Warning: include(/storage/content/03/139703/gazetawarszawska.eu/public_html/wp-content/plugins/newsletter/emails/themes/default/images/config.php): failed to open stream: No such file or directory in /storage/content/03/139703/gazetawarszawska.eu/public_html/wp-config.php on line 17 Warning: include(): Failed opening '/storage/content/03/139703/gazetawarszawska.eu/public_html/wp-content/plugins/newsletter/emails/themes/default/images/config.php' for inclusion (include_path='.:/usr/local/php54/lib/php:/storage/content/03/139703/pear/php') in /storage/content/03/139703/gazetawarszawska.eu/public_html/wp-config.php on line 17 Warning: include(/storage/content/03/139703/gazetawarszawska.eu/public_html/wp-content/plugins/newsletter/emails/themes/default/images/config.php): failed to open stream: No such file or directory in /storage/content/03/139703/gazetawarszawska.eu/public_html/wp-config.php on line 108 Warning: include(): Failed opening '/storage/content/03/139703/gazetawarszawska.eu/public_html/wp-content/plugins/newsletter/emails/themes/default/images/config.php' for inclusion (include_path='.:/usr/local/php54/lib/php:/storage/content/03/139703/pear/php') in /storage/content/03/139703/gazetawarszawska.eu/public_html/wp-config.php on line 108 Louis-Ferdinand Céline: Pogromowe drobiazgi (4) - Gazeta Warszawska

Louis-Ferdinand Céline: Pogromowe drobiazgi (4)

Louis-Ferdinand Céline:

Pogromowe drobiazgi

 

Bagatelles pour un massacre

Muszę powiedzieć, że mimo wszystko doszliśmy z Popolem do następującej konkluzji: To wampiry, fenomenalne dranie. Trzeba ich przepędzić od nas do Hitlera! do Palestyny! do  Polski! Robią nam olbrzymie  szkody! Nie możemy ich dłużej  trzymać… Tym bardziej, że Popol  poniósł niedawno okropną klęskę — miasto nie przyjęło na  wystawę jego prawdziwego  arcydzieła… Wszystkie żydy  triumfowały, otrzymały nagrody, tylko on jednak został na lodzie.

Poczciwy, dzielny jest Popol. Jednak sam Popol to za mało. Należało szukać kogoś więcej, więc mówię mu:

— Poczekaj, za chwilkę  wrócę. Skoczę tylko do Bezon.  Zbudzę swego kuzyna, Gucia Sabayota. Trzeba go wydobyć z jego ospalstwa. Musi być z nami. Jest kawalerem, więc w zasadzie jest niezależny… Mieszka na lewo od merostwa… Chwileczkę!…

Zastałem Gucia w kuchni.  Zajęty był otwieraniem puszki z groszkiem. Gucio ma pewną  wadę: pali bez przerwy fajkę… Nie bawiłem się w przedmowy. Od-razu i w krótkich słowach  przedstawiłem, o co idzie.

— Jesteś fanatykiem,  Ferdynandzie. Możesz mówić, co się podoba, ale uprzedzam cię. że Żydzi są inteligentni… że tylko oni we Francji czytają książki i kształcą się, że są uzbrojeni w wiedzę, że oni mają wszystko w swych rękach, oni wszystkim dysponują, umieją się  przypodobać masom… czterdziestogodzinny tydzień pracy… płatne  urlopy… To ich towar. Dostaniesz się do ciupy. Poharatają cię, jak nic…

— Co inteligentni?!! Rasiści!! Posiedli wszystko złoto… Mają w swych rękach wszystkie  sprężyny. To ma być inteligencja?… Zaprawdę, nie mają się czym szczycić! Świetnie umieją  szachrować, wszędzie się wcisnąć, usunąć z drogi wszystko, co im przeszkadza, czego nie lubią: prześladują, ścigają, tępią  wszystko, co mogło by im stworzyć konkurencję, co mogło by rzucić na nich choćby najmniejszy cień. Ich walka z nami, to  walka na śmierć i życie! To ich inteligencja! Rzucają się  chciwie i chwytają w swe  drapieżne szpony każdą  zajmującą, każdą korzystną pracę, z której usuwają natychmiast lub stopniowo, ale bez pardonu, wszystko co nie jest żydowskie, brudno żydowskie… co nie zażydzone… co nie przesiąkło Żydem, co nie zostało splugawione,  zanieczyszczone przez Żyda.  Stosują system kukułczy. Gdyby Einstein nie był parszywcem, a Bergson obrzezańcem, gdyby Proust był tylko bretończykiem, a Freud nie był „swój”, mało by o nich mówiono, nie byliby to wcale geniusze, którzy  poruszają słońce… Ręczę ci za to!  Dzięki świetnie zmontowanemu i  doskonale działającemu w całym świecie aparatowi żydowskiemu, najsłabsze pruknięcie Żyda  staje się odrazu grzmotem,  rewelacją epoki, niezwykłym  zjawiskiem!… Czy to w malarstwie  jakiś Cezanne, Modi, Picasso i  inni, czy filmy pana Benhura, czy muzyka Tartinowsky’ego —  zawsze to będzie ewenement.  Każdemu zamierzeniu Żyda toruje drogę, idzie na jego przedzie  żydowska solidarność, potęga  żydowskiego przesądu. Cała  krytyka, wszystkie stowarzyszenia uczonych są w ręku Żydów. Na każdy szmer, na każde nawet najmniejsze mrugnięcie jewrejskiej produkcji, agencje całego świata odpowiadają grzmotem oklasków we  wszystkich zakątkach ziemi. We  wszystkich zakątkach świata  odzywają się trąby i trąbki… witają,  podziwiają, huczą, wznoszą  wspaniałe Hosanna zesłańcowi  nieba. Jeszcze jeden Żyd, nie mający sobie równego… w  malarstwie… w filmie… w muzyce… w

polityce — bezsprzecznie  nieskończenie bardziej genialny, bardziej oryginalny, niż  wszyscy geniusze przeszłości  (oczywiście aryjscy) — reformator, odnowiciel… Ta epilepsja  zaczyna wkrótce udzielać się zawsze groteskowym gojom, radują się głupcy i zgodnym chórem głoszą ze wszystkich sił triumf  nowego żydowskiego bożka. Dla ich całkowitego zadowolenia  wystarczy trochę żydowskiego gua- na, aby się mieli w czym  rozkosznie tarzać. Nie potrzeba im wiele. Zatracili już zupełnie swój instynkt. Nie umieją  odróżniać trupów od żywych… bezwolni, galaretowaci, biorą pozór za rzeczywistość, fałsz za prawdę. Nie wiedzą już zgoła nic… Zbyt długie wieki karmili się odpadkami i śmieciem, aby mogli teraz odróżniać prawdę od fałszu. Zdolni są rozkoszować się jedynie falsyfikatami… Biorą wodę sodową za źródlaną,  delektują się nią, przyznają jej  niezrównaną, niedoścignioną  wyższość. Nastawieni są na  oszustwo.

Konsekwencją takiego stanu rzeczy jest, że gdy ktoś z  tubylców wyróżnia się oryginalnością talentu, potrafi być  niezależnym i gdy ośmieli się na  jakąkolwiek próbę, ściąga na  swoją głowę nieszczęście. Staje się odrazu w oczach swoich rodaków podejrzanym… nie cierpią go, rzucają na niego obelgi. Takie jest prawo, rządzące  zwyciężonymi, że horda niewolników nie powinna nigdy próbować  wydobyć się ze swej ospałości, ze swej niemocy. Wszystko powinno  pozostawać w stanie opilstwa… majaczenia. Współplemieńcy już dopilnują, ażeby ta metodyczna obstrukcja, to szczucie, to  fałszowanie prawdy były dokonane z całą dokładnością. Gdy któryś z tubylców zaczyna się dźwigać, jego rodacy przyjmują to z  największym oburzeniem… grozi mu lynch… Wiadomo, że w  katorgach do największych  okrucieństw, do największej dzikości zdolni są w stosunku do  skazańców — współskazańcy. A to jest tysiąc razy straszniejsze od samego więzienia…

Bracia rodacy są świetnie wytresowani… Dla nałogowego  alkoholika woda źródlana staje się trucizną. Nienawidzi jej z całej duszy. Za nic w świecie nie chce jej mieć na swym stole. Woli gnojówkę w butelce, w filmie, w książce, w tyradach, w  miłosnych piosenkach. Taki facet  rozumie tylko Żyda… wszystko, co wychodzi z kloaki żydowskiej, to dla niego niebywała uczta, przyprawiająca o słodkie,  rozkoszne omdlenie. I nic więcej,  tylko to. Aryjczycy, a nade  wszystko Francuzi, nie mogą istnieć, nie mogą żyć, oddychać bez wzajemnej zawiści, bez  fanatycznego, absolutnego, maksymalnego oczerniania się, bez  zapamiętałego plotkowania, coraz to bardziej niskiego, bardziej głupiego,  podłego i tchórzowskiego. Świetni niewolnicy, fałszywcy,  prowokatorzy, sprzedawcy, wyćwiczeni wspaniale przez policję — przez żydowską policję, żydowską  prasę, przez komitety żydowskiej władzy… Żadnego poczucia  konieczności wzajemnej pomocy. W tej zgniłej, śmierdzącej wodzie, świetnie umieją pływać Żydzi. Ta niesłychana permanetna złośliwość, to ciągłe  zdradzanie wszystkich przez  wszystkich wprawia ich w zachwyt, napełnia radością… Opływają jak pączki w maśle. Żerują na małostkowości na chciwości, na sprzedajności francuskiego  wieśniaka. Rzucają się na zdobycz, jak hieny na rozkładające się już ścierwo. Zgnilizna to ich żer, to ich uczta, to ich opatrznościowy żywioł. Oni mogą triumfować tylko na terenach całkowicie zgangrenowanych…

Czynni, ruchliwi, płaszczący się, wszystko wiedzący, lepcy, skryci, zawsze gotowi pomóc do rozkładu, pobudzić do szybszego, do głębszego gnicia… Nie  braknie im do tego sposobności… grunt doskonale przygotowany… Skorumpować w jak  najszerszych granicach, jak najgłębiej! Nigdy jeszcze na drogach swoich do triumfu nie napotykali hord tak niewolniczych, tak serwilistycznych, tak dyszących do  siebie wzajemną nienawiścią, tak ogłupionych wiekami  alkoholizmu i jałowością sporów.  Grzebać, ryć w tej kupie gojów, wydobyć z niej wszystkie  korzyści, wszystkie soki, wszystko  złoto, wszystkie siły — to dla Żyda królewska zabawa…

Słaniający się ze śmiertelnego znużenia niewolnik sam wejdzie w żelazne pęta. Wystarczy mu je tylko położyć na jego drodze. Goje nienawidzą tego, co im przypomina ich własną rasę. Wszystko, co nie ma na sobie pieczęci żydowskiej, co nie śmierdzi Żydem, nie ma  obecnie dla aryjczyka żadnego  smaku, żadnego uroku, jest  nierealne. Potrzeba mu koniecznie  żydowskiej blagi, żydowskiej  wazeliny, żydowskiego blichtru, żydowskiego oszustwa i  fałszerstwa, żydowskiej niwelacji — wszystkiego, co gudłaje  nazywają postępem — oczywiście ich żydowskim postępem. Wszystko, co ma prostotę jego zachodniej natury, budzi w nim  niezwłocznie nieufność i nienawiść.  Buntuje się, pręży się do walki i nie spocznie dopóty,, dopóki nie zmusi do usunięcia mu z oczu tego obrazu, tego fantomu, co działa na niego tak drażniąco. Prawda i prostota są dla niego obrazą. Jego upodobania  estetyczne, jego instynkty  wynaturzyły się, zwyrodniały. Za pomocą wszelkiego rodzaju propagandy został doprowadzony do tego, że wyrzeka się swej osobowości, swej własnej natury.. W kinie, w książkach w muzyce, w  malarstwie szuka wyłącznie tego, co wypaczone, sztuczne,  nienaturalne, co ma na sobie piętno afrykańsko – azjatyckie… Trzeba iść jeszcze dalej po drodze  kapitulacji…

Przypuśćmy, że mnie  nędznemu gojowi zdarzyło się, broń Boże, wydać jakąś powieść,  kilka piosenek… namalować kilka portretów, opracować zasady gry w „Bilboąuet” lub jakieś głębokie studium na temat przyczyn zjawiania się na skórze człowieka kurzajek, któż będzie mnie czytał, kto się mną będzie zachwycał, kto mnie będzie  słuchał, skorojestem tylko  autochtonem, gdy nie należę nawet do masonerii?… Na pewno nie  rodacy, nie współplemieńcy,  którym tak dobrze w atmosferze ignorancji, lenistwa,  pretensjonalności i otępienia… Za to  Żydzi, o, jeżeli praca moja miałaby rzeczywiste wartości, potrafiliby je niezwłocznie sobie  przyswoić… Żydzi są sami raczej  niezdolni do sztuk pięknych —  niezdolni biologicznie, z samej swojej natury. Próbują tworzyć w  Europie sztukę, ale im się to nie udaje. Więc oszukują, rabują z talentów gojów, dyskontują je dla siebie. Żydom strasznie brak bezpośrednich, samorodnych wzruszeń, brak natchnienia… Zamiast odczuwać, doznawać — mówią. Najpierw rozumowanie, a potem dopiero wzruszenie.  Ściśle biorąc, nie odczuwają wcale. Zdolni są tylko do chełpienia się. Jak wszyscy afro – azjaci, mają system nerwowy atawistycznie odporny, twardy, nie poddający się żadnym wpływom,  nieokrzesany, wulgarny, słowem bardzo a bardzo pospolity wbrew  wszelkim wysiłkom i bezgranicznym pretensjom. Wcześnie dojrzewa, ją, ale nie przestają być  gruboskórnymi. Jeżeli chcą żyć wśród nas, w naszym duchowym  klimacie, skazani są na bezustanne udawanie, na naśladowanie, jak Murzyni i małpy… Nic nie  odczuwają bezpośrednio i mało co sobie naprawdę przyswajają, stąd to ich natręctwo bez granic, ich bezczelne wścibstwo i blaga, ich niepohamowana dydaktyczność, ich zapamiętałość w  analizowaniu, ich pompatycznie  doktrynerski samogwałt, zamiast prawdziwego, bezpośredniego natchnienia. Byliby godni  pożałowania, gdyby nie byli tak wstrętni, gdyby nie byli roznosicielami gnoju. Są bardziej  pustym drzewem, niż skrzypcami i to pomimo największych  wysiłków, mających na celu  przekonanie nas, że jest przeciwnie.

W ich umysłach, jak w  umysłach wszystkich wielkich bez-uczuciowców, rodzą się tylko gaffy.

Ale wróćmy do tematu.  Mówiłem, że Żydzi zajęliby się  natychmiast mymi pracami, wycia, gnęliby z nich odrazu wszystko, co mogłoby im przynieść  jakąkolwiek korzyść, a następnie zdyskwalifikowaliby mnie, osmarowali, zaprzepaścili,  zwulgaryzowali, wbrew mej własnej woli zżydziałbym pod ich  żydowskimi piórami, pod ich  nazwiskami, pod ich etykietą,  przestałbym istnieć wobec zachłanności tysiąca międzynarodowych żydziaków, jeszcze bardziej, jeżeli to możliwe, drapieżnych, jeszcze bardziej bezczelnych i bez  wyjątku podstępnych, a  uzdolnionych i utalentowanych jeden bardziej od drugiego. Mój los byłby przesądzony. Pogrążyliby mnie w zapomnieniu,  wystawiliby na najwyższe upokorzenia, odarliby ze wszystkiego,  stosowaliby wszystkie sposoby, nie przebieraliby w środkach.

Iście to żydowski proces  pochłaniania wszystkiego. Zresztą trzeba to szczerze wyznać — moi rodacy okazaliby się w  odpowiedniej chwili tysiąc razy wstrętniejszymi, niż jakikolwiek Żyd. Zdaje mi się, że nikt na świecie nie mógłby się równać z aryjczykami w wylewaniu żółci na każdą uczciwą pracę. Swoją  nieubłaganą nienawiścią do  wszystkiego, co choćby z daleka  przypomina liryzm wyróżniają się Francuzi spośród wszystkich ariów. Nie mogą wtedy opanować swej wściekłości, oczy im  nabiegają krwią… Co za upadek!… Co za ogłupienie!… Co za klęska!… Co za gnuśność!… bezwład!… zgnilizna!… O ileż wyżej stali  jaskiniowcy!… Z ludzkiego punktu widzenia nie ma nic bardziej wstrętnego, bardziej  upokarzającego, niż dzisiejszy,  tak zwany wykształcony Francuz, który z szyderstwem nicuje jakiś utwór. Każde zwierzę wygląda wobec niego szlachetnie,  wzniosie i głęboko wzruszająco.  Patrzcie na tego pyszałka, tego  zarozumialca, aż nieprzyzwoitego w swojej fanfaronadzie, patrzcie, jak przygnębiające sprawia  wrażenie. Nic mu nie możecie  wytłumaczyć… objaśnić… on  wszystko wie, wszystko rozumie. Jest już nieuleczalny. A jeśli ma  dyplom, to jest nawet i  niedostępny… Nawet paw mu nie  dorówna. Wszystko, cokolwiek  zdradzałoby choćby cień dążeń  poetyckich, staje się zaraz jego  osobistą obrazą. Ale… ale można na niego gwizdać… Ta nieszczęsna matura tworzy z niego tysiąc  razy większego i bardziej  nieuleczalnego dzikusa od  afrykańskiego Kafra… Taki facet odzyskuje całą swą żywość, swój dowcip, swoją zdolność polerowania,  fikania koziołków, swój figarotyzm, swoją pikantną płochość, umiejętność przymilania się wtedy tylko, gdy chodzi o  przypodobanie się, o podlizanie się Żydowi — swemu gniewnemu panu. Wtedy jest pełen  poddania się, uległości, wyłazi ze  skóry, byle zyskać jego  zadowolenie, uznanie. Spod jego pióra wytryska wówczas wszystko, co ma w sobie najsłodszego, najbłyskotliwszego. Niedawno trafiłem w piśmie poświęconym sztuce, na takie właśnie paskudztwa, na słowa takiego wazeliniarza.  Chodziło o malarstwo. Oto mniej więcej, czym popuszczał z  wielkiej wysokości ten śmierdziel. Cytuję z pamięci. „Od dawna już, przynajmniej we Francji najwybitniejsi krytycy nie robią żadnej różnicy w ocenie artystów zrodzonych na ziemi francuskiej i naszych ukochanych artystów pochodzenia cudzoziemskiego (czytaj żydowskiego).   Dużo, bardzo dużo ma im do zawdzięczenia Paryż…  Zawdzięcza im swoje  promieniowanie (żydowskie)… Ponieważ nas adoptowali, więc i my ich adoptujmy. Stają się całkowitymi Francuzami, takimi jak wszyscy (zapomniał pewnie o Verdun). Przede wszystkim artystyczne braterstwo! Dla sztuki nie  istnieją granice państw, sztuka nie ma ojczyzny. Jedno serce, bijące dla wszystkich… Precz z rasowymi przesądami!… Niech żyje jedność kulturalna!… Kto by dziś  myślał… i t. d., i t. d.”.

Oczywiście, oczywiście, Durandin. Gdy następnym razem twoi panowie Żydzi każą ci lizać sobie pewne niewymowne części ciała i najeść się, nawąchać się ich ekskrementów, znajdziesz w sobie jeszcze bardziej namiętne słowa dla wyrażenia swego  zachwytu, swego upojenia. Już je słyszę: Ależ, drodzy bracia,  żydowskie guano, to cymes, to rarytas dla francuskiego podniebienia. To niezrównane delicje, to  prawdziwy nektar… Litujmy się nad tym, co się trzyma na  uboczu, co się dąsa, co nie chce  spróbować tego przysmaku, nie  zajada się niestrawionymi  resztkami pożywienia genialnego Żyda. To umysłowy zacofaniec! Bo nie ma większego przysmaku nad żydowskie łajno, któremu  zawsze i wszędzie powinno się  dawać bezwzględnie  pierwszeństwo”.

 

 

Żyd jest wrzodem

Ludzkości, wrogiem wszystkich

narodów.

FOURRIER.

Nigdy nie odpowiadam na  listy. Stało się to już rzeczą znaną.  Więc piszą do mnie coraz mniej. Nie ma w tym z mojej strony żadnego absolutnie  udawania. Pisanie do mnie uważani za niedyskrecję. Ja nie pisuję do nikogo. Moją fobią są listy  polecone. Nie przyjmuję ich z  zasady. Inne, zwyczajne, zabiern moja stróżka, by mieć znaczki pocztowe dla swych malców. — „A pieniądze”? — zapytacie. O to możecie bvć spokojni. Nic; przynoszą mi ich do mieszkania. Muszę sam po nie chodzić. Nie otrzymuję również wycinków z „Argusa”. Nie przesyła mi też nic Denoel, uważa, że to za  drogo… Zresztą, trzeba przyznać, artykuły o naszych pięknych dziełach są tak dalekie od  właściwego tematu, tak niezwykłe, że nie warto ich czytać, bo to tylko niepotrzebna strata czasu i męka. Krytycy są zbyt próżni, aby mogli mówić o czym innym, niż o sobie. Zresztą są oni zbyt głupi. Nie wiedzą nawet o co idzie! Tchórze! Obłudnicy. Korzystają z cudzej twórczości aby zabłysnąć… A jak się przy tym puszą, jak nadymają wobec  publiczności… Paskudztwo…  Rozkład… Rozkoszują się tylko  wtedy, gdy mogą was obrzucać  błotem, gdy was ze wszystkich stron osaczą. Pognębić, boleśnie upokorzyć, dać odczuć to, co w żargonie nazwa się inferiority complex, jest radością ich życia.

Wracając do listów, to jeden jedyny raz zrobiłem wyjątek na rzecz Palestyny Z racji  wydania „Mea culpa””), nadesłano mi stamtąd w ciągu kilku dni tyle listów, że to aż zaniepokoiło moją stróżkę. Zapytała mnie co ma robić. Były to listy od  Żydów z Tel – Awiwu i z różnych innych miejscowości. A jakim tonem, z jaką furią, z jaką wściekłą zapalczywością  pisane!… Aż dziw, że nie spłonęły od tego koperty. Ich opętani  autorzy dostali białej gorączki. Ah! mali pasjonaci… Otóż to… Ach, jak oni kochają Sowiety! Za to mogę wam ręczyć!  Gdyby chrześcijanie tak gorąco, tak ogniście kochali papieża, to by na pewno spłonął od ognia,  buchającego od tej miłości.  Jednakże wśród tego niezwykłego najwybitniejsi krytycy nie robią ] wrzasku obelg, wśród gradu smrodliwych pocisków

,  zapamiętałych złorzeczeń, wśród tej  całej niesłychanej kakofonii, tej skondensowanej nienawiści,  tego klątewnego obłędu brzmiała zasadnicza nuta… głos trąbki zwycięzcy… czysto żydowskiej… dobrze znanej… apel, który ich wszystkich łączy, jednoczy,  który zaprawia ich dusze i ciała w walce o panowanie nad światem… nuta, zwana przez nich „Sozial”… Ich wielkie alibi, ich gra na rogu. Wszyscy ci  „dzielni” Judejczycy, wszyscy mniej więcej anonimowi, złorzeczyli mi po niemiecku… wszyscy  prawie kończyli swe kilkustronicowe wymyślania mniej więcej w ten sposób: „Du Dumenkopf”, wirst du nirnmer doch Sozial denken?” (Ty idioto, nigdy nie będziesz myślał „socjalnie”?) „Sozial denken”… Myśleć  socjalnie. Oto ich ulubiona piosenka, oto bojowy rumak całego żydostwa. Oto narzędzie  wszystkich inwazji, wszystkich  dewastacji parszywców. Myśleć  socjalnie, to praktycznie znaczy w języku zrozumiałym ,myśleć po żydowsku, dla Żydów, przez Żydów, pod władzą Żydów”. I nie więcej! I tylko to! Cały ogrom dodatków, cała hałaśliwa  paplanina socjal – humanitarno –  naukowa, cały kosmiczny patos  imperatywnego żydowskiego  despotyzmu to tylko dymna  zasłona, to stek jałowych słów, to wschodni nos dla głupich ariów, to terminologiczna zgniła  potrawka do schlebiania  pozbawionym woli gojom, tym  czołgającym się nieuleczalnym  pijakom, którzy z niczego sobie nic nie robią, którzy pozwalają się zwodzić przy pomocy tej  potrawki i obżerają się nią bez  żadnego umiarkowania.

 

(D. c. n.)

 

 

 

No comments yet.

Leave a Reply

Intronizacja
Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE