Antyludzie R.19.

ROZDZIAŁ  XIX

SZERZENIE  DEMASKOWANIA  NA  INNE  WIĘZIENIA  (FAZA  PIERWSZA)

 

Pod bezpośrednim nadzorem płk Zellera, studentów z Pitesti podzielono na kilka kategorii według długości wyroków, ich stanu fizycznego, a zwłaszcza względnej wiarygodności.

Tych których uważano za nie nadających się do pracy, z nieuleczalną gruźlicą, wysyłano ciężarówką do więzienia Targu-Ocna, ironicznie nazywanego “sanatorium”, gdzie, oczywiście, przebywali inwalidzi przeniesieni z innych więzień.

Natychmiast po przybyciu wszystkich więźniów poddawano demaskowaniu, pod nadzorem Nuti Patrascanu, studenta medycyny z Bukaresztu. W tym przypadku stosowano inne podejście od tego w Pitesti. Nie było żadnego bicia, chyba że inne metody nie odnosiły skutku. Ale te metody były dużo gorsze dla chorych i niedołężnych.

Wybrani do przejścia przez proces demaskowania mieli ultimatum: “Bandyto, jeśli chcesz dostać lekarstwo, musisz przejść przez demaskowanie!” Każdy odmawiający współpracy miał perspektywę przebywania w ciemnej celi, bez świeżego powietrza, albo otrzymywania połowy racji żywieniowych, albo obu.

“Patrz, bandyto, tutaj uwięzione jest twoje zdrowie. Jeśli zdecydujesz się na zdemaskowanie, otrzymasz potrzebne lekarstwo, wyzdrowiejesz i pójdziesz do domu przed zakończeniem wyroku. Będziesz mógł spotkać się z matką, rodziną, swobodnie żyć, i kontynuować edukację. Musisz wybrać między życiem i śmiercią. Tylko ty możesz o tym zdecydować. . .”

Mimo że cena lekarstwa była wątpliwa, dla chorego stanowiła obietnicę cudownych mocy wyolbrzymionych w ich umysłach tym, że nie mogli go dostać, i późniejsza wiedza o tym, że im go odmówiono, przyspieszała proces ich zniszczenia.

Sytuacja wywoływała dramatyczną reakcję. Virgil Ionescu, student prawa z Bukaresztu, który przeszedł częściowe demaskowanie w Pitesti, żeby zakończyć cierpienie usiłował popełnić samobójstwo podcinając sobie żyły żyletką. Znaleziono go i opatrzono, ale dopiero po utracie dużej ilości krwi. O sprawie poinformowano administrację, ale demaskowanie toczyło się dalej. Inni studenci zorganizowali strajk głodowy i ostrzegli dyrektora, że nie poddadzą się dopóki nie przyprowadzą do więzienia prokuratora, powiedzą mu o tym co się tu dzieje i poproszą o zakończenie demaskowań; ale zignorowano ich.

Pewnego niedzielnego poranka na placu koło więzienia grano mecz piłkarski, oglądany przez wielu cywilów, wśród których znaleźli się liczni oficerowie Securitate – część personelu dozorującego budowę hydro-elektrowni w pobliskim Bicaz. Tylko wąski pas ziemi, przez który przebiegała linia kolejowa, oddzielał więzienie od boiska sportowego, i kiedy studenci zauważyli zbierający się na stadionie tłum, zgromadzili się w celach naprzeciwko boiska i z okien zaczęli wykrzykiwać: “Chcemy prokuratora! Chcemy prokuratora! Oni nas mordują! Pomocy!” Personel więzienia nie mógł ich od razu uciszyć i kibiców zaintrygowały okrzyki o pomoc, które wyraźnie słyszeli.

Ten incydent stał się na jakiś czas najgorętszym tematem w mieście i oficerowie Securitate, po kilku niedyskrecjach personelu więzienia, przyszli i przepytywali dyrektora. Inni, zwłaszcza cywile, poinformowali prokuratora z trybunału w Bacau. I komendant Securitate, prawdopodobnie z własnej inicjatywy, bez żadnych instrukcji ze strony partii, nakazał śledztwo w tej sprawie. Okazało się, że było to formalne dochodzenie, i więźniom obiecano, że nikt ich nie dotknie, a odpowiedzialni zostaną odpowiednio potraktowani. Ale mimo że zakończono bicie, szantaże i demaskowanie, ci którzy torturowali studentów pozostali nietknięci, nadal czyniąc życie nieszczęśliwym dla więźniów, i jednocześnie zachowali najlepsze stanowiska w więzieniu.

W więzieniu Ocnele-Mari demaskowanie  nie uległo złagodzeniu. W tej dużej społeczności więziennej, oprócz “więźniów politycznych”, było wielu “kryminalistów”, których zamykano z więźniami politycznymi, bo ich przestępstwa, w większości drobne, uważano za mające podtekst polityczny.

(Przestępstwa te obejmowały posiadanie broni, próby ucieczki z kraju, ubliżanie prominentnym osobistościom komunistycznym itp.) Największa ich proporcja, chociaż w starszym wieku, mogła w rękach utrzymać narzędzia, dlatego dyrekcja zakładów karnych zorganizował duży warsztat meblowy, w którym zobowiązani byli pracować wszyscy nadający się do pracy.

To rozwiązanie wykluczyło rygorystyczną izolacje możliwą w Pitesti, i więźniowie mogli swobodniej się spotykać i wymieniać się informacjami lub pogłoskami wewnątrz więzienia, szczególnie podczas pracy w warsztacie.

Przybycie studentów wszystko to zmieniło. Całą pracę na korytarzach przejęli studenci; kuchnia, obowiązki strażników, dystrybucja posiłków, pomieszczenie z prysznicami itp. oddano studentom, i to stworzyło zazdrość a później nienawiść ze strony zwykłych przestępców, którzy do tej pory mieli korzyści z tych zajęć. Stopniowo całe życie więzienia przechodziło pod kontrolę studentów.  Swobodnie poruszali się po korytarzach, wchodzili kiedy chcieli de cel, pod pretekstem sprzątania czy innym, podsłuchiwali pod drzwiami zapisując wszystko o czym rozmawiano, zwłaszcza kiedy cele zajmowane były przez ważniejsze osobistości polityczne. Niezauważalnie mieszali się w grupy na podwórcu kiedy pozwalano na spacery na świeżym powietrzu; byli wszędzie, ich uszy wystawione, zbierając informacje do “teczek” tych, których zamierzano poddawać demaskowaniu.

Wybrano pierwsze ofiary i odizolowano je w mniejszych celach w północnym skrzydle więzienia. Wśród nich znaleźli się: Atanase Papanace, w więzieniu od 3 lat bez procesu ani wyroku; prawnik Mateias z Fagaras; robotnik Gheorghe Caranica, więzień od czasów Antonescu, przetrzymywany ponad 9 lat, i chociaż odsiedział swój wyrok, komuniści nie chcieli go wypuścić; prawnik Nicolae Matusu, były sekretarz Partii Chłopskiej w Grecji i uchodźca w Rumunii podczas wojny itd. W tej pierwszej grupie ofiar było ich koło dziesięciu.

Reedukatorzy, jak później przyznali, nie spodziewali się żadnego oporu ze strony tych osób, ze względu na ich wiek. Niemniej byli zaskoczeni. Ci ludzie nie tylko stawiali opór, ale inni więźniowie bardzo szybko usłyszeli o tej sytuacji, i zareagowali. Prominentne osoby, takie jak prof. Mihai Manoilescu, były minister rządowy; Solomon, Gheorghe Pop, Petre Tutea, Vojen i inni, natychmiast ostrzegli administratora więzienia, że jeśli nie zaprzestanie tortur, wszyscy pójdą na strajk głodowy, który zakończy się masowym samobójstwem. Ponieważ istniały kontakty ze światem zewnętrznym poprzez odwiedzających lub przychodzących pospolitych kryminalistów, nadzorujący demaskowaniem martwili się tym, że informacje o okrucieństwach wydostaną się na zewnątrz. W konsekwencji nakazali zaprzestania reedukacji z wykorzystaniem przemocy.

Dość wyjątkową jest sprawa obozów śmierci pracy niewolniczej, ustanowionych nad Kanałem Dunaj-Morze Czarne [1]. Tutaj główną metodą eksterminacji była brutalnie ciężka praca. Tu stosowano największą przemoc, jakby dla rządzącego mitycznego bóstwa popełniano największe zbrodnie. Poniżej o zachowaniu wyreedukowanych studentów wysyłanych tu przez płk Zellera dla “sprawdzenia prawdziwości ich nawrócenia”.

Kolonia Pracownicza na Półwyspie [The Peninsula Labor Colony] to pompatyczna nazwa jednego z tych obozów, w których dokonywano zbrodni przeciwko ludziom, zbrodni dokonywanych przy wykorzystaniu metod tak bestialskich, jak w obozach śmierci w komunistycznej Rosji. Otworzono ją jesienią 1950 roku. W szczerym polu porośniętym ostem, gdzie wcześniej pasły się owce z wioski Valea-Neagra, na brzegu jeziora Siut-Ghiol, pierwsze baraki zbudowali pospolici kryminaliści i “pionierzy”, którzy wcześniej rozciągnęli wokół trzy rzędy kolczastego drutu.

Pod nadzorem uzbrojonych po zęby żołnierzy, z różnych więzień z całego kraju ogromnymi transportami przybywali ci, którzy przez następne trzy lata mieli walczyć z głodem, zimnem, mokrą ziemią, a zwłaszcza okrucieństwem komunistów, którzy stali nad nimi kiedy oni kopali zwykły rów w ziemi o długości kilku kilometrów, w żadnym innym celu jak tylko po to, by pochować w nim kilka tysięcy umęczonych ciał. . .

Z Pitesti przysłano około 300 studentów, z których każdy przeszedł reedukację i miał wyrok krótszy niż 10 lat. Kiedy przybył pierwszy kontyngent studentów, w kolonii przebywało ponad 3.500 więźniów politycznych. Studentów zakwaterowano w barakach 13 i 14, każdy z nich mógł pomieścić 150-170 więźniów. Umieszczono ich samych na wszelki wypadek, żeby nie mieli żadnego kontaktu z innymi, co  mogłoby “zniszczyć” ich plany, zwłaszcza wieczorami po pracy, bo wewnątrz baraków kontrola administracyjna była niemal niemożliwa. Zakwaterowanie studentów w porozrzucanych grupach w różnych barakach obozu, osłabiłoby nie tylko podstawy ich nowych poglądów, ale także ich potencjalny szok, z którym bardzo liczyli się komuniści na początku.

Warunki życiowe i rutyna w obozie nad kanałem były całkowicie inne od tych w więzieniu Pitesti. W miejsce hermetycznie zamkniętych celi obserwowanych przez administrację przez judasza w drzwiach, baraki podzielone były na cztery sekcje, w każdej 40 łóżek.

Więźniowie wychodzili rano z terenu zewnętrznego nazywanego “plateau”. Tam zbierały się wszystkie brygady pracy, i można było mniej lub bardziej swobodnie rozmawiać z innymi więźniami – duży kontrast z rygorem i ciągłą izolacją panującymi w więzieniu Pitesti.  Chociaż administracja zakazywała mieszanie się brygad oczekujących na apel poranny, to praktycznie było to nieskuteczne, bo nie dało się skutecznie kontrolować tysięcy więźniów wychodzących z baraków o ciemnym jeszcze świcie poranka. Także duch solidarności panujący wtedy nad kanałem wśród więźniów wymagał od administracji przezorności, żeby uniemożliwić natychmiastowe skażenie, odwrotny szok, bo studenci nie wiedzieli nic, absolutnie nic o tym co miało miejsce w innych więzieniach.

Poza dwu specjalnymi barakami zarezerwowanymi dla studentów, były trzy zarezerwowane dla Legionistów, których uważano za niebezpiecznych dla dyscypliny w kolonii, a których poddawano bardzo rygorystycznej kontroli i obserwacji. Były to baraki A, B i C i podlegały ścisłej obserwacji, bo zbyt dobrze znano solidarność grupy Legionistów. W innym baraku oznaczonym jako O przebywali wszyscy ci więźniowie, których ukarano za działalność wewnątrz “obozu”. Prawie wszyscy z nich byli uparci i nieposłuszni i w ciągłym konflikcie z oficerami i funkcjonariuszami politycznymi przysłanymi tam przez MSW.

Już od pierwszego wieczoru w dwu studenckich barakach w największym możliwie stopniu utrzymywano atmosferę terroru jak w więzieniu Pitesti. Był jakiś czas na obserwację pierwszych reakcji studentów. Dosyć dobrze podtrzymywano atmosferę szoku, przynajmniej tak uważali eksperymentatorzy, bo studenci nie ulegali zwyczajowi ślepego posłuszeństwa.

Pierwszym zadaniem wyznaczonym przybyłym z Pitesti studentom było sprawowanie nadzoru na placu budowy. Studenci byli liderami brygad, inaczej mówiąc, bezpośrednio odpowiedzialnymi za pracę swoich podopiecznych. Najpierw nakazano im zwiększyć wydajność pracy, a następnie, dopilnować, żeby “bandyci” byli powoli zabijani fizycznym wyczerpaniem, żeby nikt nie mógł bezpośrednio wykazać dokonywanej z premedytacją eksterminacji.

Wielu studentów gorliwie spełniało swoją “misję”. Spośród nazwisk tych, których się nie zapomni, podam kilka reprezentatywnych: Bogdanescu, szef wszystkich studentów nad kanałem i pierwszy brygadzista; Laitin; bracia Grama (z których jeden później się powiesił); Enachescu; Cojocaru; Climescu; Stoicanescu; Lupascu; Morarescu itp. Oprócz ich wkładu w budowę kanału, studenci musieli kontynuować dzieło demaskowania innych więźniów. Tu stosowali inną metodę, która, oprócz dawania oczekiwanych rezultatów, miała sprawdzać wykonalność stosowania tego systemu w innych warunkach. Metoda ta, w ogólnym zarysie, wyglądała następująco:

Po wieczornym apelu, kiedy w obozie panował ostry zakaz wszelkiego poruszania się, i uzbrojeni strażnicy pilnowali swoich rewirów, dany człowiek był dyskretnie wywoływany z baraku i zapraszany by szedł za osobą na niego czekającą, a był nią student z baraku 13. Zwykle student zakrywał go kocem by nie widział dokąd go prowadzi. To wszystko odbywało się na oczach strażników, którzy udawali, że nic nie widzą. Po zgaszeniu świateł między barakami mogli poruszać się jedynie studenci mający za zadanie przyprowadzanie ofiar. Kiedy więzień doszedł do baraku studentów, poddawany był znanym metodom tortur. Ale tutaj w obozie nie można było ignorować krzyków ofiar. W więzieniu Pitesti idealnym miejscem była izolatka, ale w obozie nad kanałem bliskość innych baraków stwarzała wielki kłopot. Ale to rozwiązano wykorzystując starą metodę docenianą przez pierwszą policję komunistycznego reżimu w Rosji. Żeby stłumić krzyki ofiar, potrzebne było zaangażowanie grupy studentów – robiących hałas! Śpiewali bardzo głośno (nie można było sprowadzić do obozu maszyn budowlanych do zagłuszania) nie tylko piosenki, ale wydawali opętane okrzyki radości, by ukryć agonalne krzyki ofiar torturowanych wewnątrz baraków.

Wielu stało się ofiarami demaskowań na półwyspie, a niektórzy z nich zapłacili życiem za błąd przyjęcia zaproszenia od studenta. Jedną szczególną ofiarą, której przypadek wstrząsnął całą “kolonią”, był dr Simionescu.

Dr Simionescu był wybitną postacią zarówno w rumuńskich kręgach politycznych, jak i społeczności lekarskiej. Bardzo dobrze przygotowany profesjonalnie, był jednym z najlepszych przedwojennych rumuńskich chirurgów. Był człowiekiem czynu; zajmował zdecydowane stanowisko w hierarchii sfery urzędowej.

Aresztowany w 1949 roku, skazany na 7 lat więzienia za “spiskowanie przeciwko legalnemu porządkowi społecznemu!!! Chociaż w przeszłości był aktywnym członkiem Cuzist Party [2], został aresztowany za kontakty z grupą osobistości politycznych z Narodowej Partii Chłopskiej. Wysłano go do Aiud do odbycia kary, gdzie wiosną 1951 roku przez jakiś czas dzieliłem z nim celę. Na początku marca był w dużej grupie więźniów przywiezionych nad kanał, gdzie miał kontynuować odbywanie wyroku pracując, mimo że był w dosyć zaawansowanym wieku.

Ja, obdarzony dosyć mocną budową ciała, byłem zdumiony tym, że ten starszy wiekiem lekarz  nigdy się nie skarżył, nawet kiedy rozładowywał z wagonów mokre brudy podczas zimnego czy mroźnego deszczu. Po krótkim pobycie w obozie Poarta Alba nad kanałem, 5 maja 1951 roku wysłano nas do obozu na półwyspie. Obecność dr Simionescu w obozie natychmiast zauważono, bo był jedynym przebywającym tam w tym czasie “członkiem rządu”. (Komunistyczni marionetkowi dyrektorzy rumuńskich więzień, w swoim prostactwie, wszystkich byłych wysokich urzędników rządowych nazywali “członkami rządu”, i w ten sposób określili lekarza, mimo że był tylko bardzo szanowanym profesjonalistą.) Reedukatrzy natychmiast przekazali go Bogdanescu. Nie mogli zapomnieć tego, że lekarz należał do pokolenia, które stanowiło stałą przeszkodę dla rumuńskiego komunizmu.

Pewnego wieczoru zaproszono go do baraku studentów, i wtedy rozpoczęła się jego Golgota. Nie mogłem dowiedzieć się dokładnie jakim torturom wtedy go poddano; on sam nic nie mówił na ten temat. Ale pozostałych po tym śladów nie można było ukryć, bo następnego poranka, zanim brygady wyszły do pracy, lekarz poszedł do izby chorych z trzema złamanymi żebrami, całym ciałem pokrytym siniakami, i kroplami zakrzepłej krwi. W izbie chorych, oprócz zwykłego personelu, obecny był dyrektor obozu, lejtnant Georgescu; gdyż nie wydawano żadnej poprawnej diagnozy medycznej bez aprobaty jednego z oficerów politycznych.

Lekarz zapytał dra Simionescu o przyczyny tych obrażeń tylko dla formy, bo on, jak każdy w obozie, bardzo dobrze wiedział kto i w jaki sposób je zadawał. Simionescu odpowiedział krótko, bez podawania szczegółów, że zabrano go do baraku 13 gdzie torturowali go studenci z nieznanych mu powodów. Wtedy włączył się lejtnant Georgescu, który do tej pory obserwował badanie w milczeniu. On, którego obowiązkiem było zachowanie “praworządności w obozie”, wrzeszczał:

“Bandyto, jesteś ofiarą własnych przekonań! Ci których jako minister rządowy miałeś edukować, pobili cię! Szkoda że tylko tak cię potraktowali! Teraz idź do pracy i żebym cię tu więcej nie widział, bo jeśli cię tu złapię jeszcze raz, połamię ci również nogi!!!” Oczywiście lekarz obozowy nie ośmielił się zalecić żadnego leczenia.

Od tej pory dr Simionescu był praktycznie skazany na śmierć. Co noc był torturowany w studenckich barakach; codziennie specjalna brygada pod nadzorem studentów poddawała go nie do zniesienia cierpieniom. Jego ciało było wycieńczone tym nocnym biciem; a kiedy nie mógł wykonać swojej pracy, jego oprawcy żądali by studenci bili go do nieprzytomności na oczach strażników Securitate. Był w takim wieku, że mógł być ojcem każdego z torturujących go studentów.

Wobec dra Simionescu stosowano inne, bardziej subtelne tortury. Zmuszano go do oszukiwania swojej rodziny. Nad kanałem, odwrotnie do innych więzień, więźniowie, pod pewnymi warunkami, mogli komunikować się z rodzinami. Był ciągły brak żywności, i zgodnie z komunistyczną zasadą “lud nie będzie utrzymywał swoich wrogów”, taki był niedobór żywności rozdzielanej przez administrację obozu, że więźniowie poddawani byli powolnemu, metodycznemu głodowi, któremu można było ulżyć jedynie dzięki paczkom żywnościowym otrzymywanym przez rodziny z zewnątrz. To pozwalało na prostą i łatwą metodę utrzymywania ścisłej kontroli nad więźniami, bo, oczywiście, ten cenny przywilej otrzymywania takiej żywności dawano tylko więźniom, którzy wykonywali normy pracy obozowej i spełniali każdy kaprys administratorów i strażników. To stanowiło kolejną korzyść nakładania wielkiego ciężaru na biedne rodziny więźniów, które musiały pomagać swoim bliskim rzeczami zabieranymi z ich własnych nędznych racji. Te nałożone na rodziny dodatkowe trudności i poświęcenie, nie były, oczywiście, nieprzyjemne dla komunistów.

Dr Simionescu skorzystał z tego przywileju, czy “korzyści”, jak to nazywano. W związku z tym, jego oprawcy zmusili go do napisania do domu podyktowanych przez nich próśb. Po jakimś czasie nawet odwiedziła go żona. Podczas tego spotkania cały czas obecny był przedstawiciel oficera politycznego. Doktor musiał kłamać, mówiąc, że wszystko było dobrze, nikt nie powinien się o niego martwić – i na pewno był zadowolony z podtrzymywania na duchu żony, która nawet nie wyobrażała sobie tego, że spotykała go ostatni raz!

Z rozmównicy doktora zabrano bezpośrednio do studenckich baraków. Tam zmuszono go do czołgania się pod stołem “brygadzisty”, podczas gdy nad nim, Bogdanescu razem z innymi członkami komitetu reedukacyjnego, zajadali się tym co jego żonie, pomimo trudności i braków, udało się jej przywieźć mu z domu.

“Bandyto, wystarczająco długo karmiłeś się potem ludu pracującego! Kiedy ty bankietowałeś, strzelano do robotników, bo walczyli o kawałek chleba. Czy nie było tak, panie ministrze? Od tej chwili twoja kolej na cierpienia, żeby zapłacić za grzechy przeszłości”. Po tej drwinie, jak zwykle, było bicie, i to było wszystko co ten zagłodzony człowiek dostał za żywność przywiezioną mu przez żonę, z której, nawiasem mówiąc, przez konfiskatę całego majątku, zrobiono największą nędzarkę.

Jego cierpienia trwały przez jakiś czas, aż do chwili kiedy postanowił przeciąć nić swojego życia. Chciał umrzeć, ale trzymając się swoich zasad, nie z własnej ręki, ale z rąk swoich oprawców. Więc w biały dzień, w pracy, mimo że wycieńczony biciem i brakiem snu, złamany pracą i niewyobrażalnym upokorzeniem, ośmielił się podejść do linii umundurowanych strażników i próbował przejść na drugą stronę. Ale gdzie? W biały dzień i pośrodku strefy pełnej obserwujących go oczu? Każdy z tych żołnierzy Securitate mógł go złapać za rękaw i doprowadzić z powrotem. Ledwo chodził. I dlatego nie biegł. Ten gest był przemyślany i odbył się według planu. Bo misją tych strażników nie było zachowanie życia, lecz likwidacja tak wielu jak możliwe, zwłaszcza kiedy mieli “legalną” okazję. Kiedy dr Simionescu doszedł do niebezpiecznej strefy, usłyszano grad strzałów: jeden z Securitate opróżnił swój automatyczny rewolwer na doktorze, który upadł kilka metrów od niego. Kilku mężczyzn podeszło by go podnieść i przyprowadzić na teren pracy. Jeszcze żył, i można go było uratować. Ale tego nie planowano.

Wykończono go na oczach obserwujących studentów, którzy byli zdumieni tym co widzieli po raz pierwszy. Ciało doktora zaniesiono na środek obozu, żeby wszyscy “bandyci” mogli je zobaczyć i zauważyć. Następnie zawleczono je na cmentarz Navodari by pochować go wśród byłych towarzyszy-w-agonii zabitych pociskami, głodem lub torturami – bez nabożeństwa za zmarłych, bez krzyża, bez świecy, dokładnie według komunistycznego zwyczaju.

Żołnierz który zastrzelił dra Simionescu dostał premię, promocję i urlop!

Śmierci dra Simionescu nie można było utrzymać w tajemnicy, tak jak wielu zabitych w więzieniach. Wielu niewtajemniczonych wiedziało co się działo w obozach pracy nad kanałem. Kontakty między więźniami i osobami z “większego więzienia” (jak pracujący nad kanałem nazywali okupowany przez komunistów kraj) były nieuniknione, gdyż dosyć często technicy lub inżynierowie z zewnątrz albo szukali pomocy technicznej i porad u swoich współbraci w obozie, albo korzystali z tężyzny więźniów nie posiadających “kwalifikacji zawodowych”, czyli prawników, księży, lekarzy i innych wykształconych ludzi. Wielu z tych z zewnątrz mieli w obozie nawet brata, ojca, kolegę czy przyjaciela; a jeśli nie mieli to w więźniach widzieli własnych braci itd., czyli ludzi takich jak oni sami. To dlatego pomoc tych, którzy nadal byli stosunkowo wolni, bezkrytycznie dawana była materialnie i moralnie, mimo wszelkiego ryzyka. I niektórzy z nich kończyli za kolczastym drutem, obok tych którym pomagali.

Jeden taki człowiek, bezpośrednio albo listownie, poinformował rodzinę lekarza. Ktoś przyjechał by odebrać ciało.

Ktoś inny, jak się wydaje, poprosił o spotkanie w MSW by otrzymać wyjaśnienie dlaczego go zastrzelono. Władze nie mogły tego zignorować zwykłym wyjaśnieniem, i zaraz potem, nad kanałem pojawił się pułkownik z Securitate, Cosmici, w towarzystwie swojego kolegi płk Craciunasa, by rozpocząć dochodzenie. Tutaj, zgodnie z komunistyczną praktyką, byli zwierzchnicy przesłuchujący swoich podwładnych, którzy wiernie spełniali rozkazy wydawane przez ministerstwo, którego częścią byli śledczy. Ono nakazało przeprowadzenie tego eksperymentu! Do biura wezwano kilka osób i przesłuchano bardzo ogólnikowo, częściej o sprawach niezwiązanych z badaną. Następnie pułkownicy odjechali do Bukaresztu żeby złożyć raport o śledztwie.

Na początku września, a może w końcu sierpnia, z obozu nad kanałem wybrano grupę około 10  studentów w celu wysłania ich w inne miejsce. Później okazało się, że wysłano ich do MSW na przesłuchanie w związku ze śmiercią Simionescu, ale studenci, którym kazano przywieźć ze sobą cały dobytek, doszli do wniosku, że zostaną uwolnieni przed zakończeniem wyroków za zachowanie zgodne z oczekiwaniami komunistów, zwłaszcza, że pamiętali o półoficjalnej obietnicy danej im w Pitesti. W bramie zakuto ich w łańcuchy! Była to szczególna oznaka uwagi przyznawana tylko tym, którzy mieli wyroki dłuższe niż 15 lat, albo więźniom złapanym po ucieczce, ale studenci uznali łańcuchy za kolejną przykrywkę, zamiar ich uwolnienia, i opuścili obóz w wesołym nastroju.

Ale widok łańcuchów na wyjeżdżających studentach zasygnalizował zmianę, którą mogli przewidzieć więźniowie bardziej wtajemniczeni w tajemnice komunistycznej logiki. Kiedy dokonuje się zmiany, nawet mało znaczącej, są jakieś wyraźne wskazówki wstępne, najbardziej oczywiste takie, że usuwa się zarządzających. W teorii komunistycznej jest oczywiste, że jako ideologia, komunizm jest nieomylny, a popełnione błędy wynikają z oportunizmu albo niekompetencji jednostek wzywanych do przestrzegania “linii partyjnej”. W takim przypadku, tym kto płaci, nie jest oczywiście ten, kto wydaje rozkazy, a ten, który je wykonał i całe poświęcenie się partii nic mu nie pomoże. Skoro Mołotow nie mógł opanować wszystkich zasad marksizmu przez 50 lat [3], to czego można oczekiwać od mniej utalentowanych i mniej doświadczonych jednostek? Tak samo kiedy jakiś projekt czy polityka, której przyklaskuje się jako triumf komunistycznego geniuszu i planowania, ulega zmianie, wina za tę zmianę spada na barki jednostki, która miała nieszczęście wykonywania rozkazów. Idea kozła ofiarnego jest tak głęboko zakorzeniona w komunistycznej praktyce, że uważa się ją za prawo. I ten szablon, oczywiście, występował na półwyspie.

Pierwszym widocznym znakiem nadchodzących zmian było usunięcie Georgescu, szefa administracji, choć być może w rzeczywistości człowieka najmniej odpowiedzialnego, którego wysłano na mniej istotne stanowisko, nie ukaranego w żaden inny sposób. Zastąpił go kolejny dyrektor więzienia, kpt Lazar, oficer milicji niesławny z powodu terroru jaki nałożył na więzienie Fagaras, gdzie więzieni byli oficerowie armii oskarżeni o współpracę z Antonescu, albo o dołączenie do brygad antykomunistycznych, razem z praktycznie całą policją starego reżimu. Każdy z dyrektorów więzienia miał swoje ulubione metody kar, w przypadku Lazara była to maczuga.

Na półwyspie wprowadzano inne zmiany, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Studentów usunięto z baraków 13 i 14 i rozrzucono po innych barakach. Rozwiązano specjalne brygady pracy, które wprowadzały nieznany dotąd terror, a reedukowanych studentów zwolniono z zajmowanych przez nich godnych zaufania  stanowisk. Ale zmiana miała jeszcze większy zasięg. Sam Lazar stał się innym człowiekiem. W kontraście do jego brutalności w Fagaras, teraz wydawał się być cywilizowanym człowiekiem, z którym można było rozmawiać!

Odmawiał przyjęcia wagonów marchwi i pikli dla więźniów pod pretekstem, że nie można pracować z niedożywionymi ludźmi. Znośne stały się warunki sanitarne; skrócono czas pracy; zmniejszono do bardziej sensownych limity produkcji. Z wyjątkiem tych, którzy zawsze byli skłonni interpretować kurs polityki międzynarodowej stopniem “gęstości zupy”, nikt nie uważał tej zmiany za wskaźnik stałej nowej ery, bo to co Lazar robił było z rozkazu Bukaresztu. Ale ta zmiana była naprawdę zdumiewająca i wyjątkowa, gdyż żaden inny dyrektor, ani przed ani po nim, nigdy nie wykazywał podobnej postawy.

I jak na ironię losu, jego własna córka zakochała się w więźniu i robiła wszystko co mogła by wpłynąć na ojca, by zachowywał się po ludzku.

Zlikwidowanie brygad szefowanych przez zreedukowanych studentów i zastąpienie dyrektora Georgescu doprowadziło do ewolucji eksperymentu Pitesti. Jest możliwe, że inicjatorzy eksperymentu mogli zdecydować by sprawdzić “zreedukowanych” w warunkach innych od tych, w jakich przechodzili swoje demaskowanie w Pitesti. Pamięć o tych warunkach była podtrzymywana w umysłach zreedukowanych studentów przez podgrupę całkowicie lojalną wobec oficerów politycznych nad kanałem. Każda grupa wydawała się na przemian zajmować pozycję dominującą, dzięki odruchom warunkowym wykreowanym w Pitesti. Ale to co miało miejsce wśród studentów później, zasługuje na szczególną uwagę, gdyż ujawnia całkowicie nieprzewidziane aspekty ludzkiej duszy – przynajmniej dusz tych, których w ciągu ponad 2 lat przekształcono w coś innego od istot ludzkich.

Uciekając spod terroru w ich wcześniejszym środowisku, z tego zamkniętego piekła, w którym dręczyli się wzajemnie; widząc, że administracja już nie popiera tych, którzy nadzorowali utrzymanie atmosfery wykreowanej w Pitesti; i dowiadując się, że wręcz przeciwnie, patrzono na nich jako na tych, którym  “brakowało zrozumienia” – studenci stopniowo zaczęli zmieniać swoją postawę wobec zarówno swoich kolegów, jak i innych więźniów. Krok po kroku, kiedy wcześniej nawet ta myśl była niemożliwa, niektórzy rozpoczęli proces samokontroli, krytycznej analizy, albo, jak mówiono, wykopywania problemów pokrytych popiołami terroru. Najpierw nieśmiało, potem z większą odwagą i w coraz większej liczbie, studenci stopniowo zaczęli postrzegać rzeczy własnymi oczami i wyciągali logiczne wnioski, bez obaw o podejrzenie, że myślą inaczej niż im kazano.

Ten proces wydłużał się i był bardzo bolesny. Wydawało się jakby był to powrót z piekła, w drodze z ohydnego, zdeformowanego świata – powrót z innych brzegów, albo przebudzenie z długiego koszmaru, który pozostawił po sobie widoczne ślady na duszy i ciele. Byli jak ślepcy odzyskujący wzrok; bali się światła, byli wobec niego podejrzliwi, uważali je za nierealne, niemożliwe. Ale jak tama powoli niszczona jest przez wodę przedostającą się przez szczelinę, tak ich zwątpienie stopniowo się zacierało, i powoli zastępowało się miłością do życia, uczciwości i godności, wczorajsza bestia dojrzewała do męskości.

Duża różnorodność charakterów wśród ofiar była powodem różnej długości czasu potrzebnego na ich wyzdrowienie.

Ci którzy mniej wycierpieli i byli naturalnie bardziej elastyczni, niemal natychmiast dochodzili do siebie. Ale dla innych powrót był najtrudniejszy – musiało upłynąć dużo czasu, miesiąc po miesiącu, bo ich rany były zbyt głębokie by szybko się zagoiły. Głębiej zranione jednostki, które z wielkim trudem poddawały się  i okazywały największy opór podczas demaskowań, również zachowały najbardziej uparcie obcy kształt, który na nich nałożono. Ponadto, studenci nagle wyrzuceni z baraków 13 i 14 i rozproszeni pośród innych więźniów, znaleźli się w radykalnie zmieniającej się sytuacji. Oni także musieli liczyć się z niektórymi z oficerów politycznych i szpiegami, którzy wysługiwali się komunistom nie będąc nawet o to proszonymi ani do tego zmuszanymi, każdy z nich w powrocie studentów widział zagrożenie dla własnych “karier” (mimo że zmniejszenie liczby informatorów normalnie zwiększyłoby znaczenie każdego z nich). W każdym razie, w tych strasznie nienaturalnych warunkach obozu pracy niewolniczej, jeżyło się i ścierało całe mnóstwo różnych postaw.

Ale u wielu studentów, krok po kroku, rany z przeszłości, których ślady być może pozostałyby na zawsze, zaczęły się goić, przynosząc pewną samokontrolę, ale nie zapomnienie – ono nigdy nie nadejdzie. Ale komuniści nie zrezygnują. Oni tylko zmienią zastosowanie “reedukacji” i być może udoskonalą metody [4].

[1] Razem 11 obozów wg Iona Carja Intoarcerea din Infern… s. 12-14. – red.

[2] Warto zauważyć, że podczas gdy partia do której należał doktor  była wyraźnie patriotyczna i nacjonalistyczna, to został skazany za związki z członkami najbardziej “demokratycznej” ze wszystkich partii, której liderzy kilka razy chcieli “negocjować” z sowietem.

[3] Skriabin, lepiej znany pod rosyjskim nazwiskiem Mołotow, był jednym z głównych agentów żydowskiej rewolucji w Rosji, rozpoczął zbrodniczą karierę jako komunistyczny konspirator w roku 1906, i zajmował istotne stanowiska w sowieckim rządzie od czasu obalenia cara Mikołaja II. Był członkiem triumwiratu, który zastąpił Dżugaszwili (Stalin), ale został, ze swoimi konfederatami, zastąpiony przez Chruszczowa w roku 1959, i wypędzony do Mongolii. Dlatego w czasie kiedy stracił poparcie, miał ponad 50 lat doświadczenia w terrorystycznej organizacji bolszewickiej, z których 40 na wysokim szczeblu kierowniczej hierarchii. To do tego nawiązuje autor.

[4] Nie jest wykluczone, że nagłą zmianę w obozie niewolniczej pracy wprowadzono by określić stopień trwałości reedukacji u jednostek o różnych charakterach.

 

No comments yet.

Leave a Reply

Intronizacja
Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE