Antyludzie R.26&27.

ROZDZIAŁ  XXVI  

PONOWNE  SPOTKANIA

 

Chociaż wśród wojowników antykomunistycznych w lokalnych organizacjach albo w grupach politycznych zawiązało się wiele przyjaźni, to wiele z nich przerwało się w czasie tej tragedii, zwłaszcza tych uformowanych między studentami i nie-studentami. Przeciwnie do normalnych czasów, kiedy każda partia polityczna była zorganizowana w grupach według linii społecznych lub zawodowych, “nielegalne” grupy antykomunistyczne pochodziły ze wszystkich klas. Różnice społeczne zniknęły we wspólnej walce o wolność. To dlatego powstał rodzaj amalgamatu, w którym wszystkie pojedyncze różnice odeszły, pozostawiając tylko jedyną ważną rzecz: miłość do kraju i wolności. Ale poprzez tę wymuszoną uległość studentów i pracowników po eksperymencie demaskowania, ta więź uległa złamaniu; i teraz, kiedy sytuacja znowu pozwoliła na ponowne spotkanie się tych ludzi, trzeba było znaleźć sposób na ponowne zorganizowanie porozumienia między nimi, nawet w tej samej celi.

Złagodzone napięcia po porzuceniu polityki reedukacji oczywiście nie spowodowały zaangażowania studentów w normalne życie więzienne. Oni byli innym gatunkiem, świadomym głębokich różnic dzielących ich od współwięźniów. Dlatego nie mogło być żadnych kontaktów między byłymi przyjaciółmi, żadnego podejścia jednego do drugiego, żadnych środków komunikacji. Straszna mutacja w wyniku reedukacji oddzielała ich tak skutecznie jak niedający się przekroczyć mur.

Przekroczenie tego muru mogli próbować tylko ci, którzy mogli zachować swoje dusze nietknięte i mieli współczucie, którym chcieli dzielić się z tak rozpaczliwie go potrzebującymi. Żeby w ogóle możliwe było wstępne dojście, trzeba było zbadać i zrozumieć dokładnie ten psychopatyczny fenomen jako całość, a potem próbować zrobić jakąś szczelinę, żeby przez nią dotrzeć do świadomości człowieka, nie pogłębiając jego alienacji. Było to wyjątkowo trudne, i trzeba było działać bardzo ostrożnie. Postaram się  przedstawić sposób, w jaki kilku bliskich przyjaciół i ja próbowaliśmy to zrobić.

Najpierw, kiedy atmosfera była ciężka od podejrzeń, docieraliśmy do wyreedukowanych osób pracujących z nami i udawaliśmy, że zgadzamy się z nimi, żeby tylko rozpocząć z nimi rozmowę. Kiedy klimat wydawał się bardziej przyjazny, próbowaliśmy przywrócić im pewność siebie, ale nie mówić nic o demaskowaniach, nawet w najmniejszym stopniu. Stopniowo i powoli, pojęcia i wartości, które zniszczyli reedukatorzy wracały poprzez jakiś odwrotny proces, kiedy osobom tym okazywało się sympatię i zrozumienie ich cierpienia, i nabierali pewności, że chcieliśmy zrobić to co słuszne. Wiele razy takie konwersacje trzeba było kontynuować przez długi czas, zanim odkryliśmy jaki rodzaj winy dręczył duszę danej osoby, ale jak tylko dowiedzieliśmy się, iż nasz rozmówca był gotowy by ją znieść, wszczynaliśmy dyskusję, która obejmowała jego jako winnego. Następnie przechodziliśmy do zbadania prawdziwego problemu, żeby określić kto naprawdę był odpowiedzialny, osobiście odpowiedzialny, nie tylko za dokonane zbrodnie, ale w ogóle za rozpoczęcie tego przerażającego eksperymentu.

Większość studentów miała tak silną wiarę, że pozostała w nich głęboko, pomimo próby jej zniszczenia, i kiedy umożliwiały to okoliczności, pokazywała się jakby po hibernacji i okazywała się być decydującym czynnikiem w procesie ozdrowienia. Interesowali nas tylko ci studenci, którzy byli ofiarami zanim stali się oprawcami, czy tylko donosicielami oficerów politycznych. Inne osoby, które wysyłano do więzienia jako narzędzia MSW czy Partii Komunistycznej, albo który byli chętnymi sługusami reżimu, należy zostawić sprawiedliwości, która nieugięcie karze za zbrodnie.

Wskrzeszenie wartości, które były wyparte poprzez reedukację, nie było zadaniem zbyt trudnym, gdyż często wystarczyła prosta stymulacja by przywrócić człowieka z powrotem do wcześniejszej równowagi. Ale jedną prawdziwą przeszkodą, bardzo trudną do pokonania, był prześladujący strach, zamknięty w każdym włóknie zdemaskowanej ofiary, że każdego dnia  reedukacja może zostać wznowiona. Życie w więzieniu nie zrobiło nic by rozwiać ten strach. Aby być przekonującym, argument, że terror się zakończył, musiał opierać się na dowodach z zewnątrz, nawet przebiegu wydarzeń politycznych poza granicami kraju.

Żeby wywołać poczucie, że wydarzenia mogą zmienić sytuację dla nas w więzieniu, wykorzystywaliśmy każdy rodzaj informacji, jaką zdobyliśmy od nowych więźniów, albo w wyniku dobrej woli strażników więziennych, nie wyznających teorii “walki klasowej”. W tej sytuacji więźniowie sami interpretowali różne kawałki informacji i dopasowywali je do swoich własnych pobożnych życzeń. Czy ich interpretacja odpowiadała rzeczywistości czy nie, w ogóle nas nie martwiło. Najważniejsze było to, że one łagodziły strach nie tylko wyreedukowanych, ale i nasz, bo nigdy nie mogliśmy usunąć z naszych myśli możliwości wprowadzenia eksperymentu jak w Pitesti, kiedy obserwowaliśmy oscylację w więzieniu różnych form terroru, od maksimum do minimum i z powrotem, bez widocznego związku z wydarzeniami politycznymi w kraju. Dlatego nie można nas obwiniać za myślenie, że wszystko było możliwe.

Oprócz łagodzenia tego strachu wyreedukowanych, musieliśmy jakoś zniszczyć także ich przekonanie, że komunistyczna Rosja była niezwyciężona – Rosja, gdzie jak w każdym innym kraju zdominowanym przez komunistów, człowiek nie ma  możliwości ustalenia jakie fakty, jeśli w ogóle, kryją się za oficjalnymi twierdzeniami i deklaracjami. Ale wyreedukowani stracili wszelką moc rozeznania. Ich jedyną prawdą była ta, którą zadekretowała oficjalna komunistyczna gazeta, i studenci nie mieli żadnego innego źródła by móc ją ocenić. Tak więc próby obalenia rozumowaniem i argumentami kłamstw, które sparaliżowały ich zdolność do myślenia były gorzej niż bezużyteczne. (To można również zauważyć w świecie zachodnim, w którym różni koegzystencjaliści, lub “użyteczni idioci”, są produktami tej samej intoksykacji.)

Okazało się, że dobrze przygotowany żart lub dowcip dawał więcej dobra niż godzinny argument.
Dusza, która przez lata była zatopiona, ma większą potrzebę ciepłego słowa, jak się dowiedzieliśmy, niż logiczne wyjaśnienie; jak roślina trzymana w ciemności potrzebuje więcej słońca niż pokarmu.

ROZDZIAŁ  XXVII

WIECZNA  IZOLACJA

Życie więzienne upływało na pracy w warsztacie, na dyskusjach między studentami lub z innymi wyreedukowanymi więźniami, w ciągłym głodzie i obawie przed administracją. Niektórzy więźniowie liczyli dni, inni nie. Ale znowu zostaliśmy zaskoczeni, i monotonia życia więziennego została przerwana typowo logicznym posunięciem komunistycznego kierownictwa.

5 grudnia 1953 roku, w wigilię dnia św. Mikołaja, pracowałem w warsztacie blacharskim mieszczącym się w podwórcu głównego budynku. Kiedy wyszliśmy na obiad, pracujący w biurze technicznym wyszli z nami i udało mi się zdobyć zaufanie jednego z nich, byłego ucznia szkoły zawodowej i słusznie uważanego za jednego z najbardziej niebezpiecznych donosicieli wśród wyreedukowanych więźniów. Zatrzymując się na chwilę przy mnie, i rozglądając się wokół by upewnić się, że nie obserwuje go żaden z innych donosicieli, wyszeptał: “Trwa wielkie prześwietlanie więźniów i wszyscy uważani za “bandytów” zostaną zatrzymani w swoich celach na cały dzień. Tylko ci których uważa się za nieszkodliwych lub oddanych będą wychodzić do pracy”.

“Skąd masz tę informację?” – zapytałem.

“Od lejtnanta Michalcea”.

“Co wiesz o mnie, widziałeś tę listę?”

Nie odpowiedział, tylko spuścił głowę.

Następnego dnia, w dzień św. Mikołaja, moment zanim otworzyły się drzwi byśmy mogli wyjść do pracy, Eugen Muntenau, prawdziwy szef biura pracy i płacy wszedł do naszej celi i ogłosił, że tylko ci którzy usłyszą swoje nazwiska powinni wyjść do pracy. Mojego nie wyczytał. Ta metoda nie była wyraźną karą; byiśmy zamknięci w celi, ale nic więcej się nie stało! Więc ci których nazwisk nie wyczytano uważali to za wielki przywilej, zwłaszcza teraz, kiedy nadchodziła zima. Większość pozostawionych w celi przybyła do Gherla z obozu pracy nad kanałem albo z innych więzień, kiedy zaniechano demaskowań – inaczej mówiąc, oni nie przeszli przez eksperyment. Ale większość wyreedukowanych więźniów nadal pracowała w warsztatach.

Faktycznie rozkaz MSW mówił, że wstrzymuje się wszelką pracę w celu przeprowadzenia reorganizacji wewnętrznej więzienia, ale ponieważ różne prace dla wojska musiały zostać zakończone (pracowaliśmy wyłącznie dla jednostek wojskowych MSW), nie można ich było zatrzymać. Poza tym, mieliśmy w budowie dziesięć ciężarówek do transportu więźniów dla Ministerstwa i one musiały zostać dostarczone do lutego 1954 roku. W ten sposób, chociaż wielu było bezczynnych, pewną liczbę trzeba było pozostawić do pracy.

Temu stanowi bezczynności towarzyszyły, jak można było oczekiwać, przeniesienia do innych cel, odwołanie spacerów, usunięcie materaców, i oczywiście, nędznych dodatków żywieniowych dawanych nam kiedy pracowaliśmy. Ale ta sytuacja nie trwała bardzo długo. Tylko dwa miesiące później zorganizowano kolejną zmianę, tym razem o dotkliwszym charakterze.

Rankiem 20 lutego 1954 roku, kiedy jeszcze było ciemno, każdego, pracującego czy nie, wyprowadzono i zebrano na korytarzu na I piętrze więzienia. Pomiędzy piętrami zawieszono siatki i na nich umieszczono setki metrów słomianych mat, żeby nikt nie mógł widzieć innych pięter. Nie mogliśmy sobie wyobrazić tego co miało się wydarzyć. Między nami chodziła duża liczba gburowatych oficerów i sierżantów milicji, niektórzy z nich nowi i nieznani, zakazując nam wszelkiego rodzaju rozmów.

Towarzyszyli im dyrektor Goiciu i dwaj oficerowie polityczni, obaj Węgrzy, niosąc stertę papierów, na których przypuszczalnie napisane były nazwiska więźniów.

Atmosfera była niezwykle napięta. Strach, który wydawał się być zaraźliwy, można było zauważyć na wszystkich twarzach. Nawet twarze wyreedukowanych więźniów były jednakowe, jakby odzwierciedlały terror ich dusz. Terror, który był na twarzy studenta z celi X, kiedy wracał żart o Turcanu powiedziany w Gherla, teraz był widoczny na twarzach wszystkich wyreedukowanych więźniów. Akurat stałem obok studenta, z którym byłem zaprzyjaźniony. Był jednym z tych, którzy uzdrowili się po zdemaskowaniu. Korzystając z chwili kiedy nie byliśmy obserwowani przez stojącego koło nas oficera, włożył mi w dłoń bardzo piękną, wyrzeźbioną papierośnicę z rogu bawołu. Potem zadał mi pytanie którego się spodziewałem, ale na które nie miałem odpowiedzi:

“Myślisz, że wznowią demaskowanie?”

Co mogłem powiedzieć? Wyszeptałem dwa czy trzy słowa by go uspokoić, a raczej żeby uspokoić siebie. Ale rozmowę przerwało zbliżanie się oficera.

Upłynęły ponad dwie godziny, a my staliśmy w niższym holu tego ranka i nic się nie wydarzyło, poza tym, że przyszli jacyś podoficerowie z głównego więzienia, cichym głosem powiedzieli coś dyrektorowi, i wyszli znowu. W jakiś czas po 7 rano, zorganizowano dziwny apel dla więźniów, wyczytywano nazwiska w kolejności alfabetycznej. Następnie, według ich “poglądów politycznych” wykazanych w teczkach i odzwierciedlonych długością wyroków, więźniów podzielono na dwie grupy, jedna składała się z tych o wyrokach 10 lat lub krótszych, druga z tych o dłuższych wyrokach. Nie przywiązywano wagi do rodzaju kary, bo niektórzy w każdej grupie oficjalnie skazani byli na ciężką pracę, a inni tylko na więzienie korekcyjne.

W ten sposób 20 lutego 1954 roku rozpoczęło się stałe odizolowanie, które obowiązuje nawet dzisiaj, i stanowi jedną z najbardziej okrutnych metod powolnego zabijania duszy i niszczenia nerwów.

Jeden po drugim, w kolejności wyczytywania, więźniowie znikali tego ranka biegnąc schodami na górę, nie wiedzieliśmy na które piętra, gdzie czekali na nich oficerowie by zamknąć ich w celach.

Od tego dnia nie widziałem już wielu z towarzyszy więzienia i dobrych przyjaciół; i nie widziałem ich ponownie, mimo że przez kilka lat mieszkałem z nimi pod jednym dachem. Wielu z nich już nigdy nie zobaczę, bo ubiegli mnie i przeszli w zaświaty.

Z 35 czy 36 innymi, wysłano mnie do celi na IV piętrze. Prawie połowę moich towarzyszy stanowili wyreedukowani więźniowie! Kiedy doszliśmy do celi, próbowaliśmy znaleźć miejsce blisko okna albo przyjaciela, a nie mając tej możliwości, bliżej kogoś znajomego. W takich chwilach niepewności, każdy więzień próbuje znaleźć się bliżej kogoś komu może ufać, mając iluzję, że tym razem będzie to dla niego dobre! Każdy, kiedy znalazł sobie miejsce, kładł obok siebie resztki ubrania, które zostały mu po latach więzienia.

Szok tego posunięcia zrobił szorstkie i głębokie wrażenie na tych, którzy przeszli demaskowanie. Nawet duża liczba tych, którzy zaczęli otrząsać się z letargu w którym zatonęli, cofnęła się gwałtownie, przyjmując postawę “poczekamy, zobaczymy”, z oczywistym zamiarem przesunięcia się z powrotem na stronę tych, którzy uparcie uważali się za “przekonująco” wyreedukowanych.

Nawet pierwszego dnia izolacji, św. Mikołaja 1953 roku, wielu wyreedukowanych studentów, którzy chcieli dyskutować i rozpoczęli pozbywanie się postawy “wyreedukowanego”, dostali bodziec by to rozważyć. Ci który uczestniczyli w demaskowaniach, zwłaszcza jako szefowie komitetów, myśląc, że miał się rozpocząć nowy etap reedukacji, przygotowywali się do pracy! Na początek zaczęli grozić byłym kolegom, którzy teraz otwarcie sprzeciwiali się wznowieniu reedukacji. Żeby pokazać jak dobrze nadal funkcjonowały odruchy warunkowe, nawet po 2 latach, przywołam następujące zdarzenie:

Student AB, który po zaniechaniu demaskowań okazał się być dosyć przyzwoitym facetem, i nie doniósł na nikogo, wdarłszy się w łaski administracji poprzez ciężką pracę, zmienił się 6 grudnia, nagle donosząc na własnego wuja, któremu zezwolono na widzenie z nim kilka dni wcześniej!

“Dlaczego doniosłeś na niego, kiedy nie było żadnego powodu?” – zapytałem go później, kiedy mi o tym powiedział.

“Gdyby wznowiono demaskowania” – odpowiedział – “to pierwszy zarzut przeciwko mnie, co wystarczałoby żeby od nowa poddać mnie temu wszystkiemu, byłby taki, że na nikogo nie doniosłem. Dlatego po 6 grudnia, przekonany o wznowieniu demaskowań w najbliższej przyszłości, zacząłem stosować własne środki ostrożności”.

Kiedy skończył się luty rozpoczął się ostrzejszy etap izolacji, kiedy oficerowie polityczni karali za najmniejsze przewinienia, więźniowie którzy przeszli przez demaskowanie byli pewni, że proces ten zostaje wznowiony. W naszej celi, zaraz pierwszego dnia, na przykład, potwierdziło się okrucieństwo oficera politycznego, Sebesteny, na plecach lidera celi, którego sam wybrał! Tylko za to, że kiedy wszedł do celi, lider niewystarczająco głośno wykrzyknął “baczność!”, Sebesteny ukarał go 24-godzinnym pobytem w niesławnej klatce karnej, zakutego w kajdany na nogach i rękach. Kiedy ten wrócił do celi następnego dnia, na dłoniach miał niebieskie paski, a obie nogi krwawiły od żelaznych kajdan.

Jego powrót spowodował dramatyczną sytuację. Niektórzy więźniowie byli już gotowi i na miejscu by stworzyć w celi komitet reedukacyjny. To wydarzyło się w innych celach, gdzie wyreedukowani byli w większości, a nikt im się nie sprzeciwił, i zaprowadzili porządek między niewyreedukowanymi więźniami. Ale nasza cela była podzielona bardziej równo, i od początku stworzyły się trzy grupy. Pierwsze dwie stanowiła grupa z Pitesti i ci którzy otwarcie się im sprzeciwiali; pośrodku byli bojaźliwi, którzy nie stanęli po żadnej stronie, a tylko czekali na dalszy rozwój sytuacji. W głębi serca byli z nami, ale obawiali się by nie zdradzić się przed wyreedukowanymi.

Pierwsze trzy czy cztery dni spędziliśmy na wzajemnej obserwacji. Czekaliśmy by zobaczyć następne posunięcie administracji, a wyreedukowani czekali na sygnał od oficera politycznego, by wznowić demaskowania! Ponieważ znaliśmy kolejność demaskowań, postanowiliśmy, że jeśli się rozpoczną, nie pozwolimy by nas złapano znienacka, i że będziemy się bronić nawet do śmierci, jeśli możliwe – popełnić samobójstwo. Dlatego trzymaliśmy się w grupie w jednym rogu przy oknie, z plecami przy ścianach.

Nasze napięte nerwy niemal nie wytrzymywały. Za każdym razem, kiedy otwierały się drzwi, wszystkie oczy zwracały się ku nim, ale z innych powodów! Spodziewając się rozkazu, byliśmy przygotowani.

Kiedy widzieliśmy, że administracja ograniczała się do zachowania porządku wewnątrz, nie trzeba dodawać, że stosując wyjątkowo ostry rygor, zdecydowaliśmy skorzystać z okazji by przejąć inicjatywę. Zaczęliśmy nawiązywać kontakt z bojaźliwą grupą, której potrzebowaliśmy do zwiększenia naszej, żeby zrównoważyć liczbę wyreedukowanych więźniów. Ponieważ bali się rozmów z nami, wymyślaliśmy dyskusje na temat sytuacji, tak żeby nas słyszeli, ale nie musieli reagować. W ciągu kilku dni większość z nich wydawała się bardziej nam sprzyjać. Te dyskusje sarkastycznie nazywaliśmy “dyskusjami ARLUS”, od “Towarzystwa na rzecz Wzmocnienia Więzi Kulturowych ze Związkiem Sowieckim”. Te dyskusje ARLUS nie wszystkie były poważne, ale opowiadaliśmy żarty o Rosjanach, z jednej strony wyśmiewaliśmy komunistów, a z drugiej pokazywaliśmy, że nie baliśmy się reedukatorów.

Rezultat był dosyć dobry. Nawet przed uwięzieniem wiedzieliśmy, że żarty polityczne, wrogie wobec komunizmu, były dosyć skuteczne, i że jeśli coś miałoby podtrzymywać wrogość wobec rosyjskich okupantów, to były to anegdoty. Znane było niebezpieczeństwo ze strony partii, bo za to stosowano środki represyjne; byli Rumuni, których wysyłano do więzienia na 10 lat, tylko za opowiedzenie żartu ośmieszającego komunizm.

Po jakimś czasie sytuacja uległa zmianie: teraz w  celi były tylko dwie grupy. Bojaźliwi stali się odważni i włączali się w nasze otwarte dyskusje. Jeden wyreedukowany, o którym wiedziałem, iż był Węgrem, a który podlegał oficerowi politycznemu Messaros, donosił mu o wszystkim co działo się w naszej celi. Dlaczego nie podjęto żadnych kroków by nas powstrzymać czy śledzić, jest zagadką. Tylko raz, kiedy mnie wywołano dlatego, że przyznałem się strażnikowi, że znalezione w celi szachy należały do mnie, dał mi do zrozumienia, że wiedział wszystko o czym dyskutowaliśmy w celi, i że byłoby lepiej dla mnie gdybym nie dostał się w jego ręce. Kiedy temu zaprzeczyłem, powiedział mi nawet nazwisko donosiciela.

Pośród wyreedukowanych w naszej celi, najbardziej niebezpiecznym wtedy był Gheorghe Calciu, były student medycyny nazywany “Szarą eminencją [1] dyrektora Goiciu”. Był jednym z najbardziej oddanych i zdecydowanych produktów reedukacji, i do pewnego stopnia zajął miejsce Turcanu. Ale w celi nie był w ogóle defensywny, jak inni w jego grupie, faktycznie był spokojny, prawie jowialny. Pewnego popołudnia posunął się tak daleko, że wyrecytował powszechnie znany wiersz Makarenko, “Poemat pedagogiczny” [2].

Pomijając wartość kulturową tego wiersza, sam fakt, że ośmielił się wspomnieć w celi sowieckiego autora, nawet bardzo szanowanego przez partię, wywołał śmiech, przynajmniej wtedy. Każdy zaczął porównywać “pedagogikę” Makarenko z tą Turcanu, i wtedy demaskowania w Pitesti nazwano “Poematem pedagogicznym”. Nie upłynęło wiele czasu zanim w celi Turcanu nazwano “Jewgieni Simionow Makarenko”, a kiedy ktoś chciał wiedzieć czy przeszedłeś demaskowanie, pytał czy czytałeś “Poemat pedagogiczny”. Ta aluzja, oczywiście, wskazywała, że system reedukacji był także tworem sowieckim.

Skoro Calciu nie mógł wprowadzić w naszej celi już nawet “częściowych” metod reedukacyjnych, to nic nie mogło go zatrzymać z nami na dłużej; oficer polityczny zabrał go do izby chorych. Po jego wyjściu atmosfera oczyściła się całkowicie, i pozostali wyreedukowani, krok po kroku, bez przymusu, a nawet żadnego wyzwania, zaczęli dochodzić do siebie. Nadszedł maj, i z nim niemal całkowite wyleczenie się z ran, i integracją prawie wszystkich, którzy przeszli demaskowanie, w normalną monotonię więziennego życia.

Niewielu którzy nadal trwali w rozpaczy i uporze, pozostawiono by w bezsilnym gniewie zgrzytali zębami – i samych sobie.

Chociaż w naszej celi zapanował spokój, nie można powiedzieć tego samego o innych celach. Tam gdzie wyreedukowani  czuli, iż mogą nadal stosować swoją nikczemną metodologię, zapanowała dezorganizacja. W jednej celi wyreedukowani ciężko pobili współwięźniów którzy przeciwstawiali się ich rozkazom; w innych gdzie było ich niewielu by próbować stosować donosicielstwo, sami zostali pobici i odizolowani poprzez całkowite ignorowanie ich, jakby w ogóle ich tam nie było.

Możliwe, że pewne wykroczenia wyreedukowanych wywołane były brakiem taktu innych. Rozmawiałem z jednym, który nadal donosił nawet po lutowym odosobnieniu, i zapytałem go dlaczego robił to nadal gdy nikt go o to nie prosił. Odpowiedział: “Dobre jest kiedy w spokoju zostawia się rannego psa by lizaniem wyleczył się z ran. Jeśli nikt nie może mu pomóc, to najlepiej żeby nikt go nie irytował, nie mówiąc o ugryzieniu, z bólu i rozpaczy”.

Zdarzały się prawdziwe tragedie rodzinne. Na przykład dwaj bracia M, którzy przeszli demaskowanie. Młodszego wysłano do obozu pracy nad kanałem z lekkim wyrokiem, starszego do Gherla, gdzie został szefem działu pracy i płacy. Po zamknięciu kanału młodszego M wysłano także do Gherla; ale teraz całkowicie wyleczył swoje rany. Lecz starszy brat nadal zachowywał się “na stanowisku”, i młodszego brata uważał za “bandytę i sabotażystę”. Dlatego ukarał go usuwając go z listy kartek żywieniowych!

Tym niemniej młodszy brat chciał przekonać starszego o absurdzie trwania przy swojej roli, ale nie mógł tego zrobić, gdyż ich cele były na przeciwnych końcach więzienia. Z desperackiego podstępu, ogłosił strajk głodowy i powiedział dyrektorowi, iż nie będzie jadł dotąd, aż nie zostanie przeniesiony do celi brata. W odpowiedzi dyrektor zakuł go w kajdany, w klatce, gdzie nadal prowadził strajk głodowy, i zaczął tracić na wadze. Administracja powiedziała mu – fałszywie – że tylko MSW mogło to zmienić, i że zwrócono się doń z tą sprawą. Po kilku dniach powiedziano mu, że brata przeniesiono do innego więzienia i powinien zakończyć strajk. Ale cena jaką musiał zapłacić była wysoka: zjadł tylko jeden raz w ciągu 3 dni, spał na żelaznych prętach bez materaca ani przykrycia. Kategorycznie zarządzenie MSW w tym przypadku zabraniało przebywania w tej samej celi członków rodziny, i zakaz ten gorliwie rozszerzono na przyjaciół i krewnych.

Musiałem osobiście zająć się sprawą tak bolesną jak i dziwną. Student matematyki z Politechniki w Bukareszcie, skazany na 25 lat, który nadal zachowywał swoją postawę wyreedukowanego nawet po odizolowaniu, został przyprowadzony przez strażnika z tabliczką mydła, na której spisywał jakieś działania matematyczne. Dano mu 40 dni odizolowania w sąsiadującej z naszą celi. Próbowałem z nim rozmawiać przy pomocy zaadoptowanego kodu Morse’a, ale nie znał tych sygnałów. Zauważyłem, że okna jego celi i naszej były pod odpowiednim kątem względem siebie i niezbyt daleko. Ponieważ ciężkie okiennice chroniły nas przed wzrokiem strażników na podwórcu pod nami, a pod judaszem na naszych drzwiach postawiłem współwięźnia na straży, mogłem rozmawiać z nim przez okno. Miał obsesję na tym punkcie, że Rosjanie byli wszechmocni i był przekonany, że będą rządzić światem.

“Zobaczysz” – powiedział – “może później, ale na pewno, Rosjanie podbiją cały świat. Nie może być nic innego”. I znowu: “Zachód jest rozłożony moralnie; jest bagnem, w którym tonie wszystko co jest dobre. Rosjanie sprowadzą karę, bo Zachód, kiedy był potęgą, nie wykorzystał jej kiedy mógł; teraz jest za późno; Rosjanie są rodzajem przeznaczenia!”

Był bardzo inteligentny, ale wszelkie moje wysiłki pokazania mu, że wszystko co mówił było tylko przejawem jego podświadomego terroru, zakończyły się fiaskiem.

Kilka dni później także mnie na 10 dni wsadzono do izolatki, gdzie spałem na żelaznych prętach w nieogrzewanej celi (był luty 1955) i z jakiego powodu? Pretekstem był zarzut, że na ścianie napisałem w kilku językach, łącznie z niemieckim (oczywiście bardzo wtedy potępianym), a ponieważ byłem jedynym w celi znającym niemiecki, byłem winien. Kiedy po izolacji wróciłem do celi, nie mogłem dowiedzieć się czy facet w sąsiedniej celi zmienił swoje poglądy, bo przeniesiono go w inne miejsce.

Kary nakładane na studentów przez dyrektora Goiciu były porównywalnie większe niż na nie-studentów. Ciągle usiłował odzyskać choć częściowo swój autorytet, ale na próżno. Pogarda wobec niego tylko wzrastała. Jeśli zwykły więzień dostawał 2 tygodnie izolacji, student dwa razy tyle, i jeszcze dodatkowy ostry rygor. Taki był przypadek na przykład studenta Petera N, który był na tyle zuchwały, że postawił się oficerowi politycznemu, kiedy auto więzienne przywiozło go do Gherla. Natychmiast wysłano go do izolatki z kajdanami na nogach o wadze 20 funtów [ok. 10 kg] na miesiąc w środku zimy, przy zaostrzonym rygorze.

Kiedy odbył karę, oficer polityczny zapytał go czy nie żałował tego, iż był bezczelny.

“W waszych przepisach” – odpowiedział zziębnięty i wygłodzony student – “nie ma żadnej kary, która byłaby na tyle duża, żeby zrównoważyła moją pogardę do was wszystkich”. Administracja była tak niepewna siebie, że funkcjonariusz tylko zgrzytnął zębami i odszedł od studenta, zostawiając go w spokoju.

Kiedy sytuacja się unormowała, wiele razy próbowałem porównać sposób w jaki zachowywał się człowiek po wyzdrowieniu z reedukacji, ze sposobem w jaki zachowywał się przed demaskowaniem. Początkowo nie mogłem zauważyć wielkiej różnicy: ta sama samodzielność, te same zainteresowania, ta sama dobroć i życzliwość. Ale niewidoczna była prawdziwa przepaść między tym kim był i tym jaki się stał. Demaskowania pozostawiały blizny na powierzchni, ale w głębi nadal była otwarta, krwawiąca rana. Mogłem tylko zastanawiać się o spotkaniach między tymi ludźmi i ich ofiarami, gdyby mogli spotkać się na wolności – mimo że niemal wszyscy więźniowie rozumieli ten dramat i nie żywili urazy wobec tych, którzy na nich donosili czy ich torturowali. Człowiek może wybaczyć, ponieważ musi; ale nigdy nie zapomni, bo zapomnienie nie jest w jego gestii. Nie można odwrócić tego co się wydarzyło; a prześladowca nie może zapomnieć bardziej niż ofiara, czy robił to wbrew swojej woli, wbrew swojej wierze.

Mogłem tylko zastanawiać się czy ci ludzie kiedykolwiek będą mogli powrócić do normalnego życia, czy będą mogli tylko udawać, że tak robią, pozostając w głębi duszy na zawsze zniszczonymi, ukrzyżowanymi własną bezradnością.

[1] Sardoniczna aluzja do o. Josepha, pozornie surowego i skromnego, ale przebiegłego i strasznego, zauufanego koadiutora kard. Rchelieu. Rumuni tłumaczą to jako “szara eminencja” lub “mózg”.

[2] Anton Semenowicz Makarenko (1888-1939), sowiecki wierszokleta, najbardziej znany za “Pedagogical Poem” a dreary effusion in Russian verse filled with the factitious (and fatuous) sentiment that characterizes all [Poemat pedagogiczny], dla bolszewików produkowaną “literaturę” jako część “kultury proletariatu”. Poemat opublikowano w roku 1935 i w Rosji często wznawiano. Humor w odniesieniu do Turcnu z kłamstwami w następnym akapicie, oczywiście, stosując rosyjską formę imienia Turcanu (Jewgieni dla Eugen), z aluzją do jego pochodzenia o środkowym imieniu podobnym do tego Makarenko, i dając mu nazwisko sowieckiego pisarzyny.

 

No comments yet.

Leave a Reply

Intronizacja
Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE