Zbigniew Kuraś: Gorzki Jubileusz

 

Gorzki Jubileusz

W tym roku mija 25 lat od podjęcia decyzji o utworzeniu gospodarstwa ekologicznego.

Zbigniew Kuraś

Jubileusz nasuwa refleksje i to czas na podsumowanie tego okresu. Na wstępie chciałbym opisać jak doszło do tej decyzji tu należy cofnąć się trochę w czasie. W 1972 roku do Szkoły Rolniczej w Weryni przyszła nowa nauczycielka pani Jadwiga Dąbkowska, która została nauczycielką od przedmiotu warzywnictwo. Nauczając nas przedmiotu dużą uwagę zwracała na etykę zawodu rolnika. Mówiła nam ze wy podobnie jak lekarze powinniście być objęci,,Przysięgą Hipokratesa”, bo to głównie od Was zależy zdrowie przyszłych pokoleń. Sprawdza się w tym wypadku życzenie Hipokratesa, ojca medycyny: “by pokarm był lekiem a lek pokarmem”.

Trzy lata później na białaczkę umiera mój tato miał tylko 44 lata. W tym czasie była to sensacja na Podkarpaciu. Z Rzeszowa przyjechała komisja badać warunki oraz przyczynę choroby mamie polecili zwracać baczną uwagę na syna gdyż może ta choroba mieć podłoże genetyczne. Może właśnie, dlatego słowa nauczycielki ze szkoły wywarły na mnie wielki wpływ a tą wiedzę zdobytą przekuwałem w czyn. Na efekty nie trzeba było długo czekać produkty wytwarzane w naszym gospodarstwie cieszyły się wielką renomą a produkty,,Od pani Jasi”(Janina to moja mama) rozchodziły się jak ciepłe bułeczki. Problem w tym ze handlowaliśmy tylko ze Spółdzielnią Ogrodniczo- Pszczelarską w Mielcu oraz z prywaciarzem panem Rokoszakiem. Po urodzeniu trzeciej córki w 1984 roku żona rozchorowała się po roku leczenia doszło w październiku 1985 roku do zablokowania pracy nerek tak ze potrzebna była dializa i operacja w szpitalu w Rzeszowie. W Rzeszowie od starościny z naszego wesela dostałem książkę Juliana Aleksandrowicza i Ireny Gumowskiej  pt. ,,Kuchnia i medycyna”

Rok później rodzi się upragniony syn Damian jednak po 10 godzinach umiera. Dwie bliskie sercu osoby odchodzą z tego świata może to jakieś fatum. A że naturę mam historyka zacząłem analizować wszystkie sytuacje mojego życia. Z dzieciństwa przypomniała mi się sytuacja z dziadkiem Józefem z czasów, gdy były obowiązkowe dostawy. Dziadek nie miał na tyle płodów rolnych, aby wywiązać się z obowiązkowych dostaw, dlatego kupił brakujące płody rolne na targu, aby wywiązać się z obywatelskiego obowiązku. Zamiast zapłaty przywieźli dziadkowi nawozy sztuczne, których dziadek nie używał. Leżały one pod wierzbowym płotem, co roku było coraz więcej worków nawozu. Wiele lat później któryś z synów dziadka rozsypał je po polu. Gdy chodziłem do technikum, kiedy byłem u dziadka dziadek zapytał mnie, czym zwalczyć szkodniki, bo od czasu, gdy stosuje nawozy jest problem ze szkodnikami, z którymi wcześniej nie miał problemu. Po śmierci syna było to brakujące ogniwo i lekcja, że należy powrócić do natury. Pod wpływem książki pt.,,Kuchnia i medycyna” i moich osobistych przemyśleć w 1987 roku podejmuje decyzję o utworzeniu gospodarstwa produkującego metodami biologicznymi.

Początki nie były łatwe, mimo że w konwencjonalnym gospodarowaniu stosowałem duże dawki nawozów sztucznych po zaprzestaniu stosowania nawozów plony nie spadły zboża za to nie powalały się pojawił się za to wielki problem z chwastami, które rosły jak szalone, jeszcze nie zdążyło się skończyć plewić plantacji a już to, co było oplewione było zarośnięte. Pojawił się też problem ze stonką ziemniaczaną i z zarazą ziemniaczaną, ale najgorsze miało nastąpić z innej strony. Lata dziewięćdziesiąte okres przemian ustrojowych w Mielcu upada Spółdzielnia Ogrodniczo – Pszczelarska pan Rokoszak zamyka sklep warzywniczy i otwiera hurtownie rowerów nad moim gospodarstwem zbierają się czarne chmury. Co zrobić z wytworzonymi płodami rolnymi? Zapada decyzja, aby sprzedawać na mieleckim rynku i tu wyszedł problem jak pogodzić pracę z handlem pozostała sobota, lecz towar, który jeszcze parę miesięcy temu był poszukiwany przez klientów na rynku był, wybrzydzany a gdy na pytania klientów odpowiadałem jak ten produkt jest wytwarzany zostawałem wyśmiany ludzie mówili, co za bzdury pan opowiada jak się nie do i nie opryska to,,nic” urośnie. Za to przy moim stoisku sąsiadom schodził towar jak świeże bułeczki. Na przykład podchodzi do mnie klienta i pyta, dlaczego te truskawki są drobne, bo są uprawiane bez żadnych nawozów sztucznych i bez chemii odpowiedziałem Panie jak uprawia pan bez chemii to zanim doniosę do domu to mi spleśnieją. Sąsiad słysząc to mówi zapraszam panią do mnie ja wczoraj wieczorem opryskałem truskawki przeciw pleśni Euparenem. Jeszcze nie zdążyłem wyjaśnić już to pani była u sąsiada i kupiła 2 koszyki truskawek potem wytworzyła się kolejka w ciągu godziny sprzedał wszystkie truskawki. Warto w tym miejscu wspomnieć, że Euparen ma siedem dni okres karencji( to znaczy ze po oprysku trzeba czekać 7 dni, aby je zebrać) po drugie stosuje się go tylko do końca kwitnienia truskawek. Do mnie za to podchodziły klientki ściskały w palcach truskawki a gdy zwróciłem uwagę, aby tego nie robiły rozeszła się wieść ze to ten sprzedawca, co opieprza klientki. Gdy wróciłem po targu, na którym nie udało mi się nic sprzedać truskawki nadawały się tylko do wyrzucenia. [Wiele lat później, gdy szwagier z siostrą jeździli do pracy w Norwegii zachwyceni byli rolnictwem norweskim szwagier przywiózł mi ładnie zapakowanego ogórka i mówi patrz to jest przyszłość rolnictwa skosztowałem bez żadnego smaku, gdy jechali na zbiory truskawek zapakowałem wiaderko po marmoladzie swoich truskawek im na drogę. Schowali na samo dno, gdy Polonezem dojechali do Norwegii, jakie było zdziwienie farmera norweskiego ze w takich warunkach transportowych tak ładnie przetrzymały się truskawki. Był remis 1do1. Następnym razem podałem do Norwegii paprykę swoją odmiany,,Oleńka”. Rolnicy z sandomierskiego pracujący u tego farmera przynieśli piękną dużą paprykę i zaczęli kpić sobie z siostry. Siostra rozkroiła i poczęstowała szybko rolnikom z sandomierskiego mina zrzedła a farmer norweski długo nie mógł nadziwić się, jaki wspaniały smak ma ta papryka teraz śmieje się ze prowadzę z Norwegią 2do 1].W domu po nieudanym handlu awantura w następnym tygodniu wziąłem w czwartek urlop pojechała też żona ze mną to samo wybrzydzanie grymaszenie drwiny totalny koszmar nigdy nie myślałem ze rolnik, który wytwarza żywność najwyższej jakości może być tak upokarzany wróciliśmy do domu z towarem. Kolejne lata to ograniczanie produkcji w tym czasie zająłem się też hodowlą dżdżownic kalifornijskich na jeden ha potrzeba 3 tony biohumusu produkowałem dużo więcej wyniki polowe były obiecujące tym bardziej ze zawartość azotynów w płodach była dużo niższa od obowiązujących norm np. norma azotynów w marchwi dla niemowląt to N-NO3 mg/1 l soku 240 ja uzyskałem 100. W tym czasie nawiązałem współpracę ze Szpitalem w Mielcu na dostawę marchwi dla niemowląt tym ze zapotrzebowanie wynosiło około 2kg dziennie ja wytwarzałem 5 – krotnie więcej marchwi. Czyniłem też starania, aby być dostawcą dla całego szpitala, ale szpital nie chciał zrywać kontaktu z dotychczasowym dostawcą. Potem miałem taką małą przygodę, przez którą szpital zerwał ze mną kontrakt

Pewnego wieczoru przyjechało do mnie małżeństwo, którego dziecko z biegunką i odwodnieniem organizmu trafiło na oddział dziecięcy. Leczenie szpitalne nie przynosiło spodziewanych rezultatów dziecko cały czas było na kroplówkach. Przyjaciółka ich rodziny, która pracowała jako dietetyczka w szpitalu poradziła żeby udali się do mnie po marchew i wspomogli leczenie marchwianą. Dziecko szybko zaczęło wracać do zdrowia. Ojciec dziecka zamiast podziękować Bogu i Matce Boskiej za to ze dziecko wyzdrowiało zrobił pani ordynator oddziału dziecięcego awanturę, że zwykła dietetyczka potrafi wyleczyć dziecko a lekarze tyle czasu męczyli jego dziecko ( tu jest niewiedza tego ojca wspomożenie leczenia dietą z marchwi dało takie efekty, należy zastanowić się też nad przyczyną biegunki to znaczy, po czym dziecko dostało biegunki) skończyło się to tym, że pani dietetyczka musiała odejść ze szpitala a ze mną szpital zerwał kontrakt. Wiele lat później dowiedziałem się ze dla niemowląt szpital kupował marchew od dostawcy, u którego zawartość azotynów przekraczała 6-krotnie moją marchew a 2,5-krotnie normę dla niemowląt taki był finał awantury tego ojca. A na rynku mieleckim marchew nie schodziła mi klienci zarzucali mi ze jest niekształtna wyjaśniałem ze to, dlatego ze w marchwi nie stosuje herbicydów stąd, gdy obok rośnie chwast korzeń tak się formuje sprzedałem część do hurtowni w Mielcu po 10 groszy za kilogram(100 złotych tona) hurtownia sprzedawała po 40 groszy a w sklepie była po 80 groszy. Panie z ODR w Mielcu widząc, jakie dobre wyniki jakościowe uzyskuje starały mi się pomóc, lecz bezskutecznie w końcu zadzwoniły do Alimy –Gerber do Rzeszowa panie były zachwycone tak wspaniałymi wynikami i tak niską zawartością azotynów zapytały jak taki wynik osiągnąłem, gdy odpowiedziałem na pytanie padła odpowiedz, że produkt produkowany metodami biologicznymi nie nadaje się dla niemowląt ze względu na dużą zawartość mikotoksyn.

Gdy wspomniałem, że szpital w Mielcu kupuje ode mnie marchew dla niemowląt padła odpowiedz ze nie są zainteresowani tym regionem. Warto wspomnieć o przygodzie z marchwią z mieleckiego rynku w maju stałem z warzywami do sąsiedniego stoiska podeszła pani z malutkim dzieckiem na ręku i poprosiła o dwa ładne pęczki marchewki na soczek dla małego dziecka. Podszedłem do niej zwróciłem jej uwagę ze ta marchew nie nadaje się na soczek dla dziecka ze względu na dużą zawartość azotynów a azotyny w organizmie dziecka zachowują się podobnie jak czad (tlenek węgla) łączą się z hemoglobiną tworząc, methemoglobinę, która powoduje ze tlen nie jest dostarczany do komórek, i zaproponowałem jej marchew swoją popatrzyła na mnie jakbym jej dziecku chciał zabrać najcenniejszą rzecz oczywiście u mnie nic nie kupiła wybrała u sąsiada 2 ładne pęczki marchwi takich przygód miałem, co niemiara. Załamałem się to nie ma sensu ludzie robią na odwrót, gdy mówię o ekologii ludzie szukają towaru nafaszerowanego chemią tak jest do tej pory do tego tematu wrócę. W tym czasie zachorował tato mojej żony i poprosił mnie abym woził go do Ośrodka Terapii Integralnej w Mielcu, który założył śp. lekarz Jan Rusin. Jan Rusin postać niezwykle ciekawa z zawodu mgr chemii po skończeniu 40 roku życia dostaje się na medycynę, gdy w rozmowie z nim wspomniałem ze założyłem gospodarstwo produkujące metodami biologicznymi powiedział do mnie podjąłeś najlepszą decyzję w swoim życiu. Gdy bywałem u niego z teściem zapraszał mnie do gabinetu długo ze sobą rozmawialiśmy wiele spraw wyjaśniał mi, mówił ze ludzie chorują z głodu gdyż w pokarmie nie dostarczamy wszystkich składników potrzebnych do prawidłowego funkcjonowania organizmu. Organizm ludzki potrzebuje około 70 składników my dostarczamy ich za mało i w niewłaściwych proporcjach nawożenie mineralne głównie 5 składnikami (azotem, fosforem, potasem, wapniem i magnezem) zakłóciło wszystko. Bardzo dużo zawdzięczam temu wspaniałemu lekarzowi.

Niedawno rozmawiałem ze znajomym i powiedział mi w rozmowie Zbyszku miałeś na mieleckim rynku najlepszy produkt tylko ze twój produkt nie był poszukiwany przez klientów. Dlaczego zapytałem? Bo ty narzucałeś klientom pewne wartości np. ziemniaki mówiłeś odmianę, jaką i jak ją uprawiasz ( w tym czasie uprawiałem odmianę wczesną Lotos bardzo smaczna odmiana, którą przez prawie piętnaście lat uprawiałem w swoim gospodarstwie) a ludzie mają swoje upodobania, szukali odmiany Atol i wszyscy sprzedawcy sprzedawali odmianę Atol. Trzeba umieć wciskać klientom dobry kit a ty tego nie potrafisz musisz wiedzieć ze na rynku nikt nie miał odmiany Atol a gdy klient pytał o tą odmianę to każdy sprzedawca ją miał nawet ziemniaki pastewne były sprzedawane jako biała odmiana Atola. Przyjrzyj się jak to robią inni sprzedawcy i ucz się od nich.

Nie miałem o tym pisać, ale gdy dzisiaj, słyszę głosy, w jakim świecie ty żyjesz przecież postępu biotechnologicznego zatrzymać się nie da przyszłość polskiego rolnictwa to potężne farmy biotechnologiczne produkujące żywność genetycznie modyfikowano, nowoczesne wysokiej mocy ciągniki i maszyny, ze nastały czasy, aby w województwie było maksymalnie 20 gospodarstw, bo tylko w ten sposób można zapobiec głodowi a ty chciałbyś powrotu do czasów króla Świeczka i żeby ludzie na świecie z głodu umierali. Przypominam sobie, gdy zacząłem przestawiać gospodarstwo sytuację z końca lat osiemdziesiątych, gdy jeden z działaczy sportowych otrzymał medal;,,Zasłużony działacz sportowy” podszedł do kierowcy pracującego w,,Stali” Mielec z zapytaniem czy pomógłby mu oszukać Maluszka (fiata 126p). Chwila, chwila, ale faktycznie, o co chodzi – pyta zdziwiony kierowca. No, bo wiesz otrzymałem medal i mam po niego jechać do Warszawy a mój Fiacik jest taka bestia, że w Padwii Narodowej skręca w prawo a jak ty go będziesz prowadził to go oszukamy i pojedziemy prosto do Warszawy. Dzisiaj śmiejemy się z tego, ale w tym czasie, gdy były kartki na mięso a na pólkach sklepowych królował ocet w towarzystwie cwaniaka (salcesonu) wiele rodzin w mieście zbierało wszystkie odpadki pomagało na wsi wożąc w zamian do miasta płody rolne. Były to czasy ze, aby sprzedać bydło opasowe lub tuczniki trzeba było stać w kilometrowych kolejkach. Teraz, gdy w sklepie wszystko jest zapomina się o tym następuje duże marnotrawstwo żywności, która trafia na śmietnik pozwalając rozwijać się populacji szczurów. Dzisiaj populacja szczurów na świecie przewyższa populacje ludzi. Będąc na szkoleniach koordynatorów Anglik sir Julian Rose prezes Międzynarodowej Koalicji dla Ochrony Polskiej Wsi mówił; ,,Nie popełniajcie naszych błędów. Macie najlepsze rolnictwo na świecie, może jest ono niedoinwestowanie, ale wy widzicie u nas nowoczesne maszyny nie wiecie o zadłużeniach nie wiecie, że średnio 2 farmerów angielski tygodniowo popełnia samobójstwo. Gdyby nie Wy Polacy pracujący na fermach ilość samobójstw byłaby dużo większa. Taki jest obraz zachodniego rolnictwa.”

Przełom XX i XXI wieku był dla mnie niezwykle ubogacający. Zafascynowałem się ojcem Edmundem Szelągi salezjaninem pracującym w Peru. Przeczytałem z wielką uwagą książki,,I Bóg stworzył Vilcacorę” oraz,,Vilcacora leczy raka” a książka,,Ojciec nadziei” wniosła nadzieję do mojego serca. Stałem się też zagorzałym czytelnikiem miesięcznika,,Vilcacora Żyj długo” w tym miesięczniku oprócz ojca Szelągi zafascynował mnie inny człowiek, który pisał tu artykuły był nim śp. pan Zbigniew Przybylak.

Koniec części pierwszej

One Response to Zbigniew Kuraś: Gorzki Jubileusz

  1. KSC 03/09/2012 at 05:49 #

    Questions/Comments: Rolnicy z Ponidzia wypłynęli tratwą z owocami i warzywami do Warszawy. Happeningowy protest ma zwrócić uwagę na różnicę cen między skupem a sklepem. W czwartek chcą spotkać się z przedstawicielami ministerstwa rolnictwa.

    Tratwa nazywa się „Ponidzie” – tak jak jeden z najżyźniejszych regionów województwa świętokrzyskiego. Rolnicy załadowali na nią owoce i warzywa, aby płynąc do Warszawy nagłaśniać problem różnic cen w punktach skupu na wsiach oraz sklepach w miastach. Akcja nosi nazwę „Od rolnika do pośrednika 3000 procent znika”.

    „Kiedy rolnicy sygnalizują problem, niewiele osób go dostrzega. Dlatego wymyśliliśmy 400-kilometrowy rejs tratwą po Wiśle, który zauważy więcej osób. Nasi przedstawiciele zawiną m.in. do Sandomierza, Solca nad Wisłą, Dęblina i Góry Kalwarii, gdzie będą spotykać się z przedstawicielami miejscowych władz”- poinformował PAP inicjator akcji Adam Ochwanowski.

    Inicjatywę wspiera marszałek województwa świętokrzyskiego Adam Jarubas, który w sobotę wypłynął razem z rolnikami na pierwszy odcinek rejsu. Obiecał też, że dołączy do nich w czwartek przed Warszawą.
    Umówił już spotkanie przedstawicieli regionu świętokrzyskiego w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

    „Problem, który sygnalizują płynący tratwą jest nierozwiązany od kilkunastu lat i chcemy rozmawiać o nim w ministerstwie. Być może taka akcja pokaże też rolnikom, że w grupie można więcej i zachęci ich do wspólnego działania” – zapowiedział Jarubas. Dodał, że rolnicy przygotowali dla ministra w podarunku ekologiczne płody z Ponidzia.

    W sobotę do ponidziańskich rolników dołączyli również sąsiedzi zza Wisły. Z Nowego Korczyna razem z tratwą wypłynęła do Warszawy łódź dłubanka przywieziona z Podkarpacia. „Jesteśmy z powiatu mieleckiego.
    Mamy dokładnie takie same kłopoty ze sprzedażą naszych płodów i popieramy protest kolegów ze świętokrzyskiego. Będziemy ich wspierać aż do Warszawy” – powiedział PAP Kazimierz Bąk z gminy Borowa.

    W ostatnim tygodniu świętokrzyscy rolnicy alarmowali o drastycznych spadkach cen w skupach. Za kilogram ziemniaków płacono 10 groszy, a za jabłka przemysłowe 36 groszy – co, według rolników, nie pokrywa kosztów zbiorów.
    Żródło;
    http://www.ziemiamielecka.pl/?p“109

Leave a Reply

Intronizacja
Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE