Cecylja Tormay: Księga Tułaczy R.2-4.

II Rewolucja na Węgrzech.

W tym czasie odbywał król narady w Godolo. Wówczas to wyszło w Pe­szcie na jaw, owo dwuznaczne to­warzystwo, które się ukonstytu­owało w nocy 22 października w pałacu Karolyi‘ego, przyjmując nazwę ,,Rady Narodo­wej”. Oddział szturmowy zniszczenia, Kółko Galilejczyków pojawiło się znowu. Stanęło ono pod sztandarem danym manifestantom przez Karolyi‘ego, przebiegło miasto i doszło aż do Pałacu Królewskiego, Chorąży, niejaki Rappaport, student medycyny, pochodzący z Galicji, zaczepił sztandar u jednego z okien zamku i przemówił do motłochu, napełniającego pod­wórze. Zbezcześcił króla, głosząc chwałę Karolyi’ego i Republiki. Miasto było obojętne. Faktycznie bowiem tylko ulice, któremi przechodził z niemożliwym hałasem pochód Galilej­czyków, wiedziały o tem co zaszło. W pałacu Karolyi‘ego ludzie wchodzili i wychodzili po­śpiesznie wielkiemi drzwiami. Zapewniano, iż kryli się w nim dezertujący oficerowie i żoł­nierze i odbywały się tajne zgromadzenia.

CT s

http://gazetawarszawska.com/

Co się przygotowywało? Nikt o to nie pytał. Pisma drukowały długie artykuły o grypie hisz­pańskiej. Epidemja była poważną, pogrzebów dużo, lecz pisma jeszcze zło przesadzały. Po­dawały fantastyczne cyfry, twierdząc, iż zakłady  pogrzebowe nie mogą podołać pracy, że grzebią nocami przy świetle pochodni. Wszę­dzie panował strach przed zarazą. Grożącego nam straszniejszego widma rozruchów nie oba­wiano się wcale, gdyż nie widziano go. Nadszedł dzień straszny. Dowiedzieliśmy się, iż, wskutek agitacji prasy Karolyi‘ego, zło­żył broń oddział węgierski na froncie włoskim i   wraz z nim pułk wiedeński Deutschmeistra… Wyłom ten otworzył siłom wojennym Ententy dostęp do Piawy. Ostatnim wysiłkiem energji rozbili je jednak nasi zmuszając wroga do cofnięcia się. Anglicy wypuścili tanki. Sze­regowcy, wśród których niszczono dyscyplinę drogą agitacji, nie mogli wytrzymać natarcia. Zbuntowali się i, jak powiadają, generał Wurm zabity został przez własnych żołnierzy.

W Budapeszcie świeciły cenzurowane dzienniki białemi plamami, na ulicach zaś mó­wiono głośno o ,,Radzie Narodowej”. Opowiadano, iż na placu Gizelli w lokalu koła partji Karolyi‘ego, na trzecim piętrze, można było składać przysięgę owej Radzie. Wi­dać było wśród tłumu niezwykłą ilość wałęsa­jących się żołnierzy. Po raz pierwszy zobaczy­łam na ulicach marynarzy. Skąd się wzięli?

Nazajutrz, w niedzielę 27 października (pa­miętam to doskonale), nie ruszałam się z domu. Ludzie spędzający lato w Hiivosvolgy wrócili pośpiesznie do miasta. Panowała cisza, obci­nałam suche gałązki krzewów w ogrodzie. O wypadkach wiedziałam tylko z gazet. W wilję dnia tego, za radą Karolyi‘ego przyjął król w Gódóllo radykalnego dziennikarza Oskara Jaszyego oraz dwu przedstawicieli kor- poracyj. Zygmunta Kunfi i Ernesta Garami dziennikarzy socjalistycznych. Prasa Karolyi’- ego triumfowała. Zdobywszy czego chciała, na­brała odwagi i mówiła pogardliwie nawet o  królu. Biedny młody król! Można jeszcze było w owej chwil uratować wszystko, lecz trzeba było pięści silnej, któraby uderzyła w stół. Piękna ręka króla podług, słów Jaszy‘ego, ner­wowo bawiła się pierścionkiem… Para monar­sza odjeżdżała tegoż samego wieczoru do Wiednia. Zostawiali swe dzieci w kró­lewskim zamku Gódóllo, a zabierali ze sobą Karolyi‘ego w specjalnym dworskim pociągu.

„Michał Karolyi, prezes Rady, wybrany przez Węgry“, pisały dzienniki poranne. W mie­ście odbyło się na placu Parlamentu wielkie zgromadzenie ludowe. Lovaszy, Basthyany, niejaki Garbai i ,,towarzysz“ Pogany wypo­wiedzieli mowy agitacyjne. Jakaś grupa hu­śtała na znak aprobaty słup, na którym wisiał manekin, mający wyobrażać Tisżę. Wieczorem, w okolicy dworca Wschodniego oczekiwał tłum powrotu Karolyi‘ego z Wiednia.

Później zatelefonował do mnie brat mój Gera. Powrócił był z Badenu, z kwatery głów­nej. Arcyksiąże Józef i Michał Karolyi przy­jeżdżali tym samym pociągiem. Król odwołał arcyksięcia z frontu włoskiego, wysyłając go do Budapesztu jako homo regius.

Arcyksiąże usłuchał, chociaż wolałby połą­czyć się ze swemi oddziałami i przyprowadzić je do stolicy, dla zrobienia w niej porządku. Nie mówił z Karolyi‘m. Dwa ważne błędy. Arcyksiąże przybywał do Budapesztu bez­bronny, Karolyi zaś, zadraśnięty w swej niepo­skromionej próżności, przybywał, gotów do zemsty. Na dworcu młodzież Kółka Galilejczy­ków przyjęła go mowami. Machał długą żółtą dłonią, wołając żywo: „Nie poświęcę niezależ­ności Węgier“.

Dnia 28 października tłum zgromadzony dokoła klubu partji Karolyi‘ego, po gorącem przemówieniu dwu dziennikarzy demagogicznych Barny Buzy i Władysława Fenyesa, skierował się pod przewodnictwem przemysłowca z Ma- tyasfoldu w stronę Dunaju, by wejść do twier­dzy i domagać się od arcyksięcia Józefa nomi­nacji Karolyi’ego: „On jeden może nam zapew­nić dobry układ pokojowy“. Na moście Łańcu­chowym powstało zamieszanie. Tłum zwymyślał policjantów. Były wystrzały. Policja odpowie­działa. Padły trupy. Tego tylko potrzeba było agitatorom… Zaryczeli: „Trupy te zrobią rewo­lucję../* Ile dni przeszło od tego czasu? Je­den… dwa… trzy… wszystkiego cztery dni. Jak się to już zdaje dalekiem… już… Cztery dni… Zmęczona grzebałam się w myślach.

Dwudziesty dziewiąty października. Przed oczami przesuwały mi się obrazy bez związku.

Błotniste pola. Bielony wapnem domek na skraju lasu, zapuszczony ogródek, w którym po starych drzewach i ścieżkach wił się bluszcz. Od wielu lat chodziłam tam po zieleń na dzień Zaduszny. W tym roku w domku leśnym, o da­chu wygiętym, jak skrzydła chrząszcza, mie­szka jakiś obcy. Dawni mieszkańcy wyprowa­dzili się, nowy zaś lokator wydaje się zaniepo­kojonym otwierając na moje pukanie drzwi ogródka. Patrzy ku drzwiom nieufnie. Nazywa się Stern czy Singer, już nie pamiętam. Sprze­dając mi bluszcz, mówi nerwowo.

—   Okolice te są teraz naprawdę niebardzo bezpieczne. Liczni dezerterzy włóczą się po lesie. W nocy sypiają po pustych willach.

Spytał mię, do czego mi potrzebny bluszcz.

—   W tym roku, — powiadał — będą cmen­tarze zamknięte na Dzień Zaduszny. Obawiają się zgromadzeń z racji epidemji. A zresztą… kto wie co się stanie do tego czasu, jeśli się król uprze i Michał Karolyi nie będzie premjerem ministrów.

—    Mam nadzieję, że nim nie będzie.

Człowiek popatrzał na mnie gniewnie.

—     Trzeba, by się dostał do władzy i socjaliści również. Oni jedni uratują Węgry.

—     Spodziewacie się zbawienia ojczyzny od tych, którzy zaprzeczają idei ojczyzny.

—     Rozumiem to inaczej, — odrzekł człowiek — Nieszczęście Węgier pochodzi stąd, iż mówiono tu zawsze o ojczyźnie i narodzie, A jednak ani ojczyzna, ani naród nie istnieją. Co do mnie, obojętnem mi jest gdzie mieszkam, w Moskwie, w Monachjum, czy w Belgradzie. Jest to mi całkowicie obojętnem, jeśli mi jest dobrze. Oto ideał, który tylko socjalizm zreali­zować może.

—     Z komunizmem, jako cel ostateczny. —

—     Później… — tak, — odrzekł człowiek półgłosem.

—     A doświadczenie rosyjskie? Czy sądzi­cie, że się tam urzeczywistniło szczęście ludz­kości?

—     To tylko przejście, — odparł człowiek.

—     Przejście, od którego umrzeć można.

Deszcz począł padać białawemi smugami wśród gór.

…Domek ów, mieszkaniec jego i ogródek znikły w mej pamięci. Ujrzałam obraz inny. Pewnego wieczoru, jak zawsze w wigilję Wszy­stkich Świętych, matka moja, siedząc w salonie w świetle przysłoniętej lampy splatała wianek bluszczowy na grób mego ojca.

—     Lepszą jest dla niego śmierć, niż życie na świecie, gdzie się dzieją takie rzeczy, — rzekła.

Tam, nad Piawą klęska. W polu zbuntowała się flota. Na równinie Wenecji przerwany front. Gdy tak rozmawiamy o wszystkiem, matka moja splata wieniec milcząca…

Wreszcie wszystko zaciera się w pamięci.

III Antymilitarysta ministrem wojny,

2 listopada

Smutny ponury ranek leżał ponad domami, W tramwajach idących ku miastu ludzie byli jak pogoda: szarzy, smutni i zmoknięci. Mówili o buncie w obozie jeńców rosyjskich Rozbrojono ich.,, pouciekali… Małemi banda­mi… zaczynają grabić. Pod Vaczem wywiązała się prawdziwa bitwa, dużo zabitych, rannych. „Nic podobnego** — zaprzecza inny „tam byli marynarze*’. Nikt nic nie wie pewnego.

Tramwaj elektryczny objeżdżał górę Budy, Na miejscu przesiadania, na placu Ireny, kupi­łam dziennik. Jak doniesienie o głośnem zwy­cięstwie rzucały się w oczy olbrzymie litery. „Złożyliśmy broń na wszystkich frontach. W ra­zie okupacji zażądamy wojsk francuskich i  angielskich”.

Coś ścisnęło mię za serce, gniotło je, mę­czyło i znowu przyszły mi na myśl Gorlice, Li­manowa, Lovcen, Doberdo… Dziennik donosił dalej: „Trzeba nam jeszcze sześciu tygodni dla zdobycia pokoju. Król zwolnił nowy rząd ze złożonej mu przysięgi… Rząd zdecydował zasadni­czo ogłosić Republikę… Rząd złożył w Ratuszu przysięgę Radzie Narodowej. „Złożyliśmy broń! Okupacja obca! Król rozgrzesza krzywoprzysięzców! Republika na Węgrzech! Odrzuciłam precz dzienniki… wrogi. Przybyliśmy na koniec mostu Małgorzaty od strony Pesztu. Tramwaj stanął. Chciałam się przesiąść. Jakiś kontroler zamruczał: „Komunikacja przerwana. Niech pani idzie pieszo”.

Na ulicy Szemelynok mury pokryte były plakatami. Wyroki. Rozporządzenia. Odezwy. „Obywatele, sława, cześć i hołd triumfującemu ludowi Budapesztu. Rewolucja ludu jest zwy­cięską..” Dalej podpis: „Pierwszy demokra­tyczny rząd Węgier”. Dalej jeszcze jedno zda­nie: „Naczelnik demokratycznego rządu wę­gierskiego Michał Karolyi, rozporządza władzą cywilną i wojskową”. Wiele słów, słów nieja­snych. Czytałam ostatnie wiersze odezwy rzą­du demokratycznego: „Dla zapewnienia w oko­licznościach obecnych przejścia do życia spo­kojnego i pokojowego, organizujemy Rady żoł­nierskie i Straż narodową, by pokój wieczny rozciągnął nad nami wszystkimi zgodne panowanie swoje”.

Czerwone i białe papierowe plamy i szereg zmienionych podpisów: Heltai, pełniący obo­wiązki gubernatora Placu.

Linder — minister wojny.

Linder… Nie słyszałam nigdy nazwiska czło­wieka tego podczas wojny. A jednak zdaje mi się, że go znam… Przypomniało mi się nagle, żem go spotkała na jakimś wieczorze i jakimś fiveoclock`u. Za każdym razem sprawił na mnie wrażenie człowieka pijanego.

Na brukowanym placu Parlamentu ludzie tłoczyli się. Z sąsiednich ulic przybywały czar­ne postacie, oficerowie w mundurach wojen­nych i konni policjanci. Orkiestra honvedow wymaszerowała. Pośrodku placu wytworzył się kordon wojskowy.

—     Co się tu dzieje? — spytałam jakiejś ko­biety stojącej głupkowato wśród gapiów na brzegu chodnika.

—     Nie wiem.

Młody człowiek, zdający się być jej krew­nym, odpowiedział za nią:

—     Oficerowie garnizonu budapeszteńskiego (lokalnej straży) składają przysięgę Radzie Na­rodowej.

—     Ilu ich jest — rzekła.

Uczyniła szyją ruch kaczki w kałuży. Mło­dzieniec śmiał się pogardliwie:

—      Nie więcej czterystu.

Z dźwięku głosu i akcentu jego pomyślałam, iż był to Sekler.

Samochody przechodziły koło mnie, aero­plany unosząc się w górę zrzucały krótkie pro­klamacje. „Zwycięstwo Rewolucji! Lud zwycięży .

Potężna masa gmachu Parlamentu ciężyła nad brzegiem Dunaju, jak zębata, zgnieciona skała mgły. Na froncie jego nie widać było rzeźbionych herbów starożytnych komitatów i posągów dawnych madjarskich monarchów.

Na prawo i na lewo rozciągał się plac aż do rzeki, na dalszym zaś planie Budy, widzia­nym przez mgłę, wznosił się na brzegu widmo­wy konny rycerz ze spiżu. Był to pomnik Andrassy’ego, wielkiego ministra spraw zagra­nicznych. Zdawało mi się, jakby jeździec uczy­nił ruch, by zwrócić konia i puścić go wzdłuż Dunaju, grzmiąc po ziemi bronzowemi podko­wami. Może chciał zobaczyć, czy rzeka nie zmieniła swego łożyska, rzeka rzeźbiąca w zie­mi od Czarnego Lasu do Morza Czarnego to samo, co on jako minister wpisywał w traktaty. Czyżby wielki Dunaj, rzeka losu naszego, bieg swój zmieniła? Czyżby zerwała więzy łączące ją. z ciałem Europy, że się ośmielono zaprze­czyć sojuszowi?

„.Mgły włóczyły się po żółtych drzewach. Zasłona zatrutego miasta odbijała się w wo­dach, które zatruwała. Rzeka niosła truciznę i, kto wie, może już jutro przerznięte przez nią okolice ogarnięte zostaną przez wrzenie.

Jutro… Wszystko zapadało w tumanie. Do­koła placu przebijały się przezeń domy o nie­zliczonych oczach. U stóp ich wilgotny asfalt odbijał sylwetki przechodniów. Wszędzie lu­dzie: w oknach, na schodach Parlamentu, po­między dwoma bronzowymi lwami. Spojrzałam na zegarek, była jedenasta. Przyjechał samochód powitany wiwatami. W środku kręgu, pomię­dzy wszystkimi stanął jeden człowiek. Wstąpił na schody Parlamentu, ubrany był w ciemny strój zimowy, na głowie miał sztywny filcowy kapelusz, na szyi — krawat czerwony. Był to Linder, minister wojny. Rozpoczął od porusza­nia kapeluszem w powietrzu, jakby łapał mo­tyla. Usłyszałam niektóre słowa jego. Mówił to­nem ostrym, jąkając się trochę: ,,Żołnierze, wy­magam dyscypliny!… Spełniliśmy sumiennie obowiązek nasz na polu bitwy… wierzyliśmy w ideał, za któryśmy walczyli… Otóż ja, wasz minister wojny, oznajmiam głośno, że ideał ten był fałszywy!…“ Spodziewałam się, że przy tych słowach człowiek ten zostanie natychmiast za­mordowany. Było tam czterystu oficerów. To­by wystarczyło,

—       Kształtuje się nowy porządek świata! — zawołał Linder,

Obok mnie, krępa kobieta zaczęła znowu poruszać szyją, skarżąc się:

—       Nic nie rozumiem.

Szczupły człowiek w wytartej kurtce wy­ciągał szyję, by lepiej słyszeć,

—       Mówi, że nas nie zwyciężono, Źe to my jesteśmy zwycięzcami, Lud, obdarzony władzą, triumfuje. Obaliliśmy ten porządek obłudy.

—       Nie rozumiem — odpowiedziała kobieta, podrażniona.

Słychać było słowa Lindera:

—       Gdyśmy bili Moskali, gdy chodziło tylko o obronę narodu, musieliśmy walczyć jeszcze. Dla celów imperjalistycznych, militarystycznych, egoistycznych.,,

—        Aha — rzekła kobieta.

Nudziła się. Głos pośrodku placu wołał: „Ośmielam się powiedzieć, iż powinszować so­bie możemy tak długiego trwania tej wojny. Musiała ona obalić tysiącletnie tradycje, nie­wolnictwo dziesięciu stuleci, tysiąc lat tyranji”. Ten również mówi o ruinach, nagromadzonych przez tysiąc lat istnienia, Cóż się dzieje w tem mieście?,.. Było trochę oklasków, podrzucono w górę kilka kapeluszy. I plac stał się ponow­nie niemy. Minister wojny zaczął znowuż po­wiewać kapeluszem, Twarz jego zaczerwieniła się z wysiłku, I wyrzekł nagle: „Nie chcę już widzieć żołnierzy“,

W owej chwili zdawało mi się, żem źle zrozumiała. Kto przemawia w ten sposób. Mini­ster wojny rządu, nakazującego cofanie się na wszystkich frontach pod pretekstem, iż „oj­czyzna węgierska potrzebuje swej armji dla obrony granic? Nie, to niemożliwe. W chwili zbliżania się Serbów, w chwili, gdy orędzie Wilsona oddaje nas na pastwę chciwości Cze­chów, Rumunów i Słowian Południowych. Nie­bezpieczny warjat lub groźny złoczyńca prze­mawiał ustami tego człowieka. Ale przecież on pijany! Czy nie widzą jego twarzy? Czy nie widzą, jak się wykrzywia i chwieje? Jeszcze nic się nie stało. Ludzie nie pojęli straszliwej treści słów jego. Można je zabić w powietrzu, jak zjadliwe osy. Mogą one jeszcze zniknąć niepostrzeżone.

Obok Lindera poruszała się jakaś długa, żółta głowa. Na stopniach kamiennych stał hrabia Karolyi. Poniżej ukazała się oliwkowa pełna twarz: to Oskar Jaszi, sufler Karolyi‘ego. A więc oni są tu także. Słyszą wszystko. Ka­rolyi kiwa twierdząco głową. Jaszi uśmiecha się. On już nie chce widzieć żołnierzy.

Jakżeż więc teraz podtrzymać dyscyplinę w wojsku? W czyje ręce wpadnie broń, rzucona na zie­mię? Ogłasza anarchję. Nie chce już widzieć żołnierzy… Rozległy się wiwaty.

—      Przysięgajcie! — woła Linder.

Wewnątrz kordonu stali w prawidłowym szeregu oficerowie straży lokalnej. Żołnierze króla Węgier składali przysięgę Radzie Naro­dowej Michała Karolyi‘ego. Jakiś zły czar pa­nował nad placem. Niewidzialne, straszne, hypnotyzujące oko trzymało wszystko w swej władzy. Drżałam w nieskończonem mem osa­motnieniu, na tym placu, aż czarnym od ludzi.

Po złożeniu przysięgi, zadźwięczały trąby. Muzyka Honvedow podniosła kotły. Co to jest? Myśl moja przy dźwiękach tych drętwieje zno­wu. Ponad placem rozlega się wielki hymn na­rodowy państwa, z którym walczyliśmy twa­rzą w twarz podczas wojny, narodu, stojącego obecnie na czele zwycięzców naszych i goto­wego rzucić się na nas. Pieśń ta, pełna zapału, którą grają oni w miastach swych, przystrojo­nych w chorągwie, nad brzegami Sekwany i Marny, obchodząc zwycięstwo, pieśń, głoszą­ca i c h sławę, a nasze upokorzenie. Ach, gdyby lud francuski zwyciężonym został w woj­nie wszechświatowej, czy sądzicie, że w Pa­ryżu, na placu Concorde, słyszanoby dzisiaj Deutschland, Deutschland iiber a 11 e s?…

Zaciskałam zęby, tłumiłam ból. Dźwięki Marsyljanki wirowały ponad mą głową. Nie­czuła byłam jednak na ich piękno. Słyszałam tylko muzykę straszną. Z kotłów wypływała pieśń urągania. Uderzenia bębnów biły mię w skronie, cymbały dźwięczały naszą klęską.

Żołnierze rozproszyli się. Plac opustoszał powoli.

Nad Parlamentem znowu zapanowała cisza melancholji. Na wybrzeżu ponad bramą połud­niową nie widać już było we mgle bronzowego jeźdźca. Czy odjechał? Czy stał tam? Nie wi­działam…

 

4

49

Księga tułaczy

No comments yet.

Leave a Reply

Intronizacja
Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE