj ennej w technice bro­ni, aby się módz skuteczniej wyniszczać i mor­dować, Polska nie poszła za ogólnym prądem. Prócz koniecznych załóg dla ochrony bezpie­czeństwa na pograniczach, nie chciała utrzy­mywać wojsk w czasie pokoju. Szlachta zwal­czała namiętnie idee znaczniejszej armii stałej, nie zamierzając podejmować przeciw nikomu wojen napastniczych, a oceniając trafnie, że sta­ła armia prowadzi do absolutyzmu, co doświad­czenie dziejowe wszędzie potwierdziło. Po raz pierwszy, pod naciskiem zewnętrznego niebez­pieczeństwa, sejm w roku 1788 uchwalił uzbro­ić i trzymać pod bronią sto tysięcy ludzi, ale – rzecz nader charakterystyczna, najwybitniejszy ówczesny autorytet wojskowy w Polsce, Ko­ściuszko, w memoriale skreślonym w czasie Sejmu Czteroletniego przemawia za naślado­waniem milicji amerykańskiej, tak podobnej do polskiego „pospolitego ruszenia”, stanowczo zaś oświadcza się przeciw stałej armii, bo to by „kajdany kładło na obywateli”.

Pomimo wstrętu do wojen, który leżał w natu­rze polskiej i mimo wad i niedostatków pospoli­tego ruszenia, historia oręża polskiego jest tak­że w nowszych czasach pełna świetnych czy­nów. O pierś polskiego rycerstwa w długolet­nich i uporczywych walkach w XV w rozbiła się największa wówczas potęga militarna – Za­kon Krzyżacki, który przeobraziwszy się na da­rowanych sobie ziemiach w zbójeckie państew­ko, w imię krzyża uprawiał międzynarodowy rabunek. Chwała zwycięstwa, odniesionego przez rycerstwo polskie nad Krzyżakami pod Grunwaldem, nie zdołała jeszcze przebrzmieć, gdy znamię półksiężyca rzuciło postrach na Eu­ropę. Polska, wysunięta najdalej na ówczesny wschód europejski, wystąpiła teraz do długolet­niego boju w obronie chrześcijaństwa i kultury zachodniej z pełną świadomością posłannictwa, jakie historia na nią włożyła. W roku 1444 młodociany król Władysław padł w bitwie pod Warną. Odtąd, a zwłaszcza od upadku Węgier, zapanowało wśród rycerstwa polskiego przeko­nanie, że stanowi ono żywy mur ochronny, któ­rego przeznaczeniem zasłonięcie Chrystusowe­go krzyża przed fanatyczna potęgą Osmanów.. Zadanie to wśród ciężkich walk zostało świet­nie spełnione. Zasłynęła wówczas w całym świecie niezwyciężona skrzydlata jazda polska

–    husaria – stanowiąca właśnie rdzeń pospolite­go ruszenia. Mogiłami swymi pokryła szlachta stepy Besarabii, Węgier i podnóża Bałwanów. Przez szereg pokoleń najwięksi wodzowie pol­scy ciągnęli na tradycyjny bój z nawałą oto- mańską i nie tylko walczyli osobiście, ale i gi­nęli jak świetny wzór rycerza bez skazy i lęku,

wielki hetman Stanisław Żółkiewski, poległy w roku 1620. Prawnuk jego po kądzieli, król Jan Sobieski, pod murami oblężonego Wiednia złamał ostatecznie przewagę Turcji i położył kres grozie, wiszącej od dwóch przeszło stuleci nad krajami chrześcijańskimi.

Mimo więc odrazy do wojen, mimo zasadni­czego wstrętu do armii stałej, mimo swej „dul­cis sanguis” dorastała Polska do najwyższych zadań militarnych owego czasu. Zwycięska i silna nie używała jednak swej broni do napaści

i     grabieży. Przeciwnie – broniła przed napaścią. Była przedmurzem i ochronną tamą Europy. Gdyby przez pół tysiąca lat o polską groblę nie rozbijały się fale niszczącej powodzi Mongo­łów i Turków, Europa nigdy by nie doszła była do późniejszego rozkwitu. Rycerstwo nasze po­siadało pełne poczucie tej swojej wielkiej roli dziejowej, jak świadczą niejednokrotnie wynu­rzenia ówczesne. To górne pojęcie o misji, spełnianej przez oręż polski, wyraziło się mię­dzy innymi prastarym obyczajem, iż podczas czytania Ewangelii obecne w kościele rycer­stwo wyciągało do połowy szable z pochew, w dowód, że gotowe jest bronić w każdej chwili wiary, gdyby była przez kogo zagrożona. W owym okresie było to najwyższe idealne dobro, jakie człowiek uznawał. Tylko takie wzniosłe motywy miały moc porywania Polaków do walki orężnej.

Wypowiedzenie wojny należy w dawnej Polsce do kompetencji narodu, zgromadzonego w oso­bach swych prawnie i swobodnie wybranych przedstawicieli. Nikt poza sejmem nie posiada władzy wezwania pospolitego ruszenia. Już w roku 1496 prawo zwoływania go, przysługujące do tej pory królowi, przeszło na sejm. Od roku 1573, tj. od pierwszych „artykułów” i „pac- tów”, przedłożonych Henrykowi Walezemu, każdy monarcha przysięga: „o wojnie albo ru­szeniu pospolitym nic zaczynać nie mamy mi­mo pozwolenie sejmowe wszech stanów”, od­dając tym sposobem sejmowi prawo decyzji o wypowiedzeniu wojny w ogóle, choćby miała być prowadzona wojskiem zaciężnym i kosz­tem samego króla. Na tym stanowisku utrzyma­ło się prawo polskie bez zmiany zasadniczej aż do końca istnienia Rzeczypospolitej. Decyzja narodu stanowiła hamulec, który utrudniał pań­stwu popadanie w konflikty i to tym bardziej, że towarzyszyła temu zasadnicza niechęć do rzezi wojennych. Wobec możliwości rozlewu krwi ludzkiej, żadne państwo nie rządziło się nigdy tak wysokimi skrupułami moralnymi, jak polskie. Przed rozpoczęciem wojny sejm zasta­nawiał się niejednokrotnie w specjalnej komisji, czy jest ona nieunikniona, czy w sporze, który groził zatargiem zbrojnym, słuszność jest po stronie Polaków. Pojęcie słuszności, które w stosunkach międzynarodowych wygląda jak ton zabłąkany z innego świata, to pojęcie istniało w polityce państwa polskiego jako wartość realna. Uważano je za tak ważny czynnik życia, że wy­chowawca wszczepiał je młodzieży już na ła­wie szkolnej, razem z pierwszymi elementami kształtującymi charakter. Ustawa Komisji Edu­kacji Narodowej z roku 1785 nakazywała szko­łom: „W nauce historii nauczyciel nigdy nie będzie nazywał polityką tj. umiejętnością rządu, ani bohaterstwem tego ci jest chytrością, zdra­dą, podłością, gwałtem, przemocą, najazdem i cudzego przywłaszczeniem”. Takiej urzędowej instrukcji wychowawczej napróżno szukaliby­śmy gdziekolwiek nie tylko wówczas, ale może

i     dziś. W Polsce wypływała ona logicznie z wy­sokiego poziomu, na który wzniosły się były już od wieków poglądy na życie.

Wobec ogólnego zmilitaryzowania się Europy i drapieżnych zabiegów innych państw wysokie to moralne stanowisko zemściło się potem strasznie na Rzeczypospolitej. Że jednak polska myśl, która wzdragała się niegdyś przed wid­mem kiełkującej naówczas powszechnej zbroj- ności – była słuszną, ze interesom kultury od­powiadała ona, a nie idee, które miały przyjść po trupie Polski i z czasem świat zamienić w koszary, o tym przekonywa ta potworna zatrata ludzi i rzeczy, jakiej Europa doczekała się na początku XX wieku.

Szerzycielka wolności

Promieniowanie swobód. Szlachta litewska przed unią i po unii. Stuletnie oddziaływanie na Moskwę. Program federacyjny Żółkiewskiego – myśl unii polsko-litewsko- moskiewskiej. Emi­gracja bojarów do Polski. Po utracie państwa. „Za wolność naszą i waszą “. Udział w ruchu wolnościowym Europy. Uniwersalizm sprawy polskiej. Nowoczesna rola Polaków jest konty­nuacja ducha dawnej Rzeczypospolitej.

W długim swym bycie dziejowym Polska, wchodząc w styczność z innymi narodami, mianowicie ze słabszymi lub niżej rozwinięty­mi, niosła im nie więzy lecz ich rozkucie, nie jarzmo lecz dar wolności. Gdy w roku 1611 wojska polskie zdobyły po długim oblężeniu potężna twierdzę graniczną Smoleńsk, która by­ła od dawna przedmiotem sporu między Polską a Moskwą, wybito w Warszawie dla upamięt­nienia tego zwycięstwa medal ze znamiennym napisem: „Dum vincor liberor” – zwyciężony otrzymuje wolność. Istotnie, przez ponowne przyłączenie do Rzeczypospolitej stawał się Smoleńsk uczestnikiem jej szerokich swobód. Medal smoleński, to jakby symbol naszej roli dziejowej, która polegała na promieniowaniu idei wolności wszędzie dokąd dotarła polska stopa. O tej roli mówią po pierwsze warunki w jakich dochodziły do skutku związki i unie, któ­re zawierały z nami ościenne kraje i ludy: przy­stąpienie miast i rycerstwa Prus, przystąpienie Inflant. Obu tym krajom przyniosła Rzeczpo­spolita bądź wyzwolenie spod ucisku już istnie­jącego, bądź zabezpieczenie przed uciskiem grożącym, a w obu wypadkach udział w wy­tworzonych przez siebie instytucjach, wyro­słych na bujnej glebie wolności.

Nade wszystko jednak występuje tu promie­niowanie swobód polskich w stosunku do roz­ległych ziem Rusi i Litwy.

W chwili zbliżenia się do Polski Litwa i złą­czone z nią ziemie ruskie rządzone były przez najklasyczniejszy despotyzm we wszystkich warstwach swej ludności. Wieki książę był wła­ścicielem całego państwa i wykonywał swoją władzę niczym nieograniczoną. Ulegał jej nie tylko lud prosty. Bojarzyn rusko-litewski nie mógł rozporządzać ani swą posiadłością ani nawet losem najbliższej rodziny, nie mógł po­ślubić swojej żony bez wiedzy swego kniazia, nie wolno mu też było opuszczać granic swego kraju: był niewolnikiem. Akt unii horodelskiej z roku 1413 mówił o bojarach wyraźnie i z całą plastyką: „jarzmo niewoli, w której do tego czasu zamotani i związani byli, z szyi ich skła­da się i rozwiązuje”. Od pierwszego zetknięcia się z despotią litewską Polska szerzy tu wol­ność.

Już pod wpływem początkowych unii absolu­tyzm książęcy ulega ograniczeniom, które stop­niowo i stale zataczają coraz szersze kręgi. Bo­jarzy zyskują wraz z godnością zachodniego rycerstwa wolność osobistą i majątkową, z nie­wolników wielkoksiążęcych stają się obywate­lami posiadającymi prawa, których wola wład­cy nie mogła ich pozbawić. Przywilej z roku 1387 zapewnił im swobodę stosunków rodzin­nych. Na podstawie tego samego aktu otrzymu­j ą na własność ziemię, posiadaną dotychczas warunkowo, z rąk księcia. Przywileje z roku 1434 i 1447 czynią ich uczestnikami niedawno przed tem przez szlachtę polską zdobytego prawa, że nie mogą być bez sądu więzieni (”Neminem captivabimus”) i że majątek nie może być im zabrany inaczej, jak wyrokiem sa­dowym. Obok praw obywatelskich zdobywają dzięki zbliżeniu się do Polski prawa polityczne. Dotychczas samowładny wielki książę litewski nie oglądał się zgoła na ich aprobatę, gdy cho­dziło o zarządzenia ustawodawcze, o kwestie skarbu, o stosunki administracyjne, polityczne czy wojskowe. Nawiązanie węzłów z Polską wprowadziło tu gruntowne zmiany. W miarę jak rozwijała się i urzeczywistniała się idea unii, bojarzy uzyskują wzorem polskim udział w rządzie przez odpowiednie instytucje pu­bliczne (sejmiki, sejmy, sądy), a wreszcie po­dobnie jak w Koronie, pełne republikańskie kie­rownictwo spraw państwowych. Te wszystkie swobody nadawane były pod wpływem wolno­ściowego ducha polskiego i łączyły się nawet formalnie z aktami unii, co sami Litwini wy­raźnie określili słowami: „prawa wolnyja, do- bryja chrestiańskija, kak w Korunie polskoj”. Przeistoczenie stosunków sięgnęło tak głęboko, że nawet orientalne dotąd niewolnictwo ludu na Litwie przeszło w poddaństwo zachodnie w je­go umiarkowanej polskiej postaci.

Opór przeciw Unii ze strony Litwy, tak podkre­ślany ze strony historyków obcych, zwłaszcza rosyjskich, był oporem garstki tylko oligar­chów, którzy bali się słusznie, że po zbliżeniu i upodobnieniu się państwa litewskiego do Polski nie będą mogli utrzymać swego prawnie uprzywilejowanego stanowiska. Natomiast par­ła do unii całą siłą liczna rzesza bojarów, którą musiał pociągać szlachecko-demokratyczny ustrój Korony i jej to dziełem był ostateczny związek obu narodów w Lublinie. Niedługo przed sejmem lubelskim bojarstwo, zebrane w obozie pod Witebskiem, związało się w konfe­derację dla energiczniejszego poparcie swoich

żądań i w stanowczo zredagowanym akcie do­magało się ostatecznego utrwalenia łączności z Polską, chcąc zabezpieczyć sobie tym pewniej te wszystkie urządzenia, swobody i wolności, których posiadaniem cieszyła się szlachta pol­ska. Jakoż wolności te, wpłynąwszy raz pełną strugą do despotycznego do niedawna księstwa i    podniósłszy je na wyższy poziom polski, prze­trwały tam aż do końca istnienia wspólnej Rze­czypospolitej .

Misję rozkuwania więzów absolutyzmu, spełnioną tak pomyślnie na Litwie, usiłowała Polska rozciągnąć na dalszy wschód – mo­skiewski.

Wpływ Polski na despotyczną Moskwę rozpoczął się pod koniec XV wieku, gdy wraz z przybywającymi coraz liczniej do carstwa Po­lakami poczęły tam przenikać pojęcia o pra­wach obywatelskich i konstytucyjnym rządzie. „Zetknięcie się z Polakami – pisze Piotr książę Dołgorukow w swej „Verite sur la Russie” (Pa­ryż 1860) przypominało moskiewskim bojarom do jak upadlającego stanu niewolnictwa zostali doprowadzeni, będąc igraszką carskiej woli, podlegając tyranii, a nawet cielesnej chłoście. Szlachta moskiewska patrzyła z zazdrością na liczne swobody, jakich używała szlachta pol­ska”. Pierwszym skutkiem tego była próba wprowadzenia urządzeń polskich w Moskwie za Dymitra Samozwańca (1605) oraz próba bo­jarów ograniczenia absolutnej władzy cara Wa- sila Szujskiego (1606 – 1610), od którego zażą­dano zobowiązania się, że nie będzie samowol­nie konfiskował niczyjego mienia i nie będzie skazywał na śmierć bez sądu i który też rze­czywiście wystawił przy objęciu rządów „za­pis” ograniczający prawa monarsze w stosunku do życia i mienia poddanych. „Zapis” ten – za­uważa Kutrzeba – ”toć to odblask artykułów henrykowskich z roku 1573, toć to moskiew­skie „pacta conventa” na polską modłę. Dla pewniejszego wprowadzenia swobód do Mo­skwy postanowili bojarzy zaprosić na tron do moskiewski Polaka, królewicza Władysława. Dumny diak tj. kanclerz Iwan Gramotin, pod­czas poselstwa w Krakowie zadał wyraźnie, aby przyszły władca „nadał wolności, których przed tym nie bywało w hosudarstwie moskiewskim”

–     wolności polskich. Utworzyło się w Moskwie stronnictwo reform wolnościowych, ”stronnic- two polskie”, które dąży do połączenia się z Rzeczpospolitą, a do którego należą znakomite rody bojarskie Szachowskich, Sałtykowów, Trubeckich, Mścisławskich, Massalskich, Doł- gorukich, Wałujewów, Szeremietiewów i in­nych. To stronnictwo przeprowadziło w roku 1610 wybór Władysława, strąciwszy z tronu Szujskiego, którego zamknięto wprzód w mo- nasterze, a potem wydano Polakom jako więź­nia. Wpływ Polski na Moskwę doszedł wów­czas do szczytu i wraził się w intensywnym szczepieniu w wyższych warstwach pojęć o swobodach obywatelskich i politycznych.

Wódz polski Żółkiewski, który po pobi­ciu wojsk cara Szujskiego pod Kłuszynem wkracza jako zwycięzca w bramy Moskwy, nie niesie tam pęt niewoli, lecz szeroko zakrojony program federacyjny: rozszerzenie unii polsko- litewskiej na państwo moskiewskie wraz ze wszystkimi wolnościami jakie posiadała Rzeczpospolita Jagiellońska. Kontynuuje on pod tym względem myśl wielkiego kanclerza Zamoyskiego, który już w roku 1585 wypraco­wał był projekt zjednoczenia Polski i Litwy z Moskwą na zasadzie równorzędności, „iżby się nami złączyli i zuniowali w jedną Rzeczpospo­litą. Była to olbrzymia koncepcja objęcia unią całego wschodu Europy. Żółkiewski rozumiej ą- cy w pełni wielkość tego zadania, pouczony tak niedawnym przykładem Litwy, która dwa wieki dojrzewała do zupełnego przyjęcia zasad wol­ności, w liście do kanclerza litewskiego Lwa Sapiehy pisał: „Jeśli nie zaraz tak, jakbyśmy życzyli i jako chcemy, mądrego filozofa sen­tencja: succesive est motus. Z waszmościami, bracią naszą, narodem W.Ks. Litewskiego wy­szło 160 lat od unii króla Jagiełły, niźli do tej, jaka teraz jest, wespólności z Koroną przyszło. Pierwej mała różdżka – mówił obrazowo – z czasem bywa z niej wielkie drzewo. Z tych po­czątków, które teraz Pan Bóg dał, mogą przyjść rzeczy do doskonałości”.

Zrazu rzeczy te szły pomyślnie i zdawa­ło się, że absolutyzm na ogromnych obszarach wielkiego księstwa moskiewskiego padnie pod wpływem polskim, jak padł na Litwie. Wzoru­jąc się na jagiellońskiej Rzeczypospolitej usta­nowiła Moskwa przedstawicielstwo narodu w dwóch izbach (Duma bojarska i ziemska), bez których zgody panujący nie mógł wydawać ustaw, nakładać nowych podatków, zawierać traktatów i przymierzy, wypowiadać wojen, a tracił również prawo karać bez sądu śmiercią i konfiskatą dóbr. Za przykładem Polski wpro­wadzono sądy obieralne. Pomiędzy carem a bo­jarami miała istnieć umowa tym razem istotnie na wzór „pactów conventów”. Jeszcze, gdy o rafę tajonych ambicji Zygmunta III o jego tępy upór i ciasnotę rozbił się plan Żółkiewskiego i po dwuletnim bezskutecznym czekaniu Mo­skwy na przybycie królewicza Władysława na tron wstąpił Michał I Romanow, bojarzy, ko­rzystając z jego młodości, zniewolili go do zło­żenia przysięgi na rządy konstytucyjne, które weszły istotnie w życie. Lecz już w 1618, oj­ciec nowoobranego władcy metropolita Filaret, powróciwszy z Polski, gdzie jako jeniec prze­bywał i objąwszy rejencję przy boku młodocia­nego cara, stanął na czele reakcji, która niena­wistnie i skutecznie poczęła niszczyć te pierw­szą w Moskwie „konstytucję”. Szczątki jej uno­siły się jeszcze długo na powierzchni moskiew­skiego życia. Do Piotra I, ukazy nosiły jeszcze nadpis: „car rozkazał a bojarzy przytwierdzili”. W wieku XVIII – zapisuje A. Giller w czasie swych niedobrowolnych studiów nad Rosją („Z wygnania”) – pod działaniem myśli polskiej w państwie moskiewskim wyrobiło się nie tylko w bojarach, ale i w ludzie silne dążenie do swobód politycznych, co przejawiło się w licz­nych zaburzeniach i wstrząśnieniach tego stule­cia w Rosji”. Aż do schyłku XVI w wszelkie próby moskiewskie ukrócenia absolutyzmu by­ły czerpane ze źródła polskich idei politycz­nych, tak jak znacznie później czerpano je z du­cha wielkiej rewolucji francuskiej. Piotr, tzw. „Wielki”, zdusił ostatnie ślady jagiellońskiego posiewu, zastępując je już całkowicie wzorami przenoszonymi przede wszystkim – z Niemiec. (Równolegle z tym oddziaływaniem politycznym także kultura polska w XVII wieku szerzyła się na wschodzie moskiewskim tak, że bojarzy uczą się polskiego języka i czytają polskie książki w oryginale, poeci piszą wiersze polskie., a damy moskiewskie nawet modlą się na psałterzu Ko­chanowskiego

Osobny rozdział przyciągaj ącego dzia­łania polskich swobód przedstawiaj ą tragiczne dzieje Nowogrodu. Pod koniec XVI wieku lud­ność tej starej republiki ruskiej, zagrożona przez despotyzm Moskwy, zdecydowała się szukać ocalenia w opiece Rzeczypospolitej i prosić o wcielenie do sąsiadującej Litwy, Ten samozachowawczy odruch ku połączeniu się z krajem wolności utopił Iwan Groźny we krwi Nowogrodzian wyprawiaj ąc ową słynną w dzie­jach straszliwą rzeź, od której zaczerwieniły się wody Ilmenu.

Urok swobód polskich w ciągu omó­wionego tu okresu był w pewnej części wyż­szych warstw społeczeństwa moskiewskiego tak silny, że od czasów Iwana Groźnego odby­wała się nieustanna emigracja bojarów, którzy raz po raz przekraczali granicę polskie, aby w nich pozostać na zawsze. „Jak ptaki pod jesień

–     pisze prof. Wacław Sobieski w rozprawie „Król a car” – jeden bojar po drugim ucieka od mroźnych lodów północy i szuka schronienia w kraju złotej wolności, a przede wszystkim ów głośny kniaź Kurbski, który przybywszy do Krakowa w słynnym swym liście złorzeczy ty­ranowi i wzywa go na sprawiedliwy sąd Boga”. Gdy w pięćdziesiąt lat później ze wstąpieniem na tron pierwszego Romanowa stronnictwo re­form po krótkim powodzeniu upadło pod cio­sami reakcji, wielu oświeceńszych bojarów, wraz z rodzinami, znowu wynosiło się do Pol­ski wyrzekając się nawet majątków, jak np. znakomity ród Sołtykowów, którego jedna ga­łąź wyemigrowała do Rzeczypospolitej i wkrót­ce dostarczyła nowej ojczyźnie gorących patrio­tów.

Idea wolności, ten główny składnik pol­skiej kultury politycznej, nie przestała promie­niować na obce ludy i po upadku Rzeczypospo­litej . Przez cały wiek XIX Polacy bądź wywo­łują ferment bądź spieszą z pomocą wszędzie, gdzie chodzi o obalenie despotyzmu. Walczą z nim przede wszystkim u siebie w domu, podno­sząc w szeregu krwawych powstań podnosząc broń przeciw ujarzmicielom własnej ojczyzny, przyczem na prześladowców swych, działają­cych z rozkazu rządów zaborczych patrzą z po­gardą a zarazem litością, jako na urodzonych niewolników, a lepsze żywioły niejednokrotnie przeciągają na swoją stronę -przykładem liczne spolszczone urzędnicze rodziny niemieckie, które uległy czarowi idei polskiej i dostarczyły narodowi naszemu najwierniejszych synów. Sprawę własną łączą Polacy nierozdzielnie ze sprawą wolności powszechnej. W roku 1831 żołnierze rewolucji listopadowej, idąc w bój z despotyczna Moskwą, wypisują na swoich zna­kach najwznioślejsze hasło, jakie kiedykolwiek pojawiło się na sztandarach wojennych, hasło „za naszą wolność i waszą”, w którym odbija się cała wielkość dziejowej duszy polskiej zdolną widzieć we wrogu nieszczęśliwego spodlonego brata i pragnącej go podnieść na ludzkie wyżyny. Świadomość łączności sprawy polskiej ze sprawą powszechnego wyzwolenia ożywia wybitnie sejm warszawski w roku 1831, gdy w manifeście swoim woła: „Prawy Polak, jeżeli ulegnie, zginie z tą w sercu pociechą,. Że jeśli własnej wolności nie dozwoliły mu urato­wać nieba, śmiertelną walką zasłonił przynajm­niej na chwilę zagrożone europejskich ludów swobody”. Walcząc przeciw tyranom własnej ojczyzny, rozumieją Polacy, że walczą zarazem

o  szczęście wszystkich ludów i na odwrót, nio­sąc broń przeciw despotyzmowi w jakimkol­wiek zakątku świata, wierzą, że biją się pośred­nio o wolność Polski. Że pogląd ten był trafny, ze rzekomy romantyzm naszych ojców, polega­j ący na popieraniu walki o wolność wszędzie, gdzie się ona toczy, był koncepcją realną i na wskroś trzeźwą, to dziś dopiero zrozumieliśmy w całej pełni, dziś, gdy wiemy, że jedynie pew­ną drogą do wyswobodzenia Polski i najsku­teczniej szą gwarancj ą jej niepodległości j est przebudowa świata na takich podstawach, aby każdy naród mógł sam stanowić o swoim losie.

Przez szereg pokoleń porozbiorowych trwa u nas tradycja czynnej pomocy dla cudzej słusznej sprawy. Zapoczątkowało ją dwóch bo­haterów narodowych, Kościuszko i Pułaski, którzy nie mogąc być chwilowo przydatnymi własnej ojczyźnie, wyprawiają się do Ameryki, by ofiarować jej oręż w walce o wyzwolenie. Kościuszko zdobywa tam prócz szlif general­skich tak wielką popularność, że gdy dwadzie­ścia lat później ponownie staje na ziemi amery­kańskiej, lud w Filadelfii wyprzęga konie od powozu i wiezie go sam jako swego zbawcę. (Kościuszko wyprzedza swojemipojęciami wol­nościowymi nawet tak wielkiego bohatera wol­ności jak Waszyngton, oświadczając się wraz z Jeffersonem gorąco za wyzwoleniem murzynów, czego Waszyngton jeszcze nie rozumiał). Nie­zmiernie charakterystyczna jest rola Pułaskie­go./ Ten ex konfederat, typowy przedstawiciel staroszlachetczyzny polskiej, nie muśnięty na­wet po wierzchu przez idee wieku oświecenia (które znał i podzielał Kościuszko), uważa sprawę młodej republiki północno – amerykań­skiej za tak bliską sobie, że za nią ginie.. Świadczy to dobitnie, że mógł tam widzieć od­bicie przewodnich idei własnej ojczyzny, że ta „zacofana” Rzeczpospolita Polska z przed opo­ki 3 maja była formacją duchowo pokrewną re­publice Nowego Świata. Do Franklina mówił Pułaski z prostotą: „W narodzie naszym jest obrzydzenie do wszelkiej tyranii, więc gdzie tylko na kuli ziemskiej biją się o wolność, uwa­żamy oną jakby własną sprawę. Ta nić snuje się odtąd nieprzerwanie.

Po upadku Rzeczypospolitej pojawiają się Polacy w szeregach rewolucyjnej armii francuskiej i według plastycznego wyrażenia karola marksa „pomagają burzyć feudalną Eu­ropę”. Legiony Dąbrowskiego walczą „za sprawę wspólną wszystkich narodów”, jak głosi pierwsza odezwa werbunkowa z Mediolanu, a legioniści noszą na czapkach z dumą napis: „Ludzie wolni są braćmi”. Ideały te żyj ą w ser­cach Polaków i wówczas, gdy pułki polskie śpieszą za chorągwiami Napoleona, roznoszą­cymi w strupieszałą Europę zdobycze wielkiej rewolucji.. Emigracja polityczna z Polski po roku 1831 daje potężną podnietę ruchowi „Młodej Europy”. W latach 1846 – 1848 znaj­dują się polscy emigranci na wszystkich bary­kadach i polach wszystkich bitew o wolność. Ścigani przez reakcję pogardliwym przezwi­skiem „kondotierów wolności”, znienawidzeni przez rządy despotyczne, walczą jako żołnierze, oficerowie i wodzowie we Francji, we Wło­szech, na Węgrzech, w Niemczech, w Austrii. Polak Mierosławski dowodzi powstaniem nie­mieckim w Badenii i włoskim na Sycylii. Gene­rał Chrzanowski działa w północnych Włoszech na czele armii sardyńskiej. Do Mediolanu z utworzoną przez siebie legią polską ściąga Adam Mickiewicz, proklamując walkę o wol­ność wszystkich ludów i wypisując na sztanda­rze hasło rozszerzenia chrześcijaństwa z dzie­dziny życia jednostkowego na stosunki mię­dzynarodowe. Wśród „tysiąca” garibaldczyków są również Polacy. Śpiewano wówczas we Włoszech pieśń zaczynająca się słowami: „La libera Italia, hec tato dece a vol., braci Polac- chi!” – pieśń dziękczynną za krew naszą, prze­laną dla wyjarzmienia Włoch. W Wiedniu re­wolucję 1848 roku organizuje wojskowo Polak pułkownik Bem, a polski mąż stanu Smolka kieruje obradom, pierwszego parlamentu au- striackiego. Do powstania na Węgrzech zacią­gają się tysiące Polaków: generał Dębiński jest dwukroć wodzem naczelnym wojsk węgier­skich, generał Wysocki dowodzi osobnym pol­skim legionem, generał Bem okrywa się nie­śmiertelną sławą jako niezwyciężony partyzant w Siedmiogrodzie. W roku 1863 na Ukrainie powstańcy polscy, prawie wyłącznie z kół szlachty, ogłosili tzw. „złotą hramotę”, przy­znająca chłopom ruskim wolność i uwłaszcze­nie, chociaż to było wbrew interesom klaso­wym tamtejszego polskiego ziemiaństwa. To samo uczyniono na Litwie.

Jak niegdyś byli przedmurzem dla bar­barzyństwa wschodniego, tak po upadku stali się Polacy szermierzami powszechnej wolności. Ich krwią okupione zostały w znacznej części te prawa, które są dziś udziałem konstytucyjnie rządzonych i wyzwolonych narodów Europy.

Ideał polityczny, który reprezentowała Polska ujarzmiona i Polska w rozsypce emigra­cyjnej, sprawił, że zwłaszcza około połowy

XIX    wieku nabrała kwestia polska charakteru uniwersalnego. „Młoda Europa” widziała w jej rozwiązaniu warunek powszechnego zwycię­stwa wolności. Odczuł to zwłaszcza żywo ge­niusz narodu francuskiego, który od 1831 roku, przez trzy dziesięciolecia w literaturze, w par­lamencie, w demonstracjach ulicznych Paryża parł do wojny o Polskę. Historyk francuski Henryk Martin (La Russie et l’Europe” 1866) uważa, że we Francji sprawa nasza była znacz­niej popularniejsza od włoskiej, która przecież budziła tyle entuzjazmu. Świadomość ścisłego związku między wyzwoleniem Polski a obale­niem reakcji wystąpiła dobitnie wśród najwy­bitniejszych umysłów Rosji, z których np. Aleksander Hercen przewidział trafnie; „Upa­dek sprawy polskiej niezawodnie zatrzyma na­szą rosyjską”. Zatrzymał ją, gdyż zgniecenie polskiego powstania stało się punktem wyjścia do pogrzebania reform liberalnych Aleksandra II i wznowieniem ery najczarniejszej reakcji na obszarze połowy Europy, od Wisły po Ural.. Powszechny prąd popularności sprawy polskiej, jako jednoznacznej z ogólnoeuropejską sprawą ludów, porwał także Niemców. Szczątki pobitej armii naszej z 1831 roku, wychodzące z kraju i dążące na Zachód, były w przechodzie przez kraje niemieckie przedmiotem powszechnego uwielbienia społeczeństwa (równocześnie rząd

pruski chwytał polskich żołnierzy i wydawał ich Moskwie).W roku 1848 rozegrała się w Berlinie pamiętna do dziś scena, gdy Polaków uwolnionych z więzienia tłum poniósł na rę­kach przed zamek królewski i domagał się dla nich natarczywie pokłonu, który też – nastąpił. Niemcy ówcześni, ogarnięci dążeniami wolno­ściowymi, dawali wyraz przekonaniu, że bez wyzwolenia Polski nie ma wolnej Europy. „Wolna Polska – pisał historyk Karol Hagen – dałaby możność ugruntowania się wolności po­litycznej w krajach, których ludy podniosły już rokosz, stałaby się nowym bodźcem dla naro­dów ujarzmionych i umożliwiłaby ruch wolno­ściowy nawet tam, gdzie dotychczas go nie by­ło. W Polsce musi rozstrzygnąć się sprawa wolności”. (Limanowski – „Udział Polaków w walkach wolnościowych”). W owym to czasie liczni poeci niemieccy jak Lenau, Hebbel, Kor- ner, Anastazy, Grun, Holtei, Kinkel, Platten, Uhland, Chamisso, Horwegh, Moser (autor po­pularnej i u nas pieśni „Tysiąc walecznych”) i inni tworzyli natchnione hymny na cześć Polski wojującej z despotyzmem („Polenlieder”). „De- in Krieg – es ist ein heiliger Krieg, dein Sieg- es ist ein Volkersieg” – wojna twoja jest świętą wojną, zwycięstwo twoje jest zwycięstwem lu­dów” – wołał do Polski poeta niemiecki Ernest Ortlepp. W utworach tych biały orzeł uwikłany w śmiertelny bój z orłem czarnym był przed­stawiany często jako symbol walki o wolność. „Cywilizacja europejska i walka o wolność we­dług powszechnego przekonania ówczesnego, walczyły pod sztandarem białego orła” – stwierdził w wiele lat później nienawistny nam historyk niemiecki Treitschke („Deutsche Ge- schichte im XIX J”).

Ludy Europy w okresie swego najwyż­szego wzniesienia się moralnego chylą głowę przed duchową siłą wywłaszczonego i prześla­dowanego narodu, równocześnie zaś w świa­domości polskiej pod wpływem zadawanych przez wroga katuszy powstaje na chwilę, jako odruch obronny, jako źródło dalszego wytrwa­nia, że Polska jest „Chrystusem narodów”, że jak ON cierpi dlatego, aby zbawić ludzkość. Emanacją tego nastroju mesjanistycznego jest wspaniała w potędze swego natchnienia poezja trzech wieszczów narodowych, powstała w owym czasie na emigracji.

Cała ta nowoczesna rola Polaków, nie tylko buntowniczo przeciwstawiających się władzy nieprawej u siebie, lecz także roznieca­j ących żądzę wolności i walczących o wolność na całym świecie, tkwiła głęboko w czasach ubiegłych. Była ona wynikiem wychowania się narodu naszego przez długie wieki w zasadzie kardynalnej, iż nie masz bytu godnego człowie­czeństwa bez możliwości swobodnego o sobie stanowienia. Wśród przelewania krwi polskiej na wszystkich barykadach od Wisły po Tybr, była przejawem tej samej siły wewnętrznej, co niegdyś w świetnym pochodzie, łamiąc despo- tyzmy sąsiednie, z konstytucyjną kartą swobód posuwała się na Litwę i Ruś ku Moskwie. Była logicznym wypływem i kontynuacją ducha sta­rej Rzeczypospolitej, który przed pięciuset laty zdołał już był wytworzyć na wschodzie Europy organizm polityczny, oparty na wielkiej idei władztwa narodu, idei urzeczywistnionej przez nas wówczas w granicach, jakie zakreślały po­jęcia epoki, a w ciągu ostatniego stulecia coraz wyraźniej kształtującej dzieje ludzkości.

Typ bohaterski

Polski probierz bohaterstwa. Wielkość typu Dżingischana. Żółkiewski, Kościuszko, Trau­gutt. Zgodność ideału z życiem. Nieuznawanie przemocy. Walka o „królestwo boże “. Wielki mąż w pojęciu Mickiewicza.

„Gdybym w jednym zdaniu miał określić cha­rakter i cywilizacyjne stanowisko narodu, zapy­tałbym co uważane bywa w nim za WIELKOŚĆ, co uchodzi za bohaterstwo naro­dowe”, mówi F. Koneczny w swej monografii o Kościuszce. I stwierdza: „W Polsce ażeby być wielkim, trzeba mieć przede wszystkim wielki charakter, wielkie serce, wspaniałość duszy. Nam nieznana wielkość zbrodnicza, u nas nie dochodzi się do szczytu historycznego uznania ze splamionym sumieniem. Przez całych tysiąc lat pochodu dziejowego nie przyznaliśmy ani razu piętna wielkości nikomu, kto nie celował cnotą, czystością intencji, ofiarnością i poświę­ceniem. Słowem: tylko szlachetni mogą w Pol­sce być wielkimi”.

„Wielkość” np. moskiewskiego cara Piotra brzmi w uszach polskich nie tylko z przyczyn, które nas bezpośrednio dotykaj ą, ale z ludzkie­go punktu widzenia, jak epitet szyderstwa. Ge­nialny przedstawiciel despotyzmu, ani genialny oszust, ani genialny zaborca, ani w ogóle gwał­ciciel czyichkolwiek praw, nie mogą w umyśle polskim wywołać skojarzenia z wielkością. Dla nas są on i tylko odmianami Dżingischana, któ­ry był przecież także potężna indywidualnością, był nie tylko niepospolitym wodzem, ale także znakomitym organizatorem olbrzymiego pań­stwa i olbrzymich mas ludzkich, lecz z powodu braku ideału moralnego skwalifikowany został przez instynkt zbiorowy, nie jako bohater, lecz jako wódz wzorowo zorganizowanej bandy. Polska nowoczesna miała wielu znakomitych i świetnych wodzów – obywateli. Takimi byli: Zamoyski, Tarnowski, Chodkiewicz, Koniec­polski. Takim był surowy Czarniecki, który powstał z tego „co boli”. Takim był najpopu­larniejszy z królów naszych Sobieski. Taki książę Józef Poniatowski, piastun wojskowego honoru Polski. Takim Henryk Dąbrowski, twórca Legionów. Lecz pojęcie bohaterstwa w najwyższym przedstawicielskim znaczeniu tego wyrazu przylgnęło w pamięci narodu do tych, którzy – zwycięzcy czy zwyciężeni – stali się przez swe czyny wykładnikami najistotniejszej treści ducha narodowego.

Tej miary dosięgnął hetman Stanisław Żółkiew­ski, który wzniósł się na widownie jako bohater

–    wyraziciel duszy swego plemienia.

„Hektor polski”, największa postać naszej hi­storii w okresie szczytowego rozwoju Rzeczy­pospolitej, jest Żółkiewski nieprześcignionym w doskonałości wzorem człowieka, obywatela i rycerza. Jego wszystkim wyprawom wojennym towarzyszy wielka i z etycznego punktu widze­nia wzniosła myśl dziejowa. Przez Kłuszyn dą­ży do złamania despotyzmu moskiewskiego i do rozszerzenia unii wolnych narodów na wschód. Przez błonia cecorskie – dla zasłonię­cia kultury chrześcijańskiej przed niszczącą i bezpłodną siłą otomańską. Wojskom swym, przy całym zachowaniu dyscypliny, przyznaj e cenne prawo, że mają wiedzieć za co się biją; gotów jest przed bitwą – jak na polach guzow- skich – przemówić do nich o słuszności bronio­nej sprawy. Twardy wojownik wzdryga się przed okrucieństwem i słabych zasłania przed krzywdą. Gdy tłumi niepokoje kozackie, rów­nocześnie grozi kniaziowi Rożyńskiemu, że je­śli nie zaniecha pomsty na pospólstwie, naj­pierw przeciw niemu wyruszy w pole. Przez sześć tygodni rządzi w Moskwie, żegnany na odej ściu nie jak wróg, lecz j ak przyj aciel : „wszystka czerń – stwierdza pamiętnikarz – po ulicach zabiegała mu drogę, błogosławią”. Od­bywa wspaniały wjazd triumfalny do Warsza­wy, wiodąc znakomitych jeńców, jakich w tym składzie żaden naród u siebie nie oglądał, bo cara Wasila Szujskiego i brata jego Dymitra pokonanego wodza naczelnego i drugiego brata Iwana i Fiodora Romanowa, już wkrótce zało­życiela nowej dynastii. Wśród tych powodzeń, okryty nieśmiertelną chwałą, o czym myśli Żółkiewski? „Życzę sobie – marzy – śmierci słodkiej dla wiary świętej, dla ojczyzny, ale nie wiem, jeślim tej łaski od Pana Boga godzien”, a w testamencie nakazuje niebawem: „Jeślibym w potrzebie umarł, miasto aksamitu czarnego, który znaczy żałobę, niech trumna przykryta będzie szkarłatem” na znak radości. Nie ma w nim interesu osobistego, ani śladu prywaty, ani cienia niskiej ambicji. Nie umie się płaszczyć, o nic nie prosi, z triumfów się nie przechwala, o nagrody nie dba. W bezgranicznym zapomnie­niu o sobie wszystko dokoła mierzy miarą po­spolitego dobra. Pod Cecorą ginie jak olbrzym. ”Jeśli zostaniem zwyciężeni – mówi – nie mię­dzy jeńcami, jeno między poległymi mnie szu­kajcie”. Jest w godzinie śmierci tak wielki i wspaniały, jak był przez cały swój dlugi żywot. Na zwrotnym punkcie swych dziejow, między upadkiem państwowym a rozpoczynającą się epoką niewoli, wydaje Polska drugi równej do­skonałości typ bohaterski w Kościuszce. Kościuszko uważa swą władzę dyktatorską za „narzędzie do skutecznej obrony ojczyzny”.

Nie żywi żadnych samolubnych widoków i zgodnie z tym powołuje do steru ludzi bez­względnie czystych i bezinteresownych, którzy, jak wyraża się, „dochowali nieskażonej cnoty w życiu prywatnym i publicznym”. Zawodowo wyszkolony wódz, jest w zasadzie przeciwni­kiem zarówno wojen, jak stałego utrzymywania wielkich armii; skłania się raczej ku powszech­nemu wyćwiczeniu wojskowemu narodu. Bit- ność żołnierza opiera nie tylko na tresurze, ale i na sile moralnej. W uniwersale połanieckim nawołuje: „Naprzeciw kupie niewolników po­stawmy masę potężna swobodnych mieszkań­ców”. Rzemiosło wojskowe rozumie tylko w służbie idei godnej ofiar. Przelewając krew, czyni to, aby wyplenić „ ród rozbójników”. Dlatego nienawidzi nawet Napoleona, jako uzurpatora, który prowadził narody na rzeź dla osobistego wyniesienia się. Dlatego do końca życia przechowywał w czci swój ideał młodo­ści, Tymoleona z Koryntu, który strącał tyra­nów, lecz nigdy nie skorzystał z tego, by zająć ich miejsce. Dlatego tak bliskim był duchowi młodej wyswobodzonej Ameryki. Kościuszko truchlał na myśl, że w Polakach mogłaby kie­dykolwiek zrodzić się „czołgająca dusza”. Jako zwycięzca, po odparciu Prusaków spod War­szawy, nie pozwala na łuki triumfalne i prote­stuje przeciw kultowi swej osoby. „Ludzie – upomina – powinni pamiętać zawsze o swej godności człowieczej”. Szanuje tą godność tak­że w nieprzyjacielu, okazując słynną wspania­łomyślność dla pokonanych. Wielkie jego serce ogarnia nie tylko własny naród. Każdy czyn Kościuszki wytryska z pragnienia szczęścia dla wszystkich, z dążenia do zniesienia wszelkiego ucisku i ugruntowania braterstwa ludów. Za ten ideał walczy na drugiej półkuli ziemi. Pisma francuskie z końca XVIII wieku nazywały go „Une âme toujours occupée de grandes idées”. Nieśmiertelny Jefferson świadczył o nim: „Jest to najczystszy syn wolności z pomiędzy wszystkich, jakich znałem kiedykolwiek”.

W ostatniej porozbiorowej epoce naszych dzie­jów, skończenie doskonały typ polskiego boha­terstwa wystąpił w osobie Romualda Traugutta dyktatora z roku 1863.

Gdy powstanie styczniowe już kona, Traugutt bierze na siebie obowiązek utrzymania go przez jesień i zimę r. 1863 – 1864 do chwili oczeki­wanej interwencji Europy. Wszystko dokoła wali się w gruzy. On tropiony ustawicznie, nie­pewny każdej godziny, ze swego ukrycia war­szawskiego skupiając w swym ręku nici ruchu, prowadzi przez pół roku bezprzykładny w hi­storii bój z wielkim mocarstwem, podtrzymuje nadludzkim wysiłkiem żywotność sprawy i stwarza pozory wojny, w której nie brak nawet zwycięstw. Zawdzięcza to niesłychanej sile mo­ralnej, czerpanej z przeświadczenia, że służy wielkiej idei. W instrukcjach do wojska rozwija poglądy na to, jakim powinien być żołnierz pol­ski.. Obok karności, której umiał sam tak zna­komicie przestrzegać w obozie domaga się od dowódców „usiłowań do umoralnienie siły zbrojnej”. „Żołnierz polski – mówi w jednej z takich instrukcji – powinien być prawdziwym żołnierzem Chrystusa”, „czystość obyczajów i nieskalaną cnotę ma wszędzie roznosić”. „Rząd narodowy – mówi jeszcze – patrzy na wojsko nie tylko jako na obrońców kraju, ale zarazem jako na stróżów i wykonawców prawa””. Do ostatniej chwili, gdy za progiem czyhają już oprawcy carscy, trwa na stanowisku i z nieza­chwianym spokojem spełnia swą wielką i tra­giczną rolę. Na koniec jest już tylko piastunem czci narodu. Już tylko ma wzniośle umrzeć. I idzie naprzeciw śmierci męczeńskiej z tym sa­mym napięciem silnej woli, z jakim przez dłu­gie miesiące odpowiadał czynami na hasło Francji: „Durez!”. Tracony z całym aparatem straszliwej okazałości, z którego Moskwa pra­gnęła uczynić symbol swego triumfu nad jesz­cze jednym pokonanym ciałem Polski, z głową wzniesioną w górę, przekroczył próg wieczno­ści. Urzędowy historyk rosyjski i świadek na­oczny Berg mówi: „Zanim rozstał się ze świa­tem, już całe jego jestestwo należało do nie­ziemskich krain”.

W Żółkiewskim, Kościuszce, Traugucie znaj­dziemy z łatwością te same, pomimo przedziału wieków bliskie sobie skoncentrowane rysy pol­skiego bohaterstwa. W bardziej zasadniczej po­staci można je uogólnić jako wyznawanie wy­sokiego ideału moralnego i zespolenie go bez­względnie z życiem. Wiek XIX, który stał się dla nas okrutnym, wielkim probierzem tego uzgodnienia życia i ideału, wydał w narodzie naszym szczególnie krwawy urodzaj dusz boha­terskich z ich niczym nieugiętą, przez żadne ka­tusze niezachwianą niezłomnością trwania przy tym, co poczytujemy za główny warunek bytu, godnego człowieka.

Jeden z twórców Nocy Listopadowej, Piotr Wysocki, po trzechletnim więzieniu i skazaniu na śmierć, namawiany by prosił o ułaskawienie, kazał sobie do celi przynieść pióro i papier i napisał te wspaniałe i dumne słowa: ”Nie dlate- gom broń podnosił, ażebym prosił cesarza o ła­skę, ale dlatego, aby jej mój naród nigdy nie po­trzebował”. Jak refren powtarzają się te słowa z pokolenia na pokolenie: „Co do mnie – woła Rufin Piotrowski -, jeden z pierwszych Pola­ków wywiezionych na Sybir – wyznam, że nad wszystkie kary najokropniejszą wydawałaby mi się łaska cara”.. „Jutro – powtarza w sto lat po­tem w przeddzień stracenia na szubienicy Józef

Toczyński, członek rządu powstańczego – jutro niczego tak się nie lękam, jak carskiej łaski”. Uczestnik spisku a roku 1824 major Łukasinski przeżył 37 lat w straszliwej twierdzy szliselbur- skiej, w której współczesny mu rewolucjonista rosyjski Bakunin po trzech tylko latach był bli­ski obłędu i samobójstwa. Kiedy w roku 1831 komendant Szliselburga podjął zabiegi, aby ulżyć bezprzykładnej męce polskiego bohatera, Łukasiński w liście do niego zastrzega: „Bez żadnych próśb z mojej strony”. Roman San- guszko przez udział w postaniu 1831 roku po­stawił na kartę olbrzymią fortunę rodową; gdy po zapadłym wyroku, skazuj ącym go na 10 lat batalionów karnych, podsunięto mu, by prosił o łaskę i w jakimkolwiek sposób usprawiedliwił przyczyny, które popchnęły go do walki, oświadczył krótko; „Z przekonania!”.

Obok tej cechy zasadniczej, obok niezłomnej zgody ideału i życia, przewijają się przez polski typ bohaterski dwa dalsze zasadnicze rysy, któ­re tkwią poprzez wszystkie epoki w historycz­nie wytworzonej duszy narodu, ale zyskują szczególnie jaskrawy wyraz również w ostat­niej, tragicznej dobie naszych dziejów. Oto członek rządu narodowego z roku 1863 Rafał Krajewski w przeddzień śmierci śle z więzienia „miłość i pożegnanie całemu światu”, modli się

o  „przyjście na ziemię królestwa bożego”. Oto drugi członek tegoż rządu, Roman Żulinski, ka­towany w śledztwie rzuca swym oprawcom: „Możecie mnie tylko bić, ale nie możecie mnie sądzić, gdyż ja was nie uznaję”. W tych bez­granicznie wielkich wynurzeniach, wypowie­dzianych w uroczystych chwilach zamknięcia spraw doczesnych, mieści się pozytywna treść polskiego bohaterstwa: nieuznawanie przemo­cy, walka o królestwo boże – o wolność.

Adam Mickiewicz, tworząc w III części „Dzia­dów” wizję wielkiego męża, wyśnionego zbaw­cę i wskrzesiciela narodu, wyobraził go sobie jako niosącego wyzwolenie nie samej tylko Polsce, nie tylu a tylu kilometrom kwadrato­wym obszaru Europy, lecz wszystkim ujarz­mionym i cierpiącym i zgodnie z tym skoncen­trował jego rysy duchowe w okrzyku: „ To namiestnik Wolności na ziemi widomy!”.

Ten okrzyk, wydobyty z głębi duszy plemien­nej, zawarł w sobie całą szeroką skalę polskie­go pojmowania wielkości.

Wyprzedzenie Europy

Linia prosta polskiego rozwoju politycznego. Absolutyzm w Europie i prawa obywatelskie w Polsce. Pojęcie ojczyzny. Ustawa 3 maja. Jej idee wyprzedzające chwile dzisiejszą. Ograni­czenie przywilejów szlacheckich przez samą szlachtę. Rewizje konstytucji. Federacja naro­dów. Swoboda sumienia. Reformy bez rozlewu krwi. Wyższość moralna.

Polska zrealizowała maksimum wolności i swobód politycznych, jakie dały się osiągnąć w granicach ówczesnych możliwości historycz­nych, a zarazem wyprzedziła w rozwoju swym pod bardzo wielu względami o całe pokolenia, nieraz o całe stulecia, współczesny sobie kon­tynent europejski. To co inne narody zrobiły dopiero w XIX stuleciu, lub do czego jeszcze dotychczas dążą, w Rzeczypospolitej Polskiej niejednokrotnie od wieków było już wprowa­dzone i prawnie ubezpieczone.

Znacznie naprzód przed resztą kontynentu po­szła Polska w rozwoju prawno – politycznym. Nie ma w dziejach jej owego ponurego ogniwa, spajającego epokę średniowiecza z nowocze­snym państwem praworządnym, ogniwa jakie tworzył gdzie indziej absolutyzm „oświecony” i policyjny. Przejście od dawnych do nowszych form ustrojowych odbyło się w Polsce w o wie­le krótszym okresie czasu, niż w reszcie Euro­py; w dziesięcioleciach, gdy Europa potrzebo­wała na to stuleci. Prof. St. Kutrzeba stwierdza, że rozwój polski był pod tym względem logicz­niejszy niż Zachodu. Poszedł on w kierunku co­raz dalszego wykształcenia przewagi czynnika społecznego, który w wiekach średnich stop­niowo i tak skutecznie dobijał się do władzy. Zgniecenie go na korzyść książąt, które dokonał się na Zachodzie, było niejako załamaniem się linii rozwoju, odgięciem jej w inną stronę, niż biegła poprzednio, w przeciwieństwie do linii polskiej – prostej. Gdy Europa wchodzi osta­tecznie w okres niewolniczego uzależnienia społeczeństw od woli nieodpowiedzialnej jed­nostki, w tym samym czasie Polska coraz bar­dziej wykształca u siebie instytucje gwarantują­ce prawa i swobody obywateli, wtedy tworzy ona sejm walny, który ujmuje w swoje ręce cała władzę prawodawczą i właściwy kierunek

spraw państwa. Drogą odrębna i własną, nie przez potworną fazę absolutyzmu, lecz przez zachowanie i kontynuacj ę tych form przedsta­wicielskich i samorządnych, jakie rozwinęły były wieki średnie, szła Polska do ideału pań­stwa nowożytnego i zbliżyła się do niego szyb­ciej niż inne narody kontynentu. Około polowy

XVIII     w., gdy Rzeczpospolita domagała się pod wielu względami naprawy i gdy Polak Wilhor- ski zwrócił się do Jana Jakuba Rousseau z za­pytaniem jak należałoby ją zreformować, wielki mędrzec odpowiedział traktatem „Uwagi o rzą­dzie polskim”, w którym doszedł do wniosku, że zasady ustroju Rzeczypospolitej są na ogół doskonałe i nie wahał się postawić spaczonej już wówczas konstytucji polskiej wyżej, niż an­gielska („vaut mieux que celle de la Grande Bretagne”).

Historyk niemiecki Karol von Rotteck z Fry­burga w swym wielkim dziele „Allgemeine Ge- schichte” pisze o „oświeconym absolutyźmie” europejskim: „W owym czasie umiejętność by­ła służebniczką despotyzmu. Naród wszędzie, wyjąwszy mała liczbę republik, był uważany za trzodę bydła i takim był rzeczywiście w kra­jach, gdzie słowo monarsze było wszystkim, a nic innego nie miało na celu, tylko interes i nie­ograniczoną chciwość panujących rodzin. O ileż naprzód znajduje się współczesna temu stanowi Polska.

Swoboda osobista i bezpieczeństwo jednostki wobec wszelkiej samowoli ze strony państwa są zagwarantowane licznymi ustawami. Pod tym względem wyprzedza Polska poniekąd nawet klasyczny kraj wolności osobistej, Anglię gdyż prawo „Neminem captivabimus roku 1430, orzekające, iż nikt nie może być więziony bez poprzedniego przekonania o winie, ustanowiła na dwa i pół wieku przed słynnym aktem an­gielskim. „Habeas corpus” z roku 1679. (W An­glii zasada nietykalności znana została w roku 1215 artykułem 39 Wielkiej Karty Swobód, ale nie przyjęła się dostatecznie w życiu, wobec czego w roku 1679 musiano wydać specjalną ustawę, identyczną z naszym wcześniejszym i zawsze przestrzeganym „Neminem captivabi­mus “. Wolność osobista zagwarantowana zo­stała również bardzo wcześnie na Węgrzech („Złota bulla. “) i w dalekiej Aragonii. Tam przetrwała ona stosunkowo krótko – u nas bli­sko cztery stulecia, aż do upadku Rzplitej. Poza tym cała Europa czekała na to elementarne prawo obywatelskie do czasów najnowszych). Sądownictwo polskie zna zasadę jawności roz­prawy ustnej, oskarżenia i obrony, których prócz Anglii nie było nigdzie.

Kompetencje sejmu polskiego, który jest wyra­zem, zbiorowej woli narodu, są tak szerokie, że pod niejednym względem pozostały czymś nie­doścignionym dla wielu współczesnych nam parlamentów. Gdy gdzie indziej sprawa tak ogromnej wagi i tak brzemienna w skutki, jak postawienie kraju w stan wojenny, znajdowała się, a niejednokrotnie znajduje się dotąd, poza wszelką kontrolą ogółu i od skinienia jednostki zawisłe było życie lub śmierć setek tysięcy lu­dzi – u nas możliwości takiej przed czterema wiekami już postawiono skuteczna tamę, prze­kazując sejmom decyzję o wojnie i pokoju. „Zasadę dziś podnoszoną – mówi prof. St. Ku­trzeba, by całe społeczeństwo przez legalne przedstawicielstwo swe mogło wyrazić zgodę na to, że wojny chce, tę zasadę państwo polskie najwcześniej z państw europejskich sformuło­wało i najdłużej ją w całej konsekwencji prze­prowadziło, trzymając się jej i w tych czasach, gdy państwa absolutne Europy stworzyły już były potężne armie, rzucające się w bój na każ­de władcy skinienie”. Ten sam znakomity ba­dacz konstatuje, że za Zygmunta Augusta sejm nasz „zaczynał przybierać cechy prawie nowo­żytnego parlamentaryzmu”, lecz późniejszy rozwój spaczył ten kierunek („Historia Ustroju Polski”).

Republikańska w istocie swej forma rządów zapewnia narodowi możność obierania sobie głowy państwa i do koronowanej tej prezyden­tury otwiera drogę każdemu z obywateli. Kar­dynalne urządzenia Rzeczypospolitej, ustawa „Nihil novi”, „Pacta coventa”, artykuł „De non praestanda oboedientia”, są wcieleniem nowo­czesnej zasady, że król istnieje dla narodu, a nie na odwrót, co Kołataj określił lotnym powie­dzeniem: „Wielka różnica rzec – król ma pań­stwo, a – państwo ma króla”. Dobitnie i z całą świadomością stwierdził ów wyższy porządek ustrojowy w Rzeczypospolitej szlachcic polski XVI stulecia mówiąc do cudzoziemca: „Tobie się pan rodził, mnie się nie rodził, tego ty pana masz, któregoś mieć musiał, ja, Polak, tego kró­la mam, któregom mieć chciał! Nie masz ty żadnej obrony przeciwko zwierzchności książę- cia swego, a ja mam obronę przeciwko królowi swemu. Ty w jarzmie jako wół chodzisz, albo jako zniewolona munsztunkiem szkapa pana przyrodzonego na grzbiecie swoim nosisz, a ja, Polak, jako orzeł bez pętlic na swej przyrodzo­nej pod królem swym bujam swobodzie!”. Tak przemawiał do Litwy jeszcze przed unią roku 1569 Stanisław Orzechoweski, „a mógł był za­iste – dodaje współczesny historyk J.K.Kochanowski („Nad Renem i nad Wisłą”) – w imieniu Polski szlacheckiej przemawiać tak samo i do całego Zachodu”. Wypowiedziana w roku 1830 przez Thiersa słynna zasada „Le roi regne et ne gounerne pas”, którą chlubi się na­uka polityczna naszych czasów, była już w 1607 roku przedstawiona przez polityków pol­skich, którzy określili ja na dwa stulecia przed Thiersem niemal identycznymi słowy: „Regna, sed non impera!” – tj. „panuj, ale nie rządź!”. Zapisać tu należy także dokonany wcześnie w Polsce rozdział osobistych dochodów króla od dochodów skarbu publicznego. Gdy wszędzie dochody państwa były dochodami monarchy, u nas już sejm roku 1505 wprowadził osobne uposażenie panującego, co ostatecznie utrwaliło się za Zygmuntów. (Charakterystyczne jest, że jeszcze emigracja nasza po roku 1831, ogarnię­ta wszak nowoczesnymi prądami Zachodu, mia­ła pełną świadomość tej wielkiej twórczości po­litycznej polskiej XV, XVI, XVII w, która nie­jednokrotnie szła przed resztą Europy. W „Ad­resie 2000 Polaków we Francji będących do izby niższej angielskiej ” z roku 1832 czytamy: „Przez ciąg swego istnienia Polska przed in­nymi posiadała swobody: wolność wyznań, wolność druku, zabezpieczoną własność i wol­ność osobistą, a instytucje swoje rozwinęła na władzy ludu (mowa, rozumie się o demokraci szlacheckiej). Nie znała wojsk stojących, nie dozwoliła królom mocy nakładania podatków, uświęciła prawo oporu przeciw przywłaszcze­niu. “. Także Szujski, współtwórca historycznej szkoły krakowskiej, jeszcze w roku 1868 wie­dział, ze byłoby samobójstwem i wyparciem się samego siebie, gdyby naród nasz stracił szacu­nek, miłość i ufność ku zasadom, które go nie­gdyś wielkim czyniły i którymi wyprzedzał Eu­ropę ”).

Z tymi pojęciami i instytucjami dawna Polska jest o całą otchłań czasu naprzód w stosunku do współczesnego sobie Zachodu, gdzie niejedno­krotnie, jak mówi Rotteck, „naród uważany był za trzodę bydła, a słowo monarsze było wszyst­kim”, gdzie król (Ludwik XIV) z biczem w rę­ku wchodził na zebranie notablów i sam jeden państwem się ogłaszał. Wskutek udziału znacz­nej części ludności w sprawach publicznych oraz jej odpowiedzialności za te sprawy wytwo­rzyło się też w Polsce niezwykle wcześnie, bo już za Zygmuntów, pojęcie ojczyzny, gdy w reszcie Europy długo jeszcze nie umiano wyjść poza pojęcia państwa. (Historyk niemiecki Ja­kub Caro („ Geschichte Polens ”) stwierdza, że żaden kraj w Europie tak wcześnie, z taką siłą wewnętrzną, nie nadał wagi zasadzie narodo­wości, jak Polska, wbrew kosmopolitycznemu duchowi średniowiecza ”. Warto przypomnieć, że w literaturze po raz pierwszy sprecyzował samodzielną istność narodu w stosunku do pań­stwa nasz Brodziński, mówiąc: „Bóg chciał mieć narody jak ludzi indywidualnymi ” („ O narodowości Polaków” Warszawa 1831). Kto ojczyźnie swojej służy, sam sobie służy – wołał Skarga – bo w niej jego wszystko się dobre za­myka”. Kiedy u nas dawno służono „ojczyź­nie”, tam ciągle jeszcze służono „panu”. („Es ist für einen Edelmann kein grosseres Glück, ale einen Fürsten, den er ehrt, zu dienen…” mówi bohater Szillera). Na podstawie tych wszystkich faktów możemy skonstatować, że już w Polsce sprzed Wielkiego Sejmu byliśmy narodem, wytrzymuj ącym nowoczesne kryte­rium, które stwierdza: „Plemię żyjące w obroży narzuconych mu siłą praw, posłuszne im bez­myślnie jakby jakiejś żywiołowej konieczności, nie jest jeszcze właściwie społeczeństwem – jest mającym pasterzy i psy stadem. Społeczeń­stwem w prawdziwym tego słowa znaczeniu zaczyna stawać się dopiero wówczas, gdy przy­najmniej jego pewna część uświadomi sobie swoje prawa człowieka i gdy sobie wywalczy ich uznanie” („Nacjonalizm jako zagadnienie etyczne” Kraków 1917 bezimiennie).

Ze swobód skrystalizowanych już w XVI wie­ku, a ciągnących się przez cały wiek XVII i XVIII, korzystała przecież jedna, chociaż mi­lion głów licząca warstwa ludności. Ale pod koniec XVIII w wyprzedzaj ąc znowu więk­szość Europy, Polska podejmuje i przeprowa­dza wielką reformę polityczną, reformę, która pozostawiaj ąc – wbrew popularnemu mniema­niu – nietkniętymi kamienie węgielne odwiecz­nej budowy, oparta zasadniczo na podstawach ustroju dotychczasowego, owszem, potwierdza­jąc te podstawy na przyszłość, kładzie kres wy­łącznemu użytkowaniu praw obywatelskich przez szlachtę i rozciąga je na dalsze warstwy narodu, a zarazem dostosowuje wolnościowe instytucje państwa polskiego do pojęć i potrzeb nowoczesnych.

Reforma ta to wiekopomna Konstytucja 3. maja 1791 roku.

Pomimo kompromisu, jaki Polska ówczesna zawierała z ideą monarchizmu, wprowadzając po czterystu latach znowu tron dziedziczny, ustawa 3 maja, wierna duchowi polskich trady­cji, zachowała w swych najważniejszych zary­sach w całej pełni zasadę władztwa narodu, któ­ra wykształciła się była i nas wybitnie w ciągu ubiegłych stuleci. Tę kardynalną zasadę, na któ­rej odnowiona Rzeczpospolita miała się i w dal­szym ciągu opierać, wyrazili twórcy konstytucji uroczyście słowami analogicznymi do deklara­cji północno – amerykańskiej z roku 1776 i de­klaracji francuskiej z roku 1789, a zawierają­cymi myśl odwiecznie polską: „Wszelka wła­dza społeczności ludzkiej początek swój bierze z woli Narodu”.

Zgodnie z tym mówi ustawa majowa najpierw

o  sejmie, dopiero potem o panującym i o wła­dzy wykonawczej. Izba poselska, „świątynia prawodawstwa”, jest wyobrażeniem wszech- władztwa narodowego”. Jest wraz z senatem jedyną kuźnią praw obowiązujących naród. Konstytucja zapewniała tu wprawdzie i nadal stanowi szlacheckim, „prerogatywy pierwszeń­stwa” – należy jednak pamiętać, że w tym sa­mym czasie i parlament angielski posiadał jesz­cze jednostronny charakter oligarchiczno – szlachecki, i że dopiero późno w wieku XIX, reforma z roku 1832, otworzyła drzwi przed nowoczesnymi ideami demokratycznymi, po­chodzącymi z Francji. Unowożytnienie organi­zacji sejmu polskiego polegało na zniesieniu jednomyślności i fatalnego „liberum veto” a wprowadzeniu głosowania większością głosów, na zniesieniu związków konfederackich, na skasowaniu ’’instrukcji” dawanych przez sejmi­ki posłom, którzy już odtąd prawnie ”uważani być mają jako reprezentanci całego narodu”, nie poszczególnych województw. Projekty do ustaw, jak dotychczas, wychodzą od tronu, lecz także i z łona izby. Ustawy staj ą się prawomoc­nymi z chwilą uchwalenia ich przez sejm („złą­czona izb obydwu większość – brzmi tekst kon­stytucji – będzie wyrokiem i wolą stanów”). Rząd ani też głowa państwa nie może na własną rękę stanowić praw, nakładać podatków i pobo­rów, zaciągać długów publicznych. Nie może również rząd lub panujący, podobnie jak to się działo przedtem, bez przyzwolenia narodu wy­powiadać wojen ani zawierać układów natury dyplomatycznej. Sprawy te odsyła Konstytucja 3 maja do decyzji przedstawicielstwa narodo­wego. Izba poselska i senat decydować mają „co do wojny, pokoju, ostatecznej ratyfikacji traktatów związkowych i handlowych, wszel­kich dyplomatycznych aktów i umów do prawa narodów ściągaj ących się”. Władzy wykonaw­czej wolno tylko tymczasowo z państwami ob­cymi prowadzić negocjacje, „o których najbliż­szemu zgromadzeniu sejmowemu donieść win­na”.

Król jest nie tylko, według formuły średnio­wiecznej, królem „z Bożej łaski”, ale i „z woli Narodu”. Taki tytuł przypisuje mu wyraźnie konstytucja, dodając, że dlatego nie jest przed narodem odpowiedzialny, ponieważ „nic sam przez się nie czyni” oraz przestrzegając: „Nie samowładca, ale ojcem i głową Narodu być powinien i tym go prawo i konstytucja niniejsza być uznaje i deklaruje”. Król jest najwyższym przedstawicielem władzy wykonawczej oraz wodzem naczelnym sił zbrojnych. Czynnikiem prawodawczym odrębnym, obok obydwu izb sejmowych, konstytucja go nie czyni: pozosta­wia mu tylko nadal przewodnictwo obrad w se­nacie. Obowiązkiem jest jego zwoływać sejm zwyczajny co dwa lata, nadto sejmy ekstraor- dynaryjne w miarę potrzeby. U boku króla stoi stworzony na nowoczesną modłę gabinet mini­strów, któremu dano w Polsce przepiękną i je­dyną w swoim rodzaju nazwę: „Straży Praw”. (Nazwa „gabinet ” utarła się w innych pań­stwach na tej podstawie, że początkowo król w swoim gabinecie odbywał z ministrami narady w sprawach publicznych. Nazwy tej w Polsce świadomie uniknięto). Również zreformowana administracja publiczna odpowiadała warun­kom nowej epoki. Powierzając rządowi silną władzę wykonawczą, uczyniła go konstytucja ściśle odpowiedzialnym przed narodem. Za na­ruszenie ustaw może sejm polski zwykłą więk­szością głosów postawić ministrów w stan

oskarżenia, a w razie udowodnionego przestęp­stwa ukarać winnych na wolności osobistej i mieniu. W razie niezgodności kierunku poli­tycznego między przedstawicielstwem narodu a rządem, sejm większością dwóch trzecich gło­sów ma prawo domagać się usunięcia ministra z urzędu, a król winien uczynić to i natychmiast zamianować jego następcę.

I   znowu podobne jak przy rozważaniu urządzeń starej Rzeczypospolitej, trzeba stwierdzić, że wiele z postanowień, które Polska wprowadziła w ustawie 3 maja, wykazuje cechy wyższości w porównaniu ze stanem rzeczy już nie w prze­ważnej liczbie krajów ówczesnych, lecz nawet w niejednym z konstytucyjnych i parlamentar­nie rządzonych państw Europy dzisiejszej. Ludność tych państw dopiero teraz usiłuje – niejednokrotnie tylko częściowo – zdobyć to, co istniało i było prawnie utrwalone u nas przed laty 127. A mianowicie:

  1. W wielu państwach współczesnych ustawy zasadnicze są tak skonstru­owane, że w pewnych wypadkach, np. w wypadku wojny lub ostrego konfliktu miedzy rządzącymi i rzą­dzonymi, z góry jest przewidziana i dopuszczona możliwość rozwiązania parlamentu, zawieszenia samej kon­stytucji i czasowego sprawowania rządów absolutnych, bez udziału przedstawicielstwa narodowego. Wszystkie cenne zdobycze i gwa­rancje konstytucyjne, jak prawodaw­stwo i rząd parlamentarny, swoboda głoszenia przekonań, swoboda zgromadzania się i zrzeszania itd., ustają wówczas automatycznie. Pol­ska ustawa zasadnicza przez nikogo nie mogła być „zawieszona”. Sejm nie mógł być rozwiązany.
  2. Zwołanie lub niezwołanie parlamen­tu zawisło dziś w wielu krajach od woli panującego, względnie rządu.

W Polsce w myśl ustawy 3 maja władza prawodawcza narodu nie mogła być żadna miarą zatamowana. Sejm musi być zwołany w określo­nym terminie, lub gdy zachodziła konieczność przewidziana w konsty­tucji. Gdyby król wzbraniał się wy­pełnić w tym względzie obowiązek.

Miał to uczynić marszałek ubiegłego sejmu wbrew niekonstytucyjnemu stanowisku monarchy i zwoławszy sejm, uzasadnić motywy swego po­stąpienia.

  1. Wszelkie rozporządzenia królewskie miały być kontrasygnowane przez jednego z ministrów, poczem nabie­rały mocy obowiązującej. Na wypa­dek, gdyby żaden z ministrów nie uznał za możliwe podpisać rozpo­rządzenia – „król odstąpi od tej de­cyzji”. Jeśliby zaś mimo solidarnie przeciwnego stanowiska całego ga­binetu monarcha trwał jednak przy swoim zdaniu, wówczas marszałek sejmowy „będzie go upraszał” o zwołanie sejmu, aby sprawę roz­strzygnął senat. Gdyby wreszcie król odwłóczył zwołanie sejmu, powi­nien uczynić to sam marszałek. Wy­padki takie zdarzyłyby się w prakty­ce z pewnością bardzo rzadko. Nie mniej ustanowienie powyższej pro­cedury świadczy jak konsekwentnie była przeprowadzona w Polsce za­sada woli i władztwa narodu.
  2. Z obu izb sejmowych większe zna­czenia posiada zawsze izba poselska, jako pochodząca z wyboru. Konsty­tucja 3 maja wysnuła z tej przesłanki postanowienie, że jeśli ustawę uchwaloną w izbie poselskiej senat odrzuci a izba uchwali ja powtórnie na następnym sejmie, wówczas ustawa nie potrzebuje już zgody se­natu i staje się prawomocną bez ape­lacji. Podobne postanowienie wpro­wadzone zostało w Anglii dopiero w roku 1911.
  3. Konstytucja 3 maja oparła rząd na podstawie nowoczesnej zasady, że musi on posiadać zaufanie większo­ści ciała prawodawczego, że jest przed nim odpowiedzialny i że z chwilą, gdy utraci jego poparcie, powinien ustąpić. Pod tym wzglę­dem Polska poszła za przykładem Anglii, gdzie zasada powyższa wy­łoniła się po raz pierwszy w Europie około 1720 roku. W niektórych jed­

nak państwach konstytucyjnych jeszcze z XX wieku rząd jest tylko emanacją woli monarszej, żadne vo­tum nieufności ze strony parlamentu nie może zniewolić go do ustąpienia, a na odwrót gabinet posiadający zu­pełne zaufanie reprezentacji ludowej może być każdej chwili usunięty przez panującego. Przykładem tego są Niemcy, gdzie dziś dopiero nie­które stronnictwa polityczne dążą do zdobycia odpowiedzialności rządu przed narodem, co w Polsce istniało już w roku 1791.

  1. Na koniec, zgodnie z odwieczną tra- dycj ą i praktyką polityczną Rzeczy­pospolitej, o których poprzednio już była mowa, utrwaliła konstytucja 3 maja, że zarówno polityka zagra­niczna, jak doniosłe prawo wypo­wiadania wojny i zawierania pokoju są atrybutem sejmu, gdzie dziś jesz­cze ciągle sprawy te przeważnie roz­strzygane są przez nieliczne jednost­ki w głębokiej tajemnicy przed przedstawicielstwem narodu i opinią publiczną.

Armia, w pojęciu Konstytucji 3 maja i zgodnie z odwiecznymi wyobrażeniami pol­skimi, jest organizacj ą „obrony od napaści” i „dla przestrzegania całości narodowej”. Ten sam wysoki poziom moralny, który towarzyszył zawsze uruchomieniu sił zbrojnych Rzeczypo­spolitej, przebija i na kartach ustawy majowej. Pośrodku autokratycznie rządzonych państw, posługującymi się tłumami niewolniczego żoł- dactwa gotowego do wszelkiego rozboju mię­dzynarodowego, republikański duch polski stwierdza, że armia nie ma być zaczepna, ma „bronić całości i swobód narodowych”. „Woj­sko nic innego nie jest, tylko wyciągnięta siła obronna i porządna (tzn. strzegąca porządku) z ogólnej siły narodu”, brzmi definicja ustawy 3 maja, definicja, którą jako postulat bez zmiany powtórzyć można w sto lat przeszło po jej wy­powiedzeniu. W myśl tak pojętego charakteru siły zbrojnej przypisano wojsku przysięgę cha­rakterystycznym porządku: przede wszystkim „na wierność Narodowi” a następnie na wier­ność monarsze.

Pod względem społeczno – politycznym konstytucja polska z roku 1791 podcięła do­tychczasowe przywileje i monopole stanu szla­checkiego, a zarazem na oścież otwarła wrota do tego stanu przed świeżym dopływem. Prawo do nobilitacji zyskali automatycznie wojskowi i urzędnicy pewnych stopni, zaś każdy sejm miał obowiązek udzielenia klejnotu szlacheckiego znaczniejszej liczbie mieszczan zasłużonych na jakimkolwiek polu, przede wszystkim w prze­myśle i handlu. Dawny cenzus krwi rycerskiej został całkowicie zniesiony, szlachectwo stało się dostępne dla każdego osobnika o pewniej wartości społecznej, zamieniło się w obywatel­stwo Rzeczypospolitej w szerokim znaczeniu tego słowa, otwierając niebywałą zupełnie per­spektywę do stopniowej nobilitacji całego na­rodu. Stan miejski jako całość otrzymywał jak gdyby połowę szlachectwa: przyznawano mu prawo „neminem captivabimus”, dostęp do wyższych godności duchownych, urzędów cy­wilnych i rang wojskowych, większy udział w sejmie, do którego dopuszczono przedstawicieli 21 miast z głosem doradczym, a w sprawach miejskich i handlowych stanowczym, wreszcie szeroki zreformowany samorząd i prawo posia­dania ziemi, to ostatnie przyznane w Prusiech dopiero w roku 1807, w szesnaście lat później niż w Polsce. Były to prawa o jakich nie śniło się wówczas mieszczaństwu np. niemieckiemu. Zajęcia miejskie zrównane zostały w swej war­tości z ziemiańskimi. Najprzedniejsi dygnitarze na znak braterstwa ostentacyjnie przyjmowali obywatelstwo miejskie. Stan chłopski wreszcie, który według wstępu do odpowiedniego artyku­łu ustawy „tworzy najdzielniejsza kraju siłę”, otrzymał opiekę prawną. W sprawie położenia mieszczaństwa, a zwłaszcza włościan, twórcy ustawy czuli sami i wyraźnie to zaznaczyli, że reforma jest daleka od doskonałości, wybierali jednak drogę pośrednią w przeświadczeniu, że najpewniejszą rękojmią utrwalenia się reform jest wprowadzenie ich drogą stopniowej ewolu­cji.

Podkreślamy z naciskiem, że tą konsty­tucję, wychodząca na niekorzyść szlachty, uchwalił sejm wyłącznie szlachecki. „Gdy gdzie indziej – pisze K. Hoffmen („Historia re­form politycznych w Polsce”) – wszystkie re­formy zasadzone na równouprawnieniu stanów były dziełem klas nieszlacheckich albo korony,

konstytucja 3 maja była dziełem dobrowolnym samego tylko uprzywilejowanego stanu. Szlachta polska wyrzekła się odwiecznych pre­rogatyw na korzyść władzy i wolności ogólnej, bez żadnego ze strony korony lub klas nieszla­checkich nacisku, powodowana jedynie wzglę­dami dobra pospolitego”. „ W swoim rodzaju jest to wypadek jedyny i niegdzie na tak wielki rozmiar w dziejach ludzkości nie powtarzający się” – stwierdza O. Balzer.

Równie ważną i zgoła wyj ątkową cechę konstytucji polskiej stanowiło, że reformy jej były obliczone na przeciąg jednego tylko poko­lenia. Przy całym swym niewspółczesnym libe­ralizmie ustawa zasadnicza 3 maja miała być nie skostniałą kodyfikacją, lecz żywą wytyczną dla dalszego rozwoju. Osobny artykuł ustawy postanawiał mianowicie, że co 25 lat ma się zbierać umyślny sejm dla rewizji i poprawy konstytucji, a to „uznaj ąc potrzebę udoskonale­nia onej po doświadczeniu jej skutków co do pomyślności publicznej”. Głęboka mądrość twórców reformy 3 maja zajaśniała pełnym bla­skiem w tej instrukcji, która już następnemu pokoleniu nakazywała dostosować ustrój pań­stwa do nowych pojęć a tym samym zapobie­gała z góry gwałtownym wstrząśnieniom we­wnętrznym. Najbliższa konstytuanta polska by­łaby znowu pchnęła potężnie naprzód dążenie do ideału wolności, obejmującej już teraz wszystkie warstwy narodu, gdyby tego procesu nie przerwał gwałt rozbiorów.

Dalszą wielką grupę zjawisk, w której duch po­lityczny polski poszedł naprzód w stosunku do reszty kontynentu europejskiego, stanowi sztu­ka łączenia narodów, jaką rozwinęła Polska w ciągu swego historycznego bytu i która prześci­gnęła znowu nie tylko współczesne sobie, ale i dzisiejsze państwa wielonarodowe. Historia zna przykłady kojarzenia ze sobą obcych krajów. Czynili to władcy w dynastycznym swym inte­resie, posługując się w tym celu mieczem, trak­tatami lub związkami małżeńskimi i tworząc za pomocą tych środków mniej lub więcej zwarte całości. Lecz Polska osiągnęła to nie na drodze podboju, który zostawia po sobie gorycz poni­żenia i zapalne ogniska „buntów” – i nie na drodze układów sukcesyjnych, zawieranych przez dynastie ponad głowami ludów, bez względu na ich wolę, a często wbrew niepoko­nanym ich wstrętom. Unie polskie dokonywały

się: 1). nie w interesie głów koronowanych.

2). bez przymusu 3). przez porozumienie się narodu z narodem. Specjalnie ten ostatni nie­zmiernie doniosły moment jest czymś dla owej epoki niewspółczesnym, niezwykłym, nowym i wyprzedzającym o całe wieki ogólny rozwój pojęć politycznych. „Tym bardziej – zauważa St. Kutrzeba – ten rodzaj łączenia terytoriów w jedną spoistą całość może być Polski dumą, że nie miała ona pod tym względem żadnych przykładów, żadnych wzorów. Trzeba było tworzyć formy nowe dla nowych myśli, które się u nas zrodziły” („Społeczno – państwowe idee Polaków”). W historii świata nie wiele można spotkać przykładów, by społeczeństwa przy tworzeniu takich związków w ogóle jaki­kolwiek głos miały sobie przyznany. Tu głos nie tylko istnieje, ale nabiera wagi decydującej.

0     złączeniu się Polski z Litwą układały się w latach 1499, 1501, 1569 istniejące już wówczas w obu krajach sejmy, w których reprezentowa­ny był ogół dostojników i szlachty. Lecz już o tyle wcześniejszy zjazd w Horodle w r. 1413 dał dobitny wyraz temu, że unia obu państw ma być unią narodów, gdy 47 „rodów” polskich („ród” obejmował znaczną liczbę rodzin nie- spokrewnionych ze sobą w znaczeniu dzisiej­szym) nadało tyluż rodom litewskim swe herby, tj., to, co było tak wyjątkowo cennym w owych czasach, co z taką zazdrosną dumną było no­szone, co nazywało się też symbolicznie „klej­notem”. Rody bojarów litewsko – ruskich sta­wały się przez tę adaptację herbową niejako krewnymi polskich rodów. „Niezwykły – pisze Kutrzeba – genialny ten pomysł, jedyny w hi­storii całego świata, takiej masowej adopcji herbowej z tej wyszedł myśli, by związek państw umocnić związkiem warstw wyższych”, zanim w r. 1569 już same narody zawrą z sobą wieczysty związek. Akt horodelski wprowadził niebywałe dotąd w stosunkach międzynarodo­wych pojęcia – miłości i braterstwa. Te pojęcia, wzmocnione niebawem bujnym rozkwitem pol­skich swobód politycznych, doprowadziły osta­tecznie do unii w Lublinie, która z obustronna zgodą, uroczyście wyrzekła, iż „Korona i Wiel­kie Księstwo Litewskie jest nienaruszalne i nie- różne ciało”, „jedna wspólna Rzeczpospolita, która się z dwóch państw i narodów w jeden lud

1państwo zrosła i spoiła”.

„Bezprzykładnym jest – mówi znakomity pisarz polski Julian Kłaczko – podobne złączenie się państw, długo sobie nieprzyjaznych, o różnych rasach, obyczajach, języku i religii, a jednoczą­cych się w końcu w imię Ewangelii, wolności i tej miłości, która „sama wznosi państwa”; po raz to pierwszy powstaje w dziejach potężne mocarstwo bez krwi rozlewu”. „Zjazd w Horo­dle – stwierdza historyk niemiecki Jakub Caro – przyłożył pieczęć do takiej unii narodów, jakiej nie napotkać w całej historii Europy”.

Mamy tu przed sobą jedno z najbardziej zasta­nawiających zjawisk dziejowych. Nie gwałtem fizycznym, lecz siłą ducha, nie mieczem, lecz kodeksem praw i naokół promieniująca wolno­ścią dokonywa Polska swego wspaniałego „podboju” ludów ościennych. Tą drogą wytwo­rzyliśmy wielką federację ludów na wschodzie Europy. Unie z Litwą, z Rusią, z Prusami, z Inf­lantami, przeistoczyły małe piastowskie pań­stwo w rozległe mocarstwo związkowe, które przy dwóch tylko organach centralnych, przy wspólnym sejmie i wspólnej osobie panuj ące- go, a przy ścisłym przestrzeganiu odrębnych indywidualności swych części składowych, wykazało tak wielką spójnię wewnętrzną, że – jak to zaznaczyliśmy już – przetrwała ona w warstwach historycznych nawet upadek samej konstrukcji państwowej. Stworzyła tu Polska dzieło, które nie miało sobie podobnego wów­czas, a w tych rozmiarach pozostało w ogóle unikatem w Europie. To co dziś kreujące umy­sły lepszej części ludzkości stawiają jako pro­gram porozumienie się „od narodu do narodu”, to, co w zmienionych warunkach jako ideał świeci znakomitym duchom kontynentu euro­pejskiego: dobrowolna federacja ludów, to my na obszarze od Wisły do Dźwiny przed cztere­ma wiekami w czyn wprowadziliśmy.

W równym stopniu wyprzedziła Rzeczpospolita Polska świat tolerancja religijną, która była zawsze znamienna ideą naszych dziejów, której nieśmiertelny pomnik prawodawczy powstał w ustawie z r. 1573 („De pace inter dissidentes”), głoszącej równouprawnienie wszystkich wy­znań, a ogłoszonej w czasie, gdy ludzie maso­wo zarzynali się w Europie w imię Boga, tak jak dziś zarzynają się w imię „miłości ojczyzn”. Samotne wśród reszty Europy, nieznane tam w owych odległych epokach., niedoścignięte czę­stokroć, nawet dziś, stoją przed nami środki, ja­kimi rozum stanu i duch Polski posługiwał się dla osiągnięcia swoich wielkich celów dziejo­wych. Bez walk wyniszczających i gwałtow­nych wstrząśnień wewnętrznych przeprowadzili przodkowie nasi tak olbrzymie dzieła, jak wła­śnie złączenie w jedną wyższą całość sąsiadują­cych ze sobą obszarów państwowych, jak rów­nouprawnienie wszystkich wyznań i urzeczy­wistnienie swobody sumienia. Wielka zasadni­cza reforma państwowa: konstytucja „Nihi novi” z r. 1505, która rzuciła trwałe podstawy pod ustrój przedstawicielstwa narodowego i za­gwarantowała owe szerokie swobody politycz­ne, jakimi Polska odcięła się na trzy stulecia od rosnącego dokoła, a wreszcie triumfuj ącego wszędzie, absolutyzmu, doszła do skutku jako proste uwieńczenie szeregu stopniowych prze­obrażeń poprzednich. Konstytucja 3 maja 1791, która te zdobycze przystosowała do potrzeb nowoczesnych, dokonała się również jako wy­nik pokojowej ewolucji myśli politycznej. W tym pamiętnym roku Polska wstąpiła na drogę rozszerzenia praw człowieka na warstwy „niż­sze”. Nie kosztowało to ani jednej kropli krwi, ani jednaj łzy ludzkiej. Gdy inne narody konty­nentu musiały w nowszych czasach tysiącami ofiar okupywać każdy krok ku swobodzie. „To

–    mówi Stefan Buszczyński – do czego gdzie indziej dobijano się przez krew, przez rozruchy, bunty, rewolucje, królobójstwa, rusztowania, gilotyny, naród polski otrzymał i utrzymał spo­kojnie, na drodze legalnej”.

Wyższości tego sposobu budownictwa poli­tycznego towarzyszyła niezaprzeczona wyż­szość moralna Polski nad bliższym i dalszym jej otoczeniem. Państwo, które uczyło mło­dzież, że polityka nie ma być chytrością, zdradą ani sztuką używania przemocy, które wśród powszechnego panowania instynktów drapież­nych nie uprawiało z zasady napastniczych wo­jen i do rozboju cudzego mienia czuło wstręt, a niosło ościennym ludom – wolność, które wśród powszechnego fanatyzmu jedyne w Eu­ropie dało wspaniały przykład tolerancji religij­nej, które taką samą tendencję stosowało do wszelkich przejawów historycznie wytworzonej odrębności, które w swoich granicach nie znało zgoła żadnych form prześladowania ludzi za to czem są i w co wierzą, które nie zamordowało żadnego ze swych królów, ale też żadnemu nie pozwoliło mordować poddanych, które blask prawa ceniło wyżej niż blask korony, to pań­stwo zostawiło daleko za sobą w tyle nie tylko ówczesną Europę, ale i dzisiejszą.

Upadek państwa

Szukanie przyczyn upadku. Bez-rząd i bez­prawie. „Niezdolność do życia. ” tworząca wzór praworządnego państwa. Dla kogo anarchia polska była niebezpieczna?Nieupodobnienie się do niżej stojącego środowiska. Polska ule­gła przewadze fizycznej.

Państwo polskie upadło!

Dla ludzi, co wartość zasad i czynów mierzą doraźnym powodzeniem, wystarcza to by potępić linię rozwoju Polski. Lecz „zegar dziejów nie według ludzkiej nastawiony mia­ry”, a ustrój polityczny, który przez wieki da­wał szczęście i wysoki poziom kulturalny wiel­kiemu narodowi – idea wolności i godności ludzkiej, która pokolenia całe wśród bezprzy­kładnych cierpień i prześladowań zagrzewała ogromem patriotyzmu i która dotychczas przy­świeca dążeniom narodów, – nie mogłyby być potępione nawet wówczas, gdy istotnie spro­wadziły na przeciąg stu lat niedolę i cierpienie.

Zniszczenie naszej tysiącletniej egzy­stencji państwowej było dziełem przewagi fi­zycznej, aktem gwałtu. Tak odbijało się niegdyś to katastrofalne zjawisko we wszystkich umy­słach moralnie nie zdeprawowanych nie tylko u nas i nie tylko w krajach nam przyjaznych. Wielki i zarazem wyjątkowy pruski mąż stanu z epoki napoleońskiej, Stein, wtedy, gdy w Niemczech rzeczy nazywano po imieniu, rzekł: „Podział Polski jest polityczną zbrodnią. Sta­nowi on smutny obraz ujarzmionego przez przemoc narodu, któremu zburzono możność samodzielnego rozwoju swej indywidualności, któremu wydarto dobrodziejstwo swej własnej wolnej konstytucji”. Czynniki, które spowodo­wały nasz upadek, ujmowano jasno o prosto. Sprowadzały się one do wspólnego mianownika

–     przemocy. Dopiero z czasem, pod wpływem triumfującej reakcji, rozpoczęły się poszukiwa­nia za innymi ’’przyczynami”. Przede wszyst­kim skrzętnie zajęli się tym sami sprawcy roz­biorów. W ich to urzędowej historiografii po­jawiła się najpierw chytra teza kolportowana

potem długo i gorliwie, że Polska uległa „we­wnętrznemu rozkładowi”, że zgubiła j ą „anar­chia”, że jej zasady polityczne i urządzenia państwowe cierpiały na „niezdolność do życia”, teza, która jak podrobiony pieniądz poczęła krążyć po świecie. Ustalanie nowych „przy­czyn” przybrało wreszcie charakter potępienia, miotanego jak gdyby z wyżyn jakiegoś sądu dziejowego. Nie tylko usprawiedliwiono siebie, ale na dodatek pociągnięto nas przed kratki. Komedia ta, którą ze szczególną precyzj ą umie­li reżyserować pisarze moskiewscy, ma wciąż jeszcze aktorów, chór i wdzięcznych słuchaczy. Rozgrywa się ona w „nauce”, w prasie, w pu­blicystyce, w parlamentach. Mówią nam suro­wo: Upadliście, bo nie umieliście u siebie rzą­dzić.

Widowisko godne bogów. Któż to bo­wiem wlecze przeszłość polską przed swój sprawiedliwy trybunał i ciska jej w twarz zarzu­tem bez-rządu? Oto potomkowie przydrożnych rycerzy-rozbójników lub rabów, całujących po­kornie knut, ci, których dzieje przez setki lat pławiły się w bezprawiu, w czymś kwalifikują­cym się przed pręgierz stokroć bardziej od wy­naturzeń polskiej „złotej wolności”. Najsmut­niejszy rozdział naszej historii, pod królami z dynastii saskiej, to okres braku silnej egzeku­tywy, strzegącej ścisłego wykonywania praw, które jednak istniały i obowiązywały. W tym samym czasie Rosja – i nie tylko ona – nie znała w ogóle żadnych istotnych pojęć o prawie, gdyż prawem był dla niej każdy gest cara, każde krwawe zachcenie psychopatów na tronie w ro­dzaju Iwana Groźnego i koronowanych ladacz­nic w rodzaju Katarzyny Anhalt-Zerbst. Kto częstuje nas kazaniami o niezdolności do życia? Ci, co objawili ja głównie zbójeckim łupie- stwem cudzego dobra i psią uległością wobec bata. Bezwstydnym fałszem jest, jakoby zdol­ność do życia była jednoznaczna z popędem do grabieży i niewolniczą tresurą.

Wyprowadzenie upadku Polski z jej wewnętrz­nego „rozkładu” przeczy wszystko. Po pierw­sze: nad przewodnimi ideami naszych dziejów historia wcale nie przeszła do porządku, prze­ciwnie, coraz bardziej podkreśla ich aktualność. Po wtóre: ustrój Rzeczypospolitej od ostatecz­nego swego skrystalizowania się istniał z górą trzy stulecia, więc musiał posiadać dostateczną siłę żywotną i to tym większą, że w nieznacznej

tylko mierze opierał się na przymusie pań­stwowym. Po trzecie: dwa ostatnie rozbiory na­stąpiły wtedy, gdy Polska przez przystosowanie się do nowych pojęć i potrzeb stworzyła była na owe czasy wzór praworządnego państwa w ustawie 3 maja 1791 roku, gdy przeprowadziła nie tylko znakomite reformy polityczne, spo­łeczne i administracyjne, ale zajaśniała rządno- ścią gospodarczą, odrodzeniem przemysłu i handlu, więc złożyła na nawo niezbity dowód wszechstronnych zdolności do dalszego życia. Wobec tych faktów uzasadnianie rozbiorów na­sza „anarchią” i naszym rzekomym „rozkła­dem”, nie przestaje być nikczemnym, staje się śmiesznym.

Anarchia” polska była, zaiste, jedną z przyczyn naszego upadku, ale w sensie zgoła innym, niż ten, jaki jej podsuwa bezmyślnie powtarzany komunał. W łupinie wynaturzonych z biegiem czasu i spaczonych form ustroju pol­skiego tkwiło nawet w okresie jej najjaskraw­szych zboczeń zdrowe ziarno wielkich i płod­nych idei. Naród nasz zawsze świadomie prze­ciwstawiał się tyranii, gdziekolwiek ona była. Stara konfederacka pieśń z roku 1768 (cztery lata przed pierwszym rozbiorem), pieśń z cza­sów najwyższego „rozkładu”, głosiła: „Nigdy z królami nie będziem w aliansach, nigdy przed jarzmem nie ugniemy szyi” – z królami. to zna­czyło z autokracj ą, z „absolutum dominium”. „Dawna Polska – stwierdza znakomity współ­czesny pisarz rosyjski Konstanty Balmont („Utro Rossii 1917) – była krajem wolności po­śród państw despotycznych. W dniach swojej zguby posiadała ona taką sumę swobód, jakiej nie znało wtedy żadne państwo europejskie”. Zarażającego wpływu tych idei bał się absolu­tyzm XVIII w, okrążający dokoła naszą ojczy­znę. „Poglądy Polaków – pisał kanclerz rosyjski Biezborodko w roku 1794 – są tego rodzaju, że zaraza dalej rozej ść się może”.

„Trzeba innych powodów szukać dla zrozumienia planu rozebrania Polski? – pyta słusznie Buszczyński. -To jedyne wielkie mocarstwo narodowe wśród państw dynastycz­nych było wówczas anomalią. Polska, pomimo osłabienia, pomimo pozorów konania, nie rów­nie więcej miała żywotności, niż wszystkie eu­ropejskie państwa wśród wrzawy wojennej i dworskiego przepychu. W całej Europie narody

i        kraje były własnością panujących, były rze­czą, bezmyślnym narzędziem woli silniejszego lub zręczniejszego, gdy naród polski nigdy nie był niewolnikiem swych królów”. W ustroju i duchu Rzeczypospolitej, w świeżo zwłaszcza uchwalonej konstytucji 3 maja, która zrefor­mowała i wzmocniła rząd, wprowadziła monar­chię dziedziczną, ale zatrzymała w całej pełni władztwo narodu, widziały mocarstwa ościenne niebezpieczną pokusę dla swych „poddanych”, trzymanych w ryzach ślepego posłuszeństwa. Odrodzenie się przez reformy majowe i wzmo­żenie się na siłach takiego państwa, jak Polska, mogło było zagrozić dalszemu trwaniu autokra- tyzmu, zniszczonego już częściowo na Zacho­dzie, przez Francję, i trzeba było tę groźbę usu­nąć. Uczyniono to – przez rozbiory. („Królowie ztrwozyli się w sercach swych i rzekli: Wypędzi­liśmy z ziemi Wolność, a oto powraca w osobie narodu sprawiedliwego, który nie kłania się bałwanom naszym. Pójdźmy, zabijmy naród ten ” (Mickiewicz: „Księgi Narodu polskiego ”).

Polska upadła dlatego, że nie upodobniła się do sąsiednich despotii, że jedyna na kontynencie wzdragała się długo przed wytworzeniem wiel­kiej stałej armii, tj. tego, co dziś narody przodu­jące ludzkości chcą zetrzeć ostatecznie z obli­cza ziemi. Zginęła, gdyż przy całym chwilo­wym załamaniu się swej siły duchowej była tworem politycznym doskonalszym i niewspół- cześnie wysoko rozwiniętym w zestawieniu z tym, co j ą otaczało.

To była „causa prima” zniknięcia gwałtownego Polski z kart świata. Pozostaje jeszcze obszerne pole do uwag nad upadkiem charakterów w okresie przed Wielkim Sejmem, nad rozpręże­niem się przedstawicielstwa narodowego, nad zanikiem władzy państwowej. Aczkolwiek okresy takich lub podobnych wewnętrznych niedomagań znane są nie tylko w Polsce XVIII wieku, lecz u tylu innych narodów i w tylu in­nych epokach i chociaż tam z powodu tych lub innych szczęśliwych okoliczności przeszły bez sprowadzenia katastrofy na państwo, to jednak nikt nie przeczy, że u nas ułatwiły one zadanie wrogom zewnętrznym. Atoli w ostatniej przy­czynie runęła Polska z powodu faktu, który w nagiej i brutalnej swej istocie nazywa się gro­madną napaścią, przerastająca siły obronne jed­nostki napadniętej. Po raz pierwszy w dziejach państw chrześcijańskich zdarzyło się, że wielki naród o niespożytych zasługach dla cywilizacji, naród, który wobec nikogo nie żywił wrogich zamiarów, osaczono w środku Europy w zamia­rze zniszczenia go po prostu tak, jak się osacza zwierzynę w kniei. Przy rozważaniu tej niesły­chanej sytuacji dziejowej jest zapewnie dość miejsca dla krytyki polityki polskiej, która nie potrafiła wybrnąć ze strasznego położenia np. przez stworzenie korzystnych dla siebie ko­niunktur, aczkolwiek i to spostrzeżenie kry­tyczne musiałby znacznie osłabić fakt, iż so­jusz, jaki Rzeczpospolita zawarła z jednym z państw zachodnich w r. 1790 został przez rze­komego sprzymierzeńca w chwili próby zdep­tany z całym cynizmem.

Tak czy owak, stanęła Polska wobec gromadnego sprzysiężenia, wobec fizycznej przewagi trzech złączonych ze sobą wielkich mocarstw sąsied­nich. I tej fizycznej przewadze nie mogła nie uledz. Tak samo po Jenie musiały runąć nawet na wskroś militarne Prusy. Tak samo za na­szych czasów rządna i świetnie zorganizowana Belgia, której nikt nie mógł zarzucić „anarchii”, Belgia, która miała i tron dziedziczny i armię stałą i twierdze wzorowe i pełny skarb, podzie­liła w bardzo krótkim czasie los Polski.

Duch dziejów Polski na tle chwili dzisiejszej Następstwa rozbiorów Polski. Obalenie rów­nowagi. Wzmocnienie reakcji. Spopularyzo­wanie idei gwałtu. Rozwój militaryzmu. Wojna światowa. Ubezwładnieniejednostki. Polska historyczna i Europa współczesna. Spiralna linia postępy. Nasze zadania. Nasz spadek dziejowy.

Gwałtowne zniknięcie z mapy Europy wielkie­go i zdolnego do życia państwa, które było pierwszorzędnym czynnikiem równowagi mię­dzynarodowej nie mogło przejść bez pozosta­wienia głębokich po sobie śladów w ogólnym układzie stosunków. Zdławienie jego gorącej żądzy dalszego bytu wywołało szereg złowro­gich skutków, które intencją niezdeprawowanej duszy przewidziała cesarzowa Maria Teresa, pisząc na akcie podsuniętym przez dyploma­tów: „ Placet – skoro tyle i tak wybitnych oso­bistości tego pragnie, lecz długo po mojej śmierci mścić się będą następstwa podeptania

nogami tego, co poczytywano dotąd za spra­wiedliwe i święte”.

Już w roku 1814 Telleyrand w nocie do Metter- nicha dał wyraz przekonaniu, że rozbiór Polski był przyczyną następnych wstrząśnień w Euro­pie. Znakomity historyk niemiecki von Rotteck, którego po raz drugi tu zacytujemy, pisał przed laty dziewięćdziesięciu: „Upadek Polski oznajmił gromowym głosem cywilizowanemu światu całkowite obalenie równowagi, zwycię­stwo przemocy, ma następnie zanik zupełny publicznego prawa. I jeżeli, według ciężko wa­żących słów Jana Müllera, „Bóg chciał wów­czas obnażyć moralność wielkich, to przed my­ślicielem otwarła się wskutek tego ponura per­spektywa na nieskończoną pełnię cierpienia i na straszliwy szereg przewrotów, które stały się nieuniknione, aby w życiu publicznym przy­wrócić stan prawny. Niech Europa drży przed skutkami, jakimi całemu systemowi politycz­nemu cywilizowanego świata zagraża zniszcze­nie państwa, przedzielającego trzy wielkie mo­carstwa militarne”. (K. V. Rotteck _”Allgemeine Geschichte, Schlussbetrachtun- gen liber den Wiener Kongress”). Prorocze te słowa znalazły pełne grozy potwierdzenie. Dla głębiej patrzących umysłów staje się jasnym związek przyczynowy, jaki zachodzi między wielką zbrodnią międzynarodową z końca

XVIII    wieku a potworną katastrofą, którą świat przeżywa w chwili obecnej. W niedawno ogło­szonym dziele „The partition of Poland” stwierdza lord Eversley, że pośrednią i daleką ale istotną przyczyną dzisiejszej wojny świato­wej jest rozbiór Polski.

Zbrodnia, dokonana na Polsce i kontynuowana systematycznie z całą świadomoscią popełnia­nego zła, odbiła się złowrogo na dziejach XIX wieku. Rozbiór Rzeczypospolitej stał się wę­złem spajającym interesy mocarstw najbardziej wrogich zasadom wolności i wzmógł potężnie ich siłę materialną, wzmocniona zaś tym sposo­bem reakcja stała się klęską dla ludów, których usamowolnienie wstrzymała na lata. Gdy Kola- licja państw autokratycznych powstała przeciw Wielkiej Rewolucji francuskiej, nie mogła tej koalicji przeciwstawić się Polska, której dawne tradycje wolnościowe, ustrój republikański i demokratyczny, oraz uznanie praw jednostki i władztwa narodu odpowiadały ideom, głoszo­nym przez rewolucj ę francuska. Napoleon, któ­ry ideały rewolucji wypaczył, ale najważniejsze jej zasady przyjął i torował im drogę przyznał w swoich pamiętnikach, że popełnił kardynalny błąd, nie wskrzeszając Polski. Po upadku Napo­leona tworzy się na Kongresie Wiedeńskim między wspólnikami rozbiorów Polski sprzy- siężenie, zwane „Świętym Przymierzem”, do którego przystąpiła następnie większość wład­ców Europy, a które wyniósłszy do znaczenia najważniejszego organu instytucję tajnej policji, przez całe dziesięciolecia tłumi solidarnie dra­końskimi środkami wszelki ruch wolnościowy, gdziekolwiek się przejawił. Usprawiedliwienie i sankcjonowanie zbrodni dokonanej na Polsce znieprawiły ponadto lub znieczuliły myśli i su­mienia społeczne. Gdy „najbardziej ludzki na­ród”, według słów Micheleta, został, „wyrzu­cony z ludzkości”, mogła być postawiona jaw­nie i z całym cynizmem zasada, że w życiu międzynarodowym głos ma nie prawo moralne, lecz „prawo mocniejszego”, nie kodeks etyczny lecz pięść. Niewolnictwo i tyrania, narzucone tak wielkiemu narodowi, spopularyzowały idee gwałtu, co ułatwiło rządom despotycznym sto­sowanie tych samych metod wobec własnych społeczeństw. Równolegle z tym jedne państwa

i   narody, obawiając się dla siebie losu Polski, zaczęły myśleć o wzmocnieniu swej sił zbroj­nej, inne chciał ją jak najbardziej rozwinąć, aby móc również przy sprzyjających okoliczno­ściach wyzyskać czyjąś słabość i rzucić się w wir polityki zaborczej, która tyle doraźnych ko­rzyści przyniosła mocarstwom rozbiorowym.

To wszystko, nie mniej jak zarzewia antagoni­zmów, wywołanych podziałem polskiego łupu oraz nadmierny wzrost potęg, które dopiero na gruzach Polski – jak Rosja – doszły do później­szego znaczenia, stały się pobudka do typo­wych w XIXC wieku powszechnych zbrojeń. „Rosja, rozporządzająca milionami niewolnego ludu – stwierdza prof. Wacław Sobieski – wła­śnie przez rozbiór Polski przysunęła swą grani­cę w samą głąb Europy i przysuwała się coraz bardziej w sam jej środek, bo jeszcze bliżej w roku 1815, i jeszcze bliżej po rozbiciu polskiej armii w roku 1831. W miejsce dawniej Rzeczy­pospolitej, która nie lubiła utrzymywać znacz­nych armii, występowała Rosja przerażająca wszystkich masami wojsk i przez to pobudzają­ca sąsiadów do baczności, do zbrojeń, do utrzymywania stałych armii. Rozbiór Polski był

przyczyną tych zbrojeń i z innego jeszcze względu: wszak wszelki zabór wymaga pilno­wania zajętych obszarów i okiełznania burzącej się ludności podbitej, a cóż dopiero tak zawsze za wolnością tęskniącej, jak polska”. Jakoż niemiecki pisarz wojskowy Maks Jahns („He- eresverfassungen und Volkerleben”) podaje, że zajęcie zachodnich obszarów Rzeczypospolitej wymagało powiększenia pruskich sił zbrojnych,

i   że tego powodu Fryderyk Wilhelm II utworzył w roku 1795 „eine Immediat-Millitar- Organisations-Kommissions”. Po ogólnym znużeniu wojnami napoleońskimi trzeba było nadal pilnować Polaków, którzy tylko czekali stosownej chwili, aby wybić się na wolność. Z piersi Mikołaja I wydarł się w roku 1831 okrzyk gniewu i zniecierpliwienia, że dla utrzymania w karbach tego narodu musi mieć w pogotowiu potężną armię i łożyć na nią ogrom­ne koszta. Posunięcie się Rosji w roku 1831 aż po Wisłę zaniepokoiło znowu Prusy, tak, że w tym samym roku nie odesłały, jak zwykle, po­łowy rekrutów po kilku tygodniach do domu, lecz ćwiczyły pełną, a więc podwójną ich liczbą przez dwa lata. Gdy niebawem wyłoniła się w Europie „zasada narodowości” i hasło zjedno­czenia narodowego, które na nowo zelektryzo­wały Polaków, car Aleksander II kazał postawić na stopie wojennej cztery korpusy i wzmocnić załogi w Polsce kongresowej. To wywołało z kolei niepokój w Prusiech. Zabezpieczając się, regent pruski Wilhelm zmobilizował w roku 1859 armie, a następnie podwoił liczbę wojska stałego, przedłużył czas służby i zastosował bezwzględniej powszechny obowiązek woj­skowy.

Oto uchwytne przykłady, jak rozbiór Polski w konsekwencji swej podsycał zbrojenia między­narodowe.

„Pośrednie, dalekie lecz istotne” jak nazywa je lord Eversley, następstwo ujarzmienia wielkie­go i żywotnego narodu – brzemię ’’zbrojnego pokoju” – komplikuj ąc się z innymi czynnikami urosło z czasem do olbrzymich rozmiarów i przygniotło na długo kulturalną pracę wszyst­kich ludów Europy. Zbrojność jednego państwa podsycała zbrojność drugiego. Wywiązał się wyścig zbrojnego pogotowia. Najtęższa, naj­bardziej wartościowa społecznie część ludności oderwana została od zajęć twórczych. Wobec kolosalnego wzrostu budżetów wojskowych obniżyły się wszędzie wydatki i wkłady pu­bliczne w rozwój kultury umysłowej, techniki, oświaty i higieny. Droga, którą upadek Polski niegdyś rozpoczął, a którą tak jasnowidząco scharakteryzował niemiecki historyk-myśliciel, doprowadziła do tego, że pod koniec okresu poprzedzającego wybuch wojny światowej sześć milionów ludzi w sile wieku, tych, którzy w gospodarstwie społecznym ważą najwięcej, stale znajdowało się bezczynnie pod bronią, a uzbrojenie i utrzymanie ich kosztem reszty lud­ności pochłaniało corocznie miliardowe sumy. Militaryzacja narodów wyładowała się na ko­niec w masowej rzezi, która zalała krwią Euro­pę, w zniszczeniu wartości, na których wytwo­rzenie składały się pokolenia. Kataklizm prze­rósł wszelką rachubę. Czterdzieści milionów ludzi stanęło pod bronią. Po czterech latach trwania strawiła wojna z górą trzysta miliardów mienia narodowego wszystkich krajów. Ofiary w ludziach wyniosły w tymże czasie okropną cyfrę ośmiu milionów zabitych, siedemnastu milionów rannych, pięć milionów inwalidów, nie licząc wzmożonej śmiertelności za frontem. „Nieskończona pełnia cierpienia”, o której mó­wił Karol Rotteck, stała się faktem. Milionami piersi wstrząsnęło łkanie żałoby. Na gruzach zburzonych miast i wsi rozpostarła się pustka śmierci. Kultura materialna została gwałtownie wstecz cofnięta. Po obszarach bogatej i dumnej Europy stąpa głód, a wlecze się za nim widmo degeneracji całych pokoleń. Powszechny upa­dek rolnictwa zagroził kuli ziemskiej niedostat­kiem na długie lata. Konieczności wojenne za­żądały od wszystkich narodów takiej próby wy­trzymałości, takiego wyrzeczenia się potrzeb ludzkich, jakich najbujniejsza wyobraźnia nie mogła przypuścić. Wszechwładza państwa wtargnęła do każdej szczeliny życia, gasząc ostatni szczątek swobody osobistej. Ubezwład- nienie i zmechanizowanie jednostki osiągnął rozmiary snu fantastycznego. Człowiek, po­zbawiony najdrogocenniejszego z darów przy­rody, wolnej woli, stał się kółkiem potwornego mechanizmu, obracającym się bezdusznie w takt jego krwawych poruszeń.

Zachowawczy instynkt ludzkości, kurcząc się przed widmem powtórzenia się tej katastrofy, woła o rewizję ideologii, która do niej dopro­wadziła, woła o – trybunały rozjemcze, o ko­deks karny międzynarodowy, któryby pod

wspólną wszystkich egzekutywą ścigał w przy­szłości każdą próbę zbrojnego gwałtu, jako zbrodnię podpalania świata, woła o prawo bytu dla zasad, któreby ohydę rzezi masowej wśród ludzi uczyniły na zawsze niepowrotnym upior­nym wspomnieniem. To, co do niedawna głosili tylko „utopiści” i „marzyciele”, zjawia się coraz częściej na ustach najtrzeźwiejszych mężów stanu.

A teraz spójrzmy jeszcze raz za siebie!

Oto w perspektywie przebytego czasu jaśnieje, tak niedawno jeszcze żywa, a w duszach pol­skich żyjąca dotąd, zniweczona brutalnie, prze­dziwna wielka republika, która wiele snów dzi­siejszej umęczonej ludzkości przed wiekami już jawą uczyniła, która wśród powodzi absoluty­zmu była dumną wyspą swobód, dla której pań­stwo nie było celem, lecz środkiem, a celem był człowiek i jego rozwój, która nie uprawiała nigdy grabieży cudzych ziem i czuła odrazę do krwi przelewu, która decyzje o wydobyciu mie­cza przekazywała dojrzałej woli narodu, a nie podziemnej intrydze nieodpowiedzialnych i po­za kontrolą publiczną działających zawodo­wych dyplomatów, która pojęcie słuszności w stosunkach międzynarodowych jako wartość realną traktowała, która „wielkimi” nazywała królów-budowniczych a nie królów łupieżców, która kazała uczyć młodzież, ze zdrada nie jest polityką a przemoc bohaterstwem, która łamała się chlebem wolności z innymi narodami i jed­noczyła je pod hasłem równouprawnienia we wspólnym związku federacyjnym, która urze­czywistniła o całe wieki wcześniej od innych nie tylko wiele osiągniętych później postulatów postępu, ale i takie, które rodzą się dopiero w dreszczach przeczucia. I zważywszy te wszyst­kie duchowe wartości, które w dziedzinie zadań politycznych stworzył był i przeżył geniusz na­rodu polskiego. Zechciejmy – na tle potwornej rzeczywistości naszego czasu – ocenić, ile stra­ciła ludzkość przez ubezwładnienie takiej jed­nostki narodowej, przez ubytek jej swobodnego współpracownictwa dla wspólnych celów.

Pomimo wszystkich potwornych fal barbarzyń­stwa, ludzkość podąża w kierunku coraz dosko­nalszych zasad współżycia jednostek i naro­dów. Ograniczając się do ciasnego kręgu ob­serwacji w czasie i przestrzeni, żyjąc zwłaszcza bezpośrednio pod obuchem rozkiełznanej siły pięści, łatwo ulec pesymistycznemu wrażeniu, iż społeczeństwo ludzkie, przy całym swym imponuj ącym postępie w dziedzinie kultury umysłowej i technicznej, nie zmienia wcale swej głębszej istoty moralnej. Kto jednak ogar­nia nie jakiś drobny wycinek dziejów, ale ich wielkie przestwory, ten nie może ani na chwilę wątpić, że także kultura etycznych podstaw ży­cia posuwa się stale, acz wśród ciągłych wahań

i    odchyleń, ku wyższym stadiom rozwoju. Rozwój ten odbywa się linią spiralną. To wznosi się ku ideałowi wolności i braterstwa, jak w epoce, gdy lud francuski własnym upojo­ny wyzwoleniem zapragnął nieść je całej Euro­pie na ostrzu zwycięskiej szabli, jak później jeszcze, w okresie niezapomnianej wiosny lu­dów roku 1848. To znowu obniża swój pęd ku wyżynom, zakręca i na chwilę grzęźnie choćby w bagnie oświeconego zdziczenia, jak w dzie­sięcioleciach poprzedzających wybuch wojny światowej.

Lecz linia, spadając w dół, nie wraca do daw­nego poziomu.

Ponad wszelką wątpliwość może nas o tym przekonać doświadczenie ubiegłego stulecia, tj. tego okresu, na który przypada właśnie byt dziejowy narodu polskiego. Cały szereg świa­topoglądów, idei i odpowiadających im urzą­dzeń prawnych, które nie tylko obowiązywały, ale uważane były za naturalne, jasne jak słońce

i   wiekuiście utrwalone, zniknęły z powierzchni życia, aby ustąpić miejsca nowym, doskonal­szym. Ze stanowiska dzisiejszych pojęć pa­trzymy na nie jak na legendarne jakieś, nie­prawdopodobne, przedpotopowe zjawiska.

W ciągu tego czasokresu rodziły się i marły ca­łe pokolenia, w których wyobrażeniu było rze­czą zupełnie prostą, że człowiek człowieka ku­pował na targu i posiadał na własność, jak by­dle robocze. Dziś niewolnictwo jednostek zni­kło, i chociażby dialektyka chciała nam wska­zywać na nowe, przeobrażone jego formy, to przecież odbyła się tu zasadnicza zmiana: spi­ralna linia społecznego i moralnego rozwoju wzniosła się niezaprzeczenie w górę. Przez dłu­gie wieki uchodziło za stan prawidłowy narzu­canie siłą wierzeń religijnych. W najoświeceń- szych kraj ach Europy panowała zasada, że „poddany” ma te same wyznawać subtelności dogmatyczne, które trafiły do przekonania jego

księciu. Najkulturalniejsze społeczeństwa do­konywały masowych mordów i wyniszczały się wzajemnie w głębokim przekonaniu, że czynią to „dla wiecznego zbawienia”. Dziś nie ma na kuli ziemskiej człowieka, któryby o tych rze­czach, tak niegdyś pospolitych, myślał inaczej, niż ze zgrozą, a idea wznowienia wojen religij­nych mogłaby powstać już tylko w głowie sza­leńca. Poprzez wieki cierpień ludzkość zdobyła sobie wolność sumienia i wzniosła się znowu wyżej. Tak samo naturalna, prostą i konieczną rzeczą jak niewolnictwo, jak handel ludźmi i jak przymus wyznaniowy był w przekonaniu całych generacji absolutyzm monarszy i nie­równość poszczególnych warstw społeczeństwa wobec prawa i przywileje szlachty i poddań­stwo chłopa. Lecz oto w krwawym trudzie osiągnięte zostały wyższe szczeble rozwoju: wolność osobista, obalenie przywilejów stano­wych, równe prawo do wymiaru sprawiedliwo­ści, współudział wszystkich warstw społeczeń­stwa w rządach.

Biorąc za podstawę te znane nam etapy przeby­tej drogi dziejowej, możemy bez obawy omyłki wysnuć z ujawnionych dotychczas tendencji dalszy kierunek rozwoju społeczeństw cywili­zowanych. Kierunek ten zarysowuje się zresztą już dziś w postaci prądów, usiłujących się wcie­lić, lub nawet aktów częściowej ich realizacji. Idziemy niezaprzeczenie ku uznaniu prawa na­rodów do rozporządzania sobą, jako konse­kwentnemu uzupełnieniu analogicznych i wcześniej dojrzałych praw człowieka – ku urzeczywistnieniu postulatu wspólnego kryte­rium moralnego dla całego obszaru życia. Nie­wolnictwo narodów musi być obalone, tak sa­mo jak podwójna moralność, inna dla jedno­stek, inna dla istnień zbiorowych. W oczach na­szych rodzą się nowe wielkie przezwyciężenia idei i urządzeń, długo uważanych za naturalne, niezmienne i konieczne. To uchwytne już dziś zjawisko, to dążenie do zdjęcia z życia dalszych krępuj ących je więzów, łącznie z całym do­tychczasowym doświadczeniem historycznym, pozwala nam określić cel, do którego ludzkość zmierza z żelazną stanowczością pomimo wa­hań i wykolejeń. Tym celem jest WOLNOŚĆ, wszechstronna, pełna, doprowadzona do naj­szerszych możliwych granic, wolność miarko­wana jedynie nakazem ograniczenia własnych pragnień bezpieczeństwem i swobodą porusza­nia się drugich.

Jest to zarazem, najogólniejszy kierunek myśli naszej, polskiej, od pół tysiąca lat skrystalizo­wanej myśli dziejowej.

Po wielu wiekach szczęśliwych, które zawdzię­czaliśmy hołdowaniu tej myśli, tak, jak się ona mogła w owym czasie przejawiać, ojczyzna na­sza znalazła się pod kołami fortuny. Świadomi, że niewola Polski, to tylko epizod w nieustan­nym ruchu rodzaju ludzkiego i w dziejach na­szego narodu, szukamy z pokolenia na pokole­nie dróg do wydobycia się z kleszczy wyjątko­wego stanu.

Praktyka życia politycznego przekonywa, że można błyszczeć oświatą, dobrobytem, kulturą, rządnością, organizacją, patriotycznym hero­izmem i poświęceniem, można do doskonałości doprowadzić wszystkie te cechy, niezbędne w walce o byt narodowy, a jednak nie módz, w pewnych warunkach, osiągnąć czy też odzyskać z powrotem najwyższego prawa narodu, prawa swobodnego rozporządzania sobą, względnie obronić się przed jego utratą. Z drugiej strony doświadczenie, zgodne z logiką rzeczy, poucza, że atmosfera wielkich idei humanitarnych, wznoszących się ponad granice plemienne, przeciwstawiających się ciasnemu egoizmowi, drapieżnym instynktom i zasadzie przewagi fi­zycznej, zawsze sprzyjała zdobywaniu praw przez narody ujarzmione.

Interes żywotny Polski leży przeto w tym, aby powszechny rozwój coraz szybciej i wyżej wznosił się ku ideałowi wolności i braterstwa ludów. Żadna z dróg innych, dających się po­myśleć, nie jest zdolna w tym stopniu ani zwró­cić nam bytu niepodległego, ani go utrwalić. Polska, wtłoczona między państwa autokra­tyczne i ludy niewolnicze, padła. Na nowo po­wstać i bezpiecznie istnieć może tylko wśród wolnych i pełnoprawnych narodów. I ponad to jedynie wówczas znajdzie zabezpieczenie tych kardynalnych zasad, które stanowiły sens dzie­jów naszych, a bez których człowiek, choćby w ramach najbardziej imponującej organizacji państwowej jest cząstka tylko mniej lub więcej ucywilizowanej trzody, z rodzimym czy obcym nad sobą batem.

Nasze zadanie jest wobec tego jasne. Polega ono na solidarnym i jak najbardziej intensyw­nym współdziałaniu naszych dążeń wyzwoleń­czych z ogólnymi dążeniami wolnościowymi, gdziekolwiek one się przejawiają.

Nie jesteśmy ilością i jakością obojętna i nie jest bez znaczenia w jakim kierunku zwróci się nasza zbiorowa energia, o czym wiedziała kie­dyś dobrze „Młoda Europa”, obalająca absolu- tyzmy. Tak lub inaczej zdecydowane aspiracje dwudziestomilionowego narodu, zaprawionego do najcięższych zmagań się z przeciwnościami, nie mogą nie wpłynąć wydatnie na obciążenie tych szal, na których ważą się nieustannie dwa zasadnicze i wrogie sobie pierwiastki dziejów: wola i niewola ludzka. A im większy zasób sił zestrzelimy w ognisku dążenia, by przyśpieszyć ostateczny rozkład podminowanych już i prze­żywających się pojęć, rozkład, w którym nie my jedni tylko jesteśmy interesowani – tym ry­chlej rozsypią się też zbudowane na tych poję­ciach kształty, które tamują nam drogę w przy­szłość.

  1. Wstęp
  2. Idea życia zbiorowego
  3. Naród i król
  4. Szlachta polska
  5. Unie
  6. Swobody jednej warstwy
  7. Tolerancja wyznaniowa
  8. Prawo i życie
  9. Wojny polskie
  10. Szerzycielka wolności
  11. Typ bohaterski
  12. Wyprzedzenie Europy
  13. Upadek państwa
  14. Duch dziejów Polski na tle chwili obecnej

 

Z poczuciem silnie zarysowanego stanowiska w gronie narodów, z miłością i wdzięcznością, pa­trzeć możemy w tej przełomowej chwili na wspaniałe, wielkie i dążeniom nowoczesnym tak bliskie, nasze dziedzictwo historyczne. Urobiło ono nasz typ duchowy, zbliżając go, mimo wszystkich błędów i niedomagań nasze­go charakteru, do poziomu najlepszych typów zbiorowych ludzkości i spokrewniając się z ty­mi, do których ostatecznie przyszłość należy. Jako jedyny łącznik spajało naród nasz przez wiek rozdarcia w świadomą siebie całość. Dało nam moc przetrwania zamachów niesłychanych w dziejach świata. Uchroniło dusze naszą od wtłoczenia w obce i znieprawiające formy. I ono to czyni nas dziś zdolnymi do dalszej twór­czości w dziedzinie tych wielkich wszechludz- kich celów. Których ziszczenie samo jedno mo­że zapewnić nam promienne Jutro, do celów, które w swym szerszym rozwinięciu niczym innym nie są, jak tylko kontynuacją istotnych pierwiastków Ducha Dziejów Polski.

Spis treści:

No comments yet.

Leave a Reply

Intronizacja
Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE