Rozmowa z bp. Bernardem Fellayem, przełożonym generalnym FSSPX. cz.1.

Rozmowa z bp. Bernardem Fellayem, przełożonym generalnym FSSPX

(cz. 1)

Opublikowano 9 grudnia 2013, autor: Jakub Pytel

 mgr_fell

Serwis informacyjny DICI opublikował rozmowę z bp. Bernardem Fellayem, przełożonym generalnym Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X. Rozmowa została nagrana przed kilkoma dniami w Domu Generalnym FSSPX w Menzingen; poniżej zamieszczamy jej pierwszą część.

Nowy pontyfikat

Nowy pontyfikat może oznaczać konieczność wyzerowania naszych liczników. Zwłaszcza, że mamy do czynienia z papieżem, który tak bardzo różni się od swoich poprzedników w sposobie działania, przemawiania i rządzenia. To może sprawić, że poprzedni pontyfikat zatrze się w pamięci ludzi; i tak się po trosze stało. Przynajmniej gdy chodzi o pewien konserwatywny czy reformatorski kierunek przyjęty przez papieża Benedykta XVI. To pewne, że pierwsze interwencje nowego papieża wywołały wiele niejasności, niemal zamętu, w każdym razie kontrastowały z tym wcześniejszym kierunkiem.

Przykład: Franciszkanie Niepokalanej

Ich duchowość opiera się na wskazówkach o. Maksymiliana Kolbego.

To jest bardzo interesujące, ponieważ o. Kolbe domagał się walki dla Niepokalanej, walki przez Niepokalaną, zwycięstwa Boga nad Jego wrogami, a mianowicie – trzeba to powiedzieć – nad masonami. To bardzo ciekawe, gdy tak na to spojrzeć.

Ta walka przeciwko światu, przeciw duchowi świata czyni ich – można powiedzieć, że w naturalny sposób – bliskimi nam, ponieważ zaangażowanie w walkę ze światem łączy się z Krzyżem, łączy się z odwiecznymi zasadami Kościoła – tym, co nazywamy duchem chrześcijańskim. Ten chrześcijański duch najznakomiciej wyraża się w starej Mszy św., Mszy trydenckiej.

Tak więc, gdy Benedykt XVI wydał swoje motu proprio (Summorum Pontificum – przyp. tłum.), które znów uczyniło Mszę powszechnie dostępną, zgromadzenie to postanowiło podczas swojej kapituły – innymi słowy decyzją całej wspólnoty – o powrocie do starej Mszy; i naprawdę uczynili to niemal wszyscy, choć wiedzieli, jak wiele będzie to oznaczało kłopotów, bo sprawują opiekę nad parafiami. Ale te kłopoty nie były nie do pokonania. Kilku z nich zaczęło również stawiać pewne pytania dotyczące soboru.

W rezultacie jacyś malkontenci, może dwunastu – garstka zaledwie, jeśli wziąć pod uwagę liczbę wszystkich członków zgromadzenia (300 kapłanów i braci) – odwołało się do Rzymu, mówiąc: „Oni próbują narzucić nam starą Mszę, oni atakują sobór”. To sprowokowało bardzo zdecydowaną reakcję Rzymu, i to już za pontyfikatu Benedykta XVI – co trzeba dodać dla jasności sytuacji. Niemniej jednak wnioski z tego wyciągnięto i zastosowano środki dyscyplinarne już za pontyfikatu papieża Franciszka. Obejmują one między innymi zakaz odprawiania starej Mszy, który dotyczy wszystkich członków poza kilkoma, którzy mogą to robić za pozwoleniem tu czy tam… Jest to jednoznacznie sprzeczne z motu proprio, które mówi o prawie, o tym, że kapłani mają prawo celebrować starą Mszę i dlatego nie wymaga to zgody ani ordynariusza, ani nawet Stolicy Apostolskiej. Zatem jest to zupełnie szokujące i oczywiście jest to pewien sygnał.

Nowe podejście w Kościele

„Zamykamy nawias” – oto hasło użyte przez kilku progresistów na początku pontyfikatu papieża Franciszka. Myślę, że dla tych, którzy są nazywani progresistami, to jest to, czego chcieli. Innymi słowy chcieli skazać na zapomnienie pontyfikat Benedykta XVI i podjęte przez niego inicjatywy mające na celu, za pomocą kilku korekt, w mniej lub bardziej doskonały sposób, poprawę sytuacji – bo czyż można mówić o „restauracji”? Po części; w każdym razie było to co najmniej pragnienie wydobycia Kościoła z katastrofalnej sytuacji, w jakiej się znajduje.

Nowy papież miał inne perspektywy i zakwestionował niemal wszystko. Wszyscy zrozumieli – Benedykt XVI ma być zapomniany! Nie było sensu mówić: „Ależ nie! Jest to ta sama walka, Benedykta i Franciszka, ta sama walka!”. Oczywiście, nastawienie [tych dwóch papieży] wcale nie jest takie samo. Podejście, określenie problemów, które dotykają Kościół, nie jest takie samo! Ten pomysł wprowadzenia reform, które idą jeszcze dalej niż cokolwiek, co zostało zrobione do tej pory. W każdym razie nie należy mieć złudzeń, że reformy papieża Franciszka zakładają jedynie zmiany kosmetyczne!

Jak zatem wpłyną na Kościół? Bardzo trudno powiedzieć.

Atmosfera zagubienia

Nowy papież sprawia, że ​​ludzie zapominają [o tym, co go poprzedzało], bo jakby startował od zera; wielu zaskakuje, a wielu też obraża, ponieważ jego słowa rozdrażniają prawie wszystkich, nie tylko nas, ale w ogóle wszystkich konserwatystów.

W kwestiach moralności wypowiadał zaskakujące poglądy, na przykład [jego odpowiedź na] to pytanie dotyczące homoseksualistów: „Kimże ja jestem, aby [ich] osądzać?”. No cóż, na przykład papieżem! On jest tutaj, na ziemi, najwyższym sędzią. Zatem jeśli jest ktoś, kto może sądzić, kto musi sądzić i ogłaszać prawo Boże światu, to jest nim właśnie on! To, co papież myśli osobiście, nie interesuje nas – tym, czego od niego oczekujemy, jest bycie głosem Chrystusa, a zatem i głosem Boga; jest powtarzanie nam tego, co mówi Bóg!

A Bóg nie powiedział „Kimże Ja jestem, aby sądzić?”. W rzeczywistości mówi coś innego: potępienia obecne w pismach św. Pawła, a nie tylko w Starym Testamencie (np. te dotyczące Sodomy i Gomory) są bardzo wyraźne. Św. Paweł oraz św. Jan w Apokalipsie bardzo zdecydowanie wypowiadają się przeciwko całej tej tłuszczy zachowującej się w sposób sprzeczny z naturą. Dlatego wyrażenia takie jak to, nawet jeśli później zostaną „poprawnie wyjaśnione”, sprawiają wrażenie, że na wiele tematów zostało powiedziane A i nie-A. To tworzy klimat zamieszania, ludzie są wytrącani z równowagi – oczekują koniecznej jasności w dziedzinie moralności, a jeszcze bardziej w dziedzinie wiary; w dwóch dziedzinach, które się łączą. Wiara i moralność to dwie rzeczy, których Kościół naucza i w których może powoływać się na nieomylność, a tu nagle widzimy papieża czyniącego mgliste deklaracje… I na tym nie koniec. Oto podczas wywiadu udzielonego jezuitom1 papież atakuje tych, którzy domagają się jasności. Nieprawdopodobne! On nie używa słowa „jasność”; używa słowa „pewność” (certezza – przyp. tłum.), [mówi o tych, którzy] chcą pewności doktrynalnej. Oczywiście, że ludzie tego chcą! Gdy ma się do czynienia ze słowami samego Boga, naszego Pana, który mówi, że nawet jedna jota nie może być opuszczona, lepiej być precyzyjnym!

Papież mniej wiarygodny

Trudno wyrokować na temat słów papieża, bo nieco później lub niemal w tym samym momencie można usłyszeć jego słowa – dotyczące wiary, pewnych jej kwestii, pewnych kwestii moralnych – które są bardzo jasne, w których potępia grzech i diabła; stwierdzenia, które stanowczo i jasno zaświadczają o tym, że nikt nie może osiągnąć nieba bez prawdziwego żalu za grzechy, że nikt nie może oczekiwać miłosierdzia od Boga, jeśli prawdziwie nie żałuje za swoje grzechy. Wspominam o tym, żeby dać wyraz naszemu z tego zadowoleniu – to trzeba powiedzieć. Ale, niestety, papież już roztrwonił dużą część mocy, jaką posiadają jego słowa, właśnie ze względu na zawarte w nich sprzeczności.

Myślę, że jednym z największych nieszczęść spowodowanych przez takie sprzeczne oświadczenia jest utrata przezeń wiarygodności. To przez nie papież utracił wiele ze swej wiarygodności Najwyższego Pasterza i kiedy będzie mówić o ważnych rzeczach, teraz czy w przyszłości, to jego słowa zostaną potraktowane jak każde wcześniejsze. Ludzie powiedzą: „On stara się zadowolić wszystkich: jeden krok w lewo, jeden krok w prawo”. Mam nadzieję, że się mylę, ale można odnieść wrażenie, że będzie to jedna z cech tego pontyfikatu.

Im wyższy sprawuje się urząd, tym ostrożniej trzeba dobierać słowa – jest to szczególnie prawdziwe, gdy idzie o wypowiedzi papieża. Myślę, że on za dużo mówi. I dlatego jego słowa stają się mętne, wulgarne – w głębszym znaczeniu tego słowa (vulgaris to po łacinie ‘pospolity, zwykły’ – przyp. tłum.). Non decet: to nie przystoi, nie tak powinien działać papież. Nie da się już odróżnić, co jest jego prywatną opinią od tego, co należy do doktryny… wszystko natychmiast się miesza. „Och, ale to mówi papież!”. Papież nie jest osobą prywatną. Oczywiście może mówić jako prywatny teolog, ale to nadal mówi papież! A prasa nie napisze: „To jest prywatna opinia papieża”, ale raczej: „To papież tak mówi; Kościół tak uważa”.

Papież, człowiek czynu

Nie sądzę, żebym mógł się ośmielić powiedzieć, że już mogę dokonać syntezy. Dostrzegam wiele rozbieżnych elementów, widzę człowieka czynu. To jest prymat działania, nie ma wątpliwości. To nie jest człowiek doktryny. Pewien Argentyńczyk powiedział do mnie: „Wy, Europejczycy, macie wielką trudność ze zrozumieniem jego osobowości, ponieważ papież Franciszek nie jest człowiekiem doktryny, on jest człowiekiem czynu, praktyki. Jest człowiekiem bardzo pragmatycznym, przyziemnym”. Widać to w jego kazaniach; jest blisko ludzi i być może to sprawia, że ​​jest bardzo popularny, ponieważ to, co mówi, dotyka wszystkich. On też drażni po trosze każdego, ale twardo stąpa po ziemi. Nie ma tam zbyt wiele teorii. Widać to wyraźnie – to jest działanie, po prostu.

To jest to, co widać. Ale jaki to będzie miało wpływ na Kościół? Jakie będą tego konsekwencje dla życia całego Kościoła? Czy jest to po prostu głos wołającego na pustyni, który nie wywrze żadnego wpływu, czy też wręcz przeciwnie – będzie się na niego powoływać dla własnych korzyści jedna, progresywna część Kościoła? To jasne, że jej przedstawiciele chcieliby z tego skorzystać.

Co ciekawe, nawet teraz – w tej analizie sytuacji Kościoła – można zobaczyć, że padają niezgrabne sformułowania, niektórzy wyciągają z nich wnioski, a później nadchodzą „wyjaśnienia” (próba przywrócenia właściwego rozumienia doktryny). Były już jedno lub dwa takie niezwykłe wyjaśnienia – interwencje prefekta Kongregacji Nauki Wiary, który ponownie przedstawił, jasno i zdecydowanie, kwestie, które zostały rozmyte przez papieża. To jest prawie tak, jakby rolą prefekta Kongregacji Nauki Wiary było cenzurowanie czy korygowanie… to jest nieco niezręczne! W końcu, w pewnym momencie postępowcy zmienią zdanie i powiedzą, że to nie jest to, czego się spodziewali. Tymczasem papież daje im nadzieję, fałszywą nadzieję…

Modernistyczny papież?

Użyłem słowa „modernista”. Myślę, że nie przez wszystkich zostało to zrozumiane2. Być może powinienem był powiedzieć „modernista w swoich działaniach”. Powtarzam, to nie jest modernista w sensie absolutnym, teoretycznym: człowiek, który rozwija cały spójny system; taka spójność tutaj nie zachodzi. Są prądy, np. prąd ewolucyjny, które są związane właśnie z działaniem. Kiedy papież mówi, że chce niejasności w doktrynie, [i] kiedy wprowadzana jest wątpliwość – nie tylko niejasność, lecz właśnie wątpliwość – [kiedy] posuwa się do stwierdzenia, że nawet wielcy przywódcy Ludu Bożego, tacy jak Mojżesz, pozostawiali miejsce na wątpliwości… Znam tylko jedną wątpliwość Mojżesza – kiedy wątpił i uderzył w skałę! Bóg ukarał go za to i Mojżesz nie mógł wejść do Ziemi Obiecanej. Tak było! Nie sądzę zatem, by ta wątpliwość wyszła Mojżeszowi na dobre. Później był już raczej stanowczy w swoich twierdzeniach… nie wątpił. To naprawdę zaskakujące, ten pomysł, że co do wszystkiego muszą zachodzić wątpliwości. To bardzo dziwne. Nie powiem, że to przypomina Kartezjusza, ale… to tworzy pewien klimat. A to, co jest bardzo niebezpieczne, to to, że oni tak to zostawiają w gazetach i mediach… Papież jest do pewnego stopnia ulubieńcem mediów, jest poważany, chwalony, pokazywany, ale nie ma to wiele wspólnego z sednem sprawy.

Sytuacja się nie zmieniła

To jest atmosfera, która pojawiła się obok rzeczywistej sytuacji Kościoła, ale sama sytuacja nie uległa zmianie. Przeszliśmy od jednego pontyfikatu do drugiego, a sytuacja Kościoła pozostała taka sama. Podstawowe kierunki pozostają takie same. Na powierzchni występują rozbieżności – można powiedzieć, że są to wariacje na temat dobrze znanego motywu! Podstawowe twierdzenia, np. te dotyczące soboru. Sobór stanowi reinterpretację Ewangelii w świetle współczesnej czy nowoczesnej cywilizacji – papież użył obu określeń.

Myślę, że powinniśmy zacząć od bardzo poważnego pytania o definicję tego, czym jest współczesna, nowoczesna cywilizacja. Dla nas i dla przeciętnych śmiertelników jest to po prostu odrzucenie Boga, to jest „śmierć Boga”, to jest Nietzsche, to jest szkoła frankfurcka, to jest niemal powszechny bunt przeciwko Bogu. Widzimy to niemal wszędzie. Widzimy to w przypadku Unii Europejskiej, która w konstytucji odmówiła uznania swoich chrześcijańskich korzeni. Widzimy to we wszystkim, co propagują media, w literaturze, filozofii, sztuce – wszystko zmierza ku nihilizmowi, do afirmacji człowieka bez Boga, a nawet do buntu przeciwko Bogu. Zatem jak można w tym świetle ponownie odczytać Ewangelię? To jest po prostu niemożliwe, to jest kwadratura koła! Zgadzamy się z podaną definicją i wyciągamy z niej wnioski, które są diametralnie różne od tych papieża Franciszka, który posuwa się do tego, aby pokazać, ujawnić dalszą część swojej myśli i powiedzieć: „Spójrz na dobre owoce, wspaniałe owoce soboru – spójrz na reformę liturgiczną”. Oczywiście, że to przyprawia o dreszcze! Ponieważ reforma liturgiczna została opisana przez jego bezpośredniego poprzednika jako przyczyna kryzysu Kościoła, to trudno jest zrozumieć, jak nagle może być ona określana mianem jednego z najlepszych owoców soboru! To z pewnością jest owoc soboru, ale jeśli jest on dobrym owocem, to wówczas co jest piękne i dobre, a co złe? Człowiek może czuć się skołowany!

W tłumaczeniu (z jęz. angielskiego) zachowano mówiony styl wypowiedzi.

 

  1. Chodzi o wywiad udzielony przez papieża Franciszka jezuickiemu tygodnikowi „America” i opublikowany w numerze z 30 września br. – przyp. red.
  2. Nawiązanie do słów, których bp Fellay użył 13 października br. podczas kazania w kościele św. Wincentego à Paulo w Kansas City, zob. notkę USA: Biskup Fellay o negocjacjach doktrynalnych z Rzymem i papieżu Franciszku.
No comments yet.

Leave a Reply

Intronizacja
Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE