Tajemnica Witolda Pileckiego (pełna wersja) r.2.

 

+++

Koszer u żydów to sprawa zasadnicza i wręcz tajemnicza. Choć sam w sobie nie jest on warunkiem wystarczającym do sukcesu w życiu ziemskim, to z drugiej strony jest surowo bezwzględnie niezbędny do pełnienia wielu całkowicie pierwotnych funkcji społecznych. Andrzej Romanowski jest niewątpliwie koszerny, bo powierzono mu bardzo ważną rolę ześwinienia pamięci Rotmistrza Witolda Pileckiego, czego to dobitnym wyrazem jest poniższy artykuł   – zatytułowany Tajemnica Witolda Pileckiego” – a takiego draństwa nie może uczynić byle kto, a jedynie ktoś z nadanym mu tym ważnym namaszczeniem.

Zaraz po publikacji i tego artykułu w Polityce pojawiły się zarzuty wobec Romanowskiego mówiące to, że jest on żydem. To niekoniecznie tak być musi, bo wiadomo przecież, że nie wszystko złoto, co się świeci. Niechlujna zapluta broda i znerwicowane oczy, łatwo zauważalna zmienność nastrojów  czy świnienie na poziomie Urbana nie czynią jeszcze człowieka żydem. Niewątpliwie powyżej zaznaczany problem certyfikacji koszerem musi tu występować, jest to w tym wypadku absolutnie niezbędne, ale Romanowski może być koszerny niekoniecznie przez to, że jest żydem, ale np. przez to, że jest nieochrzczony,  lub że certyfikuje go żydowska żona lub partnerka, albo nawet i partner, bo to u żydów zawsze było popularne, a teraz to jest nawet bardzo „trendy”.

Romanowski już w młodym wieku pisywał w probierzu koszernej antypolskości, jakim był i jest nadal Tygodnik Powszechny, jeździł na fuchy w Ameryce, które były finansowane przez piłsudczyznę, no i ostatnio został nobilitowany różnymi żydowskim nagrodami – czyli jest osobnikiem godnym zaufania, którego się opłaca. Sam fakt opublikowania tego pomyja w tygodniku Polityka jest sygnałem, że sprawa jest arcyważna. Polityka to – nie inaczej – również koszer i to sięgający przedwojennego Buntu Młodych kierowanego przez Giedroycia. Po wojnie, za czasów redaktora naczelnego żyda Rakowskiego, Polityka – jako jedyne wydawnictwo – nie podlegała cenzurze państwowej, co świadczy o tym, gdzie faktycznie znajdowała się władza w PRL-u.

Ten poniższej podany pomyj Romanowskiego nie jest pierwszy, ani jedyny w najnowszej historii Polski, jest on bardzo podobny do świństwa  pt. „Biedni Polacy patrzą na getto” – Jana Błońskiego opublikowanego w 1987 roku. Tam wówczas równie koszerny intelektualista krakowski wystąpił wtedy, jako taki sam kloako-miot, jak obecnie Romanowski http://gazetawarszawska.com/2013/05/18/biedni-polacy-patrza-na-getto/  . Błoński napisał ten paszkwil o czasach okupacji w Polsce, próbując narzucić Polakom moralny obowiązek podcierania żydów, o i ile tylko żydzi są w takiej potrzebie.

http://gazetawarszawska.com/2013/05/17/czas-swin/

Artykuł Błońskiego powstał w ścisłym związku z wizytą Wojtyły w synagodze rzymskiej w 1984 roku. Podczas tamtej wizyty – aby sprostać oczekiwaniom gospodarzy – Wojtyła rozpędził się i ryczałtowo potępił „antysemickie” nauczanie Kościoła, papieży oraz świętych. To znaczy faktycznie: Wojtyła potępił jedynie samego siebie i tym samym wykluczył się z Kościoła. Bo jest oczywiste to, że Tradycji Kościoła nikt potępić nie może, bez rygoru własnej ekskomuniki, a co tam musiało być faktem. Świadomość tego wielkiego pęknięcia w Kościele, gdzie Papież udaje się do synagogi po to, aby tam oskarżać swoich wielkich poprzedników, a nawet dwa tysiące lat nauczania Kościoła, wywołała wielki wstrząs i przerażenie wśród wiernych. U żydów zaś – przeciwnie; poczuli oni wiatr w żaglach – wydarzenie to sprowokowało typowy dla nich stan „braku powściągu”.  Zaraz po tym przyprawieniu Kościołowi gęby przez Wojtyłę, żydzi odurzeni jego jednostronnym, nieodpowiedzialnym zachowaniem popadli w typowy im amok i rozpoczęli bojówkarskie ataki na Karmelitanki w Oświęcimiu http://gazetawarszawska.com/2012/02/11/kalendarium-konfliktu-oswiecimskiego/ ,  a to do tego stopnia, że powstało ryzyko wymordowania tych sióstr przez nasłane z różnych stron grupki żydowskich bandziorów, których wybitny dowódca wojskowy II wojny światowej Jaruzelski jakoś nie potrafił nijak poskromić. W trakcie tych paroletnich utarczek zauważono – ku zdziwieniu – słabą, ale kiełkującą, wzrastającą – może nawet niebezpiecznie – niechęć Polaków do żydów. Był to bardzo slaby, ale wyraźnie widoczny odwrót sympatii polskiej wobec żydów, jaką można było zauważyć w okresie przedsolidarnościowym, w którym żydzi – korowcy i wojtylianie –  jawili się półinteligenckim masom polskim jako „polscy patrioci” lub „dobrzy Polacy”, a nawet „lepsi polacy niż sami Polacy”. Widząc więc postępującą w Polsce utratę uczuć pozytywnych wobec żydów, zdecydowano się na atak i dokonano tego korytem Błońskiego.

Zauważmy tamto antypolskie środowisko w Polsce; lewactwo żydowskie przedwojenne, które po wojnie przejęło władzę nad całą Polską, a i nawet Kościołem. I antypolskie poza Polską; Watykan (posoborowy), media masowe na Zachodzie, komuniści, kapitaliści, ludzie dobrej woli. etc, a nawet i Niemcy, którzy (SIC!) proponowali przesiedlenie Karmelitanek do Niemiec(!) to po to, aby dać żydom wyłączność na obecność obozie w Oświęcimiu. Wszyscy, w Polsce i poza jej granicami, skupili się na problemie Klasztoru w Oświęcimiu,  „który rani religijną wrażliwość żydów”, i tamten artykuł Błońskiego  – powyżej  wymieniony – uruchomił potężny antypolski jazgot, który wręcz uniemożliwił racjonalną oraz prawnie poprawną obronę praw zakonnic w tym małym, skromnym klasztorze. Oczywiście obrona karmelitanek padła całkowicie, zostały one zniesławione i wypędzone z klasztoru. Skutki tamtej hańby widać dzisiaj po terrorze „Marszów żywych”, które z roku na rok mają coraz bardziej militarny (siłowy wobec Polaków) charakter narzucony przez umundurowanych bezczelnych żydów, chronionych przez żydowsko- izraelskie służby bezpieczeństwa, występujące brutalnie wobec niemego wystraszonego bezbronnego polactwa.

Tak jak to wtedy było z Błońskim, tak podobnie jest i dzisiaj  z Romanowskim.Obaj obrzucają bezbronne ofiary błotem, a czynią to na zlecenie. Ktoś, kto ma takie CV jak Romanowski, nie może pochwalić się ani niezależnością intelektualną, ani etyką. Artykuł Romanowskiego nie legitymuje się jakimkolwiek podkładem merytorycznym czy choćby jakimś sensacyjnym novum, bo nie zawartość merytoryczna jest ważna. Kazali Romanowskiemu wypocić pomówienie, to tak uczynił, a jest sygnał do akcji. Ważne, że ten sygnał jest wysłany od osoby koszernej i otrąbiony w koszernej gazecie, a czym  został sformowany front. Ten front, od tej pory,  będzie obowiązywał wszystkich.

Stajemy tu wobec pytania nt. motywów. Jakie to przesłanki lub cele stoją za tym wszystkim, o co tu chodzi? Powodów może być nawet wiele.

Już od paru lat społeczność światowa jest coraz bardziej niechętna holokausterom i w wielu krajach nawet młodzież szkolna występuje  jako demaskator tych durnych kłamstw, które holokausterzy szerzą – Polska jest może jedynym miejscem w świecie, gdzie to powielanie fałszerstw historycznych jest nawet wprowadzone do programów szkolnych, a odbywa się to bez jakiejkolwiek reakcji władz oświatowych.

Jest faktem niewątpliwym to, że holokausterzy usiłowali zrobić z Witolda Pileckiego żyda i to im się nie udało, bo rodzina Rotmistrza oddaliła żydowskie umizgi.  Już taka straszna zniewaga wymaga krwawej zemsty i chociażby z tego powodu można było spodziewać się podobnych pomyj jak te od  beczkowozaka Romanowskiego. Podobnie może być z pogłoskami o tym, że jest duża szansa na identyfikację szczątków Rotmistrza: spowodowany tym wzrost zainteresowania losami zamordowanego musi zawsze doprowadzać do zapytania na temat tego, kto był sprawcą jego mordu. I tu oczywiście trzeba będzie wskazać na żydów jako morderców, bo maskująca nomenklatura – bolszewików, komunistów, nazistów, ekologów, psychologów, futurologów, ufologów etc. jest coraz bardziej zwietrzałą i wychodzi z mody, a aktualni pozostają żydzi – jak w oryginale.

Niżej podpisany rozmawiał o Witoldzie Pileckim z Józefem Garlińskim, autorem książki /pracy „Oświęcim Walczący”.  J. Garliński, który jako pierwszy dał wkład w upowszechnienie postaci Rotmistrza, domniemywał, że nie wszystkie fakty obozowe są oficjalnie ujawnione, a które W. Pilecki mógł dobrze poznać. Fakty te nie musiały ograniczać się jedynie do Oświęcimia, ale mieć charakter szerszy, wykraczający może nawet poza Polskę.  Garliński mniemał, że nie jest pewne to, co i jak Pilecki ujawnił w Londynie, jak i potem w Polsce po jego powrocie z Zachodu. Stawka była wielka, a np. dodatkowo w grę wchodziła opinia o Józefie Cyrankiewiczu (premierze), którego siatka Pileckiego rozpracowała jako podejrzanego konfidenta gestapo. Cyrankiewicz zaś nie był jedyny, który o taką współpracę był posądzany. Możliwe jest więc, że obecnie zachodzi bardzo poważne ryzyko ujawnienia nowych faktów o samym Rotmistrzu albo co gorsza o dokumentach, które on mógł gdzieś ukryć, a które mogą dotyczyć tak indywidualnych osób, jak i nowych faktów o szerszym charakterze, które np. holokausterom byłyby nie w smak. Witold Pilecki uciekając z obozu, zaopatrzył się w system kodów, które na wypadek złapania go przez gestapo, były nie do rozszyfrowania. Jest zasadnym domniemanie, że dokumentacja obozowa, którą przejęli ubowcy, nie była w jednym egzemplarzu, a Rotmistrz ukrył gdzieś drugą kopię lub wręcz podpuścił śledczych i dał im coś, co nie miało zasadniczej wartości.

Ale po tych kolejnych przypuszczeniach, co do powodów akcji zniesławiania nas Polaków – no, bo nie jedynie Witolda Pileckiego – przez Romanowskiego, pozostaje jedna główna obawa: ryzyko powtórzenia posłużenia się mechanizmem masowej propagandy zastosowanym podczas wyrzucenia karmelitanek z Oświęcimia.

Oczywiście obecnie sytuacja nie dotyczy Karmelitanek czy klasztoru, bo tych już dawno nie ma. Przychodzi tu na myśl próba rozpętania kolejnej, jakiejś większej – szerszej terytorialnie – propagandy antypolskiej, która ma na celu dalsze osłabienie resztek tak Narodu, jak i Państwa.  Tamten układ władzy, tak pobieżnie przedstawiony powyżej, istnieje dalej i działa, a nawet jest już całkowicie bezkarny. I ta obawa powtórzenia podobnego ataku,  jest chyba najzasadniejsza. Ten załączony poniżej artykuł koszera Romanowskiego może być sygnałem do rozpoczęcia wielkiego kompletnego totalnego ataku na nas i próby ostatecznego już zniszczenia Polaków jako Narodu.

+++

(-) Krzysztof Cierpisz

 

Tajemnica Witolda Pileckiego

(Polityka Nr.20 , 2013 – tekst kompletny)

Rotmistrz Witold Pilecki, w Polsce Ludowej skazany na karę śmierci, dziś słusznie uznawany jest za bohatera narodowego. Bohaterowie rzadko jednak bywają postaciami jednowymiarowymi.

IPN przed pięciu laty wydał poświęcony Pileckiemu album, utrzymany, podobnie jak inne publikacje na jego temat, w tonie hagiograficznym. Do dziś chyba nikt nie skonfrontował tekstów inaugurujących ten album z przedrukowanymi w nim niektórymi dokumentami. A wstrząsające wyniki tej konfrontacji muszą skłaniać do namysłu – przede wszystkim nad metodami pracy Instytutu, który próbuje kształtować narodową pamięć.

Gazeta warszawska Pilecki

Historycy z IPN zachowują się czasem tak, jakby badanie naj­nowszej historii Polski zaczęli dopiero oni. Widać to w szeregu opracowań, spotkań, akademii i konfe­rencji, które Instytut poświęcił rotmi­strzowi Witoldowi Pileckiemu. Tymcza­sem postać ta była znana również w PRL, przynajmniej w jej ostatnich dekadach.

Opublikowany w 1981 r. w „Polskim Słowniku Biograficznym” („PSB”, tom 26, s. 273-274) życiorys rotmistrza autor­stwa Henryka Świebockiego zawiera wszystkie najważniejsze fakty (myli się tylko co do miejsca urodzenia). Narracja, na pozór beznamiętna, układa się w por­tret bohatera najwyższej rangi. Informu­je, że Pilecki od najmłodszych lat działał w- konspiracyjnym wzaborze rosyjskim – skautingu, że walczył potem w wojnie polsko-sowieckiej, a następnie w kam­panii wrześniowej. Pod okupacją hitle­rowską był szefem sztabu oraz inspek­torem głównym Tajnej Armii Polskiej. Latem 1940 r. zgłosił gotowość udania się do obozu koncentracyjnego Auschwitz w celu zdobycia informacji i zorganizowania siatki konspiracyjnej. Przyłączył się dobrowolnie do grupy zatrzymanych w łapance i nocą z 21 na 22 września 1940 r. znalazł się w Auschwitz, gdzie na­tychmiast zorganizował Związek Orga­nizacji Wojskowej. Był więźniem obozu przez dwa i pół roku. Uciekł 27 kwietnia 1943 r., a w sierpniu tego roku w War­szawie złożył obszerny raport na temat obozu Auschwitz.

Wziął następnie udział w powstaniu warszawskim, po czym trafił do nie­mieckich oflagów. Uwolniony, zgłosił się we Włoszech do 2 Korpusu gen. Władysła­wa Andersa. Wrócił do Polski w 1945 r, tu jednak po niespełna dwóch latach został aresztowany i oskarżony o działanie wy­wiadowcze na rzecz Andersa. 15 marca 1948 r. – czytamy w „PSB” – „został z ar­tykułu 7 Małego Kodeksu Karnego ska­zany na karę śmierci. Wyrok wykonano”. Dowiadujemy się ponadto, że 12 listopada 1979 r. w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu wmurowano tablicę ku czci rotmistrza oraz że „Michael Foot w książ­ce »Six Faces of Courage« (Londyn 1978) ocenił P-ego [Pileckiego] jako jedną z kilku najwybitniejszych postaci w europejskim Ruchu Oporu”.

Tyle „Polski Słownik Biograficzny” – dzieło stojące w PRL na półkach wszyst­kich czytelni uniwersyteckich. Wydany przed pięciu laty przez IPN album lacka Pawłowicza „Rotmistrz Witold Pilecki 1901-1948” (z przedmową lanusza Kurty­ki) niemal wszystkie te fakty potwierdza, ale w załączonej bibliografii opracowanie „PSB” przemilcza.

Wart uznania jest w albumie materiał fotograficzny (w tym fotokopie doku­mentów), on jednak – co znamienne – stoi w sprzeczności z publikowanym tamże tekstem obu autorów. „Rzeczpospolita” (z 22 stycznia br.) wydrukowała rozmowę z łanem Żarynem, profesorem Uniwer­sytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, od lat kojarzonym z IPN. W wywiadzie „Rotmistrz jest jak sztandar” dokonał on wielkiej pochwały tego właśnie albumu. Sytuacja sprzeczności między dokumen­tacją a interpretacją przedstawioną w al­bumie jest więc dziwna, dlatego sądzę, że czas wreszcie przeczytać zgromadzone w albumie IPN ubeckie dokumenty. W ich świetle wydarzenia ostatniego roku życia Pileckiego przedstawiają się następująco.

 

W szponach UB

 Gazeta warszawska Pilecki 2

6 maja 1947 r. UB aresztował w Warsza­wie 27-letniego Tadeusza Płużańskiego (s. 226) – skądinąd późniejszego wybitne­go filozofa. 7 maja 1947 r. UB zatrzymał w Warszawie 47-letniego Makarego Sie­radzkiego (s. 231). 8 maja 1947 r. funkcjo­nariusze UB wtargnęli do warszawskiego mieszkania przy ul. Skrzetuskiego 20/1; tam właśnie, u Bronisławy Jarzyńskiej, ukrywał się pod nazwiskiem Roman Je­zierski-Witold Pilecki. Podejrzanego naj­wyraźniej nie zastano – być może był już wtedy aresztowany. Rewizję w mieszkaniu przeprowadzono w obecności Jarzyńskiej: trwałaona w godz. 17-19.20 (s. 156).

Wbrew wysuwanym do dziś przypusz­czeniom, Pilecki wpadł w ręce UB tego samego dnia. Album sprawę tę przesą­dza, przedstawia bowiem protokół rewizji osobistej rotmistrza, sporządzony 8 maja, „w chwili zatrzymania” (s. 157). I również tego dnia oficer śledczy Ministerstwa Bez­pieczeństwa Publicznego „przesłuchał po­dejrzanego Pileckiego Witolda vel  Jezier­skiego Romana” (s. 158).

 

Przewracamy kilka kartek albumu – i oto widzimy fotografię protokołu pierwszego przesłuchania z 8 maja 1947 r. Czytamy pytanie śledczego: „Kto to jest Kwiecińska Krystyna, o której wspominaliście, i jaką pracę przeprowadziła na terenie kraju?” (s. 164 – tu i dalej interpunkcja moja – A.R.). Na tejże stronie czytamy odpowiedź Pi­leckiego (fotokopia poniżej): „Kwieciń­ska Krystyna przyjechała do Polski razem ze mną z Ii-go Korpusu [gen. Wła­dysława Andersa – A.R.], by pomagać mi w pracy organizacyjnej jako siła kancelaryjna. Przepisywała ona na maszynie wszystkie materiały wywiadowcze, które otrzymywałem za cały okres mojej pracy na tere­nie kraju. Kwiecińska Kry­styna mieszka w Warsza­wie przy ul. Woronicza 16, mieszkania nie pamiętam, na pierwszym piętrze, żyje w tym domu pod swoim właściwym nazwiskiem, tj. Szelągowska Maria, i tak ją w tym domu znają. Ryso­pis Szelągowskiej: lat ponad 40, średniego wzrostu, średniej tuszy, twarz okrągła, oczy jasne, włosy blond – siwe, krótko ucięte, w swoim pokoiku mieszka sama, jest na­uczycielką w szkole powszechnej na Sa­skiej Kępie”.

Tak więc – w świetle ubeckiego doku­mentu – Pilecki najpóźniej parę godzin po zatrzymaniu zaczął zeznawać. Dodaj­my, że Maria Szelągowska, córka jednego z najwybitniejszych polskich historyków Adama Szelągowskiego, była najbliższą współpracownicą Pileckiego.

Nazajutrz, 9 maja 1947 r., odbyło się następne przesłuchanie rotmistrza. Na pytanie (fotokopianas.48): „Podajcie miejsce przechowania odpisów rapor­tów wywiadowczych, które przesłaliście za granicę, oraz pocztę organizacyjną otrzyma­ną z zagranicy”, pada odpowiedź: „Odpisy raportów wywiadow­czych, które przesłałem za granicę, oraz pocztę organizacyjną, którą otrzymałem z zagra­nicy, to jest mój rozkaz wyjazdu za granicę oraz instrukcję wywiadow­czą, które to przywio­zła w dniu 4 września 1946 kurierka »Jadwiga«, przechowane są u Szelą­gowskiej Marii w War­szawie na Mokotowie na ul. Woronicza 16 na I piętrze z prawej stro­ny pod podłogą pod oknem. Deska, pod którą są przechowane wyżej wymienione materiały, jest na zawiasach, i otwiera się. W mieszkaniu Szelągowskiej jest tylko jedno okno. Część raportów wywiadow­czych oraz różnych innych materiałów organizacyjnych przechowanych w wy­żej wymienionej skrytce Szelągowska Maria przepisywała na maszynie i zna dokładnie ich treść. O skrytce tej Szelą­gowska Maria jest dobrze poinformowa­na. Szelągowska Maria pracuje w Szkole Powszechnej na Saskiej Kępie, idąc uli­cą Francuską od Ronda Waszyngtona po prawej stronie, druga lub trzecia ulica poprzeczna, biały dom” (s. 166-167).

Następnie Pilecki omawia zawartość skrytki, charakteryzując przechowywa­ne w niej raporty, oraz ujawnia fakt dla swych współpracowników najgroźniej­szy: że Płużański ma „wtyczkę” w Mini­sterstwie Bezpieczeństwa Publicznego, od której otrzymuje tajne informacje. Na koniec następuje formuła: „Protokół odczytałem, jest zgodny z moimi zezna­niami, co stwierdzam podpisem, W. Pi­lecki” (s. 169).

Na protokołach zeznań nie zaznacza­no godziny. Jednak sekwencja wydarzeń rysuje się wystarczająco przejrzyście. Robert Zapart, autor życiorysu Marii Sze­lągowskiej, w cytowanym wyżej „PSB” (tom 47, s. 614) w ten sposób relacjonuje wydarzenia tego dnia: „9 V1947 została S. [Szelągowska] zatrzymana przez funkcjo­nariuszy Urzędu Bezpieczeństwa Pu­blicznego. Po zeznaniach aresztowanego 8 V t.r. Pileckiego oraz przeprowadzonej w jej mieszkaniu przy ul. Woronicza re­wizji znaleziono skrytkę z 71 kliszami fo­tograficznymi, zawierającymi materiały wywiadowcze. S. [Szelągowską] osadzono w więzieniu przy ul. Rakowieckiej, gdzie bezskutecznie inwigilowana przez podsta­wioną konfidentkę, została przeniesiona do izolatki. Ponownie umieszczona w celi wieloosobowej, przyłączyła się do buntu więźniarek i została ukarana 48 godzinnym karcerem; w geście solidarności z represjonowanymi więźniarkami zrzekła się na ich rzecz paczek żywnościowych”.

GRANICE NIEZŁOMNOŚCI.

Opublikowanych przez IPN zeznań Pileckiego nie sposób czytać bez przera­żenia. O jakiż to więc „sztandar” mogło chodzić Żarynowi? Jeżeli – jak zawsze podkreśla Bronisław Wildstein – „bezpieka samej siebie nie oszukiwała”, to musimy spytać, co właściwie stało się z Pileckim? A więc: jakie mechanizmy zostały urucho­mione, by ten bohater najwyższej próby powiedział funkcjonariuszom UB aż tyle, i to nie tylko na swój temat? Byłby to etos polskiego szlachcica, któremu honor nie pozwalał kłamać nigdy, bez względu na okoliczności? Nie byłaby to motywacja absurdalna, gdyby nie to, że… obowiązy­wała ponad sto lat wcześniej.

tym pomysłem (choć przecież stosowną wiedzą Pilecki nie musiał dysponować). Wszak od więźnia, nawet storturowanego, wszystkiego można wymagać, ale nie tego, by umiał napisać wiersz… Jeże­li nawet tak było, to Pilecki musiał mieć świadomość krzywdy, jaką wyrządził Szelągowskiej, Płużańskiemu i innym. „Rana”, na którą w wierszu się uskarża, może świadczyć o dręczących go wyrzu­tach sumienia: „Dlatego więc piszę ni­niejszą petycję,/By sumą kar wszystkich – mnie tylko karano,/Bo choćby mi przy­szło postradać me życie – /Tak wolę – niż żyć wciąż, a w sercu mieć ranę” (s. 184).

Jeżeli pochylimy się z kolei nad książ­ką profesora Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego Wiesława Jana

A może był to wynik „niedozwolo­nych metod” w śledztwie? To by wiele wyjaśniało, ale nie ma na to dowodów. Wprawdzie Pawłowicz pisze, że „od razu poddano go [Pileckiego] niezwykle okrutnemu śledztwu”, jednak nie pre­cyzuje, na czym to okrucieństwo po­legało. „Podczas widzenia z żoną – do­daje – zmaltretowany [Pilecki] szepnął: »Oświęcim to była igraszka«” (s. 25), lecz przecież widzenie to nie odbyło się natychmiast po aresztowaniu. Tymcza­sem – jeśli mamy wierzyć dokumentacji ubeckiej – ubecy nie potrzebowali na­wet większych zabiegów, by rotmistrz się otworzył… Ale czy na pewno? Czy można być bezkrytycznym wobec doku­mentów wytworzonych przez UB? A je­żeli nawet mówią one prawdę, to znów pytajmy: dlaczego Pilecki tyle zeznał? Cóż, nie wiadomo, jak w takiej sytuacji zachowałbym się ja sam – wszak „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”… Lecz może szło raczej o los rodziny? Ale i w taką motywację wolno wątpić, skoro o sobie, o swej roli, Pilecki również mówi obszernie, m.in. przyznaje się do posia­dania broni, wyjawia funkcjonariuszom skrytkę w swym mieszkaniu… Nie chciał się ratować za wszelką cenę: świadczy o tym śledztwo, ale też jego postawa na procesie.

Jeżeli więc przyjąć wiarygodność ubeckich dokumentów, trzeba postawić pytania ogólniejsze: o sens konspiracji w pojałtańskiej Polsce. A zwłaszcza o to, jak ten sens rysował się aktorom ówcze­snych wydarzeń. Zagadnienie to może być kluczowe dla biografii Pileckiego, bo też było kluczowe dla tysięcy byłych akowców

–   w tym choćby dla Leona Lecha Beynara

–    Pawła Jasienicy. Przyszły autor „Polski Piastów”, aresztowany w lipcu 1948 r., zło­żył w więzieniu memoriał polityczny – z tą jednak różnicą, że nikogo nie wydał, niko­mu nie zaszkodził. Niemniej jednak życie Jasienicy dobrze ilustruje drogę „żołnierza wyklętego” do pracy na rzecz Polski takiej, jaka została po wojnie nam dana: Polski pojałtańskiej – PRL.

O  tym, że uwięziony rotmistrz zdecydo­wał się na lojalność wobec tego państwa – jedynego wówczas realnie istniejącego i uznanego przez świat państwa polskiego – zdają się świadczyć dalsze dokumenty. 14 maja 1947 r, a więc zaledwie sześć dni po aresztowaniu, pisze on list do nadzo­rującego śledztwo „Pana Pułkownika Ró­żańskiego”. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że list ten został napisany… wierszem. Oraz że utrzyma­no go w poetyce zwierzenia, intymne­go wyznania.

 

Kto wie, kim był Józef („Jacek”) Różań­ski, ten nie przestanie się zdumiewać tym pomysłem (choć przecież stosowną wiedzą Pilecki nie musiał dysponować). Wszak od więźnia, nawet storturowanego, wszystkiego można wymagać, ale nie tego, by umiał napisać wiersz… Jeże­li nawet tak było, to Pilecki musiał mieć świadomość krzywdy, jaką wyrządził Szelągowskiej, Płużańskiemu i innym. „Rana”, na którą w wierszu się uskarża, może świadczyć o dręczących go wyrzu­tach sumienia: „Dlatego więc piszę ni­niejszą petycję, / By sumą kar wszystkich

– mnie tylko karano,/ Bo choćby mi przy­szło postradać me życie – /Tak wolę – niż żyć wciąż, a w sercu mieć ranę” (s. 184).

Jeżeli pochylimy się z kolei nad książ­ką profesora Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego Wiesława Jana

 

Wysockiego „Rotmistrz Witold Pilec­ki” (Warszawa 2009), przeczytamy tam na s. 128 słowa rotmistrza po wyroku: „Ja już żyć nie mogę… mnie wykończo­no”. Tak, Pilecki miał chyba wyrzuty su­mienia, wyznawał je jednak szwagierce Eleonorze Ostrowskiej. Czy musiał się spowiadać akurat Różańskiemu?

Raz jeszcze trzeba dopowiedzieć za prof. Wysockim, który Pileckiemu poświęcił kilka prac – co prawda nader jednostronnych. Na procesie toczącym się od 3 marca 1948 r. w Warszawie przed Wojskowym Sądem Rejonowym więk­szość oskarżonych (Płużański, Sieradzki, Maksymilian Kaucki, Jerzy Nowakowski, Ryszard Jamontt-Krzy wieki) odwoływała lub prostowała zeznania złożone w śledz­twie. Pilecki tego nie uczynił. Stwierdził tylko: „Protokoły podpisywałem, prze­ważnie nie czytając ich, bo byłem wów­czas bardzo zmęczony”. W słowach tych można widzieć aluzję do przebytych tortur, lecz można je też traktować do­słownie: jeżeli przesłuchania trwały sze­reg godzin (a trudno przypuścić, by było inaczej), musiały istotnie być męczące. W każdym jednak przypadku brak od­wołania zeznań, wraz z wcześniejszym wielokrotnym potwierdzaniem ich praw­dziwości, zdaje się układać w jakąś całość.

Tymczasem zarzuty stalinowskie­go państwa polskiego, sformułowane najpierw ustami prokuratora, a potem potwierdzone przez sąd, były poważne – to Pilecki musiał rozumieć. Notabene dzisiejszy historyk – rzetelny historyk – tę rację Polski pojałtańskiej powinien rów­nież rozumieć, wziąć ją pod uwagę. W ni­czym to jednak nie zmienia haniebnego charakteru wydanego wyroku. 15 marca 1948 r. Witold Pilecki, Tadeusz Płużań­ski i Maria Szelągowska zostali skazani na karę śmierci. Makary Sieradzki otrzy­mał dożywocie. Pomijam wyroki pozo­stałych podsądnych. Trzy powyższe wy­roki śmierci Sąd Najwyższy 3 maja 1948 r. utrzymał w mocy.

I znów nie byłoby nic dziwnego, że Pi­lecki poprosił o łaskę. W albumie IPN wi­dzimy fotokopię jego obszernego po­dania z 7 maja 1948 r. zaadresowanego „Do Pana Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”. Jak wiadomo, prezydentem tym był Bolesław Bierut. Znamienne jest, że w zakończeniu podania Pilecki napisał (fotokopię uciętą na brzegach rekonstruuję samodzielnie): „Z chwilą aresztowania mnie ustosunkowałem się do śledztwa pozytywnie i sam wskaza­łem miejsce przechowywania archiwum, które zawierało wszystkie materiały mnie obciążające. W ciągu roku nie wynikła żadna okoliczność, która by dowodziła, że mówiłem nieprawdę lub wprowadzi­łem w błąd oficerów śledczych” (s. 260). Istotnie – żadna taka okoliczność nie mia­ła miejsca.

 

Pytania

Cóż więc zdaje się mówić IPN, który w jednym opracowaniu zarazem sławi Pileckiego, jak i publikuje kompromitujące go materiały? Zdaje się mówić: nie wierzcie ubeckim papierom, one nie są wiarygodne. Ba! Ale przez minione lata Instytut powta­rzał nam coś dokładnie przeciwnego. Więc może mówi nam IPN inaczej: popatrzcie na rotmistrza, którego w PRL uważaliście za bohatera, zobaczcie, jak się załamał. Tyle że narracja albumu znów mówi coś dokładnie odwrotnego.

Co więc ze sprawą Witolda Pileckiego ma zrobić opinia publiczna? Odkąd pojawiły się w Polsce pomysły lustracyjne, jestem i pozostaję ich zdecydowanym przeciwni­kiem. Zawsze uważałem, że polskie dzieje minionych dwustu lat – to dzieje martyrologiczno-więzienne, w których archiwa tajnych policji mogą być tylko jednym ze źródeł i w których my, obdarzeni „ła­ską późnego urodzenia”, powinniśmy poruszać się z ogromną ostrożnością, z pełnym empatii wyczuciem. I bliska mi jest też przestroga Adama Mickiewicza: „Są prawdy, które mędrzec wszystkim lu­dziom mówi,/Są takie, które szepce swemu narodowi,/Są takie, które zwierza przyja­ciołom domu,/Są takie, których odkryć nie może nikomu”.

Doprawdy, nie było potrzeby wywleka­nia na światło dzienne złożonych na UB zeznań Pileckiego. Nie jesteśmy przez nie bogatsi o dodatkową wiedzę, przeciwnie: wiemy jeszcze mniej, pod pewnym wzglę­dem mniej niż w PRL. Jeżeli jednak mleko się rozlało, nie pozostaje nic innego, niż zadawanie pytań. W tym także wciąż tego samego pytania o wiarygodność papierów ubeckich. Czy IPN jest zdolny do stawia­nia pytań?

Toteż pytania trzeba zadawać history­kom IPN. Czy czytają to, co sami wydają? Czy dokonują krytyki źródła? Czy źródło potrafią – i chcą – zinterpretować? Czy do badania przeszłości przystępują we­dług formuły Tacyta „sine ira et studio” (bez gniewu i uprzedzenia)? Czy raczej z góry wiedzą, co źródło ma powiedzieć, jakiej prawdy ma dowieść? A może – jeśli coś wydają – liczą, że nikt tego nie prze­czyta? Czy więc (z rozmysłem lub bez) sto­sują – za państwowe pieniądze – działania pozorne? I wreszcie: czy potrafią – i czy chcą! – stawiać pytania? Czy myślą? I czy zamierzają poszerzać naszą wiedzę, czy raczej chcą ją utopić w szambie lustracji lub w wazelinie hagiografii?

Pytania te, jak mniemam, są istotne, ponieważ rodzą pewne konsekwencje. Czy w świetle opublikowanych przez IPN dokumentów ipeenowski kult Pileckiego staje się wzmocnieniem, czy raczej zdeza­wuowaniem kultu „żołnierzy wyklętych”? I jak do tego wszystkiego mają się kampa­nie demaskatorskie i lustratorskie IPN, któ­rych tyle było w minionych latach? Prze­cież gdyby podobne dokumenty istniały w odniesieniu do Lecha Wałęsy, zostałby on przez IPN rozjechany! A tu w przypadku Pileckiego – taryfa ulgowa! Skąd się wzięła? Czy nie stąd, że biografia kogoś, kto w PRL został stracony, automatycznie zwalnia historyka IPN od jakiegokolwiek intelek­tualnego wysiłku?

Pytania kolejne trzeba zaadresować już nie do IPN, lecz do wychowanych przezeń lustratorów. Bo dotyczą one… ot, choćby niedawnej lustracji Adama Włodka. Ten krakowski poeta, zmarły ponad ćwierć wie­ku temu, stał się ostatnio – na mocy testa­mentu Wisławy Szymborskiej – patronem nagrody literackiej dla młodych twórców. A ponieważ akurat przypomniano jego dawne „obywatelskie doniesienie” na Ma­cieja Słomczyńskiego, mnożą się dziś pro­testy i powtarza się ze zgrozą: ten donos mógł doprowadzić do kary śmierci!

Tymczasem – jeżeli będziemy wierzyć ubeckim papierom – musimy przyjąć, że zeznania Pileckiego nie: mogły, lecz: doprowadziły Szelągowską do kary śmier­ci. Choć oczywiście czym innym jest do­nos złożony na wolności, a czym innym

–   w więzieniu. Szelągowską – jak również Płużańskiego – uratowało jednak od wyko­nania wyroku skorzystanie przez Bieruta (20 maja 1948 r.) z prawa łaski. Jakkolwiek patrzeć, z trzech wyroków śmierci wyda­nych przez sądy obu instancji ostał się wyrok jeden. Tym samym z ośmiu pod­sądnych stracono (przez rozstrzelanie? strzałem w tył głowy?) tylko Pileckiego.

Album Pawłowicza i Kurtyki informu­je, że egzekucja miała miejsce w wię­zieniu mokotowskim 25 maja 1948 r.

o    godz. 21.30. A więc w ponad rok po aresz­towaniu, a w 18 dni po liście do Bieruta. Jakie katusze moralne i fizyczne stały się w tym czasie udziałem Pileckiego – tego już chyba nigdy się nie dowiemy. Tak samo jak nie będziemy znać ewolucji (jeżeli taka za­szła) jego poglądów politycznych. Ale czy naprawdę chcemy to wszystko wiedzieć?

Bo przecież wobec losu Witolda Pilec­kiego stajemy w gruncie rzeczy bezradni. Co możemy stwierdzić? Że pisanie historii w oparciu o materiały ubecko-esbeckie bywa groźne? Że potrafi zwieść na manow­ce? Przecież nie mamy dowodu, że tak jest również w przypadku rotmistrza, a IPN ta­kiego dowodu nie dostarczy – nawet pytań sformułować nie potrafi.

Pewne są dwie rzeczy. Pierwsza, że przedstawionych wyżej praktyk IPN nie sposób uznać za pracę historyka. I dru­ga, że w ocenie historii stosuje się w IPN podwójną miarę. W imię niejasnych racji

–   czasem politycznych, czasem ideologicz­nych – wciąż dokonuje się tu wielka mani­pulacja przeszłością.

Andrzej Romanowski

 

2 Responses to Tajemnica Witolda Pileckiego (pełna wersja) r.2.

  1. mariaf 21/05/2013 at 13:03 #

    Dzięki za wstępniak wyjaśniający przyczyny zamieszczenia tych publikacji na tym portalu!

Trackbacks/Pingbacks

  1. Wyszperane 20/05/13 | Arka Noego - 08/06/2013

    […] Zasrańce atakują postać Witolda Pileckiego http://wirtualnapolonia.com/2013/05/19/zasrance-atakuja-postac-witolda-pileckiego/#comment-79547 http://gazetawarszawska.com/2013/05/17/czas-swin/ http://gazetawarszawska.com/2013/05/17/kogo-uwiera-pilecki/ http://gazetawarszawska.com/2013/05/18/tajemnica-witolda-pileckiego-w-edycji/ […]

Leave a Reply

Intronizacja
Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE