Antoni Chołoniewski: W sprawie żydowskiej trzy listy polemiczne 1/3.

Wydawnictwa polityczne Organizacyi Jedności Narodowej.

Nr. 4.

ANTONI CHOŁONIEWSKI

W SPRAWIE ŻYDOWSKIEJ

TRZY LISTY POLEMICZNE

KRAKÓW 1914

NAKŁADEM ORGANIZACYI JEDNOŚCI NARODOWEJ WE LWOWIE

.

Wydawnictwa polityczne Organizacyi Jedności Narodowej.

 

CZCIONKAMI DRUKARNI ZWIĄZKOWEJ W KRAKOWIE, POD ZARZĄDEM A. SZYJEWSKIEGO.

 

 

OD AUTORA.

 

Od jesieni r. 1912, od pamiętnego wyboru posła z mia­sta Warszawy, trwa w Królestwie Polskiem tak zw. bojkot żydów. Postawienie i przeforsowanie przez żydów warszaw­skich kandydata, którego sobie nie życzyło społeczeństwo i którego wyprowadzenie na widownię miało w ogóle cechy prowokacyi, przelało czarę, od dawna już i obficie wypełnianą przez rozwój wypadków. Fakt, iż stolica Polski mogła znaleść się w politycznej zależności od żydowskiej części swego zaludnienia, dał narodowi całemu cierpki przedsmak tego, co czeka go, jeśli stosunki dalej będą rozwijać się tym sa­mym torem. Pod wpływem tego faktu dokonał się nagły przełom w wyobrażeniach. Poddano rewizyi dotychczasowe metody traktowania sprawy żydowskiej, przyjrzano się pilniej owocom, jakie się zrodziły na glebie, przez te metody uży­źnionym, zwrócono uwagę na szereg zjawisk, które przez długie lata wymykały się z pod obserwacyi, lub też oceniane były pod kątem widzenia doktryny, a nie życia. I z tej re­wizyi wyniesiono przekonanie, że oryentacya dotychczasowa w sprawie żydowskiej była błędną, że program asymilacyi, który stworzyły wypadki r. 1862, pozostał w gruncie rzeczy martwą teoryą, i ułatwił tylko olbrzymie nagromadzenie się mas żydowskich w kraju, że masy te, jak dobitnie wykazały ostatnie wypadki, są całkowicie dla nas obce, a mogą się stać groźne — i że jedynie skutecznem wyjściem z fatalnej sytuacyi, w jaką nas wpędziły dawne błędy, jest zerwanie z żydami, wypowiedzenie im naszego stosunku klijenta w życiu gospodarczem i wytworzenie własnej warstwy mieszczańskiej, która by stopniowo zajmowała ich miejsce. Ten nowy program już wszedł w życie, okazując się nader żywotnym. Równo­legle z negatywnem hasłem pomijania żydów rozpoczął się imponujący ruch twórczy: zakładania sklepów, spółek, hur­towni, organizowania całych gałęzi handlu. Spokojnym i pe­wnym krokiem wkroczyło Królestwo na drogę, wiodącą ku nowym źródłom siły, a zarazem ku zabezpieczeniu się od skutków przewagi żydowskiej. Znaczenie tego ruchu jest hi­storyczne. To świt wytwarzania się tak upragnionego, tak zdawna wyczekiwanego polskiego stanu trzeciego. To koniec zarazem wielkiej złudy, na której od pół wieku opierał się nasz stosunek do żydowskich współmieszkańców. Zniweczona za jednym zamachem w Królestwie, złuda ta utrzymuje się atoli w całej pełni w Galicyi. Południowe województwa pol­skie, zabrane przez Austryę, wykazują układ ludności i sto­sunków taki sam, jak za kordonem, i doświadczenia tamtejsze mają dla nas znaczenie pierwszorzędne. Mimo to wielki dzie­jowy przełom, który się tam dokonywa, zbyt słabo dochodzi do naszej świadomości. Ogromna przewaga prasy milczy o  nim. Odwagę podjęcia dyskusyi na ten temat doniosły znalazł krakowski miesięcznik „Krytyka”, odwagę tem cen­niejszą, że pismo to jest wyrazem kierunku, który wobec bojkotu żydów zajmuje pozycyę nieprzychylną. Listy niniejsze, które na skutek zachęty Organizacyi Jedności Narodowej wydaję w odbitce broszurowej, ogłoszone były w „Krytyce”, jako część owej dyskusyi. Wydaniu ich w broszurze towa­rzyszyła myśl utorowania także w zaborze austryackim dróg dla rewizyi dotychczasowych poglądów na sprawę żydowską, towarzyszył nadewszystko zamiar: Przerwać milczenie!

 

Kraków, 18 lipca 1913 r.

Choloniewski_zydowski

 

____________+++____________

 

 

 

Szanowny Redaktorze !

 

Długoletni czytelnik Pańskiego pisma, pozwalam sobie prosić o gościnę dla kilku uwag, które nasunęły mi się przy czytaniu artykułu : „Zaostrzenie się sprawy żydowskiej w Kró­lestwie”, zamieszczonego w styczniowym zeszycie „Krytyki”. W sprawie, która jest u nas najżywotniejszą z żywotnych, która już dziś żywo zaprząta, a miejmy nadzieję, że będzie coraz bardziej zaprzątała umysły w kraju naszym, wypowie­dziane zostały w „Krytyce” sądy, z któremi żadną miarą pogodzić się niepodobna. Zaznaczając z góry, że do żydów nie żywię żadnych nieumotywowanych uprzedzeń, że w mojem gorącem uczuciu narodowem nie ma w ogóle pierwiastków z góry dla kogokolwiek nieprzyjaznych, pragnę z tymi po­glądami zetrzeć się, w przekonaniu, że, acz dobrą wolą po­dyktowane, są one z gruntu mylne i w wysokim stopniu dla nas szkodliwe. W interesie zarówno Polaków, jak żydów, leży szczere i jasne stawianie kwestyi, która w życie obu narodów, tak dawno i tak ciężko przez los doświadczanych, tyle goryczy sączy w ostatnich czasach. Tego jasnego po­stawienia sprawy nie widzę w „Krytyce”, widzę, przeciwnie, że została ona postawiona w sposób, zdolny jeszcze bardziej zamącić i tak już rozpaczliwie u nas mętny pogląd na za­gadnienie polsko-żydowskie.

 

Istną rewelaćyą jest Pański punkt wyjścia!

Ostrze ruchu, zwróconego przeciw żydom w Polsce, rani ich, sądzisz Pan, bez żadnej zgoła winy, to ostrze do­sięga ich poprostu za „pochodzenie!..” Nie znającemu stosunków naszych pozwalałoby to zapłonąć słusznem obu­rzeniem. Żyje wśród nas odłam ludności, która jedynie krwią różni się od tubylców, która lojalnie i nienagannie spełnia swe obowiązki wobec kraju, i ludność ta stała się przedmio­tem naganki bez żadnych zresztą uzasadnionych przyczyn? Nie! Tak, Szanowny Panie, bynajmniej nie jest! Jeśliby to nawet prawdą było w wypadkach indywidualnych, jeżeli żyd, związany synowskim węzłem z Polską, istotnie spotyka się niekiedy z uprzedzaniami z powodu swego pochodzenia (co jest rzeczą ubolewania godną, a chciej Pan pamiętać, że zda­rzającą się nie tylko u nas), to jednak obudzony w narodzie naszym prąd przeciw ogółowi żydowskiemu musi być sprowadzony do zgoła innych źródeł.

Zająwszy w naszej budowie społecznej ważne miejsce trzeciego stanu i miejsce to wypełniając do dziś, mimo setek lat pobytu na naszej ziemi pozostali żydzi żywiołem całko­wicie dla nas obcym. Prócz chleba, który razem pożywamy, cóż jest nam właściwie wspólne, jakaż nić moralna nas wiąże ? Nie smucą ich nasze żałoby, ani nie cieszą ich nasze radości. Nasze troski, nasze pragnienia, nasze ideały zostawiają ich obojętnymi i zimnymi, jakby wczoraj dopiero przybyli do nas, a jutro mieli stąd odejść. Zjawisko, zaiste, bezprzykładne ! Bywało, że przywiązywali się do nas nieprzyjaciele — nie przywiązali się tylko ci goście, uprzejmie niegdyś przez nas przyjęci. To rzeczy z dawna znane. Ale czasy ostatnie przy­niosły szereg zjawisk nowych, które do głębi musiały nami wstrząsnąć. Ludność żydowska w Polsce już nie tylko objawia wobec nas chłodną rezerwę, lecz przeciwstawia się naszym interesom w sposób coraz bardziej zdecydowany. Nie zamie­rzając nas bynajmniej opuścić, zdeklarowała się osobnym na­rodem i zgłasza pretensye swe do współwłasności naszej ziemi, która odtąd — w myśl jawnych wynurzeń, jakie padły za kordonem — ma stać się ziemią polsko-żydowską. Ludność ta stała się w dwóch zaborach narzędziem w ręku tych, którzy dążą do wytępienia nas, lub uczynienia niezdolnymi do samoistnego bytu. Wpędzanie w granice Królestwa Polskiego niezliczonych mas żydów rosyjskich, to system, za pomocą którego Rosya pragnie odebrać krajowi naszemu charakter jednolicie narodowy, aby nas na zawsze ubezwładnić. I nie tylko biernem narzędziem są żydzi w ręku naszego wroga. Świadomie, chętnie, możnaby powiedzieć: z zapałem z tym wrogiem się łączą. Spojrzyj Pan na Poznań, gdzie w pierwszym szeregu hakaty kroczą tryumfalnie żydowscy wolontaryusze. Patrz Pan, jak od wieków u nas zasiedziałe masy żydowskie szły ochoczo pod komendę litwaków, gło­szących krucyatę przeciw nam. I to jeszcze nie wszystko. Nasi łaskawi goście nie poprzestają na usłużnem podawaniu stryczka, który na gardle polskiem ma się śmiertelnie zacisnąć. Obalono nas na ziemię — wolno nam bezkarnie urągać. Więc czynią to, czynią z lubością, z zapamiętaniem. W na­szym stuletnim upadku żydzi są pierwszymi, którzy do walki z nami wnieśli naigrawanie się. To, na co zbyt szlachetnym był jeszcze ostatni żandarm rosyjski, to uczynił w Polsce żyd. Powiedz Pan : czy nie z plugawych ust warszawskiego żyda padły obelżywe wyrazy o Godle naszego narodu ? „Biała gęś ! “ Pamiętamy ją! Czy to nie żyd z bezgraniczną czelno­ścią w twarz nam rzucił, że „cześć Polski — to zgrana karta szulera”, że kultura polska — to „staw cuchnący”, że „Pol­ska, to trup, który winien być kopnięty ?!…“ Zmysłom wła­snym nie wierząc, w niemem osłupieniu patrzyliśmy długo na to widowisko. I dopiero, gdy miara została ostatecznie przebrana, zrozumieliśmy, że stoi przeciwko nam nieprzyjaciel domowy, tem groźniejszy właśnie, że pod jednym z nami żyjący dachem.

Zechciej Pan, proszę, powtórzyć, że żyd polski ma cierpieć za swe „żydowskie pochodzenie !…“

Zabójczem jest dla nas istnienie tego obcego ciała w naszym organizmie. Jest takiem nie od wczoraj, i tylko tak bezprzykładnie krótkowidząca, tak bezgranicznie podatna dla złudzeń natura, jak polska, musiała być dopiero targnięta z najczulszej, uczuciowej strony, musiała doznać szczególnie bolesnych uderzeń, aby wstrząsnąć się i zerwać do obrony. Kandydatura litwacka w Warszawie stała się punktem wyjścia dla zaostrzenia się u nas sprawy żydowskiej w postaci, jaką oglądamy. Nie znaczy to przecież, aby bez niej mogła ta sprawa utrzymać się już długo na swym dotychczasowym martwym punkcie. Proces poważnego uświadamiania sobie niebezpieczeństwa żydów dla Polski rozpoczął się w głębszych słojach naszej opinii niezależnie od doświadczeń warszawskich i znacznie od nich wcześniej — i prędzej lub później, musiał zatoczyć szerokie kręgi. Społeczeństwo polskie, choćby bez tych silnych i brutalnych uderzeń, których mu nie oszczę­dzono, musiało zdać sobie sprawę z istotnego stanu rzeczy, musiało zrozumieć, że dalsza bierność w stosunku do postę­pów, jakie żydzi czynią na ziemi naszej, równa się powol­nemu samobójstwu.

To wszystko zważywszy, nie mogę oprzeć się zdumie­niu, że tak uproszczoną formułą mogłeś Pan załatwić się z ruchem obecnym w Królestwie, czyniąc z niego „wszech­polską”, a więc partyjną „intrygę”, nie mogę nie wyrazić zdziwienia, że wsłuchując się w gwar polskiego życia za kor­donem, nie słyszysz tam nic — ani poczucia klęsk doznawa­nych, ani dumy zranionej, ani trwogi o całą przyszłość naszą, nic — prócz mechanicznej „komendy agitatora”. Pan do­szukujesz się w tej sprawie „agitatorów wszechpolskich”. Lecz zgoła co innego mówi nam najbardziej powierzchowna obserwacya. Wskazuje ona, że na platformie samoobrony przeciw żydom zeszły się ze sobą w Królestwie różne obozy, że zbliżyli się i zjednoczyli w tem działaniu obronnem kato­licy i wolnomyślni, zachowawcy i postępowcy, umiarkowani i zwolennicy celów i metod skrajnych. To niesłychane w Polsce spotkanie się żywiołów różnoimiennych na jednej drodze za­daje kłam opowieściom o wywołaniu bojkotu przez wszechpolaków. Żadna „intryga” nie mogłaby dokonać tego cudu zjednoczenia. Jakaś potężniejsza i głębsza moc była tu czynna. Istotnie, wielkie, przez wszystkich uznane niebezpieczeństwo skupiło w solidarnej trosce cały naród, i poprzez różnice ugrupowań partyjnych i ideowych nawiązały się na tej pła­szczyźnie pojęć wspólne nici, tak mocne, jak pragnienie nasze, aby żyć odrębnem życiem narodowem. Prąd, który przebiega Królestwo, nie jest sprawą partyi. To dziejowa nasza ko­nieczność, która niczyich nie słucha rozkazów, to wielka, doniosła, pełna groźnej powagi sprawa — polskiego bytu.

 

………………………………………………………..

 

Zanim przejdą do zasadniczych punktów Pańskiego wy­stąpienia, chcę dotknąć wprzód pewnych rysów drobnych, lecz charakterystycznych dla wynaturzeń naszej psychiki. W chwili, gdyśmy przystąpili do obrachunku tych szkód i krzywd, jakie ojczyźnie naszej wyrządzili żydzi, część pu­blicystyki polskiej uznała za właściwe stanąć w roli adwokata strony przeciwnej i z gestem karcącego nauczyciela pouczyć nas, że nie zasłużyliśmy sobie bynajmniej na przyjazne i lo­jalne uczucia naszych żydowskich współobywateli. Przytoczony w „Krytyce” p. St. Staniszewski „nie dziwi się, że żydzi nas nie kochają”. Pyta w „Tygodniku Suwalskim”: Za cóż nas mają kochać? Fakt przyjęcia ich w granice Polski przez Kaźmierza Wielkiego, „który w danym wypadku kierował się więcej względami ekonomicznemi”, należy do „zamierzchłej przeszłości”. P. Staniszewski wspaniałomyślnie uwalnia żydów od długu wdzięczności wobec Polski, od długu, który u ludzi szlachetnych ma walor niezniszczalny.

Odpowiem :

Nie jest „zamierzchłą” przeszłość, której bardzo realne konsekwencye dziś przeżywamy. Hiszpania nie ma u siebie żydów, których niegdyś miała i jest to w obecnem życiu jej fakt niezawodnie znaczący, a fakt ten należy odnieść do tej samej właśnie przeszłości, która w „Krytyce” nazywa się „zamierzchłą”, a która sprawiła, że my w tej chwili musimy zużywać znaczną część naszej energii narodowej na rozwią­zywanie sprawy żydowskiej. Jeżeliby rzeczy odległe w czasie nie mogły posiadać wartości także dla chwili bieżącej, to czem wytłomaczyć, iż spiżowe znaki pamięci wznosimy wiel­kim aktorom dni dawnych? Wznosimy je dlatego, ponieważ olbrzymi ci tworzyli formy bytu, które nie straciły i dla nas jeszcze realnego znaczenia, ponieważ chlebem ich czynów żywimy się do dnia dzisiejszego, a chlebem wspaniałomyśl­ności ostatniego Piasta żyją do dziś żydzi polscy. Pobudkom „ekonomicznym” przypisujecie Panowie otwarcie bram Polski dla żydów. Dla nas, dla gospodarzy tej ziemi, czyn wiel­kiego króla naszego okazał się w skutkach zgubnym. Nie mamy powodu mu błogosławić. Niechże jednak szanowny p. Staniszewski nie podsuwa motywów aferzysty wielkodusznemu monarsze. Jeśliby pieniądz miał być sprężyną główną jego gościnnego gestu, to czy pieniądz żydowski nie był równie pożądany za Pirenejami, skąd przecież torturą i gwał­tem żydów wygnano ?

 

To o „zamierzchłej” przeszłości…

Lecz nie należy do niej zapewne rok 1862, w którym ręka polskiego prawodawcy wywiodła żydów z ghetta, uczy­niła ich uczestnikami praw ludzkich i politycznych. Zyskali żydzi w owym czasie rzecz stokroć drogocenniejszą: równo­uprawnienie moralne, którego nie może dać martwa litera ustawy. Nieprzystępny Margrabia, tak szorstki dla szlachty i katolickiego kleru, dla starozakonnych polaków miał i dłoń szczodrą i usta pełne miodu. To samo niósł żydom cały naród: od szlachcica, który sprawiał świeczniki dla bóżnic warszawskich, do mieszczanina, który otwierał gościnnie swój cech dla żydowskiego współobywatela. Rzecz znamienna : w nieubłaganej walce, jaka toczyła się w tych latach pa­miętnych między Wielopolskim i całą resztą narodu, jedyny punkt wspólny, jedyny węzeł, jedyna rzecz, o którą nie było sporu, to było równouprawnienie żydów. Ironia naszych dziejów sprawiła, że z wielkiej politycznej budowy, jaką wzniosła dłoń samotnika z Chrobrza, nie pozostało dla nas nic i nawet po uprzątniętych gruzach zginęła już pamięć, a tylko prawa, przez polskiego męża stanu nadane żydom, przetrwały do dziś. I dziś przeciw nam się zwracają. Nie z ghetta mówią do nas dziś żydzi warszawscy. Rzucają nam rękawicę z pod kolumny Zygmunta. Rzucają z pod kościoła św. Krzyża.

Zechciej Pan ocenić, jak zbędny jest tu „agitator”…

Tego nie zniósłby spokojnie żaden naród, ale od nas żąda się rzeczy nawet sprzecznych z naturą. Przytaczasz Pan w swym artykule „głos prawdziwie ludzki”, który mówi : Prawda, że napływowa masa litwaków postawiła się wzglę­dem nas wrogo prawie od pierwszego dnia swego przybycia, ale czy prasa nasza zwróciła się choć raz do niej życzliwie, czy starała się ją przekonać, że idzie po błędnej drodze?… To znowu nieoceniony p. Staniszewski strofuje swój naród. „Nie czynimy prawie nic dla pociągnięcia żydów ku kulturze polskiej”, wzdychają w imieniu tej kultury pp. Stanisław Pa­tek i Czesław Mejro.

Nie umiem tego, co ci panowie mówią, nazwać inaczej, jak rzeczą potworną. Obcy przybysze, których rosyjski bicz wygnał z dotychczasowych siedzib, ludzie zelżeni i sponiewie­rani, przychodzą do kraju naszego, w którym szukają gościny, i „od pierwszego prawie dnia” nas — nienawidzą. O tem pp. Mejro, Patek i Staniszewski wiedzą, wiedzą niewątpliwie także, że nienawiść ta nie kryła się, lecz wyzywająco szła na nasze spotkanie. I kogo tu sadzają na ławie oskarżonych? Oskarżają nas, żeśmy się nie starali o względy tych niezapraszanych a nienawidzących nas gości!… Pan, Redaktorze, mówisz, że rusyfikuje się dusza polska pod wpływem rosyj­skiego panowania i dowód na to widzisz „w obecnej kampanii antiżydowskiej”. Gotów jestem zgodzić się z Panem tylko w tem, że straszne ślady ryje na nas to panowanie obce. O tak! Znieprawiły się, spłaszczyły, znikczemniały pewne dusze polskie w niewoli, ale objaw tego widzę nie w „kampanii antiżydowskiej”, lecz przeciwnie w tej bezprzy­kładnej zatracie godności własnej, która sprawia, że usta nasze mogą poniżyć się aż do oskarżenia siebie o brak uprzejmości dla obcego napastnika. Powinniśmy byli wypro­sić u litwaków okruszynę sympatyi. Powinniśmy byli, ocie­rając twarz z śliny litwackiej, otworzyć przed nimi „życzliwie” serce i zaprosić ich do stołu naszej kultury!…

Oto był nasz obowiązek…

Ale choćbyśmy to nawet uczynili… O skuteczności naszego otwierania ramion przed żydami przekonała nas już historya, niezbyt odległa nawet, historya rozwoju naszego życia po r. 1862. Wszak ramiona te otwarły się przed nimi szeroko w tym roku pamiętnym, gdy władza spoczęła na krótko w naszych rękach, i nie były zamknięte aż do dni ostatnich, a nie przeszkodziło to żydom polskim stanąć po stronie litwaków, niosących do nas wprost z pod noża rosyjskich pogromów, wprost z Kiszyniewa i Odessy, szumnie rozwiniętą chorągiew rosyjskiego patryotyzmu.

Pan jednak radzisz nam uparcie „miłością” zdobywać żydów. „Zawsze miłość — nigdy nienawiść”, te ewangieliczne słowa, jako drogowskaz polityczny, czytam ze zdumieniem w piśmie, które tak chętnie głosi, iż gwałt ma się gwałtem odciskać, które wie, iż „dzieło zniszczenia” miewa także swoje znamię świętości. Jeżeli „zawsze miłość”, to mamyż z ewangieliczną miłością iść także naprzeciw niemieckiego opryszka, gdy zjawia się, aby nas wygnać z ojczystych siedzib? Mamy z seraficznym uśmiechem witać żandarma, który w noc wdziera się do naszego ogniska domowego? Tego nam Pan z pewnością nie zalecasz. Ale skoro o litwaka chodzi — ewangielia błyska w Twojem ręku. Z tym jednym wrogiem usiłujmy rozprawićsię po chrześcijańsku! Tego jednego próbujmy zniewolić niewyczerpaną miłością!…

Dziwny jakiś jest mi ten Pański wyjątek !

I teraz, ale w związku z całokształtem sprawy żydow­skiej w Polsce, pada wyraz uroczysty, który nigdy w uszach moich nie brzmiał tak fałszywie, jak tu: humanitaryzm. Dla tych, do których ewangielia nie przemówi, parawan hu­manitaryzmu ustawiono. Jakże chwieje się on jednak, na nieszczęście Pańskie ! Nie trzeba wysiłków szczególnych, aby wykazać, że i ten czcigodny punkt widzenia nie daje pod­stawy do potępienia tych, co ostrem narzędziem bojkotu pragną kres położyć u nas żydowskiej przewadze. O cóż tu bowiem chodzi ? Przy kantorze sklepowym w naszym kraju, który milionom zapewnia byt i tworzy potężną siłę gospo­darczą, stoi żyd-kupiec, obyty z łokciem i miarką, mający za sobą tresurę i kulturę kupiecką tysięcy lat, uzbrojony od stóp do głowy do walki współzawodniczej. W dziedzinie jego odwiecznego monopolu, przy takiejże ladzie sklepowej, zjawia się kupiec polski, bez tradycyi handlowej, bez rutyny, a więc niezaradny jeszcze, niedość wprawny, niedo­świadczony, i z pewnością mniej biegły w znanej kupieckiej etyce. Humanitarny Polaku!… Stoi przed tobą człowiek silny — i człowiek słaby, liczący na twą dłoń życzliwą: wybieraj !…

Ale Pan mówisz: Bojkot dotyka przeważnie nędzarzy, nie dotknie zaś naszych Rotszyldów. Niezawodnie, to przy­kre. Jako człowiek żałuję, że tak jest, jako Polak muszę ciągnąć naukę z przeszłości i patrzeć przezornie w przyszłość. Zważ Pan, że nędzarzem także był wczorajszy faktor, czy karczmarz — dzisiejszy mieszkaniec dworu polskiego, a my odważamy się jeszcze pragnąć, żeby w tym dworze mieszkał Polak, którego syn i wnuk na pewno nie będzie nigdy syonistą, lub żeby tego dworu nie było raczej wcale. Gdy wzru­szamy się nędzą żydowską, pamiętajmy również o żydowskiem bogactwie, które słynie z dobroczynnej szczodrości i nędzę tę łagodzi znacznie gorliwiej, niż się to dzieje u nas. Żargonowy dziennik „Hajnt“ chlubił się przecież, że War­szawa jest nie tylko „największem miastem żydowskiem w Euro­pie”, ale posiada olbrzymią liczbę żydowskich instytucyj dobroczynnych, które konkurują wprost między sobą i wyrywają sobie każdego biedaka. Filantropia żydów, rozumie się, dla siebie samych, jest znana powszechnie. Niechona zajmie się „ofiarami” bojkotu, umożliwiając im odpływanie do kra­jów, które nie są tak przepełnione, jak nasz. Ale gdyby nawet masy żydowskie były zdane wyłącznie na siebie, to dziką rzeczą wydaje mi się apelować do nas o względy dla tych mas, choćby niebezpieczeństwo polityczne, płynące z obecności ich w Polsce, nie miało cech tak jaskrawych. Spojrzyj Pan bowiem dokoła siebie, i powiedz: Czy nie mamy własnych nędzarzy, którym w kraju ojczystym za cia­sno, czy nie idą oni w szeroki świat za chlebem, którego w domu dla nich niema, czy nie zaludniają krociami tysięcy kopalń Ameryki, i czy oni są gorsi, czy mają nam być dalsi i obojętniejsi, od nędzarzy żydowskich? Dlaczego żydzi nie mają pójść w świat, tak samo, jak nasi ? W imię humani­taryzmu proponujesz mi Pan rzecz niemoralną: mam brata niżej cenić, niż człowieka obcego. My sami jesteśmy naro­dem ubogim. I tylko my mamy obowiązek o wszystkich troszczyć się, wszystkich żałować, na wszystkich się oglądać, prócz siebie samych? My jedni na świecie, i właśnie my, najmniej zasobni, najbardziej wyczerpani?

Woła panna Stefania Sempołowska, jako wzór Polek sławiona w „Krytyce” : — Zapytajmy przywódców bojkotu, co zrobić ma ten biedny żyd, któremu wytrącają z ręki osta­tni kawałek chleba?… O litościwa, o dobra panno Sempo­łowska! Zapytuję Panią: — Co zrobić ma ten biedny, a nie­gdyś tak wspaniały naród polski, któremu żyd wytrąca ostatnie jego pozostałe dobro : poczucie, że żyje na własnej ziemi?!

O      szczodrzy, humanitarni, ustępliwi rozdawcy naszego mienia! Do was to słowami, do krwi biczującemi, odzywa się w świeżo wydanem piśmie „Być, albo nie być” czcigo­dny Stanisław Bełza: „Kochaj Polsko wszystkich szkodników twoich i wrogów, kochaj serdecznie, nie broniąc się przed ich drapieżnością, dbaj gorliwie o to, by „cnota w tobie nie zmarniała”, zatrzyj co prędzej ślady swoje nad Sanem, Niemnem i Wartą, oddaj twe stolice i twe miasta żydom, oddaj wszystko bez oporu! Pełna nadziemskich uczuć, wy­sławszy za morza dzieci swoje z kijem żebraczym, z aniel­skim spokojem nadstawiaj serce na wymierzane ci codziennie ciosy, a nieskalana myślą nawet wyrządzenia krzywdzicielom twoim najmniejszej szkody, w białej szacie, której ci poza­zdrości sama cnota, znajdziesz się może jutro już — w grobie.

I z nieprzespanego snu żadne cię trąby jerychońskie już nie przebudzą!”…

Jest coś nad wyraz upokarzającego w samym fakcie prowadzenia sporu o rzeczy, które, zdawałoby się, należeć powinny do katechizmu narodowej polityki. Cóż się to bo­wiem dzieje?

Słysząc bicie na trwogę w pewnym odłamie publicy­styki polskiej, można by logicznie wnosić, że zagrożony jest polski stan posiadania. Lecz nie. To dzieje się coś innego. Dzieje się rzecz trudna do wiary, rzecz tylko w nieszczęsnym naszym kraju możliwa, rzecz możliwa tylko w narodzie, któ­remu nadmiar klęsk zaczyna zmysły na wspak odwracać: Polacy krzyczą w niebogłosy, polscy publicyści dzwonią natrwogę, ponieważ — znaleźli się w Polsce ludzie, którzy wyznają zasadę, że w obrocie szczupłem mieniem narodowem trzeba tak postępować, aby ten obrót zasilał własnych przede wszystkiem rodaków!… Zaiste, potworne konkluzye dają się stąd wysnuć. Bo jeśli przeszkadzacie tym, którzy chcą za kantorem kupieckim i w każdym innym warsztacie pracy widzieć Polaka, nie żyda, to chcecie, aby żydzi byli silni, a my słabi, pragniecie, aby kurczyła się nasza własność, a żydowska rosła, uważacie za pożądany stan rzeczy, aby zdobywczy pochód żydów na naszej ziemi trwał, aby proces zżydzenia naszych miast dalej postępował. Posłuchajcie, jak straszliwie wygląda ta rzecz w cyfrach na przykładzie jednego tylko miasta polskiego, którem nie jest jakiś tradycyjnie żydowski Berdyczów, lub jakaś obojętna mieścina, lecz główny rezerwoar naszej siły duchowej : Kraków. Prawie połowa warstatów rzemieślniczych, blisko osiemdziesiąt procent han­dlu — to żydzi. Grosz polski płynie „humanitarnie” do kieszeni żydów, i groszem tym skrzętnie przez nas zasilani wykupują oni planowo i systematycznie wszelką własność nieruchomą, stając się faktycznymi panami miasta. Od r. 1905, w ciągu lat zaledwie siedmiu, przeszło w posiadanie ich kilkaset domów o łącznej wartości dziewięciu milionów ko­ron! Więcej, niż trzecia część dawnej stolicy Jagiellonów jest własnością żydów, i zabór ten, dokonywany za nasze pieniądze, rozszerza się z każdym rokiem, rośnie jakpożar.

Stan posiadania naszego cofa się stale i szybko, a równo­legle z tem cofa się i wpływ polityczny, zależny od siły materyalnej. Żydowski kahał rządzi Krakowem, rządzi nim oli­garchia żydowska, której powolnem narzędziem jest reprezentacya urzędowa. Ginie polski Kraków. W obce dla pol­skiego otoczenia wyspy zamieniają się dziesiątki i setki na­szych miast. Nową Jeruzalem staje się Warszawa.

I gdy pierwsze próby przeciwdziałania temu pojawiły się w naszem życiu, spieszysz Pan objaśnić nas, że ci, którzy próby te podjęli, „dają ujście dzikim instynktom”, że głos ich jest „rykiem zdziczałym”, że postępowcy warszawscy i demokraci narodowi „nurzają się w błocie moralnem” !… W tem „błocie” nurza się, według Pana, olbrzymia część polskiej inteligencyi za kordonem, która ton daje życiu narodowemu, i ogromny zastęp polskich artystów-pisarzy, i, o dziwo ! tak wysoko ceniony przez Pana do niedawna Aleksander Świę­tochowski, wódz polskiej myśli niezależnej, najprzedniejszy przedstawiciel polskiego postępu, od wczoraj opatrzonego cudzysłowem. Do tego błota — dodajmy — odsyłasz Niem­cewicza, który przed stu laty widział niebezpieczeństwo sku­pienia się u nas milionowych mas żydowskich, i Arystydesa polskiego, zacnego Staszyca.

Usiłujesz Pan podtrzymać najniedorzeczniejsze z kłamstw, że postęp, to filosemityzm. Naiwna Polska wierzyła w to długo. Przez pół wieku wolno było w imię postępu stawiać pod pręgierzem całe warstwy własnego narodu, nie wolno było tylko tknąć zarzutem najsłuszniejszej krytyki żyda, nie wolno było wskazać na ujemną jego rolę, lub choćby na te objawy wrogiego usposobienia wobec nas, z któremi sam się nie krył, bo to był „antisemityzm”, „wstecznictwo”, „chuligaństwo”. Z tem śmiesznem kryteryum postępu rozprawi­liśmy się już przecież szczęśliwie. „Gdyby żydzi z natury stanowili pierwiastek, sprzyjający postępowi — zauważyła słusznie pani Iza Moszczeńska — Polska powinna by dziś przodować narodom europejskim”. Warszawski obóz postę­powy otrząsnął się z tego niesłychanego przesądu, w którym tkwił przez lat czterdzieści, a Pan widzisz w tem nawrót do „dzikich instynktów”, widzisz „tarzanie się w błocie”…

Dlaczego ?

Dlaczego „Prawda” warszawska jest dziś pseudo-postąpowa i „nie ma nic wspólnego ze swą nazwą” ? Cóż to stało się z Świętochowskim ? Czyżby ten sędziwy świetny pisarz dla jakichś niskich celów sprzeniewierzył się swym zasadom ? Nie. On tylko ocenił doktryną niżej, niż życie swego narodu. Patrząc dokoła siebie, spostrzegł z przera­żeniem, że jego kraj ojczysty ginie, że powstaje nad Wisłą nowa Palestyna, spostrzegł, że w całej Europie jest jeden jedyny naród, „który znajduje u siebie ludzi, gotowych od­stąpić odwieczną siedzibę tego narodu innym, wczorajszym i jutrzejszym przybyszom, a nawet wrogom”, a ten naród jest właśnie nasz, i wobec strasznego tego widowiska ude­rzył swem silnem słowem na trwogą. W głębokiej trosce całą naszą przyszłość Aleksander Świętochowski nie prze­ląkł się taniego zarzutu „niekonsekwencyi” i rzucił swe sza­nowne imię na szalą tej jedynej w swoim rodzaju walki, jaka sią u nas toczy: o polskość Polski. I dlatego przestał być człowiekiem postępu ? ! Czyżby postąp wykluczał chronienie pierwiastków życia, w tym wypadku zbiorowego ? Sądziłem, że nie, sądziłem, że on w ogóle bez chronienia tych pierwia­stków jest niemożliwy. Pan sądzisz inaczej. Sądzisz, że aby być istinno-postąpowym człowiekiem w Polsce, trzeba sią wy­zbyć „egoizmu” do ostatniej koszuli, trzeba „wszystkich umiłować”, prócz siebie, trzeba, jak panna Sempołowska, mieć serce litościwe dla całego świata, byle nie dla wła­snego narodu.

………………………………………

 

Sprawa nasza jest tak dobra, że można walczyć z nią chyba zwietrzałą frazeologią, lub jawnem gwałceniem prawdy. Prasa, broniąca interesów żydowskich, chątnie posługuje sią tą drugą bronią. Pracuje ona na zewnątrz całą siłą pary, aby nas zohydzić wobec świata, jako barbarzyńców, którzy prześladują niewinny lud Izraela, a świeżo podjęta kampania litwactwa, które aż w Paryżu zbiera „protesty” przeciw niesłychanym rzeczom, dziejącym się w Polsce, ma być kul­minacyjnym punktem tej roboty. Cóż innego czynisz Pan u nas w domu, gdy wmawiasz w leniwe i dobroduszne mózgi polskie, że ostrze bojkotu dosięga żydów za ich „pocho­dzenie” i że w bojkocie tym przejawiają się „zdziczałe in­stynkty” ? W tem natarciu na nasze stanowisko poszedłeś Pan o duży krok za daleko. Padły w „Krytyce” wyrazy, które nieoględnej namiętności tylko mogę przypisać, iż ruch obecny przeciw żydom w Królestwie ma „w motywach i środkach” cechy… czarnosecinne!

Zaiste, mocno i śmiało!

Nie mówmy o motywach, nie mogąc do dusz zaglądać. Mówmy o środkach. Masz Pan odwagę powiedzieć, że środki działania, któremi w tej sprawie posługują się u nas ludzie, przypuśćmy najnamiętniejsi, są pożyczone z arsenału rosyj­skiego. Pogromy ? Ile widziałeś ich Pan w Polsce ? Czy widziałeś mienie rodzin żydowskich rozwłóczone po ulicach naszych miast ? Czy widziałeś dłoń polską, wzniesioną mor­derczo nad bezbronnym człowiekiem ? Czy widziałeś trupy, jak na kijowskim Padole ?

Tego wszystkiego nie widziałeś Pan w Polsce. Pozwól Pan, że wiadomości Jego o nastroju ruchu bojkotowego uzupełnię paru szczegółami, które publicyście polskiemu, oceniającemu ten ruch, nie powinny być obce. Warszawski dziennik dwugroszowy, który uchodzi za „urzędowy organ” bojkotu, a czytany jest dziś przez sto tysięcy ludzi i wywiera wpływ ogromny na masy, „podburza” ludność polską przeciw żydom w następujących wezwaniach i pouczeniach : „Nie siła pięści zdecyduje w walce, którą toczymy obecnie, ale siła rozumu, pracy i głębokiego przekonania, że poparcie swojskiego handlu i przemysłu jest naszym najświętszym obowiązkiem narodowym”. „Działajmy tylko w spokoju, w rozwadze i w skupieniu, nie dajmy się porywać chwilo­wym odruchom oburzenia i zranionego uczucia, i zapamię­tajmy sobie dobrze: tylko rozumną i planową działalnością zwalczyć i zwyciężyć możemy żydów”. „Fakty, choćby naj­bardziej oburzające, winniśmy przyjmować z męskim spoko­jem, nie pozwalając się unosić podrażnieniu, ani namiętności; fakty takie niech będą jedynie bodźcem do dalszych czynów twórczych”. „Raz jeszcze i po stokroć powtarzamy: Trzeba nam spokoju i wytrwałości, niewolno czynić nic, co dawa­łoby wrogom naszym pozór do oskarżania nas o chęć eks­cesów!” Nie na szczytach polskiej reakcyi przeciw żydom, którą Pan chciałbyś przedstawić jako barbarzyństwo, rozlega się ten głos, lecz u samych nizin, wobec tłumów ulicznych! Może nie jest dalekiem od prawdy przypuszczenie, że w głębi duszy uśmiechałby się żydom samym jakiś jeden i drugi mały pogrom, któryby nasz ruch obronny zohydził przede wszystkiem w oczach własnego narodu. Tego jednak, Sza­nowny Panie, nie ma ! Nasza obrona jest godziwą i ludzką, narzędzia, któremi posługujemy się, są wolne od skazy.

Trzeba oględniej ważyć słowa…

Nadużywasz Pan słów alarmujących w imię cywilizacyi. Cóż my robimy? Czy nawołujemy do gwałtów? Do odbie­rania żydom praw ludzkich ? Nie. Nie chcemy kupować u ży­dów i sprzedawać żydom, nie chcemy, by byli posiadaczami naszej ziemi i dachu nad naszą głową, nie chcemy dożyć momentu, w którym istotnie krajowi naszemu będzie mógł być zarzucony charakter „częściowo lub całkowicie żydowski”, który już dziś — przedwcześnie — proklamują litwacy. To wszystko. Co w tem przeciwnego cywilizacyi ?… Przekonaj mnie Pan, że nie powinienem, jako Polak, cieszyć się z tego, że „w związku odżydzaniem Królestwa” (jak poświadcza prasa, niepodejrzana o sympatye bojkotowe) powstaje w jakiemś tam mieście polska hurtownia żelaza, a w jakiemś drugiem i dziesiątem polska hurtownia towarów bławatnych, przekonaj mnie, że na tem cierpi kultura, że ona dozna szwanku, gdy ten kraj będzie polskim, nie mięszanym. Prze­konaj mnie Pan, że to nie jest korzystne także dla naszej siły duchowej, gdy grosz mój wpływa do kieszeni człowieka, two­rzącego wraz ze mną jedną narodową rodzinę. Póki nie stanie się to, muszę zdumiewać się nad Pańskiem przedziwnem stanowiskiem.

Pan mówisz : Padło jedno w całej kampanii słowo ro­zumne : potrzeba spolszczenia miast, handlu, przemysłu. Ale jak rozumiesz ten piękny i, zdawałoby się, niedwuznaczny program? Oto „trzeba stworzyć krajowy przemysł i handel”. Krajowy? Skąd ten wstydliwy wyraz, zapożyczony z austryackiej terminologii, wycofywany dziś już szczęśliwie z obiegu? „Galicya — powiadasz Pan — zaczyna wytwarzać przemysł i handel własny, a udział tu nich żydów jest i niemały i uży­teczny”. Oto handel „krajowy”. Niemały jest w nim udział żydów — to prawda. Ale to właśnie stanowi naszą troskę. Jest użyteczny — też prawda. Ale dla nich, nie dla nas. Temu udziałowi i tej użyteczności zawdzięczamy, iż trzecia część Krakowa wyszła z rąk polskich, że stajemy się bez­domną ludnością w obrębie naszych miast. Upraszczasz sobie znakomicie sprawę, redukując ją do cech tylko zewnętrznych, do „żądania wszędzie języka polskiego”. Język! Czyż irlandczycy nie w angielskim języku nienawidzą anglików ? W języku polskim rosyjski czynownik wydawał pismo dla polskiego ludu, w języku polskim odzywają się do tegoż samego ludu hakatyści z Cieszyna i hakatyści z Królewca, w języku polskim wszak głoszą apostołowie nacyonalizmu żydowskiego swą dobrą nowinę o Judei nad Wisłą.

Język — to jeszcze nie wszystko. To nawet w pe­wnych wypadkach — nic.

Za wzmocnieniem „polskiego mieszczaństwa bez różnicy wyznania” oświadcza się, przytoczona przez Pana z pietyzmem, szanowna „Kultura Polska” w Radomiu. Nie wiem, jak wy­gląda „polskie mieszczaństwo bez różnicy wyznania” w Ra­domiu, ale wiem, jak wygląda w Krakowie. Znam „polskie mieszczaństwo” z ulicy Dietlowskiej, z Kaźmierza i Stradomia, to mieszczaństwo, które, niestety, sięga dziś na nasz stary, prześliczny Rynek krakowski, pod Sukiennice i Pannę Maryę, w uświęcone miejsca, gdzie przed Zygmuntem gięło się hołdownicze kolano pruskie, gdzie Kościuszko przysięgał.

Otwieram wymowny kalendarz starego Czecha ze spisem nieruchomości krakowskich i czytam w nich nazwiska posia­daczy. Rodzina Bazes : Pinkus, Lajzor, Efroim, Salomon, Gusta. Rodzina Rubin : Naftali, Markus, Chaja, Małka, Jetty. Rodzina Pufeles: Chaim, Bluma, Cirla, Ryfka, Hinde. Setki, tysiące, całe roje tych nazwisk i imion. Jeżeli ucho „Kultury polskiej” w Radomiu nie wzdrygnie się przed tem polskiem mieszczaństwem, to zaiste dziękujmy Bogu, że nie na Ra­domiu kończy się polska kultura.

A jednak dziś jeszcze jakże niewinnie brzmią dźwięki owych imion, z któremi trudno się osłuchać. Dziś. Ale jutro? Wiemy, jak wygląda w Poznaniu „polski mieszczanin bez różnicy wyznania”. Pamiętamy, że to na wniosek radnych żydowskich znikł z geograficznej karty nasz stary Inowrocław, a pojawiła się w zamian : Hohensalza. Wiemy, przeczuwamy, jakby mieszczanin ten wyglądał, przy czyim boku stanąłby, nazajutrz po zaborze Królestwa przez Prusy.

Gdy wskazuję na Poznań, powiesz Pan: To są Niemcy. Nie, to są żydzi, kroczący za rydwanem siły. Muszę zaprotestować stanowczo przeciw temu przekręcaniu faktów oczywistych, przeciw temu zatajaniu prawdy, która, jak zbawienne lekarstwo, może na nas oddziałać. Nazywasz Pan litwaków „rosyanami żydowskimi”. „Ani narodowcami, ani nacyonalistami, lecz moskalami są ci litwacy, którzy nie okazują chęci uobywatelenia się” (szanowny statysta z Su­wałk zalecał nam kochać tych moskali i czynił nam gorzkie wyrzuty, że nie okazaliśmy dla nich dość serca). „To są moskale”, powtarzasz Pan uporczywie. Ale ja ośmielę się zwrócić uwagę Pana, że oni chyba najlepiej wiedzą czem są, a „samookreślają się” jako żydzi. Nie mistyfikujmy się. Nie moskale to są, lecz autentyczni żydzi, najprawowierniejsi ży­dzi z Wilna i Witebska.

Atakuję ostatnią Pańską pozycyę :

Padł z niej zarzut, że hasło spolszczenia miast wzięło początek nie z potrzeby ewolucyjnej, lecz „z niechęci ku innym”. Zarzut dziwny : jakby „niechęć ku innym” nie mo­gła sama wypłynąć z ewolucyjnej potrzeby. Z tego źródła wypłynęła ona właśnie u nas, wypłynęła nie z zoologicznych instynktów, bo wszak z żydami przeżyliśmy spokojnie setki lat, właśnie wtedy, gdy cała siła była w naszem ręku, lecz zrodziło ją przekonanie, nabyte wśród ciężkich dopustów losu, że dzisiejsi handlujący mieszkańcy naszych miast są żywiołem dla nas narodowo i politycznie groźnym, zrodziła ją prosta obserwacya faktu, że żydzi, nie myśląc o wysie­dleniu się z naszego kraju, ogłosili się jednak narodem od­rębnym i zajęli wobec nas stanowisko wrogie. Ale Pan wypowiadasz dalej rzeczy, które mnie w osłupienie wpra­wiają. Nazywasz „wstrętnemi“ zapewnienia tych, którzy wy­pierają się pobudek nienawiści, rzucasz paradoks bezprzy­kładny, że „im więcej agitatorzy prawią o miłości ku swoim, nie o nienawiści ku obcym, tem więcej szerzy się hypokryzyi w społeczeństwie”. Zupełnie, jakby ktoś utrzymywał, że im gorliwiej propagujemy humanitaryzm, tem bardziej szerzymy barbarzyństwo. Ale mniejsza o niedocieczony dla mnie spo­sób tego stawiania sprawy. Chcę spytać o coś innego. Jak­kolwiek nie należę do ludzi, wstydzących się zdolności nienawidzenia i myślę, że dlatego właśnie jestem pełnym czło­wiekiem, chcę spytać, co daje Panu podstawę do sprowa­dzenia całego ruchu dzisiejszego w sprawie żydowskiej do źródeł nienawiści, co upoważnia Pana do krzywdzącego twierdzenia, że wielkiej sprawy unarodowienia naszych miast nie podejmują tysiące Polaków przede wszystkiem z tej pro­stej przyczyny, że czują się zdolnymi do życia samoistnego, z tej zupełnie na wierzchu leżącej, a chyba etycznie nienagan­nej pobudki, że pragną sobie samym wystarczyć?

Obejść się w życiu bez żyda ? Czy jest w tem choć cień nieprzyjaźni i czy musielibyśmy się w grób położyć, gdyby żydów wcale w naszym kraju nie było?… zapytuje słusznie ks. Józef Dziedzic, autor ciekawej pracy „Żyd na wsi“, sumiennie przez prasę w Krakowie i we Lwowie prze­milczanej. „Jest nas dwadzieścia cztery miliony ludzi, z gło­wami, rękami, oczami — czyż sami siebie nie zdołamy obsłu­żyć?“ To wolno wszystkim, tylko właśnie nie nam. My jedni popełniamy zbrodnią „przeciw kulturze”, gdy chcemy gospo­darzyć pod własnym dachem, gdy chcemy, by nieszczęsna ziemia nasza, za którąś my tyle krwi wytoczyli, przestała być domem zajezdnym, otwartym dla każdego przechodnia, choćby to był jutrzejszy przywłaszczyciel, by przestała być bezpańskiem polem, które może sobie bezkarnie wziąć każdy przy­błęda. 1 pytam Fana: Czy nastajemy na czyją własność? Czy nie czynimy tylko użytku z elementarnej swobody oso­bistej, która pozwala nam z tym utrzymywać stosunki, z kim chcemy, z tym zrywać, z kim one są nam niedogodne ? Czy nie jest teroryzmem chcieć ograniczyć nas w tem prawie ?

Od lat stu pod bezprzykładnym naporem wrogich po­tęg zewnętrznych uszczupla się stale nasze tak świetne nie­gdyś dziedzictwo. Cofamy się, kurczymy, malejemy z każdem pokoleniem. Siły nasze umniejszają się, a furya natarcia z zewnątrz rośnie. Żaden naród w Europie nie znajduje się w położeniu tak strasznem. Musimy całą rozporządzalną energię uruchomić, musimy ją z największym pośpiechem pomnażać, by się obronić od czyhającej na nas zagłady. Potrzebujemy pieniędzy, dobrobytu, niezależności materyalnej, nie dla użycia, ale dla walki o istnienie. W tragicznie groźnem położeniu, w jakie nas wpędziły dzieje, nie możemy mieć nic i nikogo na względzie — musimy pamiętać tylko o  sobie. Nie chcemy umrzeć humanitarnie ! Chcemy trwać dłużej ! Woła do nas o swoje prawo egoizm tak elementarny, że bez zaspokojenia go nie może być w ogóle mowy o życiu. Dla pomnożenia siły są nam niezbędne miasta własne, n i e falsyfikowane na polskość, lecz polskie istotnie — musimy je stworzyć, bez względu na czyjekolwiek szkody. To warunek naszego rozwoju, naszej zdolności do spełnienia wielkiego dzieła odbudowy. Do tego celu prowadzi jedna tylko wyraźna, jasno wytyczona droga : gromadzenie, na tych odzyskać się mających placówkach, jak najwięcej siły du­chowej i materyalnej, naszej własnej, polskiej bez żadnych zastrzeżeń i dodatków. Na drodze stoją nam żydzi — więc paść muszą. Oni albo my.

Choćbyśmy nawet mieli powód do sympatyzowania z żydami, to i wtedy jeszcze musielibyśmy iść przeciw nim, dążyć do zajęcia ich miejsca, które do nas należy, stworzyć swój handel na gruzach handlu żydowskiego, bo obowiązkiem naszym jest przecież miłować bardziej własny naród, niż obcy, siebie wzmacniać, nie innych. I nie sądzę, aby było rzeczą tak bardzo karygodną, gdybyśmy chcieli żydów bojko­tować choćby z tego tylko powodu, że się „urodzili ży­dami”. Ta grzeszna intencya byłaby bowiem nie czem innem, jak tylko pragnieniem tego, co wszystkie narody świata uważają za rzecz najnaturalniejszą pod słońcem, pragnieniem, aby kraj nasz był wyłącznie naszą własnością, jak Francya jest własnością Francuzów, a Hiszpania Hiszpanów. Lecz boj­kot, o humanitarni obrońcy litwaków! nie urodził się z tej nazbyt już dla nas subtelnej idei !…

Nasz bliźni żydowski nie tylko urodził się żydem, nie tylko chce być na naszej ziemi odrębnym obok nas narodem, on wyrządza nam nadto szkody wszechstronne i dotkliwe.

Oj ego gotowości do połączenia się z wrogiem naszym mówi nam Poznań, mówi nam dziś Królestwo. To polityczna strona sprawy, z pewnością najważniejsza. Ale patrz Pan na cały obszar naszego życia. Przy rozpajaniu ludu naszego, przy lichwie, przy handlu żywym towarem — stoi żyd. Chciej mi Pan wierzyć, Szanowny i Drogi Panie, piszę to ze smut­kiem, nie z chęcią urągania. Rozumiem tego głębokie przy­czyny. Ten naród, który wszak także posiada swe karty chwalebne, oderwany od ziemi ojczystej i nie mogący jej dotknąć na nowo, jak Anteusz, gnębiony i prześladowany, uległ skrzywieniom moralnym, które w całości, w masie, uczy­niły go tem, czem jest. To wszystko tłomaczy mi historya, uczy mnie wyrozumiałości sądu, gdy rzecz rozważam, jako człowiek, lecz nie daje mi żadnej pociechy, jako synowi mojej własnej ojczyzny. Tacy, jacy są dziś, wiodą żydzi na ciele tej mojej ojczyzny żywot pasorzyta, który z niej sił wysysa. Nie możemy czekać aż się odrodzą, nie możemy być wychowawcami ich, ani godzić się, by to długie wycho­wanie odbywało się u nas i naszym kosztem, bo nam pilno, bo musimy spieszyć się z rozwojem, a rozwojowi temu oni przeszkadzają. Nawet przelotne zetknięcie się z polską wsią i polskiem miasteczkiem pozwala przekonać się naocznie, jak fatalnie oddziaływa tam żywioł żydowski na bieg na­szego życia, jak nieczystemi środkami, nieuczciwą konkurencyą, często przekupstwem tłumi młodą, wydobywającą się z głębi energię czynną naszego ludu, jak deprawuje i roz­kłada, ile nadludzkiej nieraz wytrwałości trzeba, aby ten napór wytrzymać. Opowiedział nam o tem świeżo pamiętnik polskiego chłopa, którego spokojne, beznamiętnie pisane karty są strasznem oskarżeniem roli żydów u podstaw naszego bytu. Niech litościwe panny polskie przeczytają te ciężką chłopską ręką skreślone dzieje nadwiślańskiej Gehenny, a potem niech histeryczne łzy ronią nad ofiarami bojkotu !

Powinniśmy przynajmniej nadmiar żydów wyprzeć.

I wyprzeć możemy. Mówicie: „Niemożliwem jest, aby dwa miliony ludzi wyszły nagle z kraju“. Nagle, zapewne.

Ale tego nikt zdrowy na umyśle nie oczekuje. Nie pozwólmy hypnotyzować się płytkim i czczym frazesem o „niemożliwościach“ socyologicznych poruszenia tak olbrzymich mas z miejsca. Doświadczenie wszystkich czasów poucza, że ze środowisk, w których warunki bytu są ciężkie, ludzie, zwła­szcza niezwiązani z temi środowiskami dość mocną nicią idealną, idą tam, gdzie lepiej. Logikę tego zjawiska zasto­sujmy w danym wypadku, a otrzymamy horoskop następu­jący: Im korzystniejsze warunki bytu będą mieć żydzi w na­szej ojczyźnie, tem trwalej się w niej usadowią, a nawet, jak wskazuje przykład Królestwa, będą ściągać do nas od mniej gościnnych sąsiadów. Naodwrót : Im warunki te będą mniej pomyślne, tem bardziej będą u nas topnieć, szukając sobie innych siedzib. Teoryę tę potwierdzało i potwierdza życie.

Właśnie korzystne warunki, które ojcowie nasi stwarzali ży­dom (a które Wy, Panowie, pragniecie konserwować), ściągnęły ich do nas w nadmiernej liczbie, a ta liczba nadmierna sprawiła, że żydzi w Polsce pozostali cudzoziemcami i wśród odpowiednich okoliczności zamienić się mogli w naszych współzawodników i wrogów. Teraźniejszy ruch za kordonem stwarza dla nich konjunkturę niepomyślną i już dziś, mimo tak krótkiego dopiero trwania, zaczyna powodować ich po­wolny odpływ. Powołuję się tu na świadectwo prasy, przy­chylnej interesom żydowskim („Nowa Reforma” 8 stycznia 1913), że „w ostatnich czasach z powodu bojkotu daje się zauważyć znaczna emigracya żydów z Królestwa”. Prawa życia są zatem niezłomne i tylko chciejmy korzystać z nich dla swego dobra.

Jedynie i wyłącznie od nas, od naszej silnej woli, za­wisło rozwiązanie tej wielkiej i palącej sprawy w sposób dla nas korzystny. Nikt nie zmusza nas, abyśmy przekra­czali próg, za którym znajduje się handlarz obcy i nikt nie zabrania nam przekraczać progu, za którym zastaniemy Polaka. Kupujmy tylko u swoich, sprzedawajmy tylko swoim. Zrozumiejmy, że każdy, choćby najmniejszy obrót handlowy, jest aktem, mającym narodowe znaczenie, gdyż zysk, pły­nący z niego, kogoś wzmacnia : niechaj więc silniejszymi czyni nas, nie ludzi obcych, niech żyć pozwoli nam, nie komuś zgoła nam obojętnemu, lub nawet może wrogo usposobio­nemu. Pamiętajmy, że wydając grosz każdy, że nabywając najmniejszy drobiazg codziennego użytku, ułamkiem tego grosza, tworzącym zysk handlowy, umożliwiamy utrzymanie się jednej jakiejś rodziny, a w sumie — tysięcy i tysięcy ta­kich rodzin, tworzących przecież naród. Niech te rodziny będą polskie, nie żydowskie, niech się za ten pieniądz nasz chowają, rosną i kształcą polskie, nie żydowskie dzieci, niech rozszerza się teren dla naszych, nie obcych ideałów. Naszem niezrozumieniem narodowego znaczenia obrotów handlowych żywimy w kraju trzy miliony ludzi innego języka, innych, a wrogich nam dążeń. Zerwijmy z tym strasznym indyferentyzmem. Pilnujmy, aby wszelki zarobek dostawał się w ręce naszych własnych rodaków. Prosta, wytrwale przeprowadzona zasada „do swego” cuda zdziała. Zasada ta, zastosowana w Poznańskiem, dała już wyniki znakomite, o których za mało, niestety, wiemy w innych dzielnicach Polski. Przed pół wiekiem była ludność żydowska w miastach i miasteczkach Księstwa w przybliżeniu tak samo liczna, jak dziś w Galicyi i w Królestwie. Gdy konsument polski odwrócił się od niej, poczęła topnieć szybko. Dziś z dawnych gmin żydowskich pozostały niedobitki, a w całym kraju tworzą żydzi zaledwie półtora procent ogólnego zaludnienia. W niektórych miej­scowościach sprzedane zostały starozakonne domy modlitwy, gdyż zabrakło im wiernych. Widziałem w Poznańskiem małe miasta całkowicie i rdzennie polskie, niesłychane zjawisko, jakiego nie znamy w żadnej innej naszej dzielnicy. Zjawisko to możemy uczynić u nas powszechnem. Przemawia za tem i przykład Wielkopolski i prosta logika przyczyn i skutków. Nie jesteśmy wszak z innej gliny ulepieni, niż nasi bracia po­znańscy, a te same przyczyny te same muszą wywołać skutki.

Skoro uświadomimy sobie narodową konieczność stwo­rzenia własnego stanu średniego, gdy pójdziemy tylko za głosem zwykłego obowiązku, gdy zrozumiemy, że każdy grosz przez nas wydany powinien zostać w rękach bezwzględnie i bezspornie polskich, wtedy wielomilionowa masa żydowska straci u nas grunt pod nogami. Typowi pośrednicy, po stracie klienteli, będą musieli żydzi opuścić nasze siedziby. Nie dajmy się mistyfikować opowieściami o utopii „nagłego odpływu milionów”. Odpływ ten będzie się odbywał stopniowo, przez długie lata, ale ubytek każdej fali będzie naszym zyskiem, a gdy żydów w Polsce zostanie wreszcie normalny od­setek, zbyt słaby, aby mógł nie przystosować się do na­szych interesów, wówczas proces będzie można uważać za skończony. Nie pragniemy być niegościnnymi — chcemy tylko nie mieć gości więcej, niż nasz szczupły dom może ich po­mieścić. Tak urządziły się wszystkie żywotne narody świata i my również chcemy do tego doprowadzić.

Z całym naciskiem muszę naznaczyć, że w dalszej konsekwencyi wyszłoby to na dobre nie tylko nam, ale i żydom.

Powołuję się zresztą na pierwszych przywódców narodo­wego ruchu żydowskiego, ludzi światłych i mądrych, miłu­jących chyba swój lud i pragnących jego dobra, którzy sami rzucili hasło wysiedlenia żydów z Polski, rozumiejąc, że to nadmierne skupienie ich jest dla nich szkodliwe. Deprawują nas, ale i siebie. Tkwiąc, jak drzazga, w naszem ciele, nie mogą marzyć dla siebie o zdrowiu moralnem. A przecież go­dzien lepszego losu jest ten naród tak stary i tak zdolny, mogący z dumą wskazać na swe odwieczne legitymacye w kul­turze ludzkości i na swych wielkich mężów, pełen cnót, cho­wanych, co prawda, tylko na swój domowy użytek. Nowe, bardziej normalne warunki życia mogą przywrócić zdrowie temu wielkiemu kalece.

Gdzie znajdzie je? To pytanie nie do nas należy, ale świat jest szeroki i nie zbraknie w nim z pewnością obsza­rów, do których w sposób celowy i należycie zorganizowany możnaby skierować odpływ żydów polskich.

Jak inaczej chcesz Pan sprawę żydowską u nas roz­wiązać zgodnie z naszym interesem? Asymilacya narodowa trzech milionów ludzi, gęsto skupionych, o wybitnie zaryso­wanej indywidualności, izolowanej wałem ochronnym innej religii, jest niemożliwa. To złudzenie zostało i przez nas i przez żydów przekreślone. Wszelki czyn praktyczny w tej dziedzinie musimy oprzeć na pewniku, który wypowiedział Maks Nordau : „Niepodobieństwem jest roztopić naród ży­dowski w narodach europejskich. Gdybyśmy nawet próbo­wali zastosować metodę zatracenia się na większą skalę, sta­nęlibyśmy wobec niewykonalności, nie zasługującej wcale na bliższe roztrząsanie. Raz, że cała masa żydów żadną miarą nie chce wyzbyć się swego żydostwa i wolałaby raczej śmierć ponieść, niż wyrzec się swej wiary, swoich tradycyj i swojej narodowości, powtóre — gdyby nawet żydzi zgodzili się ze stoicyzmem na popełnienie samobójstwa, nie przydałby się ten akt ostatecznej rozpaczy na nic, okazałoby się bowiem, że są nierozpuszczalni w żywiole aryjskim”. Temu pewnikowi daje powagę fakt historyczny, że przez trzy tysiące lat nikt nie zdołał niczem narodowości żydowskiej unicestwić.

Lecz oto nowe hasło dnia : „asymilacya polity­czna”. Mówisz Pan: Może żyd posiadać tradycye, poczucie własnej indywidualności — „z tem wszystkiem może być uży­tecznym obywatelem Polski”. I dawniej już czytałem w „Kry­tyce” : „Nie można pragnącemu zachować swą indywidual­ność żydowi narzucać narodowości polskiej, można jednak żądać odeń kategorycznie poczucia obywatelskiego, zmysłu dla obowiązku wobec kraju”. Wydaje mi się kruchą już sama logiczna konstrukcya tego programu. Zdawałoby się, że tego poczucia, o którem tu mowa, nie można „żądać”, że nie można go ani wyprosić, ani nakazać, że musi ono samo wytryskać, jak strumień ze źródła. Pan sądzisz jednak, że „taka asymilacya przy odpowiedniej polityce i kulturze ludności polskiej ma przed sobą niezaprzeczoną przyszłość”. To samo głosi p. Ludomir Grendyszyński, mówiąc o „ucy­wilizowaniu żydów w duchu potrzeb naszego kraju”. Mogą zostać narodem odrębnym, niech tylko będą lojalnym skła­dnikiem naszej budowy narodowo-politycznej. Odpowiadam na to: Żądacie Panowie od nas ofiary o włos za wielkiej. Mamy zgodzić się świadomie i dobrowolnie, mamy sankcyą swą zatwierdzić na zawsze, iż kraj nasz jest krajem dwunarodowym? Mamy uznać istnienie na całym obszarze naszej ojczyzny drugiego równoprawnego języka ze wszystkiemi tego faktu konsekwencyami ? Mamy nigdzie i nigdy już nie być sami, wyłącznie u siebie ? Nie znam rezygnacyi stra­szniejszej. Ale przypuśćmy, żebyśmy się z tem pogodzili. Przypuśćmy, że zgadzamy się, aby żydzi ze swą przedziwnie przez Pana obmyśloną duszą dwoistą zamieszkiwali Polskę, jako drugi naród i jako lojalny nasz wspólnik. Gdzie jednak gwarancya trwałej lojalności?… Jednostki? Dobrze. Ale milionowy ogół ?

Tylko Polak od żądania tej gwarancyi może być wolny. My wyrośliśmy z tej ziemi. Nie pamiętamy, abyśmy byli gdzieindziej. Nie możemy stąd wyjść. Cała istota nasza tu tkwi głęboko, organicznie zrośnięta z gruntem na śmierć i życie. Lecz żydzi — z „własną tradycyą”, z „własną indywidual­nością” ? Czy napewno dochowaliby nam zawsze wiary ?

Doświadczenie uprawnia mnie do obaw i wątpliwości.

Nie byliśmy dla nich złymi przez setki lat. Przyjęliśmy ich pod nasz dach wtedy, gdy palono ich gdzieindziej na stosach. Nie skąpiliśmy praw. Łaskawymi i szczodrymi byli dla nich nasi królowie. Wyraziciel naszego ducha narodo­wego, największy wieszcz, widział w Izraelu brata Polski. Podzieliliśmy się chlebem, którego oddawna nie mamy do zbytku. Winni nam żydzi wdzięczność — mamy pełne prawo jej żądać. A jak nam odpłacili?

Ile razy w dziejach powijała się nam noga, dziwnie rychło i dziwnie ochoczo znajdowali się w szeregach naszych nieprzyjaciół. Nie nowem jest, Szanowny Panie ! widowisko litwaka, szarpiącego ciało naszej ojczyzny! Tak dawne jest to widowisko, jak stosunki nasze z tym ludem moralnie oka- leczałym. Z czasów najodleglejszych już notuje historyk Hen­ryk Schmitt, że „głuche zalatują wieści o bardzo podejrzanem zachowywaniu się żydostwa podczas ponawianych kilka­krotnie srogich napadów tatarskich”. Zważ Pan, jak uderzającem jest tu podobieństwo do chwili dzisiejszej! Ci przed­wieczni litwacy tak samo wszak, jak teraźniejsi, przybyli do nas prosto z pod noża obcych pogromów i pod dachem na­szym znaleźli bezpieczne schronienie. Przez wieki naszego państwowego bytu trwało następnie to „podejrzane zacho­wanie się”, z tą różnicą, że litwacy (których Pan chcesz ulojalnić) stali się już oddawna osiadłymi i z szerokich swobód korzystającymi obywatelami. Moskwa, Turcy, Szwedzi korzy­stają z usług żydów, którzy spieszą zaskarbić sobie względy domniemanego nowego pana, ilekroć się gmach Rzeczypo­spolitej chwieje, ilekroć Polska zdaje się tonąć bez ratunku. Dzieje się to na wielką skalę podczas szwedzkiego najazdu. Czarniecki zmuszony jest karać żydów masowo za zdradzie­ckie stosunki z nieprzyjacielem. Jan Kaźmierz — poświadcza historyk Mojżesz Schorr — zabrania opuszczać żydom swych siedzib, „żeby do nieprzyjaciela wiadomości nie były dono­szone”. To samo powtarza się w czasie upadku. Ks. Mikołaj Repnin, dowodzący armią rosyjską na Litwie, stwierdza: „Wszyscy żydzi tutejsi wcale nie żywili współczucia dla by­łego w Polsce buntu, przeciwnie, w gorliwości swojej świad­czyli nam usługi”. Na brak tych usług i tego nastroju sym­patycznego nie mogli narzekać i prusacy. Współczesny nam żyd poznański, Moritz Jaffe, autor dzieła „Die Stadt Posen unter preussischer Herrschaft”, z uczuciem chluby opowiada, że skoro tylko państwo polskie padło, natychmiast żydzi tamtejsi „uświadomili się narodowo i podzielili uczucia z tymi, którzy wspólnym z nimi mówili językiem”, t. j. z Niemcami.

Dawne dzieje! Należałoby je w znacznie obszerniejszej i dokładniejszej formie przypomnieć dziś, gdy nasza myśl polityczna znajduje się na rozdrożu między ostatniemi jeszcze złudzeniami asymilacyjnemi, a trzeźwym programem wyparcia szkodnika raz na zawsze z dziedziny naszego życia.

Nie chcę przedłużać zbytnio tej wycieczki w przeszłość. Niech wolno mi będzie wskazać jeszcze tylko na wysoce pouczające zachowanie się żydów w czasie powstania poznań­skiego w r. 1848, gdyż w tych wypadkach pamiętnych prze­jawiły się w doskonałej postaci rysy, które musimy mieć na uwadze, rozważając ideę neo-asymilacyi, asymilacyi poli­tycznej. Przed r. 48 żydzi poznańscy pozostawali w patryarchalnej komitywie z polskim dworem i polskim chłopem. Handlowali z nimi i żyli z nich. Gdy powstanie wybuchło, zajęli stanowisko bacznej obserwacyi i przezornego wycze­kiwania, nie skłaniając się ani na jedną, ani na drugą stronę. Romantyzm polski wyciągnął ku nim dłoń na ratuszu poznań­skim, zapewniając „braciom izraelitom korzystanie z pełnych praw obywatelskich”. Ze wzruszeniem, acz niezbyt manife­stacyjnie, żydzi tę dłoń przyjęli. Lecz sielanka trwała niedługo. Powstanie padło po kilku dniach — i teraz, Szano­wni Panowie, rozpoczęło się widowisko, godne bogów. Żydzi poznańscy stanęli murem przy zwycięzcach. Uczuli się pru­sakami do szpiku kości. W radosnem upojeniu iluminowali swe domy. Palili na ulicach polskie godła i znaki. Gdy jeńców polskich wprowadzono do Poznania, żydowstwo rzu­ciło się na nich z zapałem, policzkowało, plwało, darło na nich odzienie w strzępy. Wyrostki żydowskie krytykowały głośno łagodność rządu względem Polaków. Na tym samym ratuszu poznańskim, na którym niedawno Izrael święcił z nami braterstwo, wołał żydowski radny miejski: „Nie wolno nam spocząć, póki nie wygnamy ostatniego Polaka z miasta”. Opowiadają o tem historycy tego roku: Moraczewski, Motty, Rakowski. Nie wierzycie tym polskim źródłom? Więc oto mówi Niemiec, pruski pułkownik von Brandt: „Trzeba było być świadkiem wszystkich tych scen, jakie rozgrywały się wówczas w Poznańskiem, aby móc dobrze osądzić głęboką moralną nikczemność żydów. Twierdzę stanowczo, że bez udziału żydów wypadki byłyby tam rozstrzygnęły się w spo­sób wolny od okrucieństwa i nienawiści, o które oskarżają nas Polacy”. Oto streszczona lekcya tej nauczycielki życia, której — w stosunku naszym do żydów — tak niepojętnymi, tak dziwnie tępymi byliśmy dotąd uczniami!…

Dość. Niech umarli śpią w spokoju!

A dziś, Drogi Panie?

Leżymy ubezwładnieni politycznie — i patrzymy na stereotypowe widowisko, niezawodne, jak powracająca fala: Nasi odwieczni goście, dla których byliśmy szczodrym amfitryonem, ławą idą przeciw nam. „Germania nie ma wierniej­szych synów, niż my!“ woła w berlińskiej „Zukunft” dr. Kas­sel, żyd z polskiej gleby wyrosły. Patrz Pan na warstaty opinii w Berlinie i Wiedniu. Słuchaj, jak skrzypią polako­żercze pióra, judzące przeciw nam z zaciekłem zapamiętaniem. To publicyści rodem z Poznania, czy Kołomyi, z którymi siedzieliśmy nieraz wspólnie na ławie szkolnej. Dlaczego szarpią nas i gryzą? Za co się mszczą? Czemu za chleb tylu wieków, za przytułek, za gościnę, płacą nam kamieniem? Nie wiem. A raczej wiem: Ponieważ leżymy pod kołem fortu­ny… I patrz Pan, jak nawet nasi najbardziej polscy żydzi zawijają pod koniec szczęśliwie do portu, nad którym flaga przeciwpolska powiewa. Oto jest p. Stanisław Mendelson, były żyd-polak, który należał do tych, co pierwsi po r. 1863 wznawiali program Polski niepodległej — dziś chorąży wo­jującego nacyonalizmu żydowskiego i zdobywca Warszawy. Jakiż wymowny horoskop dla planów, opartych na spodzie­wanej lojalności mas żydowskich! „Przeciw powalonemu!” — oto hasło. Jak długa i szeroka Wielkopolska, od Katowic po resztki naszego morza, żydzi „ucywilizowani”, znający wszak dzieje, wiedzący, jakimi byliśmy dla nich, idą prze­ciwko nam. Z Niemcami idą przeciw nam. Z Rosyą, która policzkuje ichgodność ludzką, która ściga ich pogromem i pogardą, która kobietom żydowskim, pragnącym dostać się do źródła wiedzy, każe symulować prostytucyę, idą przeciw nam. W mniemaniu, że z nami, jako politycznym bankrutem można sobie na wszystko pozwolić, wołają w Królestwie: To kraj żydowsko-polski! Trzeba było tylko zjawienia się litwaków, aby na prawne zdobycie tego kraju poszły milio­nowe tłumy naszych żydów, które go faktycznie zdobywały od wieków. Jeśli między Prosną a Bugiem, na gruncie naszej bezsiły politycznej, mogło paść hasło „kraju polsko-żydow­skiego”, to takie same hasło może paść w Krakowie i Lwo­wie każdej chwili, skoro się nam tylko tu noga powinie. Nie pada dziś, gdyż coś w tej dzielnicy znaczymy i stoimy z bronią władzy w ręku. A o czemże się to mówi w Galicyi? Czy nie o tem, że żydzi mogą nas opuścić i przejść do Rusinów, do których się takie samo słońce władzy uśmie­cha? Czy ta obawa nie wisi ciągle w powietrzu i czy cały polityczny stosunek nasz ze społeczeństwem żydowskiem w Galicyi nie jest w najwyższym stopniu niemoralny i sztuczny?

Cały obszar życia, dziś i wczoraj, zadaje kłam Pańskiej marzycielskiej teoryi „asymilacyi politycznej”. Poprzez tysiące lat szydzi z Pana stara księga Exodus, która woła: „Strzeżże się, abyś snać nie stanowił przymierza z mieszkańcami ziemi onej, do której wnijdziesz!” 1 on, ten nieśmiertelny Obcy Człowiek na ziemiach Europy, strzeże tego przykazania. Od Bolesława kaliskiego aż do dziejów ostatniego warszawskiego mandatu, od podejrzanej postawy wobec pierwszych napadów tatarskich aż do policzkowanych powstańców w Po­znaniu, jest ten sam: zamknięty w sobie, swoje tylko ścigający cele, gotów zwrócić się przeciw nam każdej chwili. „Wszędzie żydzi są cudzoziemcami, nigdzie tuziemcami — zauważa słusznie Iza Moszczeńska — nawet tam, gdzie żyjąc przez szereg wieków, zaaklimatyzują się i przystosują po­wierzchownie do otoczenia, przyjmując jego język. W braku spójni narodowej istnieje spójnia rasowa, religijna, która sprawia, że polski, rosyjski, niemiecki, francuski żyd są zawsze między sobą bliżsi, niż każdy z nich dla członków tego narodu, wśród którego zrodził się i wychował. Jeśli Niemiec staje się Polakiem, przestaje być Niemcem i naodwrót. Na­tomiast nigdy się nie wie, czy żyd, który został Niemcem lub Polakiem, przestał być żydem i w jakim stopniu”. Tę prawdę zaczynamy dziś dopiero poznawać. Nad grobem stojący Zygmunt Miłkowski, w którym czcisz Pan przecież nieskazitelnego rycerza wolności, obcego wszelkim uprzedzeniom, rzuca na papier znamienne dla tego starca wyrazy: „Ojczyzna żydowska jest kosmopolityczna… Nie czują się żydzi zgoła obowiązani nie tylko do służenia tym bliższym ojczyznom, tak lub inaczej zwanym, ale nawet do zwykłego ich uwzględniania!”

Nie dziwię się żydom. Mają oni „własne tradycye”, „własną indywidualność” i są źle wychowani przez historyę. Dziwię się Polakom, którzy w spółce politycznej z nimi szukają rozwiązania sprawy. Doświadczenie przestrzega nas, że w tej spółce nie bylibyśmy nigdy pewni, co zrobi nasz kontrahent, gdy się nam, jak dziś, cugle wymkną z ręki. Nie mogę uznać tej kombinacyi. Niewolę znosimy w prze­konaniu, że się ona kiedyś skończy, a Pan żądasz, aby naród o zdrowych zmysłach pogodził się z tem, że na wieki ma być zrośnięty z nim organizm obcy, o drugiej, własnej du­szy, w najlepszym nawet razie politycznie niewyraźny, a więc zawsze niepewny i zawsze groźny?!

Jednakże Pańskie polskie sumienie nie daje Panu spo­koju. Powiadasz Pan: Stan obecny sprawy żydowskiej u nas jest jednym dowodem więcej, że trzeba kres położyć pano­waniu rosyjskiemu w Polsce. Wojna zwycięzka z Rosyą jest także pod tym względem suprema lex: zwyciężona Rosya bowiem będzie musiała przeprowadzić u siebie reformy, a reformy te wyżłobią koryto dla odpływu od nas fali ży­dowskiej, obalając „granice osiadłości”. Czy słuch mnie nie myli? Więc jednak ostatecznie mamy żydów za wiele, więc jednak trzeba się ich pozbyć, więc jednak w tem tkwi rozwiązanie sprawy. Znaczyłoby to, że się godzimy? Nie. Albowiem Pan, jak z całego stanowiska Pańskiego wypływa, w przewidywaniu tej zwycięzkiej wojny pragnąłbyś, aby w walce o rzeczywiste spolszczenie naszych miast ogłoszona być mogła do tego czasu Treuga Dei, abyśmy naszą poko­jową broń włożyli do pochew i rozwiązanie tej wielkiej sprawy uczynili zawisłem od zawodnych losów oręża wojen­nego. I tej także recepty uznać nie mogę. Nie mogę jej uznać dlatego, że przepisuje lekarstwo niepewne, gdy nieza­wodne mamy już w ręku. I dlatego, że to pewne lekarstwo jest identyczne z pojęciem narodowego obowiązku wzma­cniania siebie ekonomicznie, a nie rozumiem, dlaczego mie­libyśmy właśnie ten obowiązek zaniedbać, skoro mimo ocze­kiwania wojny wszystkie inne spełniamy lub spełniać powin­niśmy. I jeszcze także dlatego, że ćwiczenie się w tym obo­wiązku jest dla nas, niezależnie od namacalnych korzyści, ważną sprawą wychowania narodowego, sprawą obudzenia w naturze polskiej poczucia, że trzeba wszędzie i zawsze popierać własnych rodaków. I wreszcie dlatego, że wojna może przyjść i może nie przyjść, może skończyć się dla Rosyi równie dobrze przegraną, jak zwycięstwem, w którem utoną wszelkie reformy, a nasze biedne życie tymczasem płynie i wolno obawiać się, że zanimby nad niem słońce orężnych zwycięstw zabłysło, przysłowiowa rosa wygryzłaby nam oczy. Czekać zbawienia z zewnątrz, to pogłębiać prze­paść, która nas chłonie !

Tak więc — nie ma między nami zgody. Nie można polsko-żydowskiego węzła rozplątać. On musi być przecięty.

Lecz tego listu, w którym tyle zgrzytliwych tonów musiało się odezwać, nie chciałbym zakończyć bez bardzo mocnego podkreślenia, że to wszystko nie odnosi się do ży­dów spolszczonych, powiedzmy lepiej: do polaków żydow­skiego pochodzenia. Naród żydowski musimy stopniowo wy­pierać z naszego kraju. Ale ci, którzy z narodu tego wyszli i czują się Polakami, jak my?

Stanowisko moje, a mam podstawę twierdzić, że i sta­nowisko bardzo licznego zastępu ludzi, zastanawiających się nad sprawą żydowską w Polsce, opiewa: Także żyd, nie czujący się Polakiem, lecz nie przeciwstawiający się nam wrogo, winien być w jedynych stosunkach, jakie tu są dopuszczalne, w stosunkach towarzyskich, oceniany przez nas według swej osobistej, ludzkiej wartości i zachowywać win­niśmy się wobec niego, jak wobec każdego cudzoziemca, zasługującego na nasz szacunek. Nie chcemy ani lekceważyć, ani unikać żydów, jako ludzi — i dopiero, gdy notorycznie działają na naszą szkodę, musimy ich jak wrogów traktować. Jeżeli tak stawiam sprawę, to już poniekąd określam stosu­nek do żydów spolszczonych. To są Polacy, jak my, i czy­nienie jakichkolwiek różnic między nimi i nami byłoby nie­dorzecznością. Lecz to są ci, którzy na swej drodze rozstajnej wybrali rzeczywiście, stanowczo i bez zastrzeżeń przynależność do naszego narodu. Hermafrodytów nie rozumiem. Człowiek z dwoistą duszą narodową jest anomalią. Straszą nas, że pewna część żydów, przyznających się do polskości, może pod wpływem obecnego ruchu w Warszawie pójść — w ob­jęcia Rosy i. Sądzę, że i temu przykremu doświadczeniu mo­glibyśmy nie bez pożytku zajrzeć w oczy. „Polak za wypo­wiedzeniem 24-godzinnem“, to farsa. Spełnienie się groźby, której i Pan dałeś wyraz, uwolniłoby nas od złudzeń, zawsze szkodliwych, wykazując, że polskość tych ludzi była tylko okolicznościową, a strata zostałaby znakomicie wyrównana przez tem dobitniejsze wyklarowanie się naszej mętnej oryentacyi, która głównie ułatwia żydom zdobywczy pochód na naszej ziemi.

Mówię jednak nie o tych warunkowych, nie o tych kru­chych, pozornych Polakach, lecz o takich, którzy — nie stłuką się przy żadnej okazyi. Jeżeli żyd rzeczywiście du­chowo się spolszczył, jeżeli stopił się ze społeczeństwem polskiem w nierozdzielną jedność, jeżeli miłuje naszą wspólną sprawę i przy sztandarze naszym stoi tak silnie, jak my — to miejsce jego jest w naszem wielkiem narodowem kole rodzinnem. Te jednostki powinniśmy jak najbardziej przyciągnąć i najżyczliwszem sercem darzyć. Wiemy, że tacy żydzi spol­szczeni są. Wiemy o Dicksteinach, Natansonach, Rotwandach, Krausharach, Kramsztykach, Nusbaumach i Askenazych, znamy ich zasługi. To nasi nowocześni karmazyni. I nie rozumiem zgoła, dlaczego teraźniejszy zwrot w sprawie żydowskiej miałby wywoływać w nich jakąkolwiek rozterkę. Jeżeli Polak Mierosławski mógł bez żadnych skrupułów głosić krucyatę przeciw szlachcie polskiej, z której sam wyszedł, nie wiem, dlaczego Polak pochodzenia żydowskiego nie mógłby zwal­czać żydów, którzy zagrażają szczęściu jego ojczyzny. Historya nasza zna analogię jeszcze ściślejszą. Przez lat sto cią­żyła na Galicyi pięść niemiecka. Kraj zalany był najezdniczą armią biurokracyi, która przychodziła, by gnębić nas i niszczyć. Synowie tych naszych wrogów — wśród nas urodzeni — ulegali wpływowi otoczenia, nasze przejmowali ideały. Pol­szczyli się. I chociaż wspomnienie ojczyzny pierwotnej było dla nich tak świeżem jeszcze, chociaż swych byłych rodaków na każdym spotykali kroku, z nami przecież trzymali i w na­szych przeciw nim walczyli szeregach. Ich świeża polskość nie nastręczała im żadnych rozterek. Mieli jedną tylko, cał­kowitą, niepodzielną, bezkompromisową duszę: polską. A zważ Pan, że byli to ludzie z najszlachetniejszego kruszcu : w ich gronie był śpiewak „Pieśni Janusza”, byli ci, którym Polska torowała drogę zaszczytną na szafot i w lochy Kufszteinu i którzy, wiedząc o tem, że ojczyzna nasza da im jedynie laur męczeński, na drogę tę umieli wstępować z radością i z dumą bohaterów.

Także żydów spolszczonych mieliśmy w przeszłości i  czcimy ich pamięć. Znamy ich dziś, i kochamy, jak braci.

Ale błędem i niedorzecznością byłoby, wytyczając sobie drogi postępowania w sprawie żydowskiej, naginać całą na­szą politykę do wartości tych nielicznych jednostek, jak nie śniło się nikomu godzićsię z niemieckim najazdem dlatego, iż Niemcy dali nam Libelta, Kremera, Lelewela, Grottgera i  Pola. Te drogi postępowania musimy wykreślać pod kątem zachowania się mas, a nie znikomo drobnej garści.

Sprawa żydowska rozmiarami i znaczeniem wybiega daleko poza kwestyę żydów spolszczonych. I jeżeli dziką rzeczą jest zbijanie w czambuł wszystkich żydów bez żadnych rozgraniczeń, to niemniej dzikiem byłoby żądanie, abyśmy, jak w biblii, dla pięciu sprawiedliwych chcieli chronić So­domę polskiego upadku. W sferze życia gospodarczego nie możemy wyjść poza oderwane wypadki bezpośredniej, do­kładnej, osobistej, indywidualnej znajomości żyda-polaka, wypadki tak skąpe, że niemal teoretyczne, a jedyne, w któ­rych zasada nasza mogłaby doznać wyłomu. Wyjątki te nie mogą mieć żadnego wpływu na zasadnicze nasze stanowisko. My musimy mieć ciągle przed oczyma owe miliony pasożyt­niczej ludności żydowskiej, obcej nam kulturą, wiarą, języ­kiem, obyczajem, i skoro obrona nasza ma mieć sens jaki­kolwiek, musimy w stosunkach gospodarczych zaliczyć do tej obcej masy każdego żyda, którego nie znamy dostatecznie, by móc uznać go za Polaka. Innego wyjścia z tego splotu tragicznego nie ma. Jeżeli zaś mimowoli popełnimy przez to kiedy niesprawiedliwość, to będzie ona z pewnością stokroć mniejsza od tej, jaką świadomie popełnilibyśmy wobec własnej ojczyzny, stosując dłużej zasadę indyferentyzmu w obro­cie naszem szczupłem narodowem mieniem. Nie żądaj Pan więc odemnie, abym po za tymi, których znam bezpo­średnio, lub z publicznego działania, czynił różnicę w po­zostałej masie żydowskiej. Muszę ją ryczałtem uznać za obcą.

Nie żądaj Pan, abym za członka mego społeczeństwa — które, wydając każdy grosz, winienem mieć przede wszystkiem na oku — uznawał z góry każdego żydowskiego sklepikarza, dlatego tylko, że mówi po polsku. Język, to nie wszystko jeszcze i ostatecznie nie jest to czemś tak niesłychanem, gdy żyjąc w jakimś kraju od dość dawna, mówi się jego językiem, a któż może mi zaręczyć, czy w izbie sąsiedniej, tuż za ścianą sklepową, nie snują się w młodem pokoleniu romantyczne plany założenia nowej Judei nad Wisłą i czy mój polski grosz nie zasili realnie tych marzeń ? Od tej obawy jestem wolny bezwzględnie tylko w jednym wypadku : gdy staję wobec takiego samego Polaka, jak ja, wobec Polaka — daruj Pan — chrześcijanina.

Ci nieliczni żydzi, którzy istotnie wcieleni zostali w nasz organizm narodowy, skoro pragną, aby ojczyzna nasza stała się silna i zdrowa, aby jej polski charakter na zawsze został ubezpieczony, powinni zrozumieć i uznać tę naszą koniecz­ność przeciwstawienia się masie żydowskiej, a miło mi powiedzieć, że w ich gronie znam obywateli o imionach głośnych i zasłużonych, ludzi, otoczonych powszechną czcią, którzy tę konieczność praktycznie uznali.

List mój wywołały, Redaktorze, przytoczone przez Pana głosy polskich przeciwników bojkotu. Dla Pana : niestety, a dla mnie : na szczęście, są to głosy znikomej mniejszości. Fala ruchu za wyparciem żydów z Polski szeroko się rozlała i   przybiera wciąż na sile. Przeważna część prasy za kordo­nem, ale co ważniejze, naród w najruchliwszych i najzdrow­szych swych jednostkach, z nią płynie. Nie tylko w Króle­stwie, choć tam najgłośniej i najbujniej, ruch ten się krzewi. Wiem z doświadczenia, że kiełkuje on, bez żadnej zgoła agitacyi, i w naszej dzielnicy. Rzeczywiście jest to „żywioł”, jak Pan z lekką ironią zaznacza. Dokoła nas, w coraz to nowych ogniskach rodzin polskich, w coraz to nowych warstatach pracy, to poczucie obowiązku utrwalenia naszej siły narodo­wej w miastach i wydarcia tych miast z rąk obcych dochodzi do stanu świadomości, dojrzewa i krystalizuje się w czynie. To nam, zwolennikom tej sprawy, daje gwarancyę zwy­cięstwa i wskazuje, że likwidacya kwestyi żydowskiej w Polsce rozpoczęła się. Ci, którzy z powodu bojkotu drą szaty na sobie, jak panna Sempołowska, którzy kobietom polskim zarzucają „bezmyślną” nagankę, jak pani Teresa Lubińska, którzy nam prawią tanie kazania o humanitaryzmie, jak p. Staniszewski z Suwałk, którzy częstują nas „polskiem mie­szczaństwem bez różnicy wyznania”, jak „Kultura Polska” — na szczęście w Radomiu, którzy w naszej chęci życia widzą „zaślepienie szowinistyczne”, jak p. Stanisław Patek, którzy, jak p. Zygmunt Kisielewski, rodaków swych, pragnących, abyśmy sami sobie wystarczyli, usiłują dosięgnąć „pogardą i    szyderstwem”, ci stanowią sporadyczne okazy. Pan powiesz: Niestety ! Ja mówię : Dzięki Bogu !

Ale nie mogąc zejść się z Panem, mam nadzieję zbliżyć się do Niego, wyrażając jaknajsilniej podkreślone pragnienie, by w walce, jaka się przed naszemi oczyma rozpoczęła, w interesie dobrej sławy polskiego imienia stosowane były ludzkie, kulturalne i ściśle pokojowe środki. Ci wszyscy, którzy młodemu ruchowi życzą zwycięstwa, winni czuwać, by zachował nadal swój dotychczasowy pozytywny, twórczy cha­rakter, bez żadnych zboczeń i wynaturzeń. Środkami godzi­wymi : solidarnością, miłością swoich, egoizmem zdrowym, na którym nam zbywało zawsze, odzyskajmy nasze miasta, od wieków nam z rąk wytrącone, a dziś zamieniane przez obcych przybyszów w placówki wrogie naszemu narodowi ! Tem życzeniem zamykając list, adresuję go idealnie do wszyst­kich, którzy tego życzenia jeszcze nie żywią, a tylko pozwa­lam sobie złożyć go na Pańskie ręce.

 

 

————–+++————–

No comments yet.

Leave a Reply

Intronizacja
Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE