Antoni Chołoniewski: W sprawie żydowskiej trzy listy polemiczne 2/3.

Wydawnictwa polityczne Organizacyi Jedności Narodowej.

Nr. 4.

ANTONI CHOŁONIEWSKI

W SPRAWIE ŻYDOWSKIEJ

TRZY LISTY POLEMICZNE

KRAKÓW 1914

 

ANTONI CHOŁONIEWSKI

NAKŁADEM ORGANIZACYI JEDNOŚCI NARODOWEJ WE LWOWIE

II

Szanowny Redaktorze !

 

Korzystam ponownie z gościnności Pańskiej, aby odpo­wiedzieć na uwagi, któremi redaktor „Nowej Reformy”, p. Konstanty Srokowski, zaszczyci mój list w sprawie żydow­skiej, zamieszczony w poprzednim zeszycie „Krytyki”.

Słusznie wytyka p. Srokowski na wstępie swych uwag to niesłychanie anormalne i smutne zjawisko, że kwestya ży­dowska, nawet wobec zaognienia, jakiegodoznała w Króle­stwie, nie weszła jeszcze na porządek dzienny dyskusyi pu­blicznej w Galicyi. I ja do tej skargi przyłączam się, z małą atoli poprawką na marginesie. P. Srokowski wyraża obawę, aby to milczenie w grobowości swej nie przypominało „grobu”, rozumie się, naszego, gdy ja skłonny jestem tłomaczyć to zjawisko i mniej koturnowo i zapewne zgodniej z rzeczywi­stością: tłómaczę je, jako milczenie żydów, stojących w tej, czy owej formie, za plecyma całego szeregu wielkich i małych organów naszej opinii. Ci polityczni, czy finansowi patronowie naszej prasy, poprostu nie życzą sobie, aby czy­telnik polski dowiedział się, że istnieje w Polsce sprawa ży­dowska. Rozumiejąc dobrze, że dyskusya publiczna na ten temat, w jakimkolwiek duchu by ją nastrojono, raz wszczęta, musiałaby ostatecznie doprowadzić nasze społeczeństwo do otwarcia oczu na niebezpieczeństwo żydowskie, uznają za najwłaściwsze: przemilczeć istnienie samego problemu. Toteż pisma nasze, zawisłe od żydów (a ileż jest tych szczęśliwych, które mogą o sobie tego nie powiedzieć ?), z wrażliwością dalekowidza umieją wypatrzyć najmniejszą chmurkę na naj­bardziej egzotycznych horyzontach, tylko nie dostrzegają tego, co dzieje się we własnym naszym domu, a uwagę czytelnika swego radeby skierować choćby na księżyc, byle ją odciąg­nąć od tego najbliżej go obchodzącego zagadnienia. O boj­kocie w Królestwie tylko pantoflowa poczta przynosi do Galicyi głuche wieści. O waleniu się w gruzy długoletniej pol­skiej oryentacyi w sprawie żydowskiej tuż za kordonem wie szersza publiczność nasza właśnie tyle, co o ostatnich prą­dach politycznych w królestwie syamskiem. Nie próbuje się nawet zwalczać idei bojkotu. I to mogłoby się okazać ryzy- kownem w skutkach. Milczenie ! — oto parol… Doświadczony i wytrawny publicysta, z którym przychodzi mi na tem miej­scu rozprawić się, nie może być chyba posądzony o niezna­jomość stosunków, o których wróble świergocą na progu każdej krakowskiej kawiarni. Dlatego miałbym mu za złe to pospieszne szafowanie cmentarnem widmem naszej przyszłości, gdyby nie nasuwało mi się przypuszczenie, że, używając gro­bowej metafory, chciał może tylko podkreślić wewnętrzną pustkę wielu naszych wpływowych dzienników, które z pra­wdziwą rozrzutnością talentów i farby drukarskiej śledząc codziennie najsubtelniejsze drgnienia w konstelacyi politycznej na przestrzeni od Madrytu po Konstantynopol, nie znajdują czasu dla jednej z najżywotniejszych spraw własnej ojczyzny.

Lecz redaktor „Nowej Reformy” przemówił… dzięki „Krytyce”. Do głosu tego niech mi wolno będzie przywią­zywać wyjątkową wagę probierczą. Tezy o potrzebie, czy konieczności, dalszego konserwowania naszego współżycia z żydami broni tu już nie egzaltowana panna Sempołowska. Rolę obrońcy przyjął pisarz wybitny, umysł ścisły i polity­cznie pogłębiony, jeden z luminarzy naszego obozu liberal­nego w Galicyi. Na obronę pozycyi żydowskiej przytoczy niezawodnie wszystko, co można było przytoczyć.

Będziemy słuchali pilnie jego wywodów — i przekonamy się, że trud nawet tak znakomitego rzecznika jest tu bezpłodny, że z punktu widzenia interesów polskich, stanowisko tych, któ­rzy zasadzie zerwania stosunków z żydami przeciwstawiają ideę dalszego kontynuowania historycznej spółki polsko-ży­dowskiej, żadną miarą obronić się nie da.

 

……………………………………………………………………..

 

P. Srokowskiemu muszę na wstępie wytknąć pewną karygodną licencyę. Walcząc chwalebnie z wszelkiem upra­szczaniem sprawy żydowskiej, sam przecież uprościł ją sobie nienajgorzej : ugodził w „antisemityz m“. Stary, czcigo­dny szablon głosił uporczywie przez długie lata, że w sto­sunku do żydów istnieją tylko dwie możliwości : albo filosemityzm, albo żydożerstwo. Nie sądziłem, że go i w tej po­lemice powitam !

Ponieważ dla szanownego mego przeciwnika punktem wyjścia było moje wystąpienie, poczuwam się w interesie z pewnością nietylko własnym, do obowiązku kategorycznego stwierdzenia, że antisemitą nie jestem. Antisemita, jak samo brzmienie wyrazu wskazuje, to ktoś, co żywi niechęć aprioryczną, zasadniczą, niechęć, można by powiedzieć, bezprzyczynową do rasy żydowskiej. Ja takiej niechęci nie żywię. Pochodze­nie żydów jest mi zupełnie obojętne, ich typ fizyczny wy­daje mi się raczej oryginalnie piękny, nie ziębią ani grzeją mnie ich odmienne wierzenia religijne, umiem cenić i sza­nować poszczególnie wzięte jednostki, należące do tego obcego mi świata. Tem bardziej przyjazne uczucia żywię wobec tych, co poczuwają się wraz ze mną do solidarności narodowej. Gdzie tu antisemityzm ?… Analizuję sumiennie moje poczucie subjektywne i spostrzegam tylko, że żydzi zajmują tam miejsce, jakie wyznaczam tym, których interesy zbiorowe są sprzeczne z interesami narodu, do którego należę i na szwank je narażają. Z tej kolizyi usiłuję wyjść cało. Nie pragnę żydów ścigać za to, że są żydami, pragnę się tylko uwolnić od nich. Nie zaczepiam, lecz się usuwam. To różnica bardzo głęboka. Niewątpliwie są na świecie ludzie, żywiący do żydów rdzenną antypatyę rasową. Musi ich być niemało w Niemczech i Francyi, skoro żydzi, stanowiąc tam tak znikomo drobne garści i będąc tak znakomitymi patryotami, że n. p. w gorliwości patryotycznej przechodzą samych hakatystów, przecież wywołują przeciw sobie głośne i aż do nas docierające objawy niechęci. O ile o Polskę chodzi, sprawa przedstawia się cokolwiek inaczej. Nie mamy w krwi żydożerstwa. „Tak mało antisemickiego społeczeństwa, jak nasze, przy tak wielkiej ilości powodów, które gdzieindziej antisemityzm wywołują, nie ma na świecie”, zauważa bardzo słusznie R. Dmowski, stwierdzając tem samem, że instynktowej, rasowej idyosynkrazyi do żydów nie ma w Polsce, jako zja­wiska. Zapewne, przykłady jej spotykamy i u nas. Ale wszyst­kich, którzy dążą do wyzwolenia się z pod gospodarczej przewagi żydowskiej i pragną zażegnać płynące z niej nie­bezpieczeństwo polityczne, zapędzać gromadnie na tak pojęte podwórko „antisemickie”, jestto takie same igranie z prawdą, jakiem do niedawna była mistyfikacya, uzależniająca patent na postępowość… od sympatyi dla Nalewek. Niemniej groźny okrzyk: antisemita! rozlega się na prawo i lewo, wszędzie, gdzie my zyskujemy, a żydzi przez to ponoszą szkodę. Me­toda ta, metoda wystawiania na sztych hasła, pracowicie i ce­lowo zniesławionego, była mądrze obmyślana. W przyszłości jednak, jak sądzę, będzie to hasło traciło coraz bardziej swą wypróbowaną zdolność straszenia grzecznych i dobrze wy­chowanych dużych dzieci polskich.

Z tego założenia wypadł zasadniczy pocisk w stronę moich skromnych szańców. Podciągnąwszy także stanowisko przezemnie zajęte, pod „antisemityzm”, ciska p. Srokowski groźną petardę : Antisemityzm — to sentyment… Cała bu­dowa moja rozsypuje się, jak domek z kart, albowiem pod­stawa jej jest chybiona, albowiem wszystko, co powiedziałem o konieczności narodowej emancypacyi miast w Polsce, o ko­nieczności zajęcia przez nas miejsca żydów, będąc w gruncie rzeczy antisemityzmem, „opiera się w ostatniej instancyi o uczucie i uczuciem żyje”, a uczucie jest najbardziej zawo­dnym doradcą w polityce. Zostawmy antisemityzm w spo­koju. Ciosem zarzutu „uczucia” chce mię p. Srokowski po­walić, stwarzając w długim i misternym wywodzie pozory, jakoby przeciwstawiały się tu sobie : chłodny, trzeźwy, ścisły rozum statysty — przeciwnik bojkotu żydów, i rozczochrana impulsywność afektu — zwolenniczka tego bojkotu.

Ale są to tylko dobre chęci mego szanownego prze­ciwnika. Istnieje bowiem niejaka różnica między działa­niem uczuciowem, a uczuciem, jako źródłem dzia­łania. Oszczędzając sobie potwierdzania katechetycznej, przez nikogo chyba nie zaczepianej prawdy, że uczucie, jako sternik działania politycznego, bywa tylko ojcem marnych odruchów, ośmielę się spytać p. Srokowskiego : Co miano­wicie chciałby ulokować u podstaw kwestyi żydowsko- polskiej i wszelkich wogóle kwestyj narodowych, skoro usuwa stamtąd sentyment ?… Poczucie wspólności plemiennej i du­chowej, przyrodnicze przywiązanie do cech właściwych gru­pie, do której się należy, dziedzictwo historyi, które to przywiązanie zacieśnia, zadowolenie z odnajdywania siebie samego w wielkiem zwierciedle zbiorowości, te wszystkie zjawiska, które warunkują byt odrębny narodu — czemże to wszystko jest, jeśli nie formą przejawienia się uczucia?! Gdzie są nowocześni mężowie stanu, którym obcą jest ta pra-przyczyna działania ? Najtrzeźwiejszy polityk naszego czasu, Bismark, stwarzając wielkie Niemcy, nie kierował się „w ostatniej instancyi” czem innem, jak właśnie takim senty­mentem. To, nie co innego, było ostatnią instancyą zarówno Garibaldiego, jak Cavoura, to była ostatnia instancya czy­nów Wielopolskiego, którego chłodny mózg nie przeszko­dził ręce sięgnąć po nóż samobójczy w chwili politycznego bankructwa. Uczucie, i tylko ono, będzie zawsze tkwiło na dnie najtrzeźwiejszych prac i dążeń tych wszystkich, co w wielkim czy małym zakresie, wypracowują formy zbioro­wego życia, wszystkich, wyjąwszy, rzecz prosta, karyerowiczów. Radbym wiedzieć, jak inaczej nazywa się ten ostatni motor działania? Czem, jeśli nie tym motorem, zdołamy wytłomaczyć zagadkę wszystkich ruchów narodowych na świecie, czem objaśnimy naszą własną walkę o byt, toczoną przecież nie z samymi tylko żydami ?… Niepodobna wytłomaczyć jej chyba nakazem rozumu. Rozum w swej najbardziej niezłożonej postaci, (niezłożonej, gdyż dążenie do różnorodności w zbiorowem życiu wyłania z siebie i mózg wyżej uorganizowany), nakazywałby nam raczej zrzucić z siebie polskość, która z utylitarnego punktu widzenia jest dla nas płaszczem fatalnym Dejaniry. Zapewne, walka o nasze prawo do życia narodowego jest także kwestyą chleba, ale czy ta kwestya istniałaby dla nas, czy nie znikłaby tego samego dnia, w któ­rym zdecydowaliśmy się broń złożyć ? W Wielkopolsce wystarczy nam tylko wyciągnąć ręce do nowej, niemieckiej ojczyzny, aby przestać być żywiołem wywłaszczanym, drę­czonym i ściganym, aby módz wziąć pełny udział w materyalnym dobrobycie, jaki przysługuje narodom panującym. Jeśli tego nie czynimy, jeśli przy obfitym stole, który za­prasza nas pod warunkiem wyrzeczenia się polskości, nie żywi się zbyt wiele żołądków polskiego pochodzenia, jeśli nie ulegamy tam pokusie zamienienia polskiego ubóstwa na niemiecki zbytek, to dzieje się to tylko dlatego, że nasi tamtejsi rodacy „opierają się w ostatniej instancyi o uczuciu i uczuciem żyją“. Usuńmy je, a wtedy istotnie do absurdu zejdzie dalsze miotanie się w więzach.

Nie stwierdza się więc przez to jeszcze żadnej herezyi politycznej, gdy wskazuje się, że źródłem działania tych, którzy przez wyparcie nadmiaru żydów dążą do spolszczenia miast naszych, jest sentyment. Tak, jest niem sentyment, ten sam właśnie, dzięki któremu wogóle jako naród istniejemy, ale który wcale nie przesądza metod działania i bynajmniej nie wymaga, aby te metody były koniecznie „uczuciowemi”.

 

……………………………………………………………………….

 

Przechodzę do praktycznego ocenienia sprawy żydow­skiej u nas przez p. Srokowskiego. Czekają nas rewelacye. Pierwsza z nich i najbliższa z szeregu, obwieszcza, że współ­życie nasze z żydami w dzisiejszym ilościowym stosunku, to rzecz na wieki spetryfikowana, to „fakt nieusuwalny”. Jeżeli ktoś mniema, że żydów można choćby częściowo (!) z Polski usunąć, to niechaj wie, że tkwi w grubym błędzie, że to jest „niewykonalne we współczesnych warunkach życia cywi­lizowanego w ogólności, w warunkach zaś naszego życia narodowego w szczególności”. Z nietajonym niepokojem cze­kamy na racye, któreby to równie śmiałe, jak kategoryczne twierdzenie uzasadniły. Niestety!… Te racye, ku szczeremu naszemu żalowi, zachowane zostały w najściślejszej tajemnicy. Twierdzenie rzucono bez żadnych zgoła dowodów. Co do mnie wszakże, podejmę chętnie trud wykazania, że widoki, które przyświecają rozpoczętej obecnie, a na długo zakrojo­nej likwidacyi sprawy żydowskiej w Polsce, nie są znów tak bardzo beznadziejnie ułudne, a uczynię to, posługując się faktami, zaczerpniętemi z tego samego właśnie życia, na które powołuje się szanowny mój przeciwnik.

Tym z pośród nas, którzy gotowi byliby uwierzyć na słowo, że sprowadzenie ilości żydów w kraju naszym do miary właściwej jest rzeczą spóźnioną i niewykonalną, pragnę wskazać na procesy analogiczne, które gdzieindziej, a czę­ściowo i u nas, okazały się przecież wykonalnemi, pragnę wskazać mianowicie, że „współczesne warunki życia cywili­zowanego” bynajmniej nie wykluczają wielkich, gromadnych przesiedleń, przeciwnie, one takie przesiedlenia ułatwiają właśnie, jak nigdy, gdyż nigdy tak znakomite środki komunikacyi nie stały na usługi człowieka, nigdy przestrzeń nie była tak opanowaną, nigdy w okresie kultury człowiek tak luźnie nie był związany z terenem swej osiadłości, tak łatwo nie mógł przenosić się z miejsca na miejsce, jak dziś. Wskażę na przykład Wielkopolski, którego nigdy do zbytku nie można powtarzać, gdzie żydzi, przed pół wiekiem jeszcze tak samo niemal liczni, jak u nas, ustąpili z miast i z całego kraju, wywędrowując do Niemiec. Wskażę na sąsiedni nam naród czeski, który zdołał przez przeciąg dwóch generacyi wyprzeć żywioł niemiecki z większości swych miast, nie wy­kluczając Pragi. Dowodem ruchomości wielkich rzesz ludz­kich jest chyba Irlandya, skąd wskutek niepomyślnych wa­runków politycznych i gospodarczych w krótkim stosunkowo

czasie miliony odpłynęły za morze. Po utworzeniu się pań­stwa bułgarskiego, cała ludność grecka tego kraju wobec zmiany warunków życia niemal gremialnie przesiedliła się do swej pierwotnej ojczyzny, lub wyszła w świat. I w tej chwili jesteśmy świadkami gromadnych takich odpływów. Ludność mahometańska Bałkanu emigruje masowo z zachodu na wschód południowy, a 120.000 turków przekroczyło Bosfor i udało się w głąb Małej Azyi. Cóż wreszcie dzieje się z naszym własnym ludem ? Pełno go w głębi Niemiec i w kopalniach Ameryki — tworzy tam milionowe masy. W ciągu lat dzie­sięciu, w latach 1900—1910, nie mniej, jak pół miliona na­szych chłopów wyszło bezpowrotnie z samej tylko Galicyi !…

Wszyscy dokoła okazują się, w tej, czy owej mierze, „usuwalnymi“. Nie dziwi nas to bynajmniej. Nie dziwi nas, ani razi, przedewszystkiem, „usuwalność” własna, której praktyczne skutki tak rzadko spędzają sen z powiek wielu organom naszej opinii. Piąta część narodu polskiego żyje, wyrzucona za próg Polski. To jest zgodne z prawami życia! Tylko gdy o usunięcie żydów chodzi, znajdą się tacy, co będą wołać, że to niemożliwe, że to przeciwne samej naturze. Oni jedni są nieusuwalni ?… Nie, tak źle, jako żywo, nie jest.

Mój przeciwnik miał wszakże powód, dla którego nie chciał uzasadniać swej kategorycznej, a gołosłownej tezy. Nie uzasadniał jej dlatego, ponieważ sądzi, że gdybyśmy nawet mogli żydów zupełnie z ziem naszych usunąć, „nie powinnibyśmy tego czynić… w naszym własnym interesie!…” Czy to żart karnawałowy, żart, który się wita i żegna uśmiechem, choćby krył w sobie kłującą igłę ironii ? Nie, p. Srokowski zachowuje oblicze poważne, a jego ironia, tak bardzo podobna do natrząsania się, jest najzupełniej bezwie­dna. Zawisa nam po raz drugi na ustach niecierpliwe pytanie: Dlaczego ?… Dlaczego mielibyśmy drzwi zamykać przed ży­dami, wychodzącymi z Polski !… Ale p. Srokowski odmawia nam odpowiedzi bezpośredniej. Zostawia nas z otwartemi ustami, skamieniałych w zdumieniu.

I tylko przez szczeliny gmachu jego rozumowania wy­dostają się skąpe promienie, wyjaśniające chociaż w słaby sposób niepojęte drogi ducha, na których można było dojść do takiego wniosku. Woła p. Srokowski na pomoc staro­żytnych fenicyan, którzy byli semitami, jak żydzi, i byli znakomitymi organizatorami życia handlowego. To ma nas przekonać, że żydzi są dla nas niezbędni !… Woła na pomoc Sombarta, aby świadczył, że żydzi są pożyteczni. Cóż mówi ów Sombart ? Ze pewna domieszka żydów w łonie innego narodu może być dla tego narodu korzystna, jak było w Holandyi, Anglii, Lombardyi, gdzie torowali żydzi drogi nowoczesnemu życiu gospodarczemu. Trzy miliony żydów w Pol­sce, to podług p. Srokowskiego, również tylko niewinna domieszka. Ma p. Srokowski o pojemności naszego żołądka wyobrażenie stanowczo przesadne. Zapytuje wreszcie, jak można naród tak fenomenalny, który w walce o byt wykazał cechy tak zdumiewająco cenne, uważać a priori niejako za żywioł szkodliwy? A priori!… Więc to był sen, te ubiegłe lat 600, więc dopiero dziś naprawdę witamy żydów w na­szych progach ?

Nie, to była rzeczywistość, o której posiadamy nawet dość dokładne relacye…

 

……………………………………………………………………..

 

O tej rzeczywistości będziemy mówić w dalszym ciągu. Na skronie polskiego żydostwa kładzie bowiem liberalny publicysta krakowski wawrzyny dziejowe, o jakich ono samo nigdy zamarzyć nie mogło. Żydzi — słuchamy, nie wierząc uszom własnym — stworzyli handel w Polsce ! Miejsce, które zajęli, przybywszy do nas po pogromach w zachodniej Euro­pie, było nietylko puste, było wręcz „nieoznaczone”!… To mówi p. Srokowski.

Ale co mówi historya ?

Historya opowiada nam o amfitryonach i bankierach królów, Wierzynkach i Bonarach, którzy nie mogli wszak wyłonić się na pustkowiu, ani w środowisku żydowskiem, opowiada nam, że późno jeszcze poza średniowiecze życiegospodarcze miast naszych znajdowało się w ręku Polaków i Niemców, że miasta te, silne i ludne, uległy następnie cał­kowitemu spolszczeniu, a żydzi długo jeszcze nie odgrywali w nich roli wybitniejszej. Opowiadają nam dzieje o kwitnącem polskiem mieszczaństwie, które urosło w potęgę, pro­wadziło handel światowy, posługiwało się własną flotą. Pol­scy kupcy Lwowa prowadzą operacye handlowe z Genuą i Niemcami. Handel kupców krakowskich rozciąga się od Flandryi aż po Kaffę nad Morzem Czarnem. Ta siła gospo­darcza czyni z patrycyatu mieszczańskiego groźnego konkurenta szlachty, tem groźniejszego, że zwolna zaczynają miasta zdobywać prawa polityczne, mają możność zasiadania na sejmie, gdzie w r. 1505 posiadają swych przedstawicieli, garną się do spraw publicznych i niedwuznaczne objawiają tendencye do wywierania wpływu na losy państwa. Bogaty, niezależny i oświecony żywioł ten zagraża coraz bardziej jedynowładztwu szlacheckiemu, i wtedy to żydzi stają się w ręku szlachty taranem do rozbicia tego formującego się i już na widownię dziejów wypływającego trzeciego stanu w Polsce. W jaskrawem przeciwieństwie do legendy, jakąby p. Srokowski pragnął wytworzyć, poświadcza historya, że byli żydzi nie twórcami, lecz grabarzami miast naszych. Tego naturalnego swego współzawodnika zdusiła szlachta właśnie przy pomocy żydów, uzbrajając ich odpowiednio i otaczając najczulszą opieką, jako pożądane dla siebie narzędzie.

Wiemy naodwrót, jak przystosowywali się żydzi do tej roli, płaszcząc się przed szlachtą, deprawując ją, rozwijając w niej cechy, dogodne dla swoich widoków i pod osłoną jej wprowadzając w życie cały arsenał nieuczciwych środków konkurencyi. Niech wolno mi będzie jeden przykład przy­toczyć. Wiadomo, że była szlachta wolna od ceł na towary, sprowadzane dla własnego użytku. Potrafili to żydzi wyzy­skać, wynajdując szumowiny szlacheckie, pod których fał­szywą firmą dowozili towar bez cła, i zalewając nim rynek, uniemożliwiali kupcom polskim współzawodnictwo ze sobą. Takich dróg były dziesiątki. Przypomnijmy bankierskie czyn­ności żydów. Wyroki sądowe wykazują nieustanne gwałcenie przez nich prawa, normującego wysokość procentu, który w lichwiarskiej swej postaci dziesięćkrotnie nieraz przekraczał dozwolone granice. „Korzystać z ułomności, z błędów ludz­kich, było systematem żydów — mówi znakomity historyk, Wł. Smoleński — na tej zasadzie opierała się większość ich operacyi przemysłowo-handlowych”. Pogarda dla handlu i obrotu pieniężnego, która u nas wieki przetrwała, to dzieło żydów, gdyż dzięki nim utożsamiły się z czasem w pojęciach ogółu handel i nieuczciwość. Zdezorganizowali, zniszczyli żydzi zdrowy rozwój naszych miast, tak samo, jak dziś, ce­lując w paserstwie, przemytnictwie i tandecie, celując bra­kiem skrupułów, zwycięsko konkurują z naszem kupiectwem. Niech to wszystko Sombart zapisze na rachunek ich zasług dla kultury handlowej w Polsce !…

Idziemy dalej w zdradliwy wir historyi. Pyta p. Sro­kowski: Skoro żydzi winni są naszej słabości, to jakim spo­sobem działo się, że, nie uwalniając się od nich ani na chwilę przez sześć wieków, mieliśmy jednak całe okresy potęgi? Dlaczego nam wówczas żydzi nie przeszkadzali?… Działo się to bardzo prostym sposobem. Działo się dlatego, ponie­waż w czasie największego naszego rozkwitu żydzi nie byli jeszcze ani dość liczni, ani dość silni. „Przeszkadzali” nam już stanowczo w wieku XVII, gdy podkopawszy znanemi, scharakteryzowanemi wyżej środkami mieszczaństwo polskie i pozbawiwszy naszą nawę państwową koniecznej przeciw­wagi szlachty, nachylili ją tem samem ku zatonięciu. Powiada p. Srokowski z uśmieszkiem, chcąc osłabić pozycyę „panów bojkotofilów”, że „niezupełnie to wszystko (t. j. nasze powo­dzenia i niepowodzenia) zależało od istnienia, lub nieistnienia żydów”. Istotnie. Wiadomo dość powszechnie z czy tanek szkolnych, że czynnikami naszej słabości, a równocześnie jej przejawami, były także: brak rządu, autonomiczna wszech­władza sejmików, liberum veto, elekcyjność tronu itd., itd. Sęk w tem tylko, że tronu już nie możemy uczynić dzie­dzicznym, ani także na nicby się nie zdały dobre chęci panów bojkotofobów, aby ukrócić fantazyę sejmikującej szlachty. Te bowiem czynniki znikły z naszego życia. Nie znikły natomiast miasta, których zżydzenie było „niezupeł­nie”, ale w dość dużym stopniu, przyczyną naszego upadku, i te możemy jeszcze na szczęście odzyskać, czyniąc z nich żywą siłę w dziele naszego ogólnego odrodzenia.

 

…………………………………………………………………………..

 

Przechodzimy do chwili bieżącej — i teraz wypowiada p. Srokowski swój zasadniczy pogląd na rzecz, który prze­wijał się już w toku wycieczki w dziedzinę historyi. Istnienie, lub nieistnienie kwestyi żydowskiej, kwestya szkodliwości, czy pożyteczności żydów dla nas, to, zdaniem jego, w grun­cie rzeczy tylko sprawa naszej kultury w najrozleglejszem i najgłębszem znaczeniu tego słowa, jej „wartości emocyonalnej”, jej „siły życiowo-motorycznej”, jej zdolności przy­ciągania i wchłaniania. „Żyjemy w okresie głębokiego upadku naszej kultury”, i oto, dlaczego żydzi odpadają od nas, a nawet wrogo stają przeciw nam…

Cały splot zagadnień!…

Zostawiam na uboczu kwestyę „głębokiego upadku” naszej kultury. Obawiam się, że nie porozumiałbym się z sza­nownym moim przeciwnikiem co do miary, którą tę głębokość należy mierzyć. Nie będę dlatego mówił o wypróbowanej sile przyciągającej, jaką wobec żydów polskich wykazuje kultura Prus, gdyż, zależnie od kryteryum, unosi się ona, być może, na niebotycznych wyżynach. Spytam natomiast, czy kul­tura pogromów rosyjskich posiada tak wielką war­tość emocyonalną i czy to ona właśnie jest ową siłą motoryczną, która z żydów czyni nietylko patryotów rosyjskich na własny użytek, ale także hałaśliwych apostołów Rosyi w Polsce? Czy to tęsknota za „kulturą” podyktowała żydom znane pobożne życzenie, aby Rosya czemprędzej osadziła u nas nowego Murawiewa? Doprawdy, zbyt zabawna komedya pomyłek wynika z założenia „upadku naszej kul­tury”. Być może, żeśmy i wewnętrznie podupadli w tych ciężkich terminach, być może, że nie jest kultura nasza fascynującą, ale czy nie za wiele chce p. Srokowski złożyć na karb tej jej słabości? Rzecz dziwna, że gdy nas tylko tak gorliwie wciąż opukuje, nie przejdzie mu ani przez myśl, że może należałoby poszukać drugiego końca w węzełku polsko-żydowskim. Tę lukę pragnę wypełnić chociaż czę­ściowo, zwracając uwagę na rzecz dość pospolicie znaną, na pewną, historycznie uzasadnioną, właściwość duszy ży­dowskiej, na kult, jaki żydzi typowo żywią dla narodów panujących, na uniżony, służalczy respekt, jaki żywią dla każdej siły zwycięzkiej. Znany historyk dr. Majer Bałaban powiada, iż w ciągu długich stuleci „od dzieciństwa nabywał żyd sztuki pełzania i płaszczenia się wobec tych, od których był zależny”. Niewolnicza psychologia zbiorowej duszy ży­dowskiej, wzwyczajonej do pokory wobec silnych i tem zapalczywszej do okazywania swego lekceważenia tym, którzy silnymi być przestali, może nam wiele wyjaśnić. Czy to nie tu wypadkiem tkwi ów motor, który czyni litwaków awan­gardą Rosyi nad Wisłą, a żydów poznańskich hakatystami? Może to niekoniecznie taka, a nie inna wartość naszej du­chowej kultury sprawia, że żydzi tak wydymają wobec nas wargi?… Potwierdza te wątpliwości spostrzegacz, zasługujący na pełne zaufanie. Tak, to nie kwestya naszej kultury, rzekomo „głęboko upadłej”, to kwestya naszego braku władzy. „Podniosło się przeciw Polsce żydostwo, pragnąc, jak osioł w bajce, kopać konającego pozornie lwa!”… Te mocne wyrazy nie z moich ust wyszły: to mówi ukryty pod pseudonimem W. Sedeckiego pisarz socyalistyczny — żydow­skiego pochodzenia…

Bada p. Srokowski dalej, czy przypadkiem nie ubóstwo naszej idei narodowej winno, że żydzi odwrócili się od nas, czy nie utraciła ta idea siły przyciągającej, zdolnej masy żydowskie „zagrzać i porwać”? I oczywiście także nasza idea narodowa jest winna — w przekonaniu p. Srokowskiego… A więc to tu, w lepiance wyjałowionej polskiej myśli politycznej, w cieniu naszej duchowej niemocy, jako skutek jej, wylągł się separatyzm żydów?… Ależ nie! Bynajmniej! On urodził się w pałacach dumnie sterczących, pod skrzydłami najpotężniejszych kultur i najsilniejszych współczesnych idei narodowych, urodził się zdała od nas, twórcami tego sepa­ratyzmu byli żydzi angielscy i niemieccy, Zangwill, Nordau, Hercl, Birnbaum i inni, z których wielu nie wyobraża sobie nawet, jak wyglądają warszawskie Nalewki. Rzecz istotnie kłopotliwa: Czyżby i idee narodowe tych wielkich ludów miały posiadać za mało siły, zdolnej „zagrzać i porwać”?…

Idźmy dalej…

Wskazując na r. 1862, który świadczy, że przy rozstrzy­ganiu kwestyi żydowskiej pierwszy impuls popychał nas ku pokojowemu współżyciu, zapytuje publicysta liberalny zna­cząco: — Cóż to się stało, że synowie ówczesnych żydów, zbratanych i solidarnych z nami, z taką nienawiścią spoglą­dają dziś na każdy objaw polskiego życia narodowego?… Zapewne! I p. Srokowski wie, że «żydzi zmienili się”. Ale to nie zatrzymuje jego uwagi, o tem niema co mówić, albo­wiem przyczyna, że kopie nas osioł z bajki, tkwić musi jednak w nas, w naszem osłabionem „tętnie narodowem”, w naszym „obniżonym polocie”, i to my — bijąc się w piersi — mamy odpowiedzieć na filuterne pytanie: Cóż się stało?…

Co stało się?…

Możnaby pytanie to powtórzyć w szeregu urozmaico­nych waryantów: Cóż to stało się, że tłumy berlińskiego ludu niosły niegdyś na swych barkach polskich więźniów z Moabitu i że na burzliwe żądanie tego ludu stawał na bal­konie swego pałacu król pruski, by się pokłonić Mierosław­skim i Libeltom — a dziś w tym samym Berlinie powiewa tryumfujący sztandar hakaty?… Cóż to stało się, że za pa­mięci jeszcze naszych ojców najtłumniejsze demonstracye Paryża odbywały się pod hasłem wojny za Polskę, a dziś dla uniknięcia dźwięku naszego imienia przyswoiła sobie Francya wdzięczny rosyjski termin: inorodcy….

Stała się wielka rzecz, której związek ze sprawą żydow­ską oskarżyciel naszej kultury i naszej idei narodowej nie­pojętym sposobem przeoczył, stało się to, że od lat trzy­dziestu przetworzyła się wręcz psychika narodów, że „młodą Europę” zastąpiła Europa najmłodsza, że wszyscy dokoła przeżywają okres wzmożonego poczucia narodowego, które od dawnych humanitarnych, wszechludzkich haseł przeszło do egoizmu, tak czy inaczej interpretowanego, które na całym świecie dziś tryumfuje, a zwie się nacyonalizmem. Stało się to, że wśród tego intensywnego prądu, który wiele pojęć zmienił, także żydzi, uważający się, a przynajmniej pozwala­jący się uważać dawniej za klasę społeczną narodu polskiego, za „Polaków mojżeszowego wyznania”, wszedłszy właśnie wtedy w orbitę głębokich przemian, jakie niosła demokratyzacya XIX. w., poczuli się odrębnym narodem (czemu się nie dziwimy), że w dalszym rozwoju tej swojej odrębności ulegli nacyonalistycznej wysypce i poczęli głośno, a nawet hałaśliwie marzyć o nowej Judei między Wartą i Bugiem, co miało ten osobliwy skutek, że głusi poczęli w Polsce słyszeć, a ślepi widzieć i że na porządek dzienny naszego życia wypłynęła kwestya żydowska.

Przeciwnik mój przeoczył to wszystko. Zle mówię! Przeoczył on nacyonalizm wszędzie, tylko oczywiście nie u nas. I na ten temat wysłuchujemy napomnień zarówno surowych, jak posługujących się niezupełnie ścisłemi obserwacyami. Obserwacya p. Srokowskiego poucza, że wszelkie „antizmy” rasowe, czy religijne, towarzyszą stale epokom wewnętrznego upadku, zastoju i rozstroju. Szczególna rzecz! Zdawało mi się, że współczesna Francya, mająca mało żydów, zna jednak antisemityzm, zdawało mi się, że tenże sam anti­semityzm dałby się bez zbyt nużących poszukiwań wykryć w Niemczech i że w tych Niemczech hulają rożne „antiizmy” na prawo i lewo, co dotkliwie na swej skórze od­czuwają Polacy, Duńczycy, Alzatczycy i może jeszcze jakie inne pomniejsze nacye, zdawało mi się nawet, że w Lon­dynie zdarzyło się coś nakształt pogromu żydów, i zdawało mi się równocześnie, że ani Francya, ani Anglia, ani Niemcy nie znajdują się w okresie tak znowu gwałtownego zastoju i rozstroju. Mniejsza o to. Dość, że p. Srokowski nie widzi nacyonalizmu ani na Nalewkach, ani na ulicy pod Lipami, widzi go tylko wśród nas. I w jak okropnych widzi go bar­wach!… Ekskluzywnośc! Nietolerancya! Zawiść! Nienawiść! Nadmierny egoizm chorego!… To jesteśmy my — to nacyo- nalizm polski! Mój Boże!… Nacyonalizm narodu podbitego, mającego na karku wszelkie możliwe nacyonalizmy, jakie się w naszej okolicy globu dadzą pomyśleć!… Rozglądam się pilnie dokoła: widzę szalejące w różnych stronach świata hakatyzmy, i żadną miarą nie mogę dopasować do nich tych naszych jedynych „kłów i pazurów”, które się nazywają błędami polskiej polityki wobec rusinów — tak dalekich zresztą także od roli niewinnych baranków. Widzę tylko, że istotnie i u nas zaczyna dopraszać się o swe prawa instynkt zachowania siebie przy życiu i że w tym naszym „egoizmie”, w tern poczuciu, że trzeba wzmacniać siebie i tylko siebie, tkwi siła odradzająca. Zdaje mi się, że to dobrze — ale p. Srokowski jest zwolennikiem innych metod… Wolałby, abyśmy byli już raczej „idealistami, marzycielami, szaleńcami nawet”, jak w epoce ostatniego powstania. I tu ten sam publicysta, który upominał nas, abyśmy, rozważając czynniki sprawy żydowskiej, pamiętali, że „nie jesteśmy z żydami sami na świecie”, zapomina nagle o tej nierozdzielności naszej od powszechnego oceanu życia, zapędza nas na jakieś odgrodzone od wszystkich podwórko, wyod­rębnia nas, niby oddzielną planetę. Cały świat żyje w roku 1913 — bez żadnych ograniczeń korzystają z prawa tej współ­czesności i żydzi — my jedni bądźmy takimi, jakimi byliśmy w r. 1862, t. j. „zacieśniajmy symbiozę” z żydami!…

Gdziekolwiek spojrzeć, wszędzie wre walka narodowa o każdą piędź ziemi, o każdy poszczególny warsztat pracy, o każdą duszę — ale my zachowajmy serce gołębie, bądźmy „humanitarni” i potykajmy się tylko „emocyonalną wartością” naszej kultury!… I, szczerze mówiąc, dlaczego humanitaryzm nasz miałby ograniczać się do kramu dzisiejszego, czy jutrzej­szego litwaka ? Dlaczego nie miałby swych skrzydeł miłości­wych dalej rozwinąć?… Oto siedzi sobie nad Wartą pocz­ciwy Michałek niemiecki, którego tam osadziła dobra matka: kolonizacya. I jemu jest życie miłe i on radby się przy nas pożywić. Oto Iwan Iwanowicz Iwanow, dobry człowiek, lu­biący jeść i wypić, w wygodnem gniazdku nad Wisłą sobie siedzący. Czemuż zaraz ekskluzywność, nietolerancya, zawiść, nienawiść ! Dlaczego z nim także nie mielibyśmy humani­tarnie pogodzić się i po bratersku urządzić sobie „symbiozy”, która tak gorąco zalecana nam jest z litwakami ?

Ja tej subtelnej różnicy nie rozumiem…

Lecz liberalny polityk krakowski jest tylko o litwaków niespokojny. Szuka uporczywie sposobu na zakonserwowanie ich i znowu powraca do nas, znowu nas opukuje i powiada: „Może to nie żydów trzeba wyrzucać, ale siebie leczyć i wzma­cniać?…”Niestety — tu nie ma antytezy. Tak się to powikłało dziwnie, że jedno od drugiego zawisło, jedno dru­gie musi za sobą pociągnąć. Bo nie zechce nas chyba nikt przekonywać, że się gwałtownie osłabimy przez to, gdy bę­dziemy kupować i sprzedawać między sobą. Nie, my właśnie siebie przez to wzmocnimy, a wzmocnienie to nieuchronnie zmusi żydów do szukania sobie klientów, czy wogóle źródeł życia, po za obrębem naszych siedzib.

………………………………………………………………………………….

 

Myli się p. Srokowski, mniemając, że zniknie wskutek bojkotu możliwość wytworzenia modus vivendi Polaków z ży­dami na przyszłość. Świadczy przeciw temu najprostsza lo­gika, która mówi, że im mniej zostałoby u nas żydów, tem łatwiej mogłyby się pokojowo ułożyć obopólne nasze sto­sunki. Świadczą przeciw temu także i głosy — samych ży­dów. Są bowiem i wśród nich wyjątkowe jednostki, które rozumieją pobudki naszego ruchu i wcale się im nie dziwią. W żydowskiem piśmie „Odesskija Nowosti” czytaliśmy nie­dawno : „Ludność polska dąży do wytworzenia własnej klasy średniej w miastach i upatruje w tem zadanie narodowe epoki : nie możemy mieć nic przeciw temu dążeniu”. Na publicznem zebraniu w Krakowie oświadczył narodowiec ży­dowski, p. Szwarcbaum : Polacy chcą stworzyć sobie własne mieszczaństwo. Dotychczas ośrodek tego mieszczaństwa sta­nowili żydzi, skoro jednak zdeklarowali się oni, jako odrębny naród, nic dziwnego, że Polacy pragną tę lukę w swym organizmie wypełnić żywiołem własnym. Nie dziwi się temu p. Szwarcbaum… O ileż mniej powinniby dziwić się publi­cyści polscy i rzekomo polscy, może właśnie najbardziej ci, co płyną pod flagą liberalizmu ! Ale Panowie w szczególny zaiste sposób pojmujecie swój liberalizm. Fałszywa, podwójna miarka, oto kryteryum Wasze przy ocenie stosunków polsko- żydowskich. Zwalczacie bojkot polski. Wszystkie zaklęcia humanitarne drżą w powietrzu. Wszystkie upiorne widma, nacyonalizmu, nietolerancyi, nienawiści, drapieżnych „kłów i pazurów, wszystkie, jakie tylko istnieją, zostały przez Was uruchomione na postrach maluczkich. Dobrze. Dlaczegóż jednem okiem patrząc tak pilnie na palce polskiego konsu­menta, drugie dyskretnie przymykacie na bojkot żydowski, cichy, ale niezłomny, dlaczego nie mówicie nic o tem niemem haśle „żyd do żyda”, które od wieków obowiązuje i które nie zna wprost wyjątków ?… Zbyt jasną jest Wasza obłuda, która pod płaszczykiem pięknych haseł przemyca ochronę interesów żydowskich, a dąży do zaprzepaszczenia naszych. Liberalizm prawdziwy i szczery jest po naszej stronie. Żą­damy swobody ruchów. Nie żądamy dla siebie nic więcej, jak tylko praw równych. To, co leży w instynkcie wszystkich żydów, bez względu na różnice kulturalne, towarzyskie i po­lityczne, ów potężny nakaz wewnętrzny, aby każdy wydany grosz zostawiać wśród swoich, pragniemy uczynić także za­sadą naszego społeczeństwa. My żydom nie bierzemy bynaj­mniej za złe, że o sobie tylko myślą, że są egoistycznie solidarni, — słuchają oni głosu swego narodowego sumienia. Niechże i oni, oraz ci wszyscy, co świadomie i nieświadomie na usługach ich pozostają, nie rozdzierają na sobie szat pa­tetycznie i nie dmą tak zapalczywie w jerychońskie trąby „humanitarnego” zgorszenia i oburzenia, gdy my, pragnąc wzmódz się na siłach i doprowadzić naszą nadwerężoną struk­turę społeczną do prawidłowego stanu, chcemy ten cel nasz osiągnąć właśnie tą samą bezwzględną solidarnością, jakiej żydzi dają nam tak imponujący przykład.

 

……………………………………………………………………….

 

Dobiegam do końca.

Odpowiedzieć chcę jeszcze na jedną jeszcze, wcale za­sadniczą, a zarazem ostatnią rzecz. Chodzi tu o zardzewiałą nieco teoryę niemożliwości „walki na różne fronty”, którą i p. Srokowski wyciąga z lamusa, okurza starannie i groźnie nam przed oczy ciska. Rzecz prosta, idzie o nietykanie ży­dów. Walczymy z Rosyą, z Prusami, „nawet z Austryą”, a teraz jeszcze mamy zwrócić się przeciw „wrogowi wewnę­trznemu”. Czy to aby nie zbyt dosłowna interpretacya pię­knego hasła mierzenia sił na zamiary?… obawia się p. Sro­kowski. Czy to wypadkiem nie fatalne zaślepienie ?…

Nie, to tylko fatalne nieporozumienie !

Nie, to tylko mierzenie sił na konieczność !

Nasze różne „fronty”, to właściwie „front” jeden, front zagrożonego i bronionego na całej linii życia. Zapewne, gdyby to od nas zależało, aby to ciężkie zadanie rozłożyć sobie na jakieś grupy i serye, byłoby to niesłychanie pięknie. Byłoby n. p. cudownie, gdyby Prusy zechciały zaczekać, póki nie uporamy się z naciskiem Rosyi. Ale nikt czekać nie chce ! Nas atakują zewsząd i równo­cześnie, niszczą nas na wschodzie i na zachodzie, na północy i na południu, niszczą nas także wewnątrz. P. Srokowski radzi mimo to przeciwdziałać temu zniszczeniu — po kolei. Jeden i ten sam naród ma na pewnych placówkach stawiać opór, a gdzieindziej dać się spokojnie zjadać — i może pożeraczom swoim życzyć nawet dobrego apetytu ? Lub też bronić się na zewnątrz, a w domu niby widz w teatralnej loży, przyglądać się, jak obca fala podmywa mu grunt pod nogami ? Wolne żarty !… Wskazanie koncentracyi sił musi być brane z dużemi zastrzeżeniami, jeżeli nie ma się stać pustym, krasomówczym frazesem. Czy niezamącony spokój, jaki panuje w jakiejś jednej dzielnicy polskiej, n. p. w zupełnie martwych Książęcych Prusiech, wzmacnia nas gdzie­indziej choćby o włos ? Przeciwnie, spokój ten jest naszą słabością, a siły przybędzie i nam, gdy tam walka się roz­pocznie. Nie jesteśmy mocarstwem, które, zaatakowane z dwóch stron, może na jednym zagrożonym punkcie okupić sobie pokój, a na drugim zgromadzić wszystkie siły, jakiemi roz­porządza. My zawieszenia broni nigdzie kupić sobie nie możemy, bo to zawieszenie broni dałoby się uzyskać tylko za całkowitą cenę przedmiotu, o który walka nasza się toczy. Rada p. Srokowskiego jest w naszem położeniu tak samo niemożliwa do zastosowania, jak pomyśleć się nie da, abyśmy n. p. bronili najpierw ziemi, potem języka, potem handlu, potem nauki i t. d. Albo bronimy, a przynajmniej chcemy bronić tego wszystkiego razem, albo nie bronimy nic. Na wszystkich naszych „frontach” toczymy walkę o elementy życia, a taką walkę naród prowadzi na całej linii, albo nie prowadzi jej wcale.

Dlatego na nic nie zda się straszenie nas „frontem żydowskim”, jak na nic nie zda się obniżanie jego niebez­pieczeństwa. Każdy, kto dla swej samowiedzy narodowej nie szuka wykrętów kompromisowych, zrozumie, że to bezprzy­kładne przesycenie Polski żywiołem obcym jest naszą naro­dową klęską i że o tyle zdolniejsi będziemy do zwycięstw na zewnątrz, im więcej tego żywiołu wydzielimy z naszego organizmu. Ten „front”, który Panowie tak gorliwie osła­niacie, nie jest ani mniej groźny, ani mniej ważny od pozo­stałych, jest może groźniejszy i ważniejszy. Jego nieprzyja­cielska załoga, nazwana słusznie „armią czwartego najazdu”, atakuje nas ze strony najdotkliwszej : klinem rozbiła nasz organizm narodowy, a dziś — sądząc, że konamy już, jak lew w bajce — szydząc, lżąc i urągając nam, godzi w od­wieczną jedność naszego terytoryum…

Naród, który na takim „froncie” szukałby pokoju, byłby nikczemną trzodą, zasługującą istotnie na bat wie­kuisty !…

 

 

___________+++__________

 

 

 

 

No comments yet.

Leave a Reply

Intronizacja
Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE