Antyludzie R.23&25.

 

ROZDZIAŁ  XXIII

DRUGA  FAZA

 

Reakcja rozpoczęła się wśród więźniów którym udało się uciec przed demaskowaniem kiedy wycofano się z tego procesu. Ci którzy mieli szczęście uciec przed tym piekłem, nie wiedzieli nic o technice demaskowania,  nie mogli zrozumieć co się naprawdę wydarzyło. Nie wiedzieli nic o przerażającym kształtowaniu “nowego człowieka” ani o głębi zadawanych ran, które, jak niektórzy uważali, nigdy się nie zagoją. Inni którzy mieli bezpośredni kontakt ze studentami i osobiście zetknęli się z charakterem wykreowanego na przestrzeni 5 lat człowieka-potwora, pytali się zdumieni, kiedy mieli czas na myślenie, “czy to może być prawdziwe?”

Ale co jest jeszcze większym paradoksem, to duża liczba ofiar, nawet wśród studentów, którzy nie widzieli iż są wykorzystywani w tym eksperymencie jako króliki doświadczalne. To co miało miejsce uważali za nic więcej niż żarliwe uwolnienie nienawiści, normalnie wywoływanej przez ideologię partyjną, lub rodzaj pijaństwa, które przerwało tamy rozsądku, kiedy rumuńscy komuniści zostali beneficjentami niewyobrażalnego zwycięstwa.

Więźniowie którzy nie byli wyreedukowani dzielili się na kilka kategorii, zależnie od sposobu w jaki postrzegali i oceniali ten fenomen.

Większość nie pojmowała w ogóle o co tu chodziło; dostrzegali tylko fizyczne aspekty, bicie lub wyrządzane im bezpośrednio jawne krzywdy, i oni oceniali ten fenomen pod tym względem, co w końcu miało tylko drugorzędne znaczenie. Większość tych więźniów pochodziła z mniej wykształconych rodzin, i z natury skłonni byli interpretować wszystko tylko tym co widzieli na własne oczy. Ich myślenie było dosyć proste: “Tak, wiem, że oni cierpieli; sam byłem torturowany podczas śledztwa, i być może skrzywdziłem innych. Ale dlaczego studenci nie zaprzestali natychmiast swojej nikczemnej działalności, kiedy byli rozproszeni po warsztatach lub koloniach pracy? Dlaczego nadal służyli administracji i krzywdzli innych więźniów? Czy po to, żeby wyścielać sobie własne gniazdka?” Dyskusje z tymi ludźmi były dosyć trudne. Ich postawa była prosta, bez matactwa i bez otwartej wrogości. Na pytanie “Co zrobiłeś by pomóc studentom w powrocie do normalności?” odpowiadali “Oni byli lepiej wykształceni niż my i dlatego mogli zrozumieć co się z nimi działo. Jak mogłem ryzykować własną skórę, skoro wiedziałem, że jeśli zbliżę się do jednego z nich w dobrej wierze, on natychmiast doniesie na mnie jako na wroga administracji, a później co się ze mną stanie? Będę musiał znieść tego skutki!” I powoływali się na przykłady robotników, którzy na początku chcieli pomagać, ale zostali zdradzeni.

Druga kategoria, mniej liczna, składała się z tych, którzy przed aresztowaniem współpracowali z komunistami, mając nadzieję na wybaczenie im przynależności do różnych partii politycznych. Podczas dyskusji, ci ludzie celowo stwarzali zamieszanie między własnymi dobrowolnymi aktami kolaboracji i aktami spowodowanymi odruchami warunkowymi. Ich myślenie było jeszcze bardziej podstawowe niż prostych ludzi.

“Słaba jest dusza ludzka” wyjaśniali – “i poddawana strachowi i naciskom, głodowi i niepewności jutra; poddaje się; nie może stawiać oporu w obliczu i naciskana przez siły rządzące”.

Była jeszcze trzecia kategoria składająca się z tych, którzy całe życie nie robili nic tylko zajmowali miejsca dla obserwatorów. Udawali ofiary, z zakamuflowanym zamiarem robienia z siebie bohaterów oporu, a następnie, wyposażeni w kartę więzienną, mieli zamiar osiągnąć z tego polityczne korzyści, w niektórych przypadkach jako prowokatorzy. Ta kategoria unikała wszelkiego kontaktu ze światem wyreedukowanych.

Ale kilku z uwięzionych w Gherla – z biegiem czasu ich liczba wzrastała – próbowali zrozumieć fenomen i prawdziwe motywy tego eksperymentu. Oni rozumieli to co można nazwać kontr-reedukacją, przyjmując postawę nieprzejednanej wrogości wobec wszystkiego co trąciło duchem reedukacji. To stawiało ich w konflikcie, nie tylko z administracją, co było normalne w takim przypadku, ale z wyreedukowanymi studentami, tak mocno wciągniętymi w eksperyment, że wydawali się sami z nim utożsamiać. Każde kwestionowanie wyznawanych przez nich z takim fanatyzmem nowych prawd,  oznaczało nowe tortury prawie nie do zniesienia – być może tak bolesne moralnie jak ich demaskowanie.

Dążenie do utorowania drogi dla ponownego nawiązania kontaktu ze wszystkimi wyreedukowanymi, których pochłonęło piekło w Gherla, było czynem często karanym inkarceracją – co w rumuńskim więzieniu oznaczało przebywanie w celi o takich wymiarach, że więzień zmuszony jest do trwania w lekko zgarbionej, stojącej pozycji; nie może ani siedzieć, ani leżeć, ani się wyprostować.

Dlatego musiało upłynąć dużo czasu żeby atmosfera zmieniła się na tyle, by życie razem w celach było znośne, i rozwiała się wzajemna nieufność. W międzyczasie ogromne było cierpienie wywołane przez wyreedukowanych.

ROZDZIAŁ  XXIV

NIELUDZKIE  KARY

Ta scena rozgrywa się na więziennym podwórcu w Gherla, kilka miesięcy przed wywiezieniem Turcanu i jego kolaborantów do MSW.

Więzień spaceruje po wewnętrznym podwórcu otoczonym czterema ścianami budynków, o powierzchni kilkuset metrów kwadratowych. Z założonymi do tyłu rękami, pochyloną głową, zamyślony, kiedy jakiś hałas zmusił go by podniósł głowę i spojrzał w górę. W sekundzie zjawił się przed nim Martinus.

“Bandyto” powiedział Martinus, “patrzysz w górę myśląc, że stamtąd przylecą Amerykanie?” Stojący nieopodal strażnik widział to i się uśmiechnął.

Więzień gotowy był odpowiedzieć, bo nie znał tego faceta Martinusa, nie wiedział co działo się na IV piętrze, a oprócz tego nie lubił kiedy zwracano się do niego w ten sposób. Ale jeden ze znajomych współwięźniów zatrzymał go swoim spojrzeniem. Ostrożnym szeptem powiedział: “Nie odpowiadaj. To jest najpotężniejszy człowiek poza dyrektorem. Może zrobić ci wszystko”.

Więzień patrzył na odchodzącego Martinusa, który nie czekał na odpowiedź, ale spisał jego nazwisko jako ofiary przeznaczonej do demaskowania. Z milczenia i wyglądu współwięźnia wywnioskował,, że był kolejnym “wrogiem klasy pracującej”!

Na tym samym podwórcu, w czasie kiedy do pracy wychodzi nocna zmiana, rozmawiali dwaj wybledzeni więźniowie. Nagle zbliża się do nich student by podsłuchać o czym mówią. Na podwórcu coś się dzieje, bo kilkuset więźniów czeka od ponad godziny na apel przed pójściem do warsztatu. Dwaj z nich dalej rozmawiają, nie wiedząc, że ktoś ich podsłuchuje. Nazajutrz, jeden z nich zostaje wezwany do oficera politycznego. Kiedy tam przybywa, ten uderza go w twarz. Zaskoczony, pyta za co.

“Bandyto” powiedziano mu, “masz czelność pytać za co! Nie rozumiesz? Co mówiłeś o Hitlerze kiedy wczoraj stałeś w rzędzie czekając by wyjść do pracy?

Po kolejnych uderzeniach w twarz, kopach, krzykach i bluźnierstwach, zrozpaczony więzień chciał przypomnieć sobie wszystko co mówił, i w końcu przypomniał sobie, że przyjaciel zapytał go dlaczego tak źle wyglądał.

Odpowiedział, że miał “icter recidivist”, co w rumuńskim oznacza “powrót ataku żółtaczki”. Podsłuchujący usłyszał ‘Hitler redivivus’ (po łacinie “Hitler ożył”) i doniósł do oficera politycznego, że obaj dyskutowali o polityce, co było zakazane, i że mieli nadzieję, że wróci Hitler!

Każdą informację doniesioną przez wyreedukowanego traktowano jako absolutną prawdę i więzień na którego doniesiono nie miał najmniejszej szansy obrony. Tu nie chodzi o to, że dyrekcja polityczna więzienia uważała, że wyreedukowani nigdy nie kłamali, ale o to czy ich raporty były prawdziwe czy nie, bo to oni dawali pretekst do kary, której chcieli wszyscy oficerowie. Każdego więźnia uważali za osobistego wroga, który zasługiwał tylko na eksterminację, wszelkimi sposobami, ale najlepiej poprzez rutynowe procedury.

Tak długo jak cały warsztat i przywództwo biura technicznego powierzano studentom, opresja administracji nie była wykonywana bezpośrednio, ale przez studenckich pośredników. To oni byli odpowiedzialni za wszystko co się działo w warsztatach, za jakość i ilość produktów, za dyscyplinę i za wydajność. Każdy, kto nie wykazywał się wystarczającą gorliwością uważany był za oportunistę, nie dbał o pozycję lidera, i w związku z tym wysyłano go do “prac niższych”, co w nomenklaturze komunistycznej oznacza zdegradowanie z funkcji, ale tutaj naprawdę oznaczało wysłanie do pracy w piekielnych warunkach.

Duża liczba wyreedukowanych nie mogła być zatrudniona na stanowiskach administratorów, gdyż, przeciwnie do panującej komunistycznej praktyki biurokratycznej, stanowisk tych było niewiele. Studentów którzy nie byli dobrzy w reedukacji wysyłano do pracy razem z pozostałymi więźniami. A żeby otrzymać promocję do pracy biurowej, którą mieli niektórzy z ich kolegów, prawie zabijali się pracując, przekraczając naprawdę fenomenalnie normy. Inni pracownicy zaczynali przekraczać swoje normy, nie po to by dostać się w dobre łaski oficera politycznego, ale żeby wyreedukowany dał im spokój.

To dało początek piekielnej rywalizacji. “Normowcy” mieli bardzo szczególną misję: obserwację tak dokładnie jak możliwe ilości produkcji i donoszenie o każdym jej wzroście w ciągu 24 godzin. Następnego dnia zwiększona produkcja stawała się normą, i ten cykl zaczynał się od nowa. Nie upłynęło dużo czasu, kiedy kwotę początkową zwiększono o 250%, co wtedy stało się nową kwotą minimalną! Żeby zobrazować jak trudno było pracować w tych warunkach, podam jeden przykład z tysięcy, jakie miały miejsce w więzieniu Gherla.

Zimą 1952 roku, wojsko przysłało zamówienie na wanny do prania odzieży. Na nitowanie blach po wewnętrznej stronie wanny oryginalnie dano 92 minuty. Od więźnia oczekiwano, że skończy 8 wanien w ciągu 12 godzin pracy. Trzy miesiące później wyreedukowani zmniejszyli ten czas do 30 minut, szybkość zwiększono o 300%. Kiedy rozpocząłem pracę w warsztacie, moja norma wynosiła 28 wanien w ciągu 12 godzin. Latem 1953 roku zwiększono ją do 38 w ciągu 12 godzin. Pracownik który nitował 10 wanien na jednej zmianie w czasie zimy uważany był za przekraczającego normę; latem, jeśli zrobił 35, był karany za niewykonanie jej i dostawał połowę racji żywieniowych.

Studenci-informatorzy i sadystyczni administratorzy skutecznie współpracowali i dbali o to, żeby karne klatki, czarna cela i cele odizolowania były pełne – trzy zwykłe metody karania. Postaram się je opisać.

Karna klatka. Wysokie, wąskie pomieszczenie około 1,8 m wysokie o powierzchni 16 kw. cali [100 cm kw.]. Więzień musiał stać w niej przez 8-15 dni, w czasie kiedy nie wysyłano go do codziennej pracy. W przypadku kiedy liczba więźniów przekraczała liczbę tych cel, dwóch więźniów wciskano do tej pionowej trumny i zamykano. Żeby wcisnąć obu więźniów, strażnik musiał używać pięści, kopać i kląć, zanim w końcu mógł dopchnąć drzwi i je zamknąć.

Po pierwszych dwóch dniach, nogi więźniów były jak pniaki, pozbawione czucia, a pozbawione ruchu, o ograniczonej cyrkulacji ciało, z nerkami niezdolnymi do normalnego funkcjonowania, przybierało dziwny kształt. Ale ta forma kary, zwykle, jak powiedziałem, trwała 8-15 dni, kiedy więźniów wyciągano z niej codziennie na 12-godzinną pracę. Ale w gorszych przypadkach dyrektor decydował by więzień spędzał w niej cały czas, dzień i noc, z wyjątkiem dwu wyjść do ubikacji.

Najgorsze było to, że te cele-skrzynie były bezpośrednio na betonowej podłodze, i temperatura poniżej zera zamieniała zamkniętych w nich nieszczęśników w zamrożone mumie.

Rzadko który mógł przetrzymać 12 godzin w jednej z tych cel bez mdlenia. Powodem tego był brak powietrza. Jedynym jego źródłem był kilkucalowy otwór z jednej strony, ale kiedy było w niej dwóch mężczyzn, plecy jednego zakrywały ten otwór, przez co oddychanie stawało się coraz trudniejsze. Na szczęście, kiedy więźniowie sami budowali więcej tych cel, płyty mocowali luźniej i zostawiali między nimi 1-3 mm szpary na skutek zaniedbania, albo. . . przezorności, umożliwiając większy dopływ powietrza do ofiar.

Kiedy wszystkie cele były wykorzystane do granic możliwości (nigdy w ciągu 3 lat terroru ODCC nie były wolne, nawet przez kilka godzin), więźniów wtłaczano do czarnej sali.

Czarna cela. Każde więzienie w Rumunii miało jedną lub dwie. Nazywano je “czarnymi” ponieważ nie było w nich okien, powietrza ani światła, tylko jedyne drzwi prowadzące na korytarz więzienny. Około 3 stóp kw. powierzchni, miały pomieścić dwóch więźniów, ale dyrektor Goiciu umieszczałby po 30 czy nawet więcej nieszczęśników na tej małej powierzchni. Więźniów rozbierano do bielizny, i kiedy konieczne, wrzucano jednego na drugiego, z jednym niezakrytym wiadrem, bez łóżka, bez koca, bez wody, bez miejsca by się położyć oprócz betonowej podłogi, albo na tych którzy nie mogli już stać. Żaden z nich nie mógł spać. Jeśli zimą ten ścisk był w jakiś sposób do zniesienia, bo ciała ogrzewały się jedno od drugiego, to latem zamieniał się w niewyobrażalne piekło.

W tej czarnej celi nie pozwalano na wodę, z rozkazu dyrektora, i fetor w niej stawał się nie do zniesienia. Żeby dostać się do wiadra, konieczny był niemal niemożliwy wysiłek i w konsekwencji wielu z niego rezygnowało. I w tej wijącej się masie cierpiących mężczyzn działy się straszne sceny. Żeby nie sikać na podłogę, z poczucia przyzwoitości, więźniowie faktycznie walczyli by zdobyć miejsce koło wiadra, pomimo nie do zniesienia fetoru. Lato przynosiło endemiczne ataki czyraków, zima zapalenie płuc, które zamieniało się w galopujące suchoty. Ale wśród więźniów żył jeszcze duch ironii. Te dwa miejsca tortur ochrzcili “mon caprice” (cela karna) i “mon jardin” (czarna sala).

Izolatka. Trzecią formą kary, gorszą i niebezpieczniejszą od pozostałych, była izolatka, cela odosobnienia. Całe piętro starego więzienia zarezerwowano dla tych, których winę uważano za zbyt poważną by odbywano ją tylko przez 10 dni w karnej klatce, albo przez 3 tygodnie w czarnej celi. Pobyt w izolatce to wyrok 3 miesięcy lub dłuższy, i choć więźniowie byli oczywiście odizolowani od piętra zarezerwowanego dla umierających na suchoty, to miotły do sprzątania, beczki wody i odzież do prania wszystko trzymano razem, i zarazki swobodnie dostawały się na oba piętra.

Odizolowani więźniowie mogli codziennie spacerować przez 15 minut, przez resztę czasu podwórzec wykorzystywali chorzy, którzy “potrzebowali więcej świeżego powietrza”. To umyślne mieszanie chorych ze zdrowymi było niczym innym niż zabójstwem z premedytacją. Ale kto w ogóle mógłby wykonać jakiś gest protestu?

Niemniej jednak, wiedząc o wielkim ryzyku dla ich zdrowia, więźniowie popełniali wielkie akty nieposłuszeństwa żeby znaleźć się w izolatkach; przynajmniej mogli w nich cały dzień spać lub leżeć. Ale wszystko się zmieniło. Odpowiedzialnym za skończenie raju dla więźniów był wyreedukowany współwięzień. Będąc w izolatce, doniósł dyrektorowi, że przebywający w nich więźniowie byli tam z wyboru, żeby uniknąć pracy w warsztacie. Natychmiast zmniejszono racje żywnościowe o połowę, a najbardziej krnąbrnym do jednej czwartej, wszczęto bicie bez powodu na skutek wymyślonych zarzutów; a ponieważ oficerowie polityczni nie podlegali tam nikomu, torturowanie więźniów zmienili w codzienny rytuał rozrywki.

Zadaniem wyreedukowanych była stała dostawa więźniów do karnych klatek, czarnej celi i piętra odizolowania. Spośród tak karanych więźniów, 75% zaraziło się gruźlicą i skończyło na cmentarzu. Dyrektor pozwalał lekarzowi więziennemu na przenoszenie więźnia do sekcji gruźlików tylko kiedy w jego plwocinie zauważono krew. I wtedy jego los był już pewny. Podam jeden przykład.

Chłopak w wieku około 20 lat o imieniu Onac, rolnik z regionu Bihor, został skazany za “zamiar obalenia reżimu”, ale mając siłę i dumę, jak się wydawało, gór z których pochodził, nie mogły go zniszczyć żadne nękania administracji i prowokacje wyreedukowanych. Jego stanowcza postawa doprowadziła do nienawiści ze strony donosicieli, i strofował ich przy każdej okazji; ci z kolei ciągle go obserwowali, szukając każdej okazji by donieść na niego do dyrektora.

Pewnego dnia, w drodze do warsztatu, ta okazja się wydarzyła. Onac, żeby znowu okazać pogardę wobec jednego z donosicieli, zwrócił się do jednego z przyjaciół mówiąc, wskazując na dzwonek na korytarzu: “Tego bandytę powinno się powiesić za język na tym dzwonku, bo on jest jednym z najgorszych”. Ponieważ Onac naśladował język i sposób wypowiadania się wyreedukowanych, donosiciel zauważył, że mówią o nim i doniósł o tym następującymi słowami: “Kiedy przyjdą Amerykanie powiesi się dyrektora  za język na dzwonku!!!”

Bez dalszego dochodzenia, Onac dostał 15 dni w klatce. Była zima. Ubrany tylko w koszulę i spodenki, był tam tylko kilka dni zanim zachorował na przekrwienie płuc i lekarz, także więzień, zalecił mu dostępne lekarstwa i chciał odesłać go do izby chorych. Ale zamiast tego, dyrektor wrzucił go do czarnej celi, gdzie jego infekcja przeszła w zapalenie płuc, a następnie w galopujące suchoty. Po niecałych 2 miesiącach pobytu, silny jak góra Onac, pożegnał się z życiem. Kiedy już wiedziano, że umrze, przeniesiono go do celi służącej za kostnicę w podwórcu dla gruźlików. Tutaj odwiedził go student, który doprowadził do tej sytuacji. Skruszony, twarzą w twarz z umierającym człowiekiem, klęcząc, ze łzami w oczach, błagał o wybaczenie. Ale umierający młody olbrzym tylko patrzył na niego w milczeniu.

Zmarł następnego poranka, smutnego i zamglonego poranka, takiego jakich wiele w więzieniach. Jego ciało zostawiono przez dwa dni na betonowej podłodze kostnicy gdzie zmarł. I wieczorem, kiedy zamknięto więźniów w celach, w ciszy podwórca, strażnik razem ze zwykłymi więźniami zanieśli go do grobu – nie na pobliski cmentarz, ale na brzeg rzeki Soames, na miejsce gdzie tylko wrzucano więźniów. Odmówiono mu chrześcijańskiego pochówku. Tego ranka wykopano dziurę, ale do wieczora wypełniła się wodą, bo podniósł się poziom wody w rzece, rozmiękczając brzeg do korzeni trawy. Kiedy go wrzucili, woda pochlapała nosicieli – jakby w ostatnim proteście wobec niesprawiedliwości tego co pozostało po tym dzielnym chłopaku.

Przypadek Onaca nie był niezwykły czy nadzwyczajny. Każdy więzień który przeżyje będzie miał własnego Onaca, o którym będzie opowiadał. Więcej niż jednego – może tysiące; różnice to tylko niuans. Ale przyczyna ich śmierci zawsze będzie taka sama: byli ofiarami innych ofiar.

Było lato 1953 roku. W naszej celi w Gherla był inny więzień, student Politechniki. Właśnie serwowano południowy posiłek, każdy trzymał swoją miskę (nie było stolików w więzieniu), kiedy inny student, który doszedł ostatni, powiedział żartobliwie: “Wczorajszym transportem przywieziono z powrotem Turcanu”. Jego słowa jak bomba wywołały milczenie; trzej w celi, ogarnięci paniką, niemal upuścili miski, ten z Politechniki tak się przeraził, że upuścił swoją i stał wystraszony. Nagle jego twarz nabrała koloru wosku i nie mógł wypowiedzieć jednego słowa; wydawało się, że całego ogarnęła jakaś słabość, która sparaliżowała nawet jego myśli. Trzej spojrzeli na siebie, czekając jakby miało się coś zdarzyć by pokazać że to nieprawda. Faktycznie to nie było prawdą, i żartowniś to powiedział.

Ale to dużo nie pomogło. Przez ponad trzy dni, pomimo głodu jakiego doznawali jako więźniowie, trójka studentów nie mogła nic jeść. Przy najmniejszym trzaśnięciu drzwiami trzęśli się i patrzyli z horrorem, spodziewając się wejścia Turcanu by nadal przewodził demaskowaniom.

Później jeden z nich powiedział mi, że byli tak przerażeni, ponieważ właśnie wychodzili z obłędu w Pitesti, i zdali sobie sprawę z tego, że ODCC nigdy nie wybaczy porzucenia “zasady reedukacji”. Po upływie kilku miesięcy od tego wydarzenia, jeden ze studentów z którym rozmawiałem o różnych rzeczach, jak również o tym co im się przydarzyło, ostrzegł mnie, że jeśli wznowią demaskowanie, lepiej żebyśmy nie ukrywali nic o czym rozmawialiśmy; że jeśli chodzi o niego, tak zrobi. “Dla ciebie” – powiedział – “w gruncie rzeczy, będzie oczywiście dużo łatwiej, bo nie wiesz nic o tym eksperymencie, a ze mnie zrobią zdrajcę”.

ROZDZIAŁ  XXV

SIŁA  WSPÓŁCZUCIA

Więźniowie w Gherla którzy chcieli zrozumieć psychologiczny fenomen jaki reprezentowali wyreedukowani, i jeśli możliwe pomóc ofiarom, musieli postępować ostrożnie. Musieli pokonać opór niektórych swoich kolegów, którzy obawiając się ryzyka, że mogli dać się wciągnąć, usiłowali zapobiec wszelkim wysiłkom czy kontaktom, podczas gdy inni, którzy nie doświadczyli nic takiego jak demaskowania, uważali, że wszyscy wyreedukowani muszą być nieodwracalne źli z natury, albo to tylko słabeusze.

Trzeba było unikać zwracania na siebie uwagi administracji, zwłaszcza oficerów politycznych, którzy bardzo przyglądali się działalności studentów, i w końcu, wyreedukowani sami w sobie stanowili niesamowite zagrożenie. Wymagało to wyjątkowej ostrożności; faktycznie każdy człowiek działał sam, by w przypadku kiedy na niego doniesiono, nie ujawnił innych i nie było podejrzeń o prawdziwy zakres jego działalności.

Jedną z największych trudności było znalezienie wyreedukowanych jednostek, które nie doniosłyby oficerowi politycznemu od razu o żadnej wypowiedzi.

Elementem na którym normalnie polegali komuniści w stosunkach z więźniami politycznymi było złamanie jego wiary, lojalności i zaufania do kraju. To dlatego więźniów politycznych ogólnie trzymali w odizolowaniu od wiadomości na temat wydarzeń w Rumunii i poza nią, gdyż każda korzystna informacja, szczególnie o wydarzeniach za żelazną kurtyną, miała niesamowity efekt na podtrzymywanie nadziei wśród znacznej części więźniów. Ale wprowadzenie demaskowania zatrzymało wszystkie przecieki informacji z zewnątrz, a oficerowie polityczni dopilnowali by wszystkie informacje, przedostające się przez ich sługusów do więźniów, były zawsze sprzyjające frontowi socjalistycznemu. Takie sfabrykowane wiadomości, opracowane w celu zatrucia umysłów tych, którzy nie słyszą nic innego, powtarzano ciągle miesiąc po miesiącu, aż szczegóły ich stawały się oczywiste. Wszyscy byli pewni, że sowiecka Rosja przygotowywała się do wielkiej rewolucji światowej, która wkrótce definitywnie zaprowadzi komunistyczne panowanie na całym świecie. Jeśli były jakieś wątpliwości, jako najlepszy argument oficerowie wykorzystywali wyliczanie wydarzeń, które rzekomo były dowodem na defetystyczną politykę Zachodu [1].

Jeśli chodzi o sytuację w Rumunii, studenci wiedzieli, iż  proces kolektywizacji został zakończony i ogólnie przyjęty przez społeczeństwo, albo poprzez strach, oportunizm albo wiarę, że była to poprawa. Ogólne poczucie było takie, że komuniści złagodzili przynajmniej część “przeszłej niesprawiedliwości”, i że w każdym razie wszystko szło w kierunku ustanowienia nowego ładu, zbyt silnego by go odrzucać.

Ale więźniowie nie mogli poznać prawdziwej sytuacji w innych więzieniach, i przeważnie uważali, że demaskowania toczyły się we wszystkich tak samo jak w Gherla, a może nawet także poza więzieniami. Kiedy zaprzestano demaskowań, myśleli, iż to było tylko chwilowe i powróci później, i każdy przejdzie przez ten eksperyment, a jego charakter będzie tak zmodyfikowany, że stanie się nie do poznania. To przekonanie było zakorzenione tak głęboko w ich umysłach, że dużo później, kiedy prawie nikt nie żył już w imperium odruchów warunkowych, grupa którą transportowano z powrotem z jakichś kopalni ołowiu do Gherla i zauważyła zamknięte okiennice więzienia, natychmiast wnioskowała, że demaskowania naturalnie przywrócono i będą karani za jakąś “zdradę”. Jakąś tragikomiczną częścią tego było to, że ci, którzy byli najbardziej przerażeni nie byli studentami, ale tymi którzy wcześniej oskarżali wyreedukowanych studentów o tchórzostwo. Studenci nie wykazywali strachu, lecz tylko odrobinę rezygnacji, i akceptację nieprzejednanego fatum, gdyby wznowiono demaskowania, co, jak się okazało, nie nastąpiło.

Ze wszystkich rumuńskich więzień, najtrudniejsza sytuacja pod pewnymi względami była w Gherla. Więzienie w Aiud nie miało wystarczającej liczby wyreedukowanych studentów znad kanału by kontrolować całą społeczność więzienia, a nad kanałem był znaczna grupa, która miała szansę powrotu do normalnego stanu, gdyż miała kontakty z grupą byłych oficerów armii, głównie Legionistów, których nad kanał wysłano bezpośrednio z obozów więziennych w Rosji, i tym sposobem sami uniknęli demaskowań. Także sytuacja tam zdecydowanie się ustabilizowała po zmianach wprowadzonych po śmierci dra Simionescu. Tylko około 10 studentów nadal zajmowali stanowiska wyreedukowanych, ale trzymano ich w zupełnym odizolowaniu od pozostałych więźniów i nie mogli już krzywdzić innych.

A zatem, ponieważ w Aiud nie było wystarczająco dużo wyredukowanych sprawujących kontrolę, i przeniesieni więźniowie nie znaleźli tam Turcanu, a nawet programu demaskowań, niektórzy studenci zaczęli doświadczać odnowy moralnej. Było to możliwe po części dzięki obecności w Aiud więźniów politycznych, wybitnych osobistości i wpływowych członków swoich partii, którzy nie bali się konsekwencji wywierania silnego wpływu moralnego na przywożonych studentów. Uważali, że nie należy tego zaniedbywać w więzieniu jak i poza nim, i mieli rację. W Aiud była reprezentacja najbardziej zagorzałych elementów Ruchu Legionów i Narodowej Partii Ludowej.

Ale inna była sytuacja w trzech kopalniach ołowiu w Baia Sprie, Cavnic i Valea Nistrului. Nacisk wywierany przez reedukatorów nie był wielki, bo żaden administrator nie przychodził do kopalń; gdyż tam było niebezpiecznie. A “wypadek” mógł się wydarzyć zawsze, i kto mógł wiedzieć jak duży głaz mógł spaść na donosiciela głęboko w kopalni? W kopalniach nie było żadnych urządzeń zabezpieczających ani środków ostrożności, i wypadki mogły i wydarzały się bardzo łatwo i często. A zatem sprawy na dole, w tych eksterminacyjnych korytarzach pozostawiano więźniom. Tym samym wyreedukowani nie stwarzali górnikom żadnych problemów.

Ale jak już powiedziałem, w Gherla było inaczej. Tutaj dyrekcja polityczna poważnie podchodziła do reedukacji, po części dlatego, że w biurze technicznym składającym się ze studentów inżynierii, było kilku wyreedukowanych członków o notorycznej reputacji. Octavian Tomuta, student Politechniki w Bukareszcie, tak oddany administracji jak tylko było możliwe, był szefem biura planowania, kimś w rodzaju dyrektora technicznego, odpowiedzialnym za całość produkcji. Każda sekcja miała wyreedukowanego szefa, choć oficjalnie te stanowiska powierzano pewnym podoficerom milicji. Eugen Munteanu szefował “pracy i płacy”, co dawało mu możliwość karania własnymi sposobami: odbieranie “bandyckim” więźniom psiego grosza, który im się należał za miesiąc pracy. Administracja miała cztery pary uszu więcej: Duta, Bucoveanu, Costachescu i Danila. Do tej grupy można zaliczyć teraz skazanych byłych komunistów, ponieważ, za rządów Antonescu, wybrali dla siebie rolę donosicieli, wysyłając swoich towarzyszy do więzienia lub obozów koncentracyjnych. Wszystkie te grupy dowiedziały się, że wśród więźniów byli tacy, którzy próbowali pomóc wyreedukowanym studentom w odnowie, i wszelkimi sposobami chcieli utrudniać tę działalność, odizolowując zaangażowanych w to (kiedy donosiciele ich wykryli).

Wiosną 1953 roku mała liczba wyreedukowanych studentów zaczęła odchodzić od stada, zamierzając odzyskać równowagę; ale niektórzy z nich ponownie zostali donosicielami, i w wyniku tego więcej studentów lądowało w odizolowaniu. Wysiłek ten mógłby się nie udać, lub przynajmniej sukces pojawiłby się dużo później, gdyby nie niezwykłe wydarzenie, które miało miejsce wiosną tego samego roku, a mianowicie śmierć Stalina, i w wyniku tego zmiana rosyjskiej polityki wobec okupowanych krajów, przynajmniej na szczeblu ekonomicznym.

Dzięki rozwiązaniu różnych Sovrom[ów] (sowiecko-rumuńskie firmy eksploatacyjne, w które połowę kapitału i surowce włożyli Rumuni, a Rosjanie brali połowę zysków), zakłócone zostały plany budowy  kanału Dunaj-M Czarne. Już mówiło się, że budżet przeznaczony na całość tej inwestycji został wykorzystany w zakończeniu tylko jednej czwartej prac, i że różne badania geologiczne sporządzone były tak powierzchownie i niewiarygodnie, że powtarzane badania i inne nieprzewidziane przeszkody bardzo zwiększyły koszty. Ale brak funduszy nie był jedynym powodem zaniechania budowy kanału. Kiedy rozwiązano Sovrom[y] wycofano rosyjskich techników, i nie było rumuńskich techników, którzy by ich zastąpili. Niemal wszyscy byli albo w więzieniach, albo zamordowani. I dlatego prace nad kanałem zostały praktycznie sparaliżowane.

W tym czasie odbyło się również otwarcie Światowego Festiwalu tzw. “Młodzieży Demokratycznej” i wielki problem dla reżimu stanowiły obozy pracy przymusowej nad kanałem wzdłuż linii kolejowej Bukareszt-Konstanca [2]. Ujawnienie tych połaci nędznych obozów i umierających niewolników odwiedzającym, którzy podróżowali pociągami na wybrzeże, pokazałoby prawdziwy charakter komunistycznej “demokracji”, i zadałoby kłam sowieckiej propagandzie.

Dlatego “Ministerstwo Kanału” musiało zarządzić szybką ewakuację wszystkich więźniów z tego terenu do północnej części kraju, gdzie ukryło się ich przed oczami ciekawskich. (Trzy lata później, podczas powstania węgierskiego, miała miejsce migracja w przeciwnym kierunku [3], kiedy więźniów politycznych ewakuowano nocą w głąb kraju, daleko od granicy z Węgrami.)

Po pospiesznym sprawdzeniu teczek, w ciągu kilku dni, administracja wysłała w zamkniętych wagonach bydlęcych prawie 2.000 więźniów do Aiud i Gherla. Uważani za najbardziej niebezpiecznych dla reżimu początkowo trafili do Aiud, wśród nich byli członkowie Narodowej Partii Ludowej, a szczególnie członkowie Młodzieży Legionistów; ale skończyli oni, razem z 800 już tam skierowanymi, w więzieniu Gherla. Wśród tych 800 było 150 studentów, którzy przeszli demaskowanie w Pitesti, ale którzy nad kanałem doświadczyli odnowy. Dlatego szeregi tych, którzy próbowali wyrwać wyreedukowanych ze szponów administracji nagle się powiększyły, i wysiłki czynione wobec wyreedukowanych studentów stały się otwarte i agresywne.

Administracja zareagowała odpowiednio. Klatki izolacyjne i sekcja odizolowania więzienia były przepełnione. Dyrektor Gociu i Sebesteny, nowy oficer polityczny, nałożyli kary na więźniów tak szybko, że dla nich zabrakło miejsc. Problem komplikowało to, że w wyniku nowej dyrektywy MSW, wszystkich więźniów, którzy przybyli znad kanału, zabrano do warsztatu. Kontrolowanie ich było niemożliwe. Donosicielom administracji groziła młodzież znad kanału, a nawet ich byli koledzy z demaskowań, i zaczęli się bać. Fala nieposłuszeństwa nie do pomyślenia miesiąc wcześniej, doprowadziła do niewykonywania norm produkcyjnych. Dla nowoprzybyłych, warunki pracy w Gherla wydawały się diabelskie w porównaniu z tymi nad kanałem, mimo że wiedzieli, iż kilka tysięcy ich współtowarzyszy zmarło tam z wycieńczenia.

Podejmowane ostre środki i kary nakładane przez administrację stłumiły w jakiś sposób entuzjazm nowoprzybyłych, i wydarzyło się to czego nie dało się uniknąć. Mur zdrady którym otoczyli się wyreedukowani zatrząsnął się do samych fundamentów. Od tej pory studenci wciągali jeden drugiego w dyskusje, często rzeczowe, i krok po kroku powiększały się szeregi przebudzonych do nowego życia. Apatia i uparty sprzeciw stopniowo zmieniały się w ciepłe przyjęcie. Zakamarki duszy, od dawna ukrywane i niedostępne, teraz zaczęły się budzić i zrywać łańcuchy terroru.

I w tym dziwnie dogodnym momencie, pod koniec sierpnia 1953 roku, z więzienia w Ocnele-Mari przywieziono ponad 200 “obozowiczów” z Legionów i zwiększono ich wkład w walce o studencką odnowę. “Obozowiczami” byli więźniowie, których aresztowano ale nie osądzono i nie skazano, a także więźniowie których wyroki skończyły się w minionych latach, wielu z nich wrzucono do więzienia podczas rządów Antonescu. Zostali wypchnięci z Ocnele-Mari w tym czasie, ponieważ to więzienie teraz wykorzystywano dla oficerów MSW, aresztowanych i skazanych po różnych czystkach w szeregach Partii Komunistycznej.

Wielu z tych “obozowiczów” z entuzjazmem pomagało w rehabilitacji, gdyż wśród studentów w Gherla znaleźli starych przyjaciół.

Pod koniec 1953 roku, o sprawach reedukacji otwarcie rozmawiali w celach, nie tylko niewyreedukowani i wyreedukowani, ale więźniowie ogólnie, żeby wyjaśnić ten fenomen per se, i zająć wobec niego ogólne stanowisko.

Reakcja administracji, najpierw bardzo mocna, potem słabła; już nie można było powstrzymać fali opozycji, a intrygi i niepewności powstałe po likwidacji pierwszej grupy komunistycznego Komitetu Centralnego były przyczyną zmartwień i niepokoju administratorów o własną przyszłość. Wahania w roku 1953, a nawet większe w 1954 były fatalne. Eksperyment zaczął umierać. Kary nakładano częściej raczej jako rodzaj odruchu z nienawiści i próżności, niż w nadziei odzyskania kontroli, zachowania tego co niemożliwe. I tracąc swoje źródła informacji poprzez ucieczkę donosicieli, administracja straciła kontrolę nad duszami i umysłami więźniów.

Prawdą jest, że próbowali coraz ostrzejszych kar na studentach, ale rezultaty były wręcz odwrotne do ich oczekiwań. Wyreedukowani przyjmowali kary jako rodzaj konieczności za ustanowienie zakłóconej równowagi, a także jako rodzaj pokuty. Ostry regulamin i ponowne pojawianie się łańcuchów w specjalnych celach, stały się pewnym środkiem pobudzającym, weryfikacją dopiero budzącego się życia. Komunistyczna opresja i brutalność znowu wywoływały naturalną reakcję.

[1] Należy pamiętać, że Bacu napisał te książkę w 1957 roku, kiedy byli jeszcze pewni ostrożni obserwatorzy, którzy wierzyli, że tam był “wolny świat”, którego rządy naprawdę usiłowały  “powstrzymać komunizm”, albo przynajmniej chcieli zahamować szerzenie się nieludzkiej tyranii.

[2] Tzn. ta część między Cerna-Voda na brzegu Dunaju i Konstanca.

[3] Zob. Rozdział XXX.

 

No comments yet.

Leave a Reply

Intronizacja
Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE