Binienda kłamie….r2

+++

Binienda kłamie

czy

jest mądry inaczej?

Luźne uwagi ad hoc.

Nie było w zamiarze śledzenie Konferencji Smoleńskiej. Konferencja ta już w samej nazwie jest oszustwem. Powinna to być konferencja o nazwie „od jakiegoś “A” do innego “Z” losów Członków Delegacji do Katynia”.

Nazwa Smoleńsk , nie powinna występować , bo to wprowadza na zły tor myślenia.

Poza tym konferencja ta jest bohaterstwem „spóźnionych na barykady”. Lada chwila miną 3 lata od momentu Zamachu, w ciągu tego 2,5 roku Naród Polski doświadczył dalszych upokorzeń moralnych i strat materialnych. Próba wydobycia prawdy została oddana w ręce prokuratorów idiotów i oszustów, „ekspertów” komisji wyższych oficerów lotnictwa, którzy miarę kątową kursu wyliczali w metrach (!).

Duża część rodzin została oszukana pod względem dochodzenia swych moralnych praw, a to przy współudziale innych rodzin, które jakby pomagały zamachowcom w zbrodni zacierania śladów po zamachu.

Na płaszczyźnie społecznej – pytań o katastrofę – wybuchło kilka ognisk społecznego poszukiwania prawdy, ale one niczego nie wniosły. Środowisko największe z nich to powstałe w portalu Salon 24 ugrupowanie FYM, które – będąc jakimś ciałem kolektywnym – zwodziło innych blogerów, wodząc ich po bezdrożach coraz to nowych zagadek po ruskiej stronie. Sami blogerzy, którzy tam się zgromadzili, byli chyba liczeni w tysiącach i była to poważna energia, grupa ludzi; wspaniałych, inteligentnych i ideowych, z której zręcznie spuszczono krew.

Środowisko FYM przywłaszczyło sobie wiele tez wziętych ze stron Zamach.eu i zgodnie z żydobolszewicką zasadą przejęło ster wydarzeń i dociekań blogerskich, bazując właśnie na przywłaszczeniu tez, których samo nie było w stanie zbudować: „…będziesz mieszkał w miastach , których nie budowałeś...” (ST). A w zasadzie wielu, bo sprawy te były rozwijane sukcesywnie, przykładowo wyliczmy;

– samolot bliźniak – czyli sprawa dwóch miejsc lądowania

– samo pojecie inscenizacji,które zamieniono na nielogiczne maskirowka , no ale możne była to także świadoma  stygmatyzacja członków przez jakieś uprzednie zabiegi na nich typu Mind Control.

– w końcu sama koncepcja, mówiąca o tym, że cały “Smoleńsk” jest oszustwem , zaś delegacja nigdy nie wyleciała z Okęcia, a została zamordowana w Polsce.

Odkrycia te zdobyły sobie ogromną popularność, a przejecie inicjatywy nad ich “szlifowaniem”miało bezpiecznie zakończyć dochodzenia na rzekomych wydarzeniach w Smoleńsku, gdzie tak naprawdę nic się nie wydarzyło, a utrzymywało uwagę społeczności blogerskiej z daleka od Okęcia. Bo tam najprawdopodobniej kryje się klucz do rozwiązania zagadki porwania Delegacji, a może nawet samo to miejsce jest skażone śmiercią i wcześniejszym poniżeniem tych ludzi.

Kiedy technika wstrzymywania problemu Okęcia zaczęła zawodzić, blog FYM został rozpędzony, co było typowym manewrem ubowskim, a przy tym – kończąc już ten watek – dokonano przypuszczalnej likwidacji wszystkich rejestrów (dowodów) kontaktów blogerskich: numery IP oraz inne identyfikacje. Uwaga ta może być istotna w najwyższym stopniu, gdyż najprawdopodobniej chodzi tu o fakt, że środowisko to było przynętą dla wielu innych internautów, którzy mogli dzielić się „wiedzą” o „katastrofie” z innymi blogerami, ujawniając wobec szczególnie aktywnych „analityków” swe informacje, a nawet dowody w sprawie. Analitycy ci mogli być ubowcami, lub też ich system komputerowy mógł być obiektem penetracji służb. W ten sposób wszyscy coś wiedzący lub posiadający jakąś wiedzę mogli być wyłapani i np. zamordowani.

Opinia publiczna nie jest w stanie zorientować się co do tego, dlaczego taki, a nie inny bloger nagle zamilkł. A takich blogerów jest sporo, sam podpisany znał kilku, po których ślad zaginął. Sprowokowana likwidacja tego zbiorowiska blogerskiego mogła mieć na celu całkowite zniszczenie kręgu analityków ( obarczonych wiedzą o dowodach) , czyli jest tak, jak u czekistów: „nie ma człowieka, nie ma problemu”„nie ma blogera, nie ma dowodu”. A że tak mogło być, niech najlepiej świadczy to, że żadna z tych osób, które prowadziły ten krąg dochodzeniowców, nie przyznała się ani do manipulacji, ani do kłamstw, ani np. do tego, skąd osoby te dostawały liczne materiały smoleńskie, które mogły pochodzić jedynie od służb.

Wracając do przebiegu tej konferencji, podpisany nie może tu napisać zbyt wiele, bo obrady te były podglądane jedynie wyrywkowo, ale i tak coś ciekawego można było zauważyć czy wyłuskać.

Pierwszym mówcą, który przykuł uwagę, był jakiś prelegent z Krakowa, który imponował pięknymi wzorami matematycznymi na temat wyliczeń warunków fizycznych lotu samolotu w aspekcie konfiguracji lotu i warunków atmosferycznych. Ogrom tego materiału podany w krótkim czasie sprawił, że nawet ś.p. prof. Zbigniew Brzoska (wytrzymałość konstrukcji lotniczych), który wszystko wyliczał w głowie, nie dałby rady nadążyć, a jak siedzieliby tam ś.p. profesorowie Dulęba lub Misztal, to byliby bardzo poirytowani amatorszczyzną rozumowania tego mentora.

Otóż mówca błędnie przedkładał „stan naprężeń” nad „stanem obciążeń” w procesie metodyki rozumowania, o ile słowa takie („obciążenia”) w ogóle tam padły, bo piszący ten szybki opis mówcy nie wysłuchał  w całości. Wyjaśniamy jedynie, że w procesie obliczeniowym nad konstrukcją samolotu należy posługiwać się obciążeniami, jakie działają na samolot, a dopiero później na końcu sprawdza się to, czy naprężenia takie nie przekraczają tych dopuszczalnych dla danego materiału (geometria i własności mechaniczne). Naprężenia są pochodną od obciążeń. Obciążenia zaś zmieniają się w trakcie projektowania – jeszcze zanim samolot poleci – bo w projekcie cały czas robi się zmiany, które powodują zmianę masy konstrukcji jako całości lub jej fragmentów. A jak wiemy siła to inaczej obciążenie = masa x przyspieszenie (a nie ciężar, jak to poddają w niektórych dokumentach oficjalnych Unii Europejskiej, do której to każdy Polak chciał i chce: im mądrzejszy tym tęskniejszy!)

Następnym mówcą był chyba pan elektryk, który mocno się jąkając straszył przyszłych pasażerów tym, że kable elektryczne w skrzydle mogą wywołać eksplozję paliwa w zbiornikach i to na wszelkie sposoby. Podpisany do te tej pory myślał, że jak samolot ma wiele zbiorków z paliwem, to paliwo to – w miarę zużycia – jest w swej pozostałości przepompowywane do zbiornika centralnego – bo tak byłoby lepiej dla  zwrotności samolotu, bezpieczeństwa zasilania, jak i ekonomii zapotrzebowania na prąd. Bowiem liczne pompy paliwowe, pracujące w ruchu ciągłym, niepotrzebnie by go zużywały. Mówca stwierdził, co można było tak zrozumieć, że paliwo jest pobierane ze wszystkich zbiorników solidarnie i równolegle. Kiedy tak tego słuchano, żona słuchającego przyszła i powiedziała: „A coś ty taki blady? Wyjdź na świeże powietrze, to może krew wróci ci do mózgu…” Przełamując strach podpisany namacał guzik i wyłączył komputer, wybuchu szczęśliwie nie było.

Po jakiś czasie znowu trzeba było zajrzeć, bo znajomymi pytali: „Co tam słychać na konferencji”?

No wiec pojawił sam as smoleński Binienada, mówił dużo z pokorą i jak zwykle głupio. Omówienie tego przypadku pozostawimy na sam koniec, a teraz dwaj następni mówcy, którzy przystąpili do wokandy po tym luminarzu smoleńskim.

Pierwszym był osobnik męski nieznanego pochodzenia, który pochodzi chyba z rodziny zaplutych karłów reakcji, bo kiedy Binienda, po wygłoszonym speechu, nie zdążył jeszcze nawet skierować swego przenikliwego wzroku w oko kamery, tenże rzucił pytanie na temat losów kokpitu, które są wciąż nieznane – a co Binienda powinien umieć wyłożyć (wyjaśnić), bo bardzo pięknie mówił o nurkowaniu Tupolewa z góry do dołu i to w trudnych warunkach. Tak trudnych, że nie wiadomo już czy z bombą, czy po brzozie, czy też razem z brzozą i wybuchami na dodatek.  I tu nagabnięty wykazał swój lwi pazur i odrzekł, że on nadaje tylko w sprawie warunków technicznych lotu samolotu i mechaniki rozbicia, a nie w kwestii tego, że np. kokpit został ukradziony przez czekistów. Było to mądre i błyskotliwe zarazem, ale obarczone błędem, o którym wielokrotnie wspominaliśmy na łamach „Zamachu”.

Chodzi o to, że jeżeli materiał dowodowy nie jest autentyczny w podstawowych, kluczowych aspektach swej autentyczności, to opieranie się na takim dowodzie jest pozbawiane sensu. Jeżeli bowiem czekiści mogli ukraść kabinę, to znaczy to, że ta kabina była kluczem do śledztwa i bez niej nic nie da się zrobić. Bo to nie idioci – wiedzą, co robią. Jeżeli czekiści mogli coś ukraść, to mogli też coś podmienić! Mogli podmienić „czarne skrzynki”, których zapis studiuje Nowaczyk (zmienione – GW). Ba! Mogli przecież podmienić cały samolot, a jak podmieniliby cały samolot, to zrobić z pasażerami? Też proste – powiedzieli oni do Polaków: „my bieriem maszynu, a wy bieritie ludiej, a świadectwa zabitych to my wam damy – papierów u nas skolko ugodno”. Tak mogli czekiści i powiedzieć, i zrobić. Wniosek z tego dla nas jest prosty: jeżeli dowód o takim charakterze jest sfałszowany choćby częściowo, to przepada on w całości jako materiał dowodowy.

Potem wystąpił jakiś naukowiec z WAT, a biorąc pod uwagę łysinę, był to chyba nawet generał. Otóż początek był jak się patrzy, bowiem stwierdził on, że zanim przystąpimy do analizy przebiegu zniszczenia maszyny, to aby poprowadzić prace z sensem, trzeba zrobić dobry początek, tzn. należy zbudować model cyfrowy całego samolotu. W ten sposób będzie wszystko jasne i uporządkowane, a wówczas będzie można obliczać różne warianty – do woli.

O toż nie, Panie Generale, początek to trzeba zrobić nie z modelem cyfrowym samolotu, ale z cyfrowym algorytmem wejścia Delegacji na pokład samolotu. Zanim ten samolot spadnie, trzeba zbadać, jak on wystartował. Profesor, który jest generałem wojska, musi umieć wykombinować to, że katastrofa może być spowodowana przez sabotaż na pokładzie. Delegat może być sabotażystą, nie mówiąc już o stewardesach, które mogły być znarkotyzowane i zaprogramowane do dokonania prostego nawet sabotażu.

A co do modelu cyfrowego, to też nie może być zgody, model cyfrowy to nie jest to, co pokazuje bajdurzyk Binienda, ale kompletny samolot. Kompletny ze strukturą kontraktacji tak, jak w oryginale i z podzespołami w skrzydle, również jak w oryginale. A to nie jest możliwe szybciej niż za jakieś 10 lat. I to wątpliwe, czy za 10 lat można od zera zbudować biuro konstrukcyjne (z prawdziwymi konstruktorami po MEiL,  a nie AGH – bo wszyscy z Krakowa musieliby mieć zakaz wstępu do takiego biura, aby czegoś tam nie zepsuć), które stworzy nową (WIERNĄ KOPIĘ) dokumentacji, na podstawie której stworzy się wierną kopię modelu. A to jest raczej niemożliwe, zresztą, co tu planować 10 lat,  z takim elitami jak na konferencji to Polska zniknie z mapy państw prawdopodobnie już za 5 lat.

W problemie konieczności zbudowania modelu jako całości chodzi tu o to, co już napisano powyżej: siła = masa x przyspieszanie. A masy np. pompy, kompresora, przewodu hydraulicznego, etc. nikt w Polsce nie określi, bo nikt nie będzie miał dostępu do producenta i numeru zamówienia np. podkładki czy rury. A jak nikt nie ma masy, to nie ma siły. Gdy nie ma siły, to nie można określić naprężenia. General profesor od samolotów na WAT powinien wiedzieć to, że każdy samolot – przed oblotem – podlega ważeniu. Sprawdza się ciężar samolotu – suchy i z paliwem – oraz położenie środka ciężkości. Położenie środka ciężkości nie tylko ma wpływ na sterowność i stabilność lotu, ale i na obciążenia właśnie, bo ciało sztywne w przestrzeni obraca się wokół jego środka ciężkości. A tu też obciążenia są według wzoru na moment: siła x ramię. Aby np. obliczyć obciążenia z tytułu przyspieszeń np. odśrodkowych, musimy brać pod uwagę promień obrotu, a on zmienia się ze zmianą proporcji mas, ich wielkości i położenia. To ma zasadnicze znaczenie dla kalkulacji nt. tego, co lepsze: skrzydło czy brzoza, a nie filmidla rysunkowe, które amatorzy (ew. laicy) nazywają symulacją.

Dajmy sobie spokój, bo niech o skali problemu posłuży dodatkowo także informacja o ok. 2000 kg kamienia, które trzeba było wozić w którymś starszym tupolewie 154, a to z powodu złego wyważania. Bo środek ciężkości leżał zbyt daleko w tyle i trzeba było położyć w nosie samolotu 2 tony głazów!

Wróćmy pod koniec do amerykańskiego profesora. Otóż (ze słów słyszanych przez głośniki komputera) dowiedzieliśmy się, że w świecie nie ma ani jednego przykładu, gdzie skrzydło mogło być ucięte przez brzozę. W trakcie tego oświadczenia Binienda pokazał zdjęcie

 

z

http://zamach.eu/110109/TU-154.htm,

http://zamach.eu/120406/Untitled_1.html

gdzie stwierdził, że to także taki przypadek i tam nikt nie zginał. Otóż jest to nieprawda:

  1. W wypadku tym zginęły dwie osoby.
  2. Ten właśnie samolot stracił końcówkę skrzydła lewego uciętego niemal identycznie jak Tupolew „smoleński”.

 

Tu widać, że skrzydło zostało ucięte na wysokości klapy zewnętrznej skrzydła lewego.

 

Tu widać ( droga hamowania), że skrzydło się urwało, ale nawet brzozy nie ma, tylko jakieś wiechcie.

Niech Binienda to wyliczy na swoim programie, który tak wkoło reklamuje, a nikt nie zauważa, że to jedynie zwykła komercja, reklamowy teledysk firmy, która ten program sprzedaje, a który nie nadaje się do studiowania katastrof, a służy jedynie do optymalizacji nowych konstrukcji – aby były bezpieczniejsze.

Zakładając to, że usłyszeliśmy Biniende poprawnie, stwierdzamy, że osobnik ten nie wie, co mówi, nie ma kontroli nad prostym materiałem fotograficznym, który tak szeroko prezentuje wobec zgromadzonej gawiedzi.

 

Pisząc na kolanie

(-) Krzysztof Cierpisz

 

PS . Autor raz jeszcze wyraża przekonanie, że katastrofa, której skutki ukazane są na powyższych zdjęciach, była sabotażem służb. Najwidoczniej chciano, aby ów 154 spadł z dużej wysokości i spłonął, co byłyby to dowodem na to, że maszyna taka może zostać unicestwiona, a po trupach nie ma ani śladu, wsie pagibli i spaliali sia – byłoby to usprawiedliwienie dla stanu wraku smoleńskiego . Tak się – dzięki Panu Bogu – jednak nie stało. Pilotom, którzy lecieli lotem ślizgowym, odmówiono pomocy naziemnej w naprowadzeniu na jakieś lotnisko leżące na linii ślizgu. Sami szarpiąc się ze sterami, bez wspomagania odnaleźli na mapach lądowisko i wylądowali. Dzielni piloci z wielką klasą! Podobnie było z kapitanem Wroną, który został sprowokowany (sprowadzony) na Okęcie po to, aby się tam rozbić i zabić pasażerów.

 

+++

 

 

 

 

 

 

, , , ,

Trackbacks/Pingbacks

  1. inż. Krzysztof Cierpisz – luźne uwagi ad hoc: Binienda kłamie czy jest mądry inaczej? « Wirtualna Polonia - 23/10/2012

    […] Za: http://gazetawarszawska.com/2012/10/22/binienda-klamie/, ktora niestety jest bardzo czesto niedostepna z informacja: […]

Leave a Reply

Intronizacja
Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE