Antyludzie R.28 Koniec.

ROZDZIAŁ  XXVIII

 

PROCESY SĄDOWE

 

Wracam do słów A Camusa zacytowanych w pierwszym rozdziale: “Filozofia może morderców zmienić w sędziów”. Tragedia więźniów Pitesti ma także swój fatalny finał, jak każdy inny dramat.

Istnieje nieuchronna “prawda”, oczywiście komunistyczna, że wszystko co służy partii jest “słuszne”, należy je doceniać i do niego zachęcać. Jeśli później, z niewystarczająco jasnych powodów, to “słuszne” już nie służy nowej linii partyjnej, natychmiast staje się “niesłuszne” i jest potępiane, “z oburzeniem krytykowane”. Nie myślę by potrzebne były tu przykłady. Liczni “liderzy ideologiczni”, którzy wybrali drogę wygnania lub pluton egzekucyjny w Związku Sowieckim w ciągu tylko ostatniej dekady, są wystarczającymi dowodami tej polityki.

W ciągu moich lat w więzieniu, często dzieliłem celę z byłymi członkami partii. Wśród nich byli tacy, którzy oddali wielkie usługi partii i nie szczędzili wysiłków by zachować “linię partyjną”. Z nich zrobiono kozły ofiarne i bez najmniejszego wahania zaklasyfikowano do wrogów. W reakcji na ich protesty wobec takiego traktowania, zawsze i wszędzie otrzymywali stereotypową odpowiedź w rodzaju: “Za twoje dobre czyny partia zbuduje ci pomnik; za złe płacisz już teraz”, nawet jeśli to co robili było tylko wyrazem wierności wobec nakazów partii, zanim zmienili poglądy.

W przypadku demaskowań, logiczne było o, że ci którzy na ochotnika zgłosili sie by partycypować w eksperymencie, powinni w nagrodę zostać zwolnieni po zakończeniu wyroku. Nagrody otrzymali, ale ogniem z automatycznego pistoletu!

Cały eksperyment wyrósł ze zła i kłamstw. I złem i kłamstwem musiał się skończyć. Ale żeby to wszystko zostało skonsumowane w ramach “komunistycznej legalności”, i nosiło stempel “sprawiedliwości”, inscenizowano procesy. Na ławie oskarżonych siedziały ofiary; oficjalni przedstawiciele partii, a prawdziwi realizatorzy zbrodni siedzieli za stołem sędziowskim.

Wiele było tzw. “sensacyjnych” procesów. Komuniści dopilnowali, żeby ludzie przyzwyczaili się do nich, i żeby trzymać je na świeżo w pamięci, co jakiś czas inscenizowali kolejne. Dla Zachodu to może wydawać się dziwnym sposobem wymierzania sprawiedliwości, ale oczywiście, on jest przyzwyczajony do sprawiedliwości “burżuazyjnej” i nie rozumie wyższej formy dialektyki marksistowskiej.

Nawet najbardziej cyniczny morderca szuka luki w akcie oskarżenia, i nawet szaleniec nie przyjmuje z radością kary śmierci, ale w komunizmie można wszystko zorganizować wcześniej, poprzez tortury i kłamstwa, takie jak “publiczne przyznanie się do błędu jest już w połowie wybaczone”. Tak jest do czasu uzyskania od ofiary kompromitującej deklaracji! Reszta jest powszechnie znana; kiedy zaciska się pętla na szyi ofiary, każdy chce uczynić małe ustępstwo jeśli to uratuje mu życie – a raczej włosy niż głowę, jak mówi powiedzenie.

W komunistycznym typie sprawiedliwości procesy nie są po to by znaleźć dowód winy, ale dać pretekst do skazania żądanego przez Securitate – skazania nie za jakiś uczynek, ale człowieka jako potencjalnego wroga, albo jako już niepotrzebnego. Dlatego Trybunał w Bukareszcie, który sądził Turcanu i jego kumpli, szukał usprawiedliwienia za skazanie tych, którzy przez 3 lata nie robili nic oprócz gorliwego spełniania rozkazów wydanych im przez inicjatorów eksperymentu. Nie wiadomo w jaki sposób uzyskiwano deklaracje więźniów, ale znamy stosowane przez nich ogólne metody.

Początkowym zamiarem, zgodnie z tym co wydarzyło się nieoficjalnie, była inscenizacja procesu publicznego z udziałem dziennikarzy i delegacji “oburzonych” robotników, fotografów i mnóstwem rozgłosu. Ale coś zmusiło Trybunał do zmiany poglądów, być może przesłuchania przed procesowe różnych świadków, którzy mieli zeznawać.

Istniało pewne ryzyko niepokoju, i partia wtedy mogłaby pokazać się w prawdziwym świetle w krytycznym  momencie, kiedy chciała zakończyć dramat eksperymentu “prawnym” zakończeniem.

Dlaczego czuli konieczność procesu? Likwidacja tych, którzy “za dużo wiedzieli” mogła zakończyć się prościej i spokojniej, gdzieś w środku nocy, za “próbę ucieczki pod eskortą”, procedurą, która nie była nowa, i dawała satysfakcjonujące wyniki kilka lat wcześniej, kiedy nocą 30 listopada 1938 roku Codreanu wraz z 13 zwolennikami zostali zamordowani przez siepaczy króla Karola. Czy musieli formalnie uzasadniać zakończenie nieudanego eksperymentu i wyeliminowanie tych, którzy mogli powiedzieć coś nieodpowiedniego? Być może kiedyś się dowiemy.

W każdym razie, “proces pokazowy” dania ludziom lekcji nigdy się nie odbył, a przesłuchania odbywały się za zamkniętymi drzwiami, z udziałem dyrektorów więzień, oficerów przesłuchujących, i mało znanych osobistości z partii komunistycznej, albo zupełnie nie mających związków z narodem.

Bardzo mało można było dowiedzieć się o tym co działo się podczas tajnych posiedzeń, i niczego co miał do powiedzenia oskarżony. O pewnych aspektach procesu dowiedzieliśmy się od członków partii, którzy nie mogli trzymać języka za zębami, i od 40 świadków, z których wszyscy byli więźniami, i którzy przeszli przez demaskowania, lub byli pewnego rodzaju ofiarami.

Na podstawie zebranych informacji z różnych przejęzyczeń ze strony oficerów politycznych w więzieniach, przebieg procesu można częściowo zrekonstruować. Świadkowie zeznawali oddzielnie, nikomu nie pozwalano być obecnym na żadnym etapie, z wyjątkiem kiedy odpowiadał na pytania zadawane przez przewodniczącego trybunału.

Nie powiedziano im kim byli członkowie trybunału, a których nazwisk nigdy nie podano opinii publicznej, ale oni widzieli, że sędziowie i prokuratorzy byli wyższymi rangą oficerami, być może z personelu sądów wojskowych.

[1] Dla komunistów wydawało się niemożliwe by znaleźć sposób oczyszczenia się, ale bez względu na to jak to brzmi absurdalne, znaleźli go: twierdzili, iż demaskowania w Pitesti zainicjowali liderzy międzynarodowej grupy studentów! To ci nacjonaliści popełniali zbrodnie na więźniach, żeby obwiniać za nie reżim komunistyczny i zdyskredytować go w oczach narodu i opinii międzynarodowej!

Prokurator wojskowy zażądał ukarania “nacjonalistycznych” oskarżonych za zbrodnie przeciwko ludzkości, bo obwiniano ich za wszystkie zbrodnie. A żeby poprzeć to kłamstwo i żeby trzymało się kupy, sugerowali, że był ktoś z, zewnątrz, kto musiał wydawać rozkazy tym wewnątrz więzienia, należącym do “spiskowców”. Wtedy nie było żadnego problemu udowodnienia, że musiała być osoba odpowiedzialna za ustanowienie relacji między liderem z zagranicy i tymi w więzieniu. Tę rolę przypisano już kilku osobom, wśród nich prawnikowi z Iasi, ale w końcu zdecydowali się na studenta. Jeśli dobrze pamiętam, jego nazwisko było Simionescu; w każdym razie, bez względu na to jakie jest jego nazwisko, przez miesące poddawano go torturom  w MSW, i bez przerwy trzymano z zakutymi w kajdany stopami i rękami, by zmusić go do wyrecytowania zeznania podyktowanego przez Securitate [2]. Ale Simionescu odmówił. Gdyby naprawdę tak bardzo się uparli, i byli zdecydowani na wyprodukowanie zeznania jakiego chcieli, oczywiście by je zdobyli; wszystko czego potrzebowali to czas na wypranie mózgu nieszczęsnego człowieka, którego wybrali i nauczyli “spowiedzi”. Ale nagła – i niewytłumaczalna pilność nie dała czasu na odpowiednie przygotowanie. Po trzech latach dochodzenia przed procesem i przesłuchania ponad stu świadków, którzy przeszli przez demaskowanie, sprawę wniesiono przed sąd z pośpiechem, który można wytłumaczyć jedynie nagłą potrzebą [3] pozbycia się jej tak szybko jak możliwe.

W końcu zarzuty odpowiedzialności osób spoza więzienia zostały odrzucone lub stłumione, pozostawiając jedyną odpowiedzialną głowę – Turcanu!

Postawionymi przed sądem jako oskarżeni w tym procesie byli: Eugen Turcanu (“I to jego nazwisko dowodziło całą resztą!”); Alexandru Popa – pseudonim Tanu; Martinus; Constantin Juberian; Cornel Pop; Levinschi; dr Barbosu, oficjalny lekarz więzienia Gherla, teraz stali się bezużyteczni, a zatem niebezpieczni; i kilku innych.

Proces rozpoczął się w październiku 1954 roku, ale nie wiadomo jak długo trwał. Zeznania 40 świadków oskarżenia zajęły kilka dni. Wyroki ogłoszono w połowie grudnia, ale informacja o procesie dotarła do naszego więzienia dopiero w lutym albo w marcu 1955 roku, przechodząc najpierw przez Jilava czy inne więzienie, z którego przeniesiono jakiegoś więźnia. Dowiedziałem się o tym od kogoś w więziennej izbie chorych, który przekazał tę wiadomość gestem ręki włożonej w pęknięcie okiennicy. Później ten raport potwierdziło kilku więźniów, jak również Trybunał Wojskowy w Bukareszcie, kiedy opublikowano anons o śmierci jednego ze skazanych.

Świadkowie zeznawali w obecności strażników i mieli “doradców” w postaci oficerów przesłuchujących ich w ministerstwie. Jak wspomniałem wcześniej, na przesłuchania doprowadzano ich po kolei, przez co nie wiedzieli nic więcej o postępowaniu.

W trakcie przesłuchań niczego nie zatajano. Najmniejsze szczegóły z demaskowań dokładnie opisywano, od bicia do gehenny miski wypełnionej odchodami; od męczeńskiego kucania do obrażania wszystkiego drogiego dla więźnia. Ale oskarżenia kierowano tylko przeciwko tym, którzy faktycznie torturowali, i którzy teraz siedzieli na ławie oskarżonych jako oskarżeni. W rzeczywistości, wszyscy obecni wiedzieli, że były to jedynie słupy prawdziwych winowajców.

Wśród więźniów byli dwaj robotnicy z Gherla, z których jeden, i to zostanie zapamiętane, błagał inspektora by zakończył demaskowanie, a drugi, który próbował popełnić samobójstwo przecinając sobie żyły w nadgarstkach w celi izolacyjnej kawałkiem okiennej szyby. Mówili o obietnicach danych im przez oficerów, do których donosili o sytuacji, i o tym, że ich tortury stawały się bardziej brutalne i krwawe niż wcześniej. Przewodniczący trybunału daremnie starał się przekręcać ich odpowiedzi twierdząc, że były nieistotne dla stawianych pytań, które odnosiły się tylko do oskarżonych i rzekomo popełnionych przez nich zbrodni.

Nie znamy zeznań oskarżonych. To czy bronili się ujawniając tożsamość tych, którzy faktycznie byli odpowiedzialni, czy przejęli na siebie całą odpowiedzialność, mając nadzieję na pobłażliwość Securitate, nie ma większego znaczenia, bo oni byli tam nie po to by ich sądzić, ale po to by ich skazać.

Specyficznie powiedziano o Turcanu, że przyznał się do wszystkiego i przyjął całkowitą odpowiedzialność za przypisywane mu zbrodnie. Nieważne było czy to zrobił czy nie; o jego losie już zdecydowano, a przewodniczący sądu był jedynym z siedzących za stołem, którego mógł zidentyfikować każdy ze świadków; rozpoznał go student, którego wcześniej aresztowano za rządów Antonescu. Sędzia ten nazywał się Alexandru Petrescu i uważano go za jednego z najgorszych postaci wepchniętych ze szkół prawniczych w rumuńskie społeczeństwo. Na swój sposób był wyjątkowy. Karierowicz-sędzia, był dyrektorem generalnym Zakładów Karnych za rządów Antonescu. Legioniści dobrze go znali, bo często ich los był w jego rękach, zanim jego decyzję przeglądał Antonescu. Choć publicznie gorliwy zwolennik dyktatury Antonescu, był także tajnym kolaborantem komunistów, ułatwiającym im penetrację w więzieniu Lugoj by pomóc Burahowi Tescovici, alias Teohari Georgescu [4]. Podobno miał być usunięty w roku 1948, jak wszyscy jego koledzy, dostał promocję do rangi generała (był pułkownikiem), ponieważ zgodził się przewodniczyć trybunałowi, który skazał Iuliu Maniu. W dodatku do przypisywanych mu licznych wyroków śmierci, skazano go na ponad 100.000 osobo-lat więzienia, takie wyroki zapadały tylko w procesach Legionistów.

Mając zwyczaj ślepego wykonywania wszelkich rozkazów Securitate, Petrescu oczywiście w “procesie” w roku 1954 wydał zalecany wyrok: kara śmierci dla wszystkich oskarżonych. Jedynym wyrokiem do którego można mieć wątpliwości jest ten dra Barbosu; nie wiadomo czy skazano go na śmierć, czy dożywotnie więzienie.

Ale w komunistycznych więzieniach oba wyroki są praktycznie jednakowe.

Wyroki wykonano. Jedną z ofiar, Martinusa, później wezwano na świadka w kolejnym procesie, ale w odpowiedzi na nakaz jego pojawienia się w sądzie, pokazano akt zgonu, że zmarł w 1955 roku.

Wszystkich sądzonych, oczywiście, uznano za “faszystów” lub agentów amerykańskiego aparatu szpiegowskiego. Nie jest jasne na jakiej podstawie wybierano osoby przed sąd i egzekucję; z pewnością osoby tak samo niesławne z powodu tak samo potwornej wściekłości jak Titus Leonida, Diaca, Coriolan Coifan, Hentes i Bucoveanu, nigdy nie stanęły przed sądem, mimo że pod względem sadystycznych osiągnięć dorównywał Turcanu, a nawet byli lepsi od Popa. Z procesu wyłączono także jednego z najgorszych złoczyńców, Ludivica Recka, komunistę, skazanego na więzienie, gdyż był również donosicielem policji Antonescu [5]. Przy pomocy Hentesa i Juberiana, zamordował Fluerasa, bijąc go workami z piaskiem dotąd aż wypluł swoje płuca.

Na procesach brakowało także jako oskarżonych kapitanów Goiciu i Gheorghiu, lejtnantów Dumitrescu, Avadanei i Mihalcea, którzy w dużo większym stopniu odpowiadali za demaskowania, niż skazani na śmierć studenci, których mieli pod kontrolą, i którzy nie zrobili nic bez ich rekomendacji i kolaboracji.

Mówi się, że “ze względów technicznych” zainscenizowano drugi “proces”, z tym samym rodzajem oskarżonych, tym razem głównym z nich był student Gheorghe Calciu, przez “przyjaciół” zwany Ghita. Wiosną 1954 roku przeniesiono go z Gherla do MSW na dochodzenie. W czasie dowozu był jeszcze przekonanym reedukatorem. Nie wiem jak długo był taki, ale dokładnie dwa lata później miałem wyjątkową okazję dowiedzieć się – bezpośrednio od niego – o jego przejściu przez ręce ministerstwa i przyjęciu jakie mu zorganizowali.

W 1956 roku, w celi głównej sekcji ministerstwa przy ulicy Victorei, faktycznie tuż obok pokoju oficera dyżurnego we frontowej części budynku (także zwanym biurem szefa sekcji), na ścianie znalazłem wydrapany napis, być może igłą, kodem Morse’a, który bardzo mnie poruszył. Zdanie to brzmiało:

“Gheorghe Calciu, przyprowadzono mnie tutaj by mnie zamordować; jestem niewinny”.

Obok, także wydrapane na ścianie, w lewym rogu koło drzwi, ale niewidoczne dla patrzących przez judasza, przeczytałem zdanie:

“Gheorghe Balan, jestem zupełnie niewinny” [6].

Wyciekły fragmentaryczne informacje z procesu Calciu. Dowiedziałem się o tym wkrótce po opuszczeniu Rumunii. Proces odbywał się latem 1957 roku, też w Bukareszcie, i też przed trybunałem wojskowym.  Ktoś kto był jego urzędowym świadkiem ujawnił kilka szczegółów, które dużo mówią i pokazują Calciu w innym świetle niż Turcanu.

Sędzią przewodniczącym był ten sam gen. Petrescu. Po przeczytaniu aktu oskarżenia, Calciu wezwano do odpowiedzi, a raczej przyznania się do “zbrodni przeciwko ludzkości”. Ku zdumieniu wszystkich, a szczególnie śledczych, oskarżony zignorował cały trybunał i bez żadnych zastrzeżeń rzucił mu w twarz prawdę. Calciu oskarżył tych, którzy faktycznie odpowiadali za wszystkie dokonane zbrodnie. Jego diatryba była tak niespodziewana, że sędzia przewodniczący, na prośbę śledczych asystujących w procesie, zawiesił wszelkie postępowanie do późniejszego terminu. Celem tego odroczenia było wykorzystanie znanych “metod perswazji”, często stosowanych przez Securitate, tym razem żeby wymusić na Calciu odwołanie oskarżeń i “przejąć na siebie odpowiedzialność za popełnione zbrodnie”.

Proces wznowiono następnego dnia, być może dlatego, że poprzedniego wieczoru Calciu zgodził się zmienić swoją postawę. Ale pomimo obietnicy, danej prawdopodobnie na skutek tortur, następnego dnia był jeszcze bardziej stanowczy.  W rezultacie proces szybko odroczono sine die. Jest prawdopodobne, że Calciu nigdy nie osądzono i nie wydano wyroku, ale zmarł z “naturalnych” przyczyn, co było częstym przypadkiem w więzieniach.

Kiedy w 1956 roku zwolniono mnie z więzienia, więźniowie nadal dyskutowali na temat torturowania studentów i innych więźniów. W różnych więzieniach nadal pozostało kilka przypadków, o których można powiedzieć, że nigdy z nich się nie otrząsnęli.

Po eksperymencie w Pitesti, metody tortur nie były już takie same. Inne sposoby eksterminacji, bardziej naukowe i bardziej rygorystyczne, wydrenowały umysły więźniów politycznych, redukując ich do zwierząt.

W celu dokładniejszego wyjaśnienia systemu kłamstw i paradoksalnej logiki, które ze zbrodni zrobiły akt moralny, a z potworności cnotę, zrelacjonuję rozmowę, jaką odbyłem zimą 1954 roku z dyrektorem generalnym MSW. (Jeśli nie był dyrektorem generalnym, to przynajmniej był ważną osobistością systemu, wszak więźniom nie podaje się ani nazwisk, ani stanowiska osoby przesłuchującej.)

Po przenoszeniu mnie przez niemal dwa miesiące z jednego pokoju przesłuchań do drugiego, pewnej nocy na początku marca zabrano mnie do pokoju na VI piętrze i postawiono przed tym bardzo ważnym człowiekiem, który próbował mnie przekonać do pewnych “prawd”, których nie chciałem akceptować. Ponieważ nie było to zwykłe śledztwo, a raczej dyskusja za i przeciw na różne tematy, skorzystałem ze sprzyjającej okazji by zapytać go “czy prawdą jest, że w Pitesti dokonano pewnych dosyć dziwnych czynów, które spowodowały okaleczenia, a nawet śmierć niektórych więźniów”. Zdziwiony, nie mógł opanować swojego szoku, i natychmiast mnie zapytał:

“Co wiesz o wydarzeniach w Pitesti?”

“Osobiście” – zabezpieczyłem się – “nie mogłem dowiedzieć się zbyt dużo, poza pewnymi aluzjami kilku więźniów podczas dyskusji dawno temu” – i oczekiwałem, że nie będzie dalej pytał. Moja odpowiedź wydawała się go zadowolić i wydawało się, że chciał mnie oświecić.

“Faktycznie” – powiedział – “było to bardzo proste. Grupa aresztowanych studentów, agentów amerykańskiego imperializmu, upartych i zacofanych mistyków, zaczęła torturować swoich kolegów, żeby w ten sposób skompromitować administrację więzienia, a tym samym partię”.

“Ale tak to rozumiałem” – powiedziałem – “że ta kategoria ‘zacofanych’ studentów stanowiła około 80 procent wszystkich studentów w więzieniu. Więc z kim walczyli?”

“Walczyli między sobą”.

“W jakim celu?” – zapytałem. “Nie rozumiem w jaki sposób to miałoby skompromitować partię”.

“Rozkazy otrzymywali z zewnątrz” – tłumaczył – “od tych którzy są poza granicami i dowodzą grupami szpiegów i sabotażystów; torturując jeden drugiego, ofiary mogły oskarżać partię jako sprawcę”.

“Niemniej jednak” – nalegałem – “to wydaje się prawie nieprawdopodobne, kiedy więzienia mają tak ostry system nadzoru wewnętrznego. Jak było możliwe by miały miejsce te horrory, bez natychmiastowej interwencji ministerstwa?”

“Nic nie wiedzieliśmy o tym co się tam działo” – odpowiedział. “Kiedy w końcu dowiedzieliśmy się o tym, podjęliśmy konieczne kroki i ukaraliśmy winnych, żeby zniechęcić innych do robienia podobnych rzeczy”.

To była odpowiedź, której się spodziewałem, bo już wiedziałem co wydarzyło się na procesie Turcanu. Ale nie mogłem powstrzymać się od szorstkiej odpowiedzi:

“Przez kilka lat byłem więźniem i przeszedłem przez prawie wszystkie zakłady karne w kraju. Albo w odizolowaniu, albo we wspólnych celach, i nigdy nie mogłem zrobić nic czego nie zauważyliby strażnicy na korytarzu, i nie potrafię zliczyć wielu różnych niespodziewanych przeszukiwań w środku nocy. Rygorystyczny nadzór jakiemu podlegaliśmy, uniemożliwiał nawet korzystanie z igły do szycia, bez zgody strażnika. Jak mogło wydarzyć się to wszystko, a o czym strażnicy nie poinformowaliby oficerów politycznych? Czy może w tych wszystkich więzieniach nie mieliście ani jednego zaufanego człowieka, gdzie miały miejsce opisane przez ciebie fakty, nikogo kto by was poinformował o tym co się działo?”

“Administracja więzienia była w rękach jakichś oportunistów” – powiedział – “wrogów narodu, którzy przedostali się tam z wyraźnym zamiarem krzywdzenia. Oni współpracowali z bandytami; ale oni także zostali ukarani tak jak zasłużyli”.

Nic na to nie odpowiedziałem, i nie powiedziałem mu nic więcej o tym czego dowiedziałem się o eksperymencie w Pitesti. Ani nie wspomniałem o tym, że wiedziałem, iż “oportuniści” o których mówił w administracji więzienia, nie tylko nie zostali ukarani, ale promowano ich na wyższe stanowiska; ani że wiedziałem iż Turcanu, zanim pokazał się w Gherla, przesłał niesławne memorandum do MSW, którego członkiem był mnie przesłuchujący; ani o tym, że na podstawie wymuszonych spowiedzi podczas demaskowań, organizowano wiele procesów, kiedy owe spowiedzi przeszły przez ministerstwo; ani o wielu innych szczegółach znanych tylko im, bo o nich donieśli im reedukatorzy, ani o tym, że oczywiście nie podjęto żadnych kroków naprawczych.

Kilka miesięcy później zostałem zwolniony.

Za sobą zostawiłem kraty różnych zakładów karnych, Securitate, obozy pracy przymusowej i “ośrodki” reedukacji, gdzie pokutują i cierpią dziesiątki tysięcy więźniów, nie widząc żadnego rodzaju amnestii by ulżyć ich karze. Ponad nimi wszystkimi, jak miecz Damoklesa, wisi potencjalne niebezpieczeństwo, że kolejny eksperyment, podobny do, a nawet bardziej “naukowy” niż ten w Pitesti, zawsze może zostać zainscenizowany. Za sobą zostawiłem dziesiątki tysięcy rodaków więzionych pod opieką tego samego dyrektora generalnego, poddawanych dniem i nocą programowi stopniowego zezwierzęcenia, i osłabianiu zdrowia fizycznego i moralnego poprzez całkowitą bezczynność, ciemne cele, ciągłe niedożywienie, izolację, ostrą rutynę i łańcuchy – zawsze łańcuchy na rękach i nogach!

Ponoszący za to częściową odpowiedzialność leżą w grobach. Ale nie oni są najbardziej winni. Niektóre z ofiar reedukacji także odeszły do sprawiedliwszego świata (bo nawet w piekle nie występują takie okrucieństwa).  Może tam znajdą zrozumienie i wybaczenie.

Natomiast żyją jeszcze, mimo że okaleczeni i chorzy, ci którzy przez ostatnich dziesięć lat cierpieli w odizolowaniu, tak jak wyreedukowani, którzy odzyskali pierwotną równowagę, teraz złamani i pozbawieni wszelkiego kontaktu ze światem.

Miejmy nadzieję, że pewnego dnia ci więźniowie zostaną wysłuchani [7]; miejmy nadzieję, że zbrodniarze którzy tam ich wsadzili i przetrzymują, pewnego dnia staną przed sądem, a mianowicie: gen. Nicolschi, szef brygad śledczych w Securitate; Dullberger (później Dulgheru), szef brygad mobilnych i transportu; Jianuand Tescovici (alias Georgescu), obaj byli ministrowie spraw wewnętrznych; Draghiciand Borila, minister “ludowego” Securitate; Keller, Goiciu, Mihalcea, Avadanei, Gheorghiu, Dumitrescu, Kirion, Archide, Gal, strażnik Cucu, Niki, Mandruta, Ciobanu – wszyscy odpowiedzialni za tortury i wprowadzony przez ODCC terror w więzieniach i obozach pracy.

Przed sądem sprawiedliwości mogą stanąć oni wszyscy, i miejmy nadzieję, że upływ czasu nie pozbawi ich zdolności mówienia! (Różne czystki partyjne wywoływały taką chorobę!) Oczywiście są tacy, którzy nie chcą wierzyć, że to co wydarzyło się w Pitesti i innych więzieniach było eksperymentem naukowym, i uważają, iż dowody są poszlakowe i niewystarczające. W rezultacie rozwinęły się dwie teorie. Jedna, bardziej powszechna, jest taka, że partia komunistyczna chciała zniszczyć Ruuński Ruch Narodowy, co można było zrobić jedynie niszcząc młodych, którzy wyznawali idee Legionów i tradycje, a zatem stanowili ogniwo między przeszłością i przyszłością.

Ale demaskowania nic nie wniosły do konsolidacji samego reżimu komunistycznego, bo większość przeciwników komunizmu już była za kratami, a demaskowania w więzieniu nie pomogły wiele by aresztować resztki opozycji na zewnątrz. Wyniki nie uzasadniały wysiłku – nie mogłyby. Oto powody:

Lata więzienia, z ich dzikimi niedostatkami i długim okresem trwania, już zabiły albo zneutralizowały dużą część młodzieży rumuńskiej. Większość z tych, którzy przeszli więzienia i zostali zwolnieni, żywi ale ze zniszczonym zdrowiem, albo zbyt doświadczeni by narazić się znowu na bezsensowne cierpienia. Terror, wspomnienia o uwięzieniu, deportacje do Baragan, zniszczyły praktycznie wszelką możliwą reaktywację skutecznego oporu. Jest to sprawdzony fakt. A kilka tysięcy mężczyzn w więzieniach z pewnością nie mogły zmienić tego co postanowili wielcy Działacze Świata przy “stołach konferencyjnych”, kiedy rozczłonkowywano Europę.

W razie gdyby partia miała odejść od władzy w jakiejś przyszłości, zbrodnie dokonane  w więzieniach pobiłyby swój rekord, tylko o wiele bardziej potworny. Fizyczna eksterminacja studentów rumuńskich, czy nawet wszystkich więźniów politycznych, nie rozwiązałaby niczego, bo naród jest żywym organizmem, który uwiecznia się dzięki ciągłości biologicznej. Jego potencjał zostanie odbudowany, jeśli pozwoli mu się przez wystarczająco długi czas istnieć i rozmnażać; a próżnia stworzona przez rzezie zostanie wypełniona płodnością narodu.

Wymordowanie lub obezwładnienie całej sekcji społeczeństwa niekoniecznie niszczy ideę, bo ideę generuje struktura biologiczna danego kraju, a nie typ człowieka należący do określonej klasy lub pokolenia. Istnieje również czynnik czysto psychologiczny. Prześladowanie idei, zwłaszcza przez kosmitów, którzy przedostali się i przejęli naród, który je wygenerował, zapewnia tej idei tylko większą popularność.

Zwolennikami drugiej teorii byli głównie studenci – tej czystej, irracjonalnej zemsty. Ruch studencki przez 40 lat, do upadku rumuńskiego państwa, był najbardziej konsekwentnym wrogiem komunizmu, jedyną groźną przeszkodą w szerzącej się władzy komunistycznej. Nasi wrogowie, wielokrotnie niszczeni na przestrzeni lat przez ruch studencki, oczywiście zgromadzili w swoich głowach nieograniczoną i nieskończoną nienawiść, która łatwo wyrażała się odwetem poprzez największą brutalność, natychmiast kiedy zdobyli władzę. Dlatego “fenomen Pitesti” służył tylko jako kolejny dowód największej i nieludzkiej deprawacji bolszewików.

Ale jeżeli taki był cel, to dlaczego ta szaleńcza furia zatrzymała się i nie spełniła wszystkich swoich żądz? Nie było żadnej przyczyny ekonomicznej, militarnej, czy (biorąc pod uwagę całkowitą tajemnicę) propagandowej, żeby żadnym Legionistom nie oszczędzić odczłowieczenia, a na pewno nie było żadnego powodu, by którejś z ofiar pozwolono odzyskać umysł, a nawet opowiadać o tym co przeżyła. Jedynym wiarygodnym, a nawet zrozumiałym powodem zaniechania stosowania techniki demaskowania w tym czasie było to, że ich cel w jakiś sposób został osiągnięty.

Dlatego reedukacji nie można było wymyślić po to by zniszczyć opór, który już stał się bezsilny, czy nawet żeby wprowadzić największy horror we wszystkich tych, których antyludzie nienawidzili najbardziej. Celem eksperymentu wydaje się być określenie, na podstawie danych naukowych, stopnia do jakiego można człowiekowi odebrać osobowość i zrestrukturyzowania go całkowicie i nieodwracalnie. Ostateczne wyzdrowienie większości ofiar pokazało, że wywołana w ten sposób transformacja nie była nieodwracalna.

[1] Odpowiednik urzędu generalnego sędziego wojskowego w armii USA

[2] Warto zauważyć, że stosowano tylko zwykłe tortury, bez technik stosowanych w Pitesti, I dziwne, że trybunał nie pomyślał o wykorzystaniu w tym celu jednego z wyreedukowanych. Nieskuteczność bolszewickich podwładnych często jest zdumiewająca.

[3] Przypuszczalnie na rozkaz z góry

[4] Burah Tescovici (1908-?), Żyd który bardzo wcześnie przyjął rumuńskie nazwisko Teohari Georgescu by ukryć swoje pochodzenie, był aktywnym agentem komunistycznym i konspiratorem w roku 1929; jeśli nie wcześniej, uważany za jednego z najbardziej niebezpiecznych kosmitów w kraju. Po sowieckiej okupacji Rumunii, został jednym z czterech szefów Komunistycznej Partii Rumunii, i współpracował z odrażającą i niesławną Żydówką Ana Rabinovich (Pauker). W 1947 roku został ministrem spraw wewnętrznych w “rumuńskim” rządzie, usunięty w 1952.

[5] Zob. Rozdz. XIII powyżej

[6] Prawdopodobnie oskarżono ich o to, iż byli “faszystami” i “opłacanymi przez amerykańskich imperialistów”, określenia-synonimy w bolszewickiej propagandzie w okupowanych krajach Europy – oczywiście byli niewinni, ale do tego metodologia komunistyczna wymagała “spowiedzi”, nawet kiedy “proces” taki jak tutaj, musiał być trzymany w tajemnicy, i nie mógł być wykorzystany w lokalnej propagandzie. Wymóg wymuszenia takiej “spowiedzi”, o której wszyscy zainteresowani wiedzieli, iż była całkowicie fałszywa i bezużyteczna w tajnym procesie, jest jednym z najciekawszych i najważniejszych cech kosmicznej mentalności, którą Zachód może nazwać tylko psychopatyczną.

[7] Ta nadzieja, powstała w 1958, była, oczywiście, próżna.

ROZDZIAŁ   XXIX

W  JILAVA  TAKŻE

 

Zanim zakończę tę książkę, wspomnę inny rodzaj demaskowań, identyczny w zakresie z tymi w Pitesti i Gherla, ale przeprowadzany różnymi sposobami. Główną cechą tych demaskowań było to, że nie wysilano się by ukryć udział w nich administracji – faktycznie otwarcie przeprowadzał je personel więzienia, chociaż wykorzystując więźniów jako narzędzia.

Wiosną 1950 roku w Jilava przygotowano specjalne pomieszczenie w jednym z baraków w podwórcu, do wykorzystania w torturowaniu więźniów oczekujących na proces.

Metoda była bardzo prosta. Strażnik, zwykle spośród strażników zewnętrznych, w towarzystwie szefa “tajnej” sekcji, wchodził do celi i wypowiadał nazwisko więźnia, który miał być przesłuchiwany. Na korytarzu głowę więźnia zakrywano kapturem by nie mógł nic widzieć. Następnie strażnik za ramię prowadził go korytarzem do specjalnie przygotowanego pomieszczenia.

Tutaj, nadal z zakrytymi oczami i uściskiem strażnika na ramieniu, poddawany był rygorystycznej inkwizycji, zwykle opartej na informacjach zebranych w celi przez wprowadzonych w tym celu donosicieli, albo na niedyskrecjach różnych przyjaciół w innych celach, albo bezpośrednio z teczek składanych przez MSW do ewentualnego procesu. Identyfikacja przesłuchujących była trudna, jedynym sposobem rozpoznania były ich głosy, a ofiary oczywiście zakładały, że mają do czynienia z oficerami przysłanymi przez MSW. Ale w końcu dowiadywali się, że przesłuchujący byli tylko innymi więźniami, niemal ekskluzywnie wybranymi spośród “byłych” członków komunistycznego aparatu.

Zapewne ci starzy komuniści grzeszyli zgadzając się na przyjęcie funkcji donosicieli dla rumuńskiego Securitate za rządów Antonescu. W każdym razie ich lider, ten który przeprowadzał przesłuchania i kierował torturami, nazywał się Mihailow, z Besarabii, prawdopodobnie rosyjskiego pochodzenia, aresztowany za wydanie kilku z towarzyszy-komunistów podczas wojny. Spośród jego kolaborantów w Jilava, pomagających w “przesłuchaniach”, najgorszym i najdzikszym był Pascu, z zawodu mechanik, komunista aresztowany z tych samych powodów jak Mihailov. Miałem okazję spotkać go kilka lat później, kiedy przysłano go do Gherla, gdzie kontynuował wysługiwanie się administracji więzienia jako donosiciel.

To dlatego oskarżano go o podglądanie we wspólnej łaźni, dosyć wygodnym i szczególnie odpowiednim  miejscu, gdzie nie robił nic innego jak tylko obserwował kąpiących się, i mógł podsłuchiwać każde wypowiedziane słowo. Innym takim uczestnikiem w Jilava był węgierski mechanik Buchs, którego wysłano do Aiud w roku 1951 i gdzie był dosyć dyskretny, zachowywał się stosunkowo dobrze. (Możliwe, że obietnice Securitate, choć później złamane, otworzyły mu oczy.) Ponadto mówiło się, że szczególnie do przeprowadzania długotrwałego bicia, wykorzystywano prostego, upośledzonego umysłowo robotnika. Zespół “śledczych” liczył ponad dziesięć osób, ale zidentyfikowano tylko tych, których wymieniłem.

Pierwsze odkrycie, że śledczymi nie byli oficerowie polityczni, nastąpiło podczas ciekawego zbiegu okoliczności. Było tak, że zanim byłego lejtnanta z korpusu medycznego zabrano z celi na kolejne przesłuchanie, zastąpiono Mihailova. Dlatego w pomieszczeniu barakowym, gdzie lejtnant Z spodziewał się usłyszeć głos Mihailova, głos pytającego był inny. Już zbrutalizowany i będąc niezależnym duchem (faktycznie dlatego wysłano go do Archangielska, gdzie nadal był jeńcem wojennym w Rosji), tak się wściekł, że ściągnął okrywający mu głowę kaptur. Ku swojemu zdumieniu, siedzącymi przy stole przesłuchań nie byli oficerowie Securitate, jak oczekiwał, lecz zwykli więźniowie; a człowiek który zawsze wyprowadzał go z celi, teraz stał obok niego, i był tylko umundurowanym strażnikiem więzienia!

Atmosfera panująca w Jilava była zupełnie inna niż w innych więzieniach, zwłaszcza dlatego, że nikogo tu jeszcze nie skazano, i wszyscy myśleli, iż zostaną zwolnieni, zanim komuniści będą mieli czas na ich  sądzenie [1]. To częściowo tłumaczy odwagę różnych więźniów, którzy odmówili “spowiedzi”, kiedy stali przed Mihailovem. Ale wydaje się również, że MSW niezbyt nalegało, bo kiedy po klatkach izolacyjnych rozchodziła się wiadomość, w Jilava “zamknęli” biuro ODCC, chociaż nie wcześniej zanim z licznych “więźniów politycznych” poprzez tortury zrobiono krwawą miazgę.

Być może nie było bezpośredniego związku z demaskowaniami w Pitesti i tym co miało miejsce w Jilava, ale zbieżność w czasie i pewne podobieństwo w metodach, uniemożliwiają negowanie, że była pewna koordynacja w zakresie wcześniej dobrze wyznaczonego rezultatu. Należy pamiętać także, że Pitesti, wykonawczy zakład karny, i Jilava, więzienie wojskowe MSW, były dwoma więzieniami najbliżej położonymi od Bukaresztu; inaczej mówiąc, najbardziej dostępnymi dla tych, którzy chcieli zachować w nich bliski nadzór i rygorystyczną kontrolę.

Jeśli wspominam o inkwizycjach w Jilava, bladych w porównaniu z dokonywanymi w Pitesti, ale brutalnych i sadystycznych, to tylko dlatego, by pokazać, że to pojedynczy umysł zaplanował i kierował wykorzystaniem więźniów do torturowania swoich kolegów.

Jilava na pewno była częścią eksperymentu [2].

[1] Na początku lat 1950, wielu Rumunów wierzyło, że propaganda wychodziła z Waszyngtonu!

[2] Gdybyśmy tylko mieli bardziej szczegółowe informacje o procedurach w więzieniu Jilava, jego rola w eksperymencie, takie jak “grupa kontroli” czy inne, byłaby wyraźniejsza.

 

ROZDZIAŁ   XXX

OSTATNIE  SŁOWO

 

Być może więcej zostanie napisane o tym co miało miejsce w Pitesti i innych więzieniach, jeśli informacje w ogóle przedostaną się za żelazną kurtynę [1].

Celem tej małej książeczki jest tylko skierowanie uwagi czytelnika na fenomen zbyt wielki w swoim zakresie i realizacji, by umożliwić ocenę wszystkich faktycznych informacji (to co wychodzi z więzień komunistycznych jest bardzo ograniczone), i zdecydowane wyjaśnienie tego w kategoriach ściśle psychologicznych. Poza ostrym nadzorem więziennego życia, moje obserwacje były ograniczone zrozumiałym zażenowaniem, jakie odczuwały ofiary z powodu wielu szczegółów ich przeżyć i zachowania. Wielu było takich, którzy po prostu odmówili rozmowy o tym najbardziej bolesnym etapie ich  życia.

Ale mimo że informacje w tej książce są fragmentaryczne, są prawdziwe. Nikt nie może im zaprzeczyć, nawet nie “władze komunistyczne” u steru rządu mojego kraju. Nie uważam, by były lepsze relacje o tych wydarzeniach od tych opowiedzianych przez same ofiary tego eksperymentu.

Możliwe jest, że “partia” nie zauważy tej pracy, albo zorganizuje wobec niej kampanię zaprzeczania i oczerniania, szczególnie nakazując tym, których torturowano, by “z oburzeniem negowali kłamstwa tworzone na usługi kapitalizmu”. Jeśli tak będzie w tym przypadku, nie będzie to bezprecedensowe. Przywołam tu jeden, gdyż chodzi tu o studentów, którzy, każdy z nich więzień, wycierpieli najbardziej. Przykład ten pochodzi z przeżyć studentów prowadzących tzw. “wolne” życie na uniwersytecie rumuńskim w roku 1956.

W tamtych czasach, nadzieja wyzwolenia była mniej chimeryczna niż jest teraz, a Zachód jeszcze nie udowodnił niezbicie, że zupełnie nie interesuje go wolność człowieka. Na Węgrzech studenci w Budapeszcie połączyli siły z robotnikami i ramię przy ramieniu podjęli się zerwać łańcuchy; udało im się w widoczny sposób potrząsnąć poprzez krótki czas rządem szatana. Ich czyn wywołał wielkie reperkusje na rumuńskich uniwersytetach, zwłaszcza w Tamisoara, najbliższego do Węgier, i w Bukareszcie, gdzie ruch studencki był najliczniejszy i najbardziej aktywny. Udane powstanie na dwu kolegiach uniwersytetu bukaresztańskiego (Literatura i Medycyna) szybko stłumiono siłą dzięki sile Securitate. Ale w Tamisoara wydarzenia były bardziej skomplikowane.

Zacznijmy od tego, że minister edukacji, Murgulescu, próbował zmniejszyć napięcie, ale mu się to nie udało. Faktycznie udało mu się tylko zamieszać do tego stopnia, że mimo zajmowanego przez niego wysokiego stanowiska, zmuszono go do ucieczki przez okno kawiarni pod gradem błota, jakim garściami obrzucali go rozgniewani studenci. W rezultacie zaplanowaną przez studentów na godzinę 16-tą demonstrację władze unieważniły, a wokół akademików umieszczono kilka batalionów sił Securitate.

Wieczorem sam minister edukacji przyleciał samolotem i próbował spacyfikować studentów. Obiecał, że spełni wszystkie trzy ich żądania, a mianowicie: eliminację marksizmu i języka rosyjskiego jako przedmiotów obowiązkowych; liberalizację całego uniwersytetu; i rozwiązanie grupy studentów szpiegujących dla Securitate. Ale po złożeniu tych obietnic, uspokojeniu studentów i rozejściu się ich do swoich pokoi, udzielił im prawdziwej odpowiedzi: ogień z karabinów maszynowych! Przez ponad dwie godziny, żeby umożliwić ściągnięcie posiłków przez Securitate, ostrzeliwano akademik Kolegium Medycznego.

Następnie zorganizowano atak, żołnierze wbiegali do budynku z bronią gotową do strzału. Studenci do obrony mieli jedynie książki i słoiki dżemu. Przez kilka godzin aresztowano ich i wywieziono ciężarówkami do obozu wojskowego pustego od czasów wojny, około 60 km od Tamisoara. Trzy dni trwały poszukiwania studentów na ulicach miasta i w domach. Każdego zidentyfikowanego jako studenta od razu aresztowano bez podania powodu, i wywożono do obozu. Nie przesłuchano ich aż do czasu wybuchu powstania węgierskiego. Wtedy większość ich zwolniono, po podpisaniu deklaracji, że nigdy nie wezmą udziału w żadnej akcji skierowanej przeciwko “Partii Robotniczej!” Kilkuset wyrzucono z uniwersytetu. W tym wszystkim status społeczny oczywiście nie odgrywał żadnej roli, bo najbardziej buntowniczy studenci pochodzili z biednych rodzin!

Kilkudziesięciu uznano za “prowokatorów buntu przeciwko prawnemu porządkowi społecznemu” i jakiś czas spędzili w piwnicach Securitate, później przed trybunałem, gdzie Securitate ogłosiła wyroki. Różniły się pod względem długości, od 5 lat więzienia do dożywotniego obozu ciężkiej pracy.

W grudniu 1956 roku, kiedy sytuacja się uspokoiła i komuniści poczuli się pewni zwycięstwa, zaczęły się odbywać dziwne “spotkania” w różnych ośrodkach w całym kraju. Pod ścisłym nadzorem Securitate, studenci energicznie protestowali przeciwko “oczernianiu w kapitalistycznej prasie”, która pisała, raczej ogólnie, o studenckim “niepokoju”. Przemówienia, wcześniej napisane i podyktowane przez Securitate, “spontanicznie” wygłaszano z wielu pulpitów. Zawierały lokajskie pochwały partii i sowietów i potwierdzały “bezwarunkowe przywiązanie” wszystkich studentów do “klasy pracującej rumuńskiego narodu”, wyrażały głębokie oburzenie i “zobowiązania” czujności wobec “wroga [sic] narodu rumuńskiego”. Takie pomyje wylewano przez wiele dni. Ci sami studenci, którym kilka tygodni wcześniej odebrano nadzieję wyzwolenia, teraz wszystkiemu zaprzeczali i wyznawali lojalność wobec reżimu.

Nie jest wykluczone, że podobna krytyka zostanie wszczęta wobec tej książki, i porównywalne zaprzeczanie jej prawdziwości wyprodukowane według tego samego schematu.

Ta książka spełnia moje zobowiązanie wobec kilku ofiar demaskowań, które, wiedząc, iż pewnego dnia będę mógł przemycić książkę  przez żelazną kurtynę, powierzyli mi, często z bólem i wielkim niepokojem wewnętrznym, wszystko co uważali za obowiązek człowieka by nie zapomnieć.

Bardziej niż relacja o tych wydarzeniach, ta książka jest ostrzeżeniem; głosem spoza grobu, od żyjących zmarłych zza żelaznej kurtyny.

Na koniec chciałbym powiedzieć, że chociaż niektórzy zmarli, a niektórzy byli uparci, większość ofiar wyzdrowiała.

Człowiek ma w sobie pewne siły, których nikt nie może zniszczyć – nawet on sam; bo człowiek nie należy do siebie, a jego siły wewnętrzne świadczą o Tym, Który stworzył człowieka.

Bukareszt 1958

Paryż 1962

Nowy Jork, 1970

 

[1] W ostatniej książce dra Carja, zob. przypis na s. x. – red.

 

POSTSCRIPTUM

Niech czytelnik nie wyobraża sobie, że coś zmieniło się w Bestiach Apokalipsy, czy nastąpiło jakieś “złagodzenie” lub “odprężenie” w ich sadyzmie w Rumunii, czy w jakimś innym kraju który zdobyli.

W Rumunii, kiedy rozpoczęły się straszne powodzie  w maju 1970 roku, komunistyczne MSW nakazało dyrektorom i personelowi więzień w Aiud i Gherla opuścić je, po zamknięciu więźniów w celach.

Ilu Rumunów w ten sposób pozbyto się w Aiud nie wiadomo, ale w Gherla 600 bezradnych mężczyzn przyglądało się, kiedy woda powoli podnosiła się w ich celach i w końcu ich zatopiła.

 

KONIEC

 

No comments yet.

Leave a Reply

Intronizacja
Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE