Jędrzej Giertych: CO MAMY ROBIĆ ?

Cena niniejszego numeru: 9 funtów brytyjskich.

OPOKA 19

PO RAZ DZIEWIĘTNASTY

Londyn  Listopad 1987

Wydawnictwo seryjne, ukazujące się w nieregularnych odstępach czasu nakładem

i pod redakcją Jędrzeja Giertycha

Adres: 175 Carlingford Road, London NJ 5. 3ET

CO MAMY ROBIĆ ?

Jędrzej Giertych

Temu blisko pięć lat (w maju 1982 roku) napisałem i następnie ogłosiłem jako artykuł w numerze siedemnastym wydawanego przeze mnie pisma “Opoka” (grudzień 1982) rozprawę p.t. “Co robić?”, która potem była przedrukowywana osobno jako oddzielna broszura. Od tego czasu mimo pozornie niezmienionego położenia Polski i pozornie tej samej politycznej i ideologicznej sytuacji światowej, ogromnie wiele się w Polsce i w świecie zmieniło. Zmienili się ludzie i na ogół poza wyjątkami, odeszło pokolenie byłych uczestników drugiej wojny światowej (już nie mówiąc o generacji uczestników pierwszej wojny światowej i wojny polsko-bolszewickiej) i zostało zastąpione przez pokolenie, które w czasie wojny jeszcze nie było urodzone, a co najmniej w czasie ostatniej wojny było dziećmi, lub prawie dziećmi i życia politycznego i sytuacji politycznej przedwojennej nie zna i nie rozumie. Myśli i dążenia tego nowego pokolenia są inne, niż pokolenia przedwojennego. A co więcej wyznaje ono śmiało niektóre poglądy – i nie waha się stwierdzać niektóre zaobserwowane fakty – których poprzednie pokolenie albo w ogóle nie widzi, czy nie wyznaje, albo też, które nurtują tylko w jego podświadomości. A po wtóre, wyraźnie zmieniła się sytuacja. Jeszcze niedawno, my Polacy, byliśmy dla Anglików, Amerykanów, także i Francuzów niedawnymi aliantami, o których dobro się jednak trochę dba i których uczucia się szanuje, natomiast dzisiaj staliśmy się po prostu cząstką świata komunistycznego, a więc wrogami. Jeszcze niedawno Niemcy to byli dawni przeciwnicy, których się z konieczności dopuszcza do własnego obozu, ale którym się nie ufa, których się nie darzy sympatią i których się nie uważa za równych sobie politycznych partnerów, natomiast dzisiaj widzi się w nich takich samych aliantów – i uczestników tego samego obozu politycznego, tej samej ideologii i tej samej kultury – jak inni.

Mimo, że od mej rozprawki “Co robić” minęło tylko około pięciu lat, wiele rzeczy zarysowało się o wiele jaśniej, niż wtedy, a także po prostu się zmieniło, zachodzi więc potrzeba mówienia o tych rzeczach inaczej, niż mówiłem pięć lat temu. Mój list sprzed pięciu lat stał się po prostu przestarzały.

Napisałem więc nowy list do polskiego społeczeństwa, starający się odpowiedzieć na to samo pytanie : co robić, to jest, co my Polacy mamy robić. Artykuł ten niniejszym drukuję. Dla odróżnienia od poprzedniego, daję mu tytuł nieco zmieniony. (Zamiast :Co robić” – “Co mamy robić”) Oto jego treść.

I

List mój zwracam do społeczeństwa polskiego. To znaczy do Polaków. Nie zwracam się więc do ludzi, którzy od społeczeństwa polskiego odeszli i którzy Polakami – albo w pełni Polakami – już nie są. Nieszczęścia, które dotknęły Polskę w ostatnim półwieczu sprawiły, że zjawił się w polskim narodzie spory zastęp ludzi słabych, którzy od polskości odeszli i z narodem polskim w dużym stopniu, lub całkowicie zerwali. Ubolewam nad tym. Szczerze pragnę, by się opamiętali i do polskości wrócili. Ale dopóki są tacy, jacy są, uważam ich za ludzi obcych i nie mam im nic do powiedzenia poza apelem, by się opamiętali.

Jest tych ludzi kilka kategorii. Po pierwsze, są komuniści. Wielu z nich, to są karierowicze, którzy są komunistami tylko dla interesu. Jest to bezwartościowy gatunek ludzi. Nie zamierzam marnować atramentu na ich oświecanie, czy uświadamianie. Inni – to są ci, którzy wyobrażają sobie z rzeczywistego przekonania, czy też po prostu z głupoty, że doktryna Marksa, czy Lenina, czy Trockiego, czy Stalina dobrze potrzebom narodu polskiego służy. Może otworzą się im kiedyś oczy na to, jak dalece są w błędzie. Niektórym już się oczy otwierają. Jeśli to są naprawdę ludzie ideowi, życzę im, by drogę do wierności Polsce i jej dobra w końcu odnaleźli. Ale dopóki to się nie stanie, nie mam im nic do powiedzenia. Uważam ich bowiem za ludzi obcych. Osobną wśród nich kategorią są ludzie, którym Pan Bóg – zapewne z ich własnej winy – odmówił łaski wiary i którzy z przekonania są ateistami. Stan wielu z nich jest beznadziejny. Są dla polskości i polskiego ducha nie do odzyskania. Musimy ich, jako naród odpisać na straty. Ale jest wśród nich wielu., których dusze miotane są wahaniami i wątpliwościami. Życzę im, by odzyskali wiarę w Boga. Na pewno wtedy nawrócą się do polskości i jej ducha. Dopóki to się nie stało, to są jednak ludzie obcy. Wreszcie są tacy, którzy choć pognębieni Polskę kochają i naprawdę chcą jej służyć.

Po wtóre istnieją ludzie, którzy oddali się w służbę Ameryki, stali się Amerykanami, lub zaprzedanymi Ameryce zaciężnymi żołdakami bez ojczyzny. Początki wielu z nich były niewinne. Znaleźli się w amerykańskiej służbie w roli pomagających Ameryce sprzymierzeńców w czasach, gdy Polska i Ameryka, wraz z licznym zespołem innych krajów, były rzeczywistymi sojusznikami, członkami tego samego obozu. Nie zauważyli oni, albo nie od razu zauważyli, że drogi Ameryki i Polski się rozeszły. Całe zastępy Polaków wtedy z obozu amerykańskiego odeszły. Ale byli tacy, co nie zdobyli się na to, by się od zależności od Ameryki uwolnić. Niektórzy z nich w ciągu czterdziestu lat od końca ostatniej wojny zdążyli się już – zwłaszcza, jeśli sami w Ameryce mieszkają – wynarodowić, albo na pół wynarodowić. Wielu z nich stało się już amerykańskimi patriotami. Inni wmawiają w siebie, że wierzą, iż dobro Ameryki pokrywa się z dobrem Polski. Są między nimi tacy. co służą Ameryce dla pieniędzy; mają posady w różnych amerykańskich instytucjach i nie chcą tych posad stracić. Są między nimi pospolici zdrajcy, którzy sprzedali się Ameryce po prostu dla dolarów, a mają świadomość tego, że działają na szkodę Polski; są oni nie lepsi od komunistów, którzy zaprzedali się Rosji Sowieckiej. Inni, naiwni, niezo­rientowani, nie mają świadomości tego, iż Ameryka przestała być prawdziwą przyjaciółką Polski i że służąc Ameryce po prostu służą złej sprawie. Istnieją wreszcie tysiące takich – zwłaszcza w Polsce, którzy żadnych korzyści osobistych ze swej proamerykańskości nie odnoszą, żad­nych posad w instytucjach amerykańskich nie mają i służą sprawie amerykańskiej bezinteresownie. Są to nieraz ludzie najlepszej woli, ale są to ludzie zupełnie nieświadomi tego, jakie jest rzeczywiste położenia Polski. I nic nie rozumieją. Do żadnej z tych kategorii ludzi się nie zwracam. To są wszystko w istocie ludzie obcy.

Trzecią kategorią są ludzie, którzy zrywają z polskością, bo wyobrażają sobie, że jest dla nich lepszy interes być Anglikami, Amerykanami, Francuzami, Szwedami, nawet Niemcami, niż Polakami. Jest to wyjątkowo paskudny gatunek ludzki. Jest to produkt upadku moralnego Polski po ostatniej wojnie. Najłatwiej jest ich rozpoznać, przysłuchując się ich rozmowom z ich własnymi dziećmi. Jeśli w rodzinie, w której i ojciec i matka są Polakami, rodzice rozmawiają ze swoimi dziećmi jakimś niepolskim językiem i języka polskiego tych dzieci w ogóle nie uczą. bo nie chcą, by na Polaków wyrośli, jest to najpewniejszą oznaką, że należą do tej właśnie kategorii ludzi. Oczywiście, w Polsce ich nie ma, choć są kandydaci na takich odstępców od polskości, tyle, że nie udało im się z Polski wyjechać. Ale w środowiskach emigracyjnych jest ich pełno. Tworzą oni całe kolonie “cwaniaków”, których prawdziwa emigracja musi się wstydzić. Nie chcę ich nazywać zdrajcami; jest to słowo zbyt uroczyste. Jest to marny gatunek ludzi, o których troszczyć się nie warto i których żadnym poważnym słowem nie warto nazywać. Nie przemawiam do nich.

Osobną kategorią są mówiący po polsku żydzi. Nie należą oni do polskiego narodu, a często są jego zaciętymi wrogami. Rzecz prosta nie zwracam się i do nich. Muszę przy sposobności zauważyć, że między ludźmi nawet czysto żydowskiego pochodzenia (już nie mówiąc o ludziach tylko częściowo żydowskiego pochodzenia) trafiają się jednostki całkowicie spolszczone i duchowo przywiązane do Polski i polskości. W imię sprawiedliwości, i w imię ducha naszego narodu musimy umieć odróżnić ich od tych. co tylko Polaków udają i musimy uważać ich za Polaków. Stwierdzam zresztą, że nie jest ich zbyt wielu. Zwłaszcza wśród rodzin czysto żydowskiego pochodzenia.

Listem moim zwracam się nie do powyżej wymienionych kategorii wyjątkowych. Zwracam się do polskiego społeczeństwa. To znaczy do Polaków. Do przedstawicieli tych czterdziestu kilku milionów ludzi, którzy są Polakami prawdziwymi.

II

Naszym podstawowym dążeniem jest niepodległość Polski. Oraz wolność polskiego narodu.

Z punktu widzenia formalnego, nasze dążenia są zaspokojone. Polska jest państwem niepodległym i w prawie międzynarodowym ma ona wszystkie cechy państwa suwerennego. A oblicze tego państwa jest polskie, a więc naród polski jest politycznie wolny i nie podlega żadnemu innemu narodowi, ani swojego władania polskim państwem z żadnym innym narodem nie dzieli. (Jak ongiś w Austrii Niemcy austriaccy dzielili swe państwo z Węgrami, Polakami i innymi, a i dziś jeszcze szwajcarscy Niemcy dzielą ze szwajcarskimi Francuzami, Włochami, Retoromanami, mówiący po francusku właściwi Belgowie z Flamandami, w Jugosławii Serbowie – z Chorwatami i Słoweńcami, w Finlandii Finowie z finlandzkimi Szwedami, afrykańscy Burzy z południowo-afrykańskimi Anglikami, angielscy Kanadyjczycy z kanadyjskimi Francuzami). Język polski jest językiem, nie mającym w Polsce żadnego konkurenta: w Szczecinie i Wrocławiu mówi się wszędzie wyłącznie po polsku, tak samo jak w Warszawie. Krakowie. Gdańsku. Poznaniu. Białymstoku. Przemyślu czy Olsztynie.

A jednak każdy wie, że Polska istotnej wolności nie posiada. Wolność Polski jest tylko pozorna. Najwyżej: tylko formalna. Polska jest politycznie i duchowo w niewoli.

Głównym dążeniem Polski jest odzyskanie pełnej wolności. i to jest naczelnym zadaniem polskiej polityki. To stawiam jako główny postulat programu, który wyłuszczam w niniejszym liście. Dążymy – mówię w liczbie mnogiej, gdyż uważam, że wyrażam tu myśli i uczucia całego polskiego narodu – do pełnej wolności i całkowitej nie tylko formalnej suwerenności Polski; Polski całej, od Odry i Nysy do Bugu, od długiej linii Bałtyku do Karpat i Sudetów. Do tego, byśmy w naszym kraju byli całkowicie panami i gospodarzami.

III

 

Muszę tu otwarcie postawić jedną sprawę: dążymy do wolności i suwerenności Polski w obecnych granicach. To znaczy do nienaruszalności obecnych granic Polski.

Nie łatwo jest przyjąć taki postulat. Był czas, że uważałem, że Polska ma dwa cele: odzyskać wolność i odzyskać swoje ziemie utracone. Po latach rozważań i przemyśleń zmieniłem zdanie. Uważam dziś, że walki

0   odzyskanie ziem utraconych trzeba zaniechać. Apeluję do wszystkich Polaków, by ten punkt widzenia przyjęli. Rzeczą najważniejszą jest wolność i niepodległość. Przytłaczająca większość naszego narodu żyje dziś – i to już więcej, niż od czterdziestu lat – w granicach ustanowionych w 1945 roku. Także i duża część dawnych mieszkańców ziem utraconych opuściła te ziemie i żyje dziś na ziemiach między Odrą a Bugiem. To na ziemiach obecnego polskiego państwa skoncentrowało się życie przytłaczającej większości polskiego narodu. Oraz toczy się jego najnowsza historia. Nie możemy tego życia narażać walką o inne ziemie polskie, na których życie polskie obecnie tylko się tli. A jest o co się troszczyć: ziemie między Odrą i Nysą a Bugiem, między Bałtykiem, a górami, to jest duże państwo, jedno z sześciu dużych państw europejskich. I to jest państwo, w którym życie naszego narodu może się w całym bogactwie toczyć, kultura nasza może kwitnąć, nasza tysiącletnia historia może znajdować dalszy ciąg. Bezpieczeństwa tego naszego kraju nie możemy, powtarzam, narażać. A walka o odzyskanie ziem utraconych byłaby narażaniem bytu kraju i państwa.

Prawie nigdy żadne państwo nie może sobie pozwolić na to, by dążyć równocześnie do dwóch wielkich celów. Cel dążeń politycznych każdego państwa jest zwykle tylko jeden. Dążenie do dwóch celów równocześnie zwykle sprawia, że nie osiąga się żadnego, a często traci się

I coś jeszcze. Polska dzisiejsza dąży do pełnej wolności i faktycznej, a nie tylko formalnej suwerenności. Nie może dążyć równocześnie do poszerzenia swych granic.

To prawda, że w czasie pierwszej wojny światowej walczyliśmy równocześnie o dwa cele: o niepodległość i o zjednoczenie. I osiągnęliśmy oba te cele. Ale sytuacja w czasie owej wojny była wyjątkowa. Takie sytuacje się nie powtarzają.

Warunków po temu, byśmy równocześnie odzyskali pełną ze­wnętrzną i wewnętrzną niepodległość, a zarazem odzyskali ziemie utracone, nie tracąc przy tym ziem niedawno odzyskanych nie ma. Walka o te wszystkie cele na raz równa się głoszeniu frazesów, nie mających odpowiednika w czynach, a więc głoszeniu w praktyce całkowitej bierności, czyli nie uzyskania niczego, a co gorsza: narażenia na utracenie dużej części tego, co mamy.

Tak więc walczymy o jedno: o pełną wolność Polski w obecnych granicach. 0 to, by Polska od Odry i Nysy do Bugu i od gór aż do morza stała się państwem wolnym i mocnym, nie była kopciuszkiem Europy, ale jednym z jej czołowych krajów, jedną z twierdz europejskiej, łacińskiej cywilizacji, jedną z kuźni jej ducha – i także jednym ze światowych bastionów rzeczywistej, niepodległej siły. By była sobą – a nie czyimś satelitą.

Słówko o Ziemiach Zachodnich. Czy mamy prawo niezłomnie bronić dla Polski Wrocławia i Szczecina, gdy godzimy się z utratą Wilna i Lwowa?- Otóż bronimy tego, co mamy, a pogodzeni jesteśmy z utratą tego, czego nie mamy. Ale to nie znaczy, że oddajemy rzecz cenniejszą za rzecz mniej cenną. Obie te rzeczy są jednakowo cenne.

Wrocław, a także i Szczecin to ważne pozycje polskości. Nie mniej ważne, niż miasta utracone. Ogromnie żałuję, że nie mogę tu dosłownie przytoczyć tego, co napisałem na wiosnę 1926 roku o Wrocławiu po jednym z pobytów w tym mieście, gdyż do roczników “Kuriera War­szawskiego” nie mam w Londynie dostępu. Napisałem tam mniej więcej tyle. że chodzi się po Wrocławiu, jak po cmentarzysku polskości i że odnosi się tam uczucie po prostu rozdzierające. Ileż jest we Wrocławiu kościołów, będących zabytkami polskiej kultury, ileż jest wszelkiego rodzaju pamiątek polskiej historii i w ogóle polskości! Ożeniłem się z lwowianką, brałem ślub w jednym z lwowskich kościołów, a w Wilnie zdawałem maturę – i do obu tych miast żarliwie tęsknię. Ale nie mniej żarliwie odnoszę się i zawsze się odnosiłem do Wrocławia.

Wrocławskie biskupstwo podlegało arcybiskupom gnieźnieńskim od roku 1000, nominalnie do roku 1821 (do bulli papieskiej “De salute animarum”) a faktycznie co najmniej do roku 1642-go. Tak więc było przez 821 lata częścią polskiego Kościoła. Przez 108 lat (1821-1929) zależało bezpośrednio od Rzymu. Wreszcie przez 16 lat (1929-1945) było częścią Kościoła niemieckiego. A od roku 1945-go, dziś już 42 lat, znowu częścią Kościoła polskiego. Historia kościelna Śląska świadczy, że Śląsk jest odwieczną, prawie nieprzerwanie częścią Polski.

Pomorze Szczecińskie odpadło od Polski w sensie kościelnym wcześniej niż Śląsk. Ale jeszcze w roku 1180-tym na słynnym synodzie Kościoła polskiego w Łęczycy, obecny był biskup Konrad z Kamienia (Szczecińskiego), obok także biskupów Gaudentego z Lubusza i Zyrosława z Wrocławia. Ziemia szczecińska potargała ostatecznie swe kościelne związki z Polską w istocie dopiero wraz z reformacją.

Ziemie zachodnie wraz z Wrocławiem i Szczecinem, są historycznie nie mniej bliskimi węzłami związane z Polską i nie mniej narodowi polskiemu potrzebne i drogie, niż ziemie, które symbolizują imiona Wilno i Lwów.

A są dziś, od czterech dziesięcioleci, zaludnione przez polską ludność i uczestniczą w całej pełni w życiu Polski. Ich utrata byłaby dziś amputacją żywej części polskiego narodowego organizmu. Są one równie nam bliskie i drogie, jak Lwów i Wilno. A obok tego są politycznie o tyle bliższe, że są częścią takiej Polski, jaka dziś istnieje. Nie potrzeba ich dopiero dla Polski zdobywać, trzeba ich tylko bronić. A ich utrata byłaby dziś równie wielkim, dla Polski, niszczącym i rujnującym ciosem, jak była blisko pół wieku temu utrata Wilna i Lwowa.

IV

Pogodzenie się z utratą Lwowa i Wilna – i innych ziem wschodnich – to nie może być z naszej strony tylko postawa taktyczna. Nie dzielimy naszych celów politycznych na etapy. Nie powiadamy sobie, że w pierwszym etapie pragniemy osiągnąć pełną wolność i suwerenność Polski w obecnych granicach, a gdy to osiągniemy – zaczniemy walczyć o drugi etap, to znaczy o odzyskanie ziem utraconych. Gdybyśmy mieli taką postawę, nie uwierzono by nam, że z granicami obecnymi pogodziliśmy się szczerze. A więc nasza polityka dążenia do wolności w obecnych granicach okazałaby się niewykonalna. Oczywiście nie wiemy, co będzie w dalekiej przyszłości. Na odzyskanie Wrocławia czekaliśmy pół tysiąca lat. Nie wiemy co będzie ze Lwowem i Wilnem po wiekach. Mówię o czasach dzisiejszych.

Musimy sobie powiedzieć: istnieją dwa rodzaje uważania poszczególnych ziem za część naszej ojczyzny. Po pierwsze, jest uważanie danych ziem za aktualną, czy też tylko potencjalną część naszego państwa, a więc jest aspiracja do państwowego władania tymi ziemiami. Po drugie, jest miłość do tych ziem bez dążenia do władania nimi w sensie państwowym, jest uważanie tych ziem za cząstkę naszej ojczyzny, ale nie za cząstkę – aktualną czy tylko potencjalną – naszego państwa.

Takie sytuacje w świecie bywają. Dzisiejsza Grecja jest państwem o określonych granicach. Każdy Grek dąży do obronienia tej Grecji przed możliwymi zagrożeniami i gotów jest walczyć o jej niepodległość i o utrzymanie każdego skrawka jej terytorium. Dąży może także do uzyskania tego czy innego dodatkowego skrawka terytorium (np. Cypru). Ale nie dąży do odzyskania Konstantynopola. Żaden z greckich polityków i ideologów przewodzących greckiemu narodowi i żaden członek greckiego ludu, greckiego szarego tłumu, – poza jakimiś wyjątkowymi, szalonymi głowami, których nikt nie bierze poważnie, – nie myśli o tym, by Konstantynopol wyzwolić spod władzy tureckiej i przyłączyć do greckiego państwa. A jednak każdy grecki patriota kocha Konstantynopol i uważa go za cząstkę swojej ojczyzny. Czym innym jest patriotyzm Grecji jako państwa, a Grecji jako historycznej całości, mającej swoje ideowe centrum w odwiecznej siedzibie greckich, bizantyńskich cesarzy, a która i dziś jeszcze jest siedzibą greckich patriarchów, pierwszych dostojników wschodnio chrześcijańskiej cerkwi, wyższych nie tylko od arcybiskupów w Atenach, ale i od patriarchów w Moskwie. I w której murach mieszczą się takie greckie świętości, jak świątynia Hagia Sofia, która po upadku Konstantynopola przez pięć wieków służyła kultowi muzułmańskiemu, a dziś jest zabytkiem świeckim. Przez więcej niż pięć wieków Konstantynopol (czyli Bizancjum i Carogród) był od Grecji oderwany i był tureckim Stambułem – a jednak naród grecki o nim nie zapomniał i za miasto obce go nie uważa. Mimo to do odzyskania go dla swego odbudowanego państwa nie dąży. Więcej nawet: nie dąży także i do odzyskania Aleksandrii, siedziby patriarchów aleksandryjskich i jednego z czołowych ongiś ognisk greckiej kultury. A także do odzyskania Trebizondy (Trapezundu). Choć uważa te miasta za cząstkę swojej wielkiej ojczyzny. Tak więc można się zrzec aspiracji państwowych do jakichś miast i ziem, nie przestając kochać je, jako cząstkę swojej ojczyzny.

Tak samo i Francja nie dąży do państwowego odzyskania wszystkich ziem francuskich. Genewa i Lozanna to są miasta francuskie, uczestniczące w sposób niezachwiany w życiu i kulturze francuskiej, ale ani one nie dążą, ani Francja nie dąży do tego. by przyłączone one zostały do Francji. To samo powiedzieć trzeba o mówiących po francusku (albo dialektem francuskim: po walońsku) częściach Belgii. Nie istnieje polityczne dążenie do przyłączenia Brukseli, Liege, Charleroi i Tournai do Francji. Także i z dawnych posiadłości francuskich na północno­amerykańskim kontynencie Francja zrezygnowała całkowicie. Zarówno w Luizjanie, jak i w Kanadzie (zwłaszcza w prowincji Quebec, ale nie tylko także i w dawnej Akadii, czyli prowincjach Nowy Brunświk i Nowa Szkocja, a także w takich zakątkach, jak miasto St. Boniface w Manitobie, a nawet w wioskach na dalekich kresach na pograniczu Alaski) zarówno miejscowa ludność francuska walczy o swe prawa narodowe, jak wspierana jest w tym także i przez Francję, a niekiedy – mianowicie w Quebec u – przejawia dążenia do zdobycia niepodległości. Ale dążenie do odzyskania tych ziem dla Francji znikło całkowicie. Nie ma tego dążenia ani w tych krajach, ani we Francji.

Także i Polsce nie jest obce rozróżnienie między zachowaniem związku z polskością ziem, do których przyłączenia do polskiego państwa nie dążymy a programem rewizjonistycznym. Nie dążymy do odzyskania Zaolzia, a tym bardziej doliny Popradu z Lubowlą i Podolińcem. Nie dążymy – i nie dążyliśmy także i w okresie międzywojennym – do odzyskania Dyneburga, Krasławia i Iłłukszty. A przede wszystkiem: przez około 600 lat (mniej więcej od roku 1335 wzgl. 1351 do roku 1945) – nie dążyliśmy do odzyskania Wrocławia . Nie występowaliśmy z postulatem przyłączenia Wrocławia do Polski także i na kongresie wersalskim w 1919 roku. Przez 600 lat lub mało co mniej, byliśmy pogodzeni z tym, że Wrocław do Polski nie należy. A jednak nie zapomnieliśmy o nim nigdy.

N Nie był on. ani – przez całe wieki – nie miał być cząstką naszego państwa \ ale był cząstką naszej ojczyzny.

Pogodziliśmy się dzisiaj z tym, że Lwów, Wilno i wiele innych miast i ziem nie należą do naszego państwa. Ale nie pogodziliśmy się i nie zamierzamy się pogodzić z myślą, że nie są one częścią naszej ojczyzny.

Rosja musi przyjąć do wiadomości, że Lwów i Wilno uważamy za część naszej ojczyzny; tak, jak przez 600 lat uważaliśmy Wrocław i jak Grecja wciąż uważa Konstantynopol. I nie tylko Lwów i Wilno. Także i Kamieniec Podolski. I Żółkiew. 1 Stanisławów, Tarnopol, Kołomyję, Zbaraż, Trembowlę. I Krzemieniec. I Łuck. I Pińsk. Brześć, Nowogródek, Mińsk, Słuck. Bobrujsk. I nawet 2ytomierz, Berdyczów i Bar. I Połock i Witebsk.

Uznajemy, że te wszystkie miasta należą do Rosji, względnie Związku Sowieckiego. Nie myślimy o przyłączeniu ich do polskiego pań­stwa. Mamy jednak dwa postulaty co do tych miast i ziem. I myślimy, że Rosja te nasze postulaty potrafi uznać.

Po pierwsze, pragniemy, by z pełni praw narodowego rozwoju korzystała na tych ziemiach ta ludność polska, która tam jeszcze żyje. W szczególności, by ludność ta miała polskie szkoły i zwrócone jej, odnowione, obsadzone dostateczną ilością księży, kościoły. By wznowione zostały i miały biskupów i arcybiskupów diecezje takie, jak we Lwowie i Mohylewie (oczywiście także i w Wilnie), oraz w Lucku, w Żytomierzu, w Kamieńcu Podolskim, w Mińsku i w Pińsku.. By pielęgnowany tam był polski język.

Po wtóre, pragniemy, by należytą opieką otoczony tam został dorobek naszej kultury. By zwrócone zostały kultowi religijnemu katolickie kościoły. By skończyło się bezczeszczenie przez świeckich – i często ateistycznych – zarządców polskich katedr i kościołów w Kamieńcu Podolskim, w Pińsku, w Grodnie, we Lwowie i tylu innych miejscach. I rujnowanie polskich zabytków i pamiątek świeckich we Lwowie, w Krzemieńcu, w Żółkwi i wszędzie gdzie indziej. Także i zabytków świeckich takich jak ratusze, szkoły i zamki, a także i dwory.

Możemy pogodzić się z oderwaniem wymienionych wyżej miast i ziem od polskiego państwa. Ale nie jest możliwe, byśmy te ziemie wykreślili z naszej pamięci i z naszej serdecznej troski.

Żądanie od nas, byśmy te ziemie wymazali z naszej pamięci, może mieć tylko jeden skutek: że ogół polskiego narodu będzie przeciwny polityce, która zapomnienia o tych ziemiach od nas wymaga. Pogodzenie się przez nas z tym, że Lwów, Wilno i Kamieniec Podolski do nas nie należą jest możliwe pod warunkiem, że wolno nam będzie troszczyć się o te ziemie z miłością i przywiązaniem, jako o placówce polskości poza polskim państwem.

V

Istotą naszej obecnej sytuacji jako narodu i państwa jest nasze położenie w polityce międzynarodowej. Od położenia międzynarodowego zależy nasza niepodległość. W przeciwieństwie do większości innych państw europejskich wciąż jesteśmy państwem politycznie zagrożonym. Byliśmy pod zaborem przez 123 lata (1795-1918). Byliśmy pod zaborem faktycznie, choć nie formalnie, przez dalsze blisko sześć lat (1939- 1945)Jesteśmy niezupełnie niepodlegli po roku 1945. I jesteśmy wciąż narodem zagrożonym. Rozbiór nie jest dla nas tylko smutnym wspomnieniem przeszłości. Jest niebezpieczeństwem, które wciąż nam grozi. A cóż nam po reformach wewnętrznych, po rozkwicie kulturalnym, po świetności naszych uniwersytetów, sprawności naszego przemysłu i bitności naszego wojska, jeśli zagrożone będzie istnienie naszego państwa?

Wielu Polaków, zwłaszcza liczne rzesze młodszego pokolenia nie zdaje sobie z tego sprawy, że niebezpieczeństwo rozbioru wcale dla nas nie przeminęło. I że nasza polityka zagraniczna musi mieć za główny cel zabezpieczenie naszego państwa przed nowym rozbiorem. Zabezpieczenia naszego państwowego bytu i naszej niepodległości.

Od kogo może nam grozić niebezpieczeństwo zaboru? Ależ to jest jasne: od Niemiec. Istnieją liczne zastępy Polaków, które wyobrażają sobie, że niebezpieczeństwo niemieckie dla nas przeminęło. Otrzymywane z Niemiec paczki żywnościowe, stypendia w Niemczech dla polskich studentów, wakacje letnie w Niemczech dla polskich dzieci, kredyty dla polskich fabryk, życzliwe słowa, słyszane z ust Niemców przy zetknięciach z nimi, rzeczywiste zainteresowanie Niemców naszą historią, naszym językiem, naszą kulturą, naszą literaturą, dyktowane chęcią naprawienia ignorancji w naszych sprawach, która w 1919-tym i 1945-tym roku drogo Niemcy kosztowała, – wszystko to sprawia, że tysiące Polaków wyobrażają sobie w swojej naiwności, że wrogość narodu niemieckiego do Polski się skończyła, że Niemcy pogodziły się ze stratami poniesionymi na rzecz Polski i że naród niemiecki jest dziś szczerym przyjacielem naszego narodu. Ale tego rodzaju wyobrażenia między niektórymi Polakami są zarazem zarówno przejawem zadziwiającej politycznej naiwności i prymitywizmu tych Polaków, jak powodem, by myśleć o przyszłości Polski z troską, a nawet przerażeniem.

Jest prawdą, że istnieje w Niemczech całkiem duża rzesza ludzi, którzy mają świadomość straszliwych niegodziwości i zbrodni, popełnionych w czasie ubiegłej wojny i w ogóle w przeszłości przez Niemców na polskim narodzie – i chcieliby te zbrodnie jakoś naprawić. Zwłaszcza na ziemiach o ludności katolickiej, a położonych daleko od Polski, tego uczucia szczerej skruchy i chęci zadośćuczynienia jest całkiem dużo. Narodziło się także rzeczywiste zainteresowanie Polską. Niemcy zdali sobie sprawę, że przez swoją polityczną także i historyczną propagandę byli przez półtora wieku albo i przez kilkaset lat po prostu sami przez siebie oszukiwani i urobili sobie pogląd o Polsce, który jest błędny. Ze Polacy wcale nie są ani tak zacofani, ani tak prymitywni, ani tak, jako naród, zarówno jak jako jednostki, mało warci, jak sobie przez całe pokolenia w Niemczech wyobrażano, i że przetrwanie przez naród polski w stanie niemal nienaruszonym przez tak długi okres rozbioru i niewoli jest osiągnięciem imponującym, które zasługuje na to, by było przez naród niemiecki studiowane i w obecnym, bardzo zmienionym położeniu narodu niemieckiego w niejednym naśladowane.

Trzeba to wszystko rozumieć. I o tyle, o ile to jest wyrazem szczerych uczuć i uczciwych myśli, cenić to i być za to wdzięcznym.

Ale trzeba także zdawać sobie z tego sprawę, że są to uczucia i myśli mniejszości. Naród niemiecki, jako ogół, wcale tak nie myśli i nie czuje. Albo nie myśli i nie czuje szczerze: są Niemcy, którzy okazują Polakom przyjaźń świadomie po to, by Polaków moralnie rozbroić i uśpić ich czujność.

Ukazuje się w Niemczech – już od wielu lat – pismo tygodniowe Der Spiegef (w Hamburgu). Ukazuje się ono w nakładzie około 2 milionów egzemplarzy. A ma ono postawę antypolską. Taki nakład oznacza, że kupuje to pismo co czterdziesty członek narodu niemieckiego (liczonego razem z dziećmi i niemowlętami), albo co piętnasta niemiecka rodzina, licząc wszystkich mieszkańców nie tylko Niemiec Zachodnich (wraz z Zachodnim Berlinem) ale i Niemiec Wschodnich, oraz Austrii. Co więcej, nie tylko kupuje, ale i czyta. Bo nie jest to tanie pismo brukowe, na które się rzuca okiem i zaraz je wyrzuca. Jest to pismo o około 230 – co tydzień – stronicach druku i pismo drogie. (Numer kosztuje 4 marki niemieckie, gdzieś około półtora funta, albo 2 dolary i ćwierć). Jest to pismo na wcale nie niskim poziomie intelektualnym i politycznym.

Co naprawdę myśli i czuje naród niemiecki, możemy najlepiej ocenić nie wedle tego co mówią niemieckie paniusie wysyłające do Polski paczki żywnościowe, ale wedle tego, co tydzień czytają dwa miliony nabywców i abonentów “Der Spiegel

Trzeba także wiedzieć, co myśli w Niemczech to, co się po angielsku nazywa ” establishment”, a co usiłuję od lat tłumaczyć na polski jako “siły ustanowione”. To znaczy politycy, mężowie stanu, kierownicy głównych urzędów, dyplomaci, profesorowie uniwersytetu, bankierzy, kierownicy przemysłu, kierownicy handlu – także i handlu produktami rolnictwa, – dziennikarze. Koła te mają w ręku kierownictwo całego życia niemieckiego. Każdy z ich członków znaczy bez porównania więcej niż setka tych osób, z którymi się stykają polscy turyści i odbiorcy różnych niemieckich świadczeń i prezentów. A czy wszyscy ci ludzie są usposobieni propolsko? Nic podobnego. To są wszystko wrogowie Polski.

Niemców w trzech niemieckich państwach (zaliczam do nich i Austrię, która jest bardziej niemiecka niż sobie wyobrażamy) jest dwa mniej więcej razy więcej niż Polaków. A o ileż górują oni nad Polakami, zwłaszcza w wyniku ostatniej wojny i dezorganizującego wpływu u nas rządów komunistycznych pod względem bogactwa, organizacji i wszechstronnej sprawności!

Naród liczny (i do tego bogaty i rozwinięty), który graniczy z narodem słabszym liczebnie, a do tego uboższym i gorzej zagospodarowanym, nieraz miewa skłonności do zapanowania nad tym drugim narodem. Niemcy od tysiąca lat uprawiają ekspansję na ziemie słowiańskie w ogólności a ziemie polskie w szczególności. Trudno, by wspomnienie tej ekspansji dotąd w świadomości, a także i w podświadomości niemieckiej mocno nie żyło. A w dodatku Niemcy utracili na naszą rzecz całkiem świeżo liczne obszary, które do niedawna były w ich posiadaniu, Nie da się zaprzeczyć, że mają do tych obszarów subiektywnie – choć niekoniecznie obiektywnie – całkiem spore prawa. Trudno się dziwić, że Niemcy mają świadomość tych swoich – choćby subiektywnych – praw. I że pamiętają o Wrocławiu, który był polski w średniowieczu, ale potem przez całe wieki był bardziej niemiecki, niż polski, choć jeszcze za życia pokolenia, które moje pokolenie znało osobiście, otoczony był okolicami wiejskimi o ludności polskiej, lub dopiero się w młodym pokoleniu niemczącej. Trudno się nawet dziwić, że pamiętają o Gdańsku, o Katowicach, a nawet Bydgoszczy, miastach, które jeszcze za naszej pamięci miały ludność niemiecką liczniejszą od polskiej a były w posiadaniu Prus przez lat 125 do 156. Więcej nawet: przecież Niemcy nie zapomnieli także i o miastach, daleko na wschód od Polski. 0 Rydze, która jest miastem historycznie niemieckim, a jeszcze w 1897 roku miała 46 procent ludności niemieckiej. 0 Rewlu (Tallinie), który miał w roku 1902 tylko 25 procent ludności niemieckiej (53 estońskiej), ale jeszcze za mojej pamięci miał śródmieście zupełnie niemieckie, (choć przedmieścia były estońskie). O Dorpacie, mieście w Estonii ongiś całkiem niemieckim, które miało sławny niemiecki uniwersytet, założony w roku 1632-gim, a więc starszy od polskiego uniwersytetu lwowskiego, choć młodszy od wileńskiego. 0 Mitawie, która miała do niedawna więcej niż połowę niemieckiej ludności. Niemcy nie zapomnieli dotąd o Rydze, Tallinie, Dorpacie, i Mitawie. Nie zapomnieli tym bardziej o Wrocławiu i Szczecinie, które tak niedawno temu miały charakter miast niemieckich. Ani o Poznaniu, który jeszcze niedawno uważali za zdobycz, będącą mocno w ich posiadaniu. Ani nawet o Łodzi, wśród której mieszkańców Niemcy stanowili tylko mniejszość, ale znaczącą wiele w kierownictwie jej przemysłu. (Jeszcze w 1897 roku było w Łodzi około 35 procent ewangelików, przeważnie Niemców.)

Gdybyśmy byli w Europie z Niemcami sam na sam, Niemcy dzisiejsi, Niemcy rzekomo odżegnujący się nie tylko od Hitlera, ale także i od Prus Bismarcka i Fryderyka Wielkiego, – napadłyby na nas z całą energią i brutalnością i zagarnęłyby nie tylko Wrocław i Szczecin, nie tylko Gdańsk, nie tylko Poznań, Toruń i Katowice, ale także i Łódź, a może i Kraków. A Warszawę zepchnęłyby do roli miasta o ledwo tolerowanej odrębności.

VI

Niemcy dwukrotnie – w roku 1914-tym i 1939-tym – poderwali się do walki o panowanie nie nad samą tylko środkową Europą, ale nad światem. Porwali się i oba razy byli bliscy zwycięstwa. Oba razy pokazali przy tym naocznie, jakby ich ostateczne panowanie nad światem wyglądało, gdyby zwyciężyli; pokazali pokojem w Brześciu Litewskim w 1918 roku, a potem pokazali wszystkimi zarządzeniami Hitlera z rzezią 2ydów, częściową rzezią Polaków, z dewastacją Rosji na czele w latach 1939-1945. Ale oba razy ostatecznie przegrali. Postawili na jedną kartę, jak lekkomyślny gracz – i przegrali. Jeśli idzie o nas Polaków, owocem ich pierwszej klęski było nasze odzyskanie zaboru pruskiego, a więc i niepodległości, a owocem drugiej ich klęski – uzyskanie przez nas granicy nie tylko politycznej ale etnicznej na Nysie Łużyckiej i Dolnej Odrze.

Czy możemy być tak naiwni, by mieć pewność, że Niemcy nie spróbują szczęścia jeszcze raz ?. Nie postąpią tak. jak ongiś Kartagina? Nie powiedzą sobie, że do trzech razy sztuka?

Kierunek naszej polityki po zakończeniu drugiej wojny światowej rysował się całkiem jasno.

Niemcy leżały całkowicie powalone. To wtedy odzyskaliśmy Wrocław i Szczecin. Mieliśmy także nadzieję, że nasza utrata Lwowa i Wilna na rzecz Rosji nie jest ostateczna. Wiedzieliśmy wprawdzie, że alianci zachodni – Ameryka i Anglia – zawarły z Rosją układ, którego mocą podzieliły się z nią światem i że w układzie tym Wilno i Lwów przypadły Rosji, a reszta Polski także i wraz z Wrocławiem i Szczecinem, stała się rosyjską sferą wpływu. Ale wiedzieliśmy, że tego rodzaju układy bywają nietrwałe. Pamiętaliśmy, że Napoleon tak właśnie ułożył się z cesarzem rosyjskim Aleksandrem traktatem w Tylży w 1807 roku, co nie przeszkodziło ponownemu konfliktowi między nimi w pięć lat później i pochodowi Napoleona w 1812 roku na Moskwę. Pamiętaliśmy również, że Hitler zawarł w 1939 roku pakt przyjaźni ze Stalinem – co nie przeszkodziło jego napaści na Rosję w niecałe dwa lata później, w roku 1941-szym. Przypuszczaliśmy, że i pakt w Jałcie między Ameryką i Anglią a Rosją i że przyjaźń między Rooseveltem i Churchillem a Stalinem nie będą trwałe. I że powstanie dla nas możliwość odzyskania Wilna i Lwowa, zarówno jak prawdziwej, a nie tylko formalnej niepodległości.

Niezmiernie ważną okolicznością, upraszczającą położenie polityczne naszego narodu było zniknięcie Niemiec z politycznej światowej szachownicy. Niemcy leżały powalone i nie liczyły się jako czynnik, odgrywający w polityce jakąkolwiek rolę.

Sytuacja światowa była prosta. Przyjaźń anglosasko-sowiecka była złudzeniem. Świat anglosaski i Rosja to nie były dwa obozy zaprzyjaźnione. To były dwa obozy wrogie, a w każdym, razie sobie przeciwstawne. I ich nieprzyjaźni rosła. W kilku momentach obozy te były o włos od wdania się w otwarty konflikt. Tak było w czasie mostu powietrznego w Berlinie w latach 1948-1949, w czasie wojny koreańskiej w latach 1950-1953 i jeszcze w czasie konfliktu o Kubę w 1962 roku.

Jest rzeczą oczywistą, że nasze miejsce było wtedy w obozie anglosaskim. Nic nam jeszcze ze strony obozu anglosaskiego nie groziło. A Rosja, mimo, że łączyło nas z nią to i owo – mianowicie to jej wpływowi zawdzięczaliśmy granicę na Odrze i Nysie, której państwa anglosaskie były wyraźnie przeciwne, – była w sposób oczywisty naszym wrogiem. Zabrała nam połowę naszego terytorium wraz z Wilnem i Lwowem i wysiedliła stamtąd prawie całą naszą ludność. Oraz narzuciła reszcie Polski, nominalnie nadal niepodległej obcy nam i nienawistny ustrój. Porządek angielsko-amerykański był nam sympatyczniejszy od porządku sowieckiego i wolelibyśmy, by to on w świecie zwyciężył. A uczuciowe względy sprawiały, że Anglia i Ameryka, a tym bardziej należąca do wspólnego obozu, choć bardzo osłabiona, Francja, to byli nasi sojusznicy w dwóch wojnach światowych, z którymi łączyło nas mnóstwo węzłów niedawnego koleżeństwa i braterstwa broni. A tymczasem Rosja to był nasz przeciwnik w wojnie 1920 roku i to był sojusznik Hitlera w kampanii wrześniowej, który w chwili gdyśmy toczyli ostatnie, śmiertelne boje, wbił nam nóż w plecy. A ujawnił swoją śmiertelnie wrogą nam postawę przez sprawę, którą określa słowo “Katyń” dotyczącą zresztą nie tylko obozu w Kozielsku (cmentarzysku w Katyniu), ale i obozów w Ostaszkowie i Starobielsku, oraz określają wywózki półtoramilionowej masy naszych obywateli, przeważnie rdzennych Polaków, w głąb Rosji.

Jest oczywiste, że w pierwszych latach nawet pierwszych dziesięcioleciach po wojnie, staliśmy całą duszą po stronie świata anglosaskiego.

Ale sytuacja się z czasem zmieniła. Przeliczyliśmy się. Świat potoczył się nie tak, jak przewidywaliśmy. Istota zmiany polega nie tylko na tym, że do otwartego konfliktu świata anglosaskiego z Rosją nie doszło, ale przede wszystkim na tym, że odżyły Niemcy. Nie tylko odżyły, ale stały się jednym z głównych składników świata zachodniego.

Byliśmy i nadal jesteśmy przyjaciółmi Francji i Anglii, a także i Ameryki. Ale nie jesteśmy i nie możemy być przyjaciółmi i sojusznikami Niemiec. W położeniu politycznym światowym nastąpił zupełny, choć pierwotnie trudno dostrzegalny przewrót. Tuż po wojnie świat zachodni, to był świat anglosaski z udziałem także i Francji, oraz z udziałem również i mniejszych, a sympatycznych nam państw takich, jak Włochy i Belgia. Niemców w tym zgrupowaniu wcale, lub prawie wcale nie było. Ale dzisiaj – czołowym czynnikiem w obozie zachodnim są Niemcy. Przewodzi temu obozowi wciąż Ameryka – ale głównym sojusznikiem Ameryki w Europie wcale nie jest Anglia, czy tym bardziej Francja, ale są Niemcy. Także i w samej Ameryce sympatie i wpływy niemieckie bardzo wzrosły.

Gdyby miało dojść do wojny światowej – Ameryka miałaby w Niemczech głównego w Europie partnera – i to na niego by stawiała. Oczywiście, musiałaby im za ich pomoc i poparcie płacić. I jest do tego gotowa już teraz. Opinia publiczna amerykańska jest już teraz stopniowo przygotowywana do uznawania, że przecież Niemcy nie są wcale tacy źli. To, co się mówi o zbrodniach niemieckich w ostatniej wojnie, to jest przesada, a może i kłamstwo. A Żydów zawsze najbardziej prześladowali Polacy. To nie Niemcy wymordowali Żydów, lecz Naziści, jakaś nieokreślona klika międzynarodowa. Naród niemiecki zawsze sprzyjał Żydom. Naziści to jakoś nie byli prawdziwi Niemcy. A Polacy to byli zawsze antysemici. Rzeź Żydów miała miejsce w Polsce, nie gdzie indziej, tylko w Polsce. To Polaków trzeba za rzeź Żydów ukarać; jeśli nie za co innego, to za to, że rzezi 2ydów na swojej ziemi nie przeszkodzili. A co do stosunków polsko-niemieckich. to przecież Polacy Niemców pokrzywdzili, nie odwrotnie. Wrocław, Szczecin, Gdańsk, to są miasta niemieckie. A Poznań? A Łódź? Czy aby i one nie należą się Niemcom?

Zastanawiam się, co by się stało, gdyby kiedyś doszło w Europie nie do wojny światowej, ale do wstrząsu wojennego lokalnego. Przecież zdarzają się w świecie nie tylko wojny światowe, ale i wojny lokalne. Widzieliśmy w ostatnich czasach tyle wojen lokalnych. Wojnę koreańską, wojnę wietnamską, wojnę algierską, różne wojny w Afryce, wojny Indii z Pakistanem, wojnę angielsko – argentyńską o Falklandy, i toczącą się teraz wojnę iracko-irańską. Czy nie możemy sobie wyobrazić sytuacji, gdy wybuchnie wojna sam na sam, między nami a Niemcami ?

Dzisiaj prawdziwe niepodległe Niemcy na nas napaść nie mogą, bo nie mają z nami wspólnej granicy. Niemcy Wschodnie – to politycznie nie są Niemcy, to jest sowiecka okupacja. Ale czy kiedyś nie dojdzie do połączenia Niemiec Wschodnich i Zachodnich w jedno państwo ?

Istnieje w Polsce wielka propaganda za tym. by naród polski walczył w imię słuszności i sprawiedliwości o zjednoczenie Niemiec. Nie potrzeba być wielkim politykiem, by widzieć, że propaganda ta jest bardzo dla Polski niebezpieczna. Ci, co jej w Polsce ulegają, to są – poza zdrajcami – ludzie bezprzykładnie naiwni i politycznie bezmyślni. Nie mamy wobec Niemiec żadnych obowiązków. To nie my podzieliliśmy Niemcy. To także nie my stworzyliśmy sytuację, w której do podziału Niemiec doszło. Niemcy przez długie wieki dzielili się na szereg państw. Nic w tym nie ma niemoralnego, że są podzieleni znowu. Kasztanów z ognia wyciągać naszymi palcami dla Niemiec nie mamy obowiązku. Mamy prawo cieszyć się z tego, że Niemcy prawdziwie niepodległe i potężne nie są naszym sąsiadem.

Ale może się zdarzyć, że całkiem niezależnie od tego, jaka będzie nasza polityka, Niemcy Wschodnie się do Niemiec Zachodnich przyłączą.

Jaki będzie tego skutek ? Przecież to jest jasne. Niemcy na nas niedługo napadną. Jakaś okazja po temu się znajdzie. Czy to się będzie nazywać wojna, czy tylko jakaś ekspedycja przeciw nam w imieniu Narodów Zjednoczonych, czy jeszcze co innego, to nie ważne. W swej istocie to będzie nasza wojna sam na sam z Niemcami. Coś, jakby nowa kampania wrześniowa. Kto wie, czy nasze pokolenie, a przynajmniej ci z niego, którzy będą długo żyli, czegoś takiego jeszcze nie zobaczą. To będzie ta wojna o której marzą w Polsce głupcy.

0 co by w takiej wojnie chodziło ? 0 to, by Wrocław, Szczecin, Gdańsk, a także Poznań i Łódź przyłączyć do Niemiec. Niemcy w wyniku takiej wojny chętnie zagarnęliby także i Kraków i Warszawę, ale myślę, że są na to za słabe. Mają za mało ludzi. Ich przyrost naturalny bardzo się zmniejszył. Myślę, że ograniczyliby się do ustanowienia tego, do czego ongiś zmierzał Piłsudski. To znaczy do ustanowienia “-.małej Polski”, będącej niemieckim satelitą, a obejmującej część dawnego Królestwa Kongresowego i Zachodnią Gaklicję.

Myślę o możliwości takiej wojny z przerażeniem. Myślę dlatego, że jesteśmy do niej całkiem nieprzygotowani. Przede wszystkim psychicznie.

W moim pokoleniu, za mojej młodości panował w narodzie polskim duch żołnierski. Każdy z nas pragnął i był gotów bić się za Polskę. Wszyscyśmy się trochę znali na rzemiośle żołnierskim. Ludzie starsi ode mnie o dwa, trzy lata, nawet i o rok, a tym bardziej o kilkanaście lat, nauczyli się rzemiosła żołnierskiego w armiach zaborczych, a nabyli doświadczenia wojennego w wojnie światowej. A później służyliśmy wszyscy w wojsku polskim. Biliśmy się z bolszewikami w 1920-tym roku, a potem z Niemcami w kampanii wrześniowej i w całej drugiej wojnie światowej. W moim pokoleniu każdy mężczyzna zarówno trochę starszy ode mnie, jak trochę młodszy, to był w większym, lub mniejszym stopniu żołnierz. Każdy z nas umiał strzelać z takiej czy innej broni, czy obchodzić się z narzędziami wojennymi. I być poddanym dyscyplinie. I miał świadomość tego, że nie może się bać. Ze musi w razie czego trwać na posterunku, czy iść do ataku – i być gotowym złożyć w ofierze swe życie. A ileż tysięcy z nas to byli oficerowie!. I iluż pomiędzy nami było generałów !. W carskiej armii było w 1917 roku 119 generałów – katolików. Przecież to byli w przytłaczającej większości Polacy. A iluż było Polaków – generałów w armii austriackiej! A trafiali się i w wojsku niemieckim. A jak się oni wszyscy przydali potem Polsce i

Dzisiaj – zanikł w narodzie duch żołnierski. Wymarło, lub całkiem się zestarzało pokolenie żołnierskie. A wyrosły już dwa pokolenia, synowie i wnuki pokolenia naszego, którzy ani nigdy prochu nie wąchali, ani nie mają żołnierskich ambicji i nie są ożywieni żołnierskim duchem. Oczywiście Polska Rzeczpospolita Ludowa ma wojsko. Ale to wojsko wyrosło na coś dziwnie obcego narodowi. Ongiś tysiące, nawet miliony Polaków uczyły się rzemiosła żołnierskiego w szeregach austriackich, rosyjskich i niemieckich i iluż znakomitych, gorąco patriotycznych polskich generałów – także i admirałów, – owych Rozwadowskich, Szeptyckich, Hallerów, Latiników, Kutrzebów, Dowbor-Muśnickich, Zeligowskich, Andersów, Unrugów,- wyrosło w zaborczej szkole ! Ale jakoś dzisiejsza generacja polskich mężczyzn nie stara się o nabycie umiejętności żołnierskich w wojsku Polski Ludowej i nie chlubi się nimi. jeśli je nabyło. W razie wojny, znajdziemy się w położeniu narodu pacyfistycznego, który w swej masie poza niewielką mniejszością, jest nic nie wart jako żołnierze.

Dzisiejsi młodzi Polacy nie mają świadomości tego, że może przyjść – i zapewne przyjdzie – chwila, gdy Polska będzie się musiała z Niemcami bić. Dzisiejsze polskie młode pokolenie jest zupełnie psychicznie nieprzygotowane do perspektywy wojny z Niemcami. Ileż jest dziś w młodym pokoleniu w Polsce niemieckich sympatii!. Jeszcze tak niedawno naród polski tyle od Niemców wycierpiał. Nie od Hitlera tylko, – po prostu od narodu niemieckiego. W roku 1939-tym, zaledwie 48 lat temu, to nie sami tylko hitlerowcy na nas napadli, to cały naród niemiecki, zjednoczony i jednomyślny, na nas napadł i potem zlał cały nasz kraj krwią, wyrzynał bezlitośnie naszą ludność, palił bez żadnej wojskowej potrzeby nasze sie i miasta. Warszawę burzył systematycznie dom po domu, ulicę po ulicy, po to by polską stolicę unicestwić. Niszczył naszą kulturę, nasze biblioteki, nasze muzea, nasze kościoły i nasze dzieła architektury, nasz dobytek publiczny i prywatny z całą złośliwością i metodycznością po to, by zgładzić polskość i by po niej nie zostało pamięci. Planował, że doprowadzić musi do tego. że Polacy będą tylko umieli się podpisać i liczyć do pięciuset, a tych, którzy umieją coś więcej trzeba wymordować, bo są na niewolników narodu niemieckiego nieprzydatni. Mało jest w młodym pokoleniu ludzi, którzy w pokoleniu swoich dziadków nie mieliby kogoś, kto był przez Niemców rozstrzelany, albo spalony żywcem, albo zamęczony w torturach, nieraz z całą rodziną, nieraz także i z dziećmi, nie umiejącymi jeszcze mówić. A jednak, pod wpływem niemieckiej propagandy, uczucie sympatii niemieckich szerzy się w narodzie polskim jak płomień. I ileż jest w Polsce obałamucenia tą propagandą. Ilu młodych Polaków zna wszystkie argumenty przemawiające za niemieckimi prawami do Wrocławia, ale w ogóle nie zna argumentów odwrotnych, przemawiających za prawami polskimi. Iluż jest po prostu zdrajców. Ludzi, po prostu przez Niemcy kupionych. Deklarujących się, jako Niemcy. Rozmawiających ze swoimi dziećmi po niemiecku. Bo to jest lepszy interes.

Na wypadek wojny z Niemcami odliczyć musimy od naszego narodu liczny zastęp zdrajców. Ludzi niemoralnych, wykolejonych, podłych, którzy gotowi będą dla interesu, albo z tchórzostwa przejść na stronę nieprzyjaciela. I musimy także odliczyć dzisiejszych głupców, którzy będą zaskoczeni tym, co się stanie i nie będą potrafili stanąć mężnie w jednym szeregu z resztą narodu. Ta mężna, patriotyczna, odważna i rozumna reszta okaże się mniej liczna, niżby należało. Choć z pewnością ogarnie większość narodu.

Stojąc oko w oko z Niemcami, będziemy nie tylko mniej liczni od nich i słabsi gospodarczo i technicznie, ale także słabsi duchem. Rdzeń narodu będzie oczywiście duchem mocny i stawi zagrożeniu mężnie czoła. Ale pierwiastków słabości okaże się w narodzie nadspodziewanie wiele. To będą nie tylko ludzie zdemoralizowani przez komunizm. To będą także ludzie na pozór usposobieni patriotycznie, ale wykolejeni przez błędne polityczne wyobrażenia.

Patrząc na nasze przyszłe – także i teraźniejsze – położenie jest się narażonym na wpadnięcie w pesymizm. Co robić? Oto stoimy jako naród mniej liczny i słabszy w obliczu zagrożenia przez naród o wiele od nas liczniejszy i pod każdym względem potężniejszy, a w pełni niezależny, mający kierownictwo własne i niepodległe.

Stoimy, jako naród w obliczu wielkich, rozstrzygających decyzji. Musimy sobie powiedzieć jasno i otwarcie: decyzję możemy mieć tylko jedną. Musimy starać się nie być sami. To znaczy musimy złączyć nasze siły z możliwym sojusznikiem. A ten sojusznik jest tylko jeden. Jest nim Rosja.

Gdy maleńka Serbia stawiała w 1914 roku czoła potężnym Austro- Węgrom, wydawało się, że położenie jej jest jeszcze bardziej beznadziejne, niż położenie Polski wobec Niemiec dzisiaj. A spójrzmy jakie odwaga serbska przyniosła rezultaty I W cztery z górą lata później Serbia zmieniła się w Jugosławię. A Austro-Węgry przestały istnieć.

Potrzebujemy jako naród odwagi. Odwagi nie tylko fizycznej. Ale i odwagi pobrania trudnych decyzji.

VII

Nie jest prawdą, że Rosja przeciwna jest naszej niepodległości. Z niepodległością Polski pogodziła się elita polityczna rosyjska już w czasach carskiej Rosji, co najmniej w roku 1916-tym. A Rosja rewolucyjna, jeśli zagrażała kiedykolwiek naszej niepodległości, to nie jako naród i państwo, lecz jako spisek rewolucji światowej; zagrażała nie więcej, niż jakiemukolwiek innemu państwu na świecie. Jako naród, Rosja przestała nam zagrażać odkąd przestała być solidarna z Niemcami.

Z Rosją mamy jeden podstawowy spór: o Ziemie Wschodnie. W położeniu naszym musimy się pogodzić z tym, żeśmy ten spór przegrali. I żeśmy te ziemie utracili. Czy je kiedyś odzyskamy ? To jest pytanie nie należące do dziedziny praktycznej polityki. Politycznego sporu z Rosją o Ziemie Wschodnie mieć dziś nie możemy, a więc nie mamy.

Była to sytuacja wyjątkowa, żeśmy w latach 1918-1921 mogli Ziemie Wschodnie, a przynajmniej ich poważną część odzyskać. Gdyby nie było w Rosji rewolucji i wojny domowej i gdyby carska Rosja uczestniczyła była w Kongresie wersalskim, jako jedno z państw zwycięskich bylibyśmy Ziem Wschodnich nie odzyskali. Rosja była pogodzona z nieodległością Polski i z utratą Królestwa Kongresowego, może z utratą Chełmszczyzny i Białegostoku, ale nie była pogodzona z utratą na rzecz Polski Ziem Wschodnich, czy ich części. Granica wschodnia Polski byłaby wskutek tego, w ówczesnej sytuacji, podobna do dzisiejszej. Polska byłaby zjednoczona z trzech zaborów i niepodległa – ale bez Ziem Wschodnich. To sytuacja polityczna lat 1918 -1921 sprawiła, że mogliśmy odzyskać część Ziem Wschodnich wraz z Wilnem, oraz zachować Galicję Wschodnią, Może, gdyby nie polityka ukraińska Piłsudskiego, mogliśmy byli uzyskać także i Kamieniec Podolski, a również i Mińsk. Nie ma przesady w twierdzeniu, że to polityka Piłsudskiego, oraz jego ucznia i w pewnym sensie następcy, Becka, oraz 13 lat rządów dyktatury sanacyjnej, sprawiły, że Polska odbudowana po drugiej wojnie światowej, utraciła Wilno i Lwów. Utraciliśmy te miasta i te ziemie wskutek polityki, zmierzającej do zburzenia systemu wersalskiego w Europie. Nawiasowo mówiąc, Piłsudski sprzeciwiał się przyłączeniu Ziem Wschodnich do Polski także i w latach 1919-1921, nawet iw 1922. Dążył on do ustanowienia osobnego państwa “Litwy Środkowej” w Wilnie i do oddania Ukraińcom większej części Galicji Wschodniej. Gdyby nie jego polityka, także i po drugiej wojnie kwiatowej Rosja – bolszewicka – byłaby zapewne dalej uznawała przynależność Ziem Wschodnich do Polski. Wyjątkową koniunkturą do odzyskania części naszych Ziem Wschodnich, jaką były lata 1919-1921 zmarnowaliśmy. Odzyskaliśmy je w sposób nietrwały, nie umieliśmy traktatu ryskiego uczynić faktem trwałym, – już nie mówiąc o tym, że i sam traktat ryski mógł był być dla nas lepszy. 1 dziś ziem tych nie mamy.

Ale mamy Polskę zjednoczoną z trzech zaborów i wciąż nominalnie niepodległą, Polskę od linii, obejmującej Suwałki – Białystok – Chełm – Przemyśl do linii Zgorzelec – Kostrzyń – Szczecin – Świnoujście, od Bałtyku do gór. To w tej Polsce główna masa naszego narodu dziś żyje i może kwitnąć i rozwijać się. I to tej Polski, jej bytu, kultury i potęgi musimy bronić i o nią walczyć.

Sytuacja jest dziś inna, niż w roku 1945 i latach następnych. W ciągu 42 lat, jakie od końca drugiej wojny światowej minęły, ziemie odzyskane przez nas na zachodzie zrosły się z resztą Polski i mocniej odżyły w tym, co było wspomnieniem dawnej ich polskości. Przywykliśmy także i do tego, że Ziemie Wschodnie do Polski nie należą.

Także i Rosja nie jest dziś taka sama ,jak przed czterdziestu laty. W roku 1945 Rosja była wciąż państwem rewolucyjnym. Od przewrotu rewolucyjnego dzieliło jej życie tylko 28 lat, Wodzowie rewolucji, Lenin i Trocki już nie żyli, ale wciąż jeszcze stali na jej czele ludzie – tacy, jak Stalin, – którzy byli uczestnikami i współtwórcami rewolucji. Dzisiaj – na czele Rosji stoją ludzie, którzy w rewolucji, a tym bardziej w czasach carskich, nie uczestniczyli. I cała warstwa rządząca i administracyjna, łącznie z kastą wojskową i urzędniczą, rewolucji, ani czasów carskich nie pamięta.

To są, formalnie, tacy sami bolszewicy – członkowie partii komunistycznej, – jak w roku 1917-tym, to jest 70 lat temu, Ale to są w istocie inni ludzie. Nie łudźmy się, by zmienił się ich światopogląd i dążenia. Ale na pewno inną mają psychikę.

Już dawna Rosja, zarówno bolszewicka, jak carska, pogodzona była z niepodległością Polski. Ale pamiętała, że część Polski, wraz z Warszawą była ongiś pod panowaniem rosyjskim. Dzisiejsi rządcy rosyjscy takich wspomnień nie mają. Nie mogę wiedzieć, co oni myślą i jaka jest ich podświadomość. Ale przypuszczam, że patrzą oni na Polskę mniej więcej, tak jak na Węgry, czy Rumunię, czy Finlandię, albo jak na Francję, czy Włochy, czy Hiszpanię, czy Szwecję, to znaczy jak na całkiem obce państwo. A więc inaczej, niż Lenin i Trocki, a także niż Stalin.

Stalin odebrawszy w latach 1944-1945 Polskę Niemcom, wyobrażał sobie, że będzie tą Polską rządzić tak, jak Rosją. Albo jak Łotwą i Estonią, czy Gruzją. To znaczy posługując się partią komunistyczną. Rządy w Polsce za czasów stalinowskich ustanowione zostały jako rządy partii komunistycznej. A ponieważ za mało było godnych zaufania Stalina komunistów polskich, komunistyczna warstwa rządząca w Polsce została sformowana z polskich 2ydów. Rządy stalinowskie w Polsce to były w istocie rządy żydowskie, trochę także z udziałem Rosjan (często polskiego pochodzenia jak np. Rokossowski) przy czym prawdziwi polscy komuniści to byli przeważnie tylko figuranci, zza których pleców rządzili Żydzi w rodzaju Bermana. Dzisiaj to się zmieniło: Żydzi zostali z aparatu komunistycznego w Polsce w lwiej części usunięci, a Rosjanie wyjechali do

Rosji. A wyrosła w Polsce cała warstwa rdzennie polskich dygnitarzy komunistycznych, trochę komunistów z przekonania, ale głównie bezideowych karierowiczów. Istota systemu pozostała jednak od czasów Stalina niezmieniona: rządzi Polską aparat zorganizowany przez Rosję, a narodowi polskiemu obcy.

Ten system rządzenia Polską okazał się zupełnym niepowodzeniem. Aparat komunistyczny rządzący dziś Polską, to nie jest Polska. To jest drobna mniejszość. W razie jakiegoś większego politycznego wstrząsu będą zmieceni z powierzchni ziemi. Myślę, że nie jestem w błędzie, twierdząc, że Rosji potrzebny jest sojusz z Polską, a nie z tymi tylko, co Polską rządzą, trzymając Polskę w swoich szponach. (Tak samo, jak Polsce potrzebny jest sojusz z Rosją.) Bo Rosja jest zagrożona przez rosnące w siłę potęgi azjatyckie, Chiny i Japonię. A Polska osłania Rosję od zachodu. Od Niemiec i od państw z Niemcami sprzymierzonych, także i od Ameryki, o tyle, o ile główny jej wysiłek nie koncentruje się na Pacyfiku. Ale obecny stan rzeczy to nie jest sojusz Rosji z Polską; to jest tylko sojusz Rosji z partią komunistyczną w Polsce, to znaczy z cienką warstwą, czy też kliką, sprawującą w Polsce władzą, a mającą prawie cały naród polski przeciw sobie.

Rosji potrzebny jest sojusz z Polską, to znaczy z polskim narodem, a nie z drobną mniejszością Polaków, przez większość narodu znienawidzoną. Przyjmuję, że ci, co dziś Rosją rządzą, to rozumieją.. Ale jeśli tego jeszcze nie rozumieją, jest naszym zadaniem sprawić, by zrozumieli.

Duża część polskiego narodu stoi sympatiami po stronie Ameryki; także i amerykańskich sojuszników. A istnieje pozór, że także i po stronie Niemiec. Oczywiście, to jest tylko pozór. Nad wytworzeniem tego pozoru pracują trockiści, antyrosyjska i złożona głównie z Żydów odmiana komunistów, której dzięki uprzywilejowanemu stanowisku, jakie w życiu polskim zajmowała (jako w istocie inny rodzaj komunistów, albo ekskomuniści, a często także synowie dygnitarzy komunistycznych, a w dodatku, jako Żydzi słabo związani z narodem polskim i z duchem polskim) – udało się wysunąć na czoło prądu opozycyjnego w polskim narodzie i pozornie stanąć na czele “Solidarności” i innych podobnych zjawisk. G co rządzą Rosją, widząc, że panują w Polsce sympatie amerykańskie i pozornie niemieckie oraz, że na czoło tak zwanej opozycji wysunęli się działacze mniej lub więcej związani z kierunkiem trockistowskim, – z konieczności skazani są na to, by sprzyjać drobnej w Polsce mniejszości, ale wyraźnie usposobionej pro rosyjsko, jaką są oficjalni komuniści. Aby się to zmieniło, musi się wpierw dokonać przewrót w życiu polskim: musi zapanować w polskiej opinii publicznej i w ogóle w polskim życiu kierunek, który jest przeciwny komunizmowi, który jest na wskroś związany z tysiącletnią polską tradycją historyczną i przepojony polskim duchem, chrześcijańskim i katolickim, oraz wierny polskiemu dorobkowi kulturalnemu i ideowemu, ale który uważa, że Polska potrzebuje sojuszu politycznego z Rosją i gotowa jest być temu sojuszowi wierną. Dopiero zdobycie sobie w polskim narodzie przewagi przez ten kierunek myślenia stworzy warunki dla prawdziwego polsko- rosyjskiego politycznego sojuszu.

Dzisiejsza Rosja nie zawsze łączy się z prądami marksistowskimi w świecie. Potrafi uznać, że są narody, które są do przyjęcia doktryn marksistowskich niepodatne – a jednak mają interesy z Rosją zbieżne. Rosja potrafi popierać Libię, oraz niektóre inne kraje arabskie, mimo, że kraje te są muzułmańskie – nieraz fanatycznie muzułmańskie- i wcale nie zamierzają się poddać doktrynie Marksa. Rosja potrafi zabiegać o przyjaźń z Indiami, mimo, że Indie ani w swej grupie rządzącej obecnej, ani w swych ważniejszych ugrupowaniach opozycyjnych wcale nie są skłonne do przyjęcia światopoglądu Marksa i Lenina. Także i Finlandia, znajdująca się przecież dziś w obozie stronników, a nawet satelitów Rosji wcale nie ma zamiaru przyjąć za swoją ideologię doktryny Marksa i Lenina. Jeśli Rosja życzy sobie, by Polska była w jej politycznym obozie i stanowiła puklerz osłaniający ją od Niemiec i od atlantyckiej połowy potęgi amerykańskiej, trzeba, by zrozumiała, że Polska nie może być państwem socjalistycznym, jak jakaś Mongolia i że musi zachować tego ducha, który ja od tysiąca lat ożywia.

Jak już napisałem, musi się stać widoczne, że Polska pozostając sobą i będąc wierna swemu prawdziwemu duchowi, jest jednak gotowa być w politycznym sojuszu z Rosją. Nie znaczy to, że musi to być rezultatem jakiegoś nagłego przewrotu w Polsce, jakiejś rewolucji, która obaliłaby dzisiejszą klikę rządzącą w Polsce i osadziła u władzy innych ludzi. Może to być przekształcenie stopniowe. Może to być stopniowe rozluźnienie ucisku komunistycznego w Polsce i dopuszczenie do głosu sił niezależnych i prawdziwie narodowych. To znaczy stopniowa ewolucja. Polska jest już odmienna od innych krajów komunistycznych przez rolę, jaką w niej odgrywa Kościół i przez niektóre wolności, takie, jak znaczenie prywatnej własności w rolnictwie. Te odrębności Polski w obozie komunistycznym – powinny stopniowo wzrastać. Nie wzrosną one same, powinny być wywalczane. Wywalczać je musi zbiorowy, odważny wysiłek społeczeństwa. To właśnie jest jedna z odpowiedzi na pytanie co mamy robić.

Twierdzę, że to leży w interesie Rosji. Sojusz Rosji z Polską komunistyczną, to znaczy rządzoną przez klikę agentów sowieckich, jest złudzeniem. Sojusz taki w krytycznej chwili nie będzie dotrzymany., Polacy są narodem uczuciowym, podatnym na pokusy irracjonalne i skłonni będą poprowadzić politykę nawet całkowicie sprzeczną z interesem, Polski, o ile będą mieli wrażenie, że tego od nich wymaga dążenie do wolności. Rosji potrzebny jest sojusz nie z antynarodową kliką w Polsce ale z Polską. Z prawdziwą Polską, ożywioną swoim prawdziwym duchem.

Obalenie rządów kliki, czy też warstwy komunistycznej w Polsce – obalenie za jednym zamachem, czy też stopniowo i ewolucyjnie – leży nie tylko w interesie narodu polskiego, to znaczy prawdziwej Polski, ale i w interesie Rosji. Nawet Rosji bolszewickiej.

VIII

Gdyby istniał w świecie międzynarodowy obóz chrześcijański i walczył z siłami antychrześcijańskimi, rzecz prosta należelibyśmy do tego obozu. Ba. Bylibyśmy żarliwymi bojownikami tego obozu. Bo chcemy, by zapanowało w świecie chrześcijaństwo i by pokonane zostały siły antychrześcijańskie. Bylibyśmy nawet gotowi ponieść niejedną ofiarę – dla zwycięstwa sprawy chrześcijańskiej w świecie. W międzynarodowej wojnie domowej chrześcijaństwa z antychrześcijaństwem gotowi bylibyśmy wziąć wybitny, po prostu czołowy udział.

W czasie drugiej wojny światowej mieliśmy złudzenie, że sformowała się koalicja chrześcijańska przeciwko siłom antychrześcijańskim. Bo przecież hitleryzm to był obóz antychrześcijański. Obóz złowrogi w swej postawie, do głębi niegodziwej i stanowiącej bunt przeciwko prawom moralnym chrześcijańskim i przeciwko Bogu. Rosyjski komunizm wydawał się czynnikiem tylko . wbrew swej woli wtrąconym przez Hitlera do obozu bojowników o uwolnienie świata od przewagi sił zła, którym Hitler przewodził. Mieliśmy złudzenie, że komunizm nie będzie uczestniczył w urządzaniu świata powojennego i albo będzie w samej Rosji obalony, albo zostanie od innych krajów odepchnięty.

Okazało się jednak, że obóz zachodni, który odegrał główną rolę w pokonaniu Niemiec hitlerowskich, wcale nie był obozem chrześcijańskim. Było w jego szeregach wielu chrześcijan, odgrywały w nim potężną rolę pierwiastki chrześcijańskie, ale pod względem kierownictwa wcale nie był to obóz chrześcijański. Odgrywały w nim rolę przywódczą siły obojętne, albo wręcz wrogie wobec chrześcijaństwa, masońskie i do gruntu materialistyczne. Walczyły one z Hitlerem, bo miały z nim sprzeczne interesy, ale w światopoglądzie były kto wie. czy nie bliższe hitleryzmu, niż chrześcijaństwu.

Zawarły one porozumienie z obozem komunistycznym o podziale świata między dwie siły, z których jedną był obóz komunistyczny. Tym samym zdradziły chrześcijaństwo. Razem z chrześcijaństwem zdradziły i nasz naród katolicki, który wiernie przez cały czas wojny, walczył i ponosił ofiary w szeregach ich obozu. Los Polski nie tylko w czasach Katynia (gdy Rosja Sowiecka była sojuszniczką Hitlera), ale w czasach – i po czasach – Teheranu i Jałty pokazał, czym jest w świecie obóz Rooseveltów i Churchillów.

Angielski katolicki pisarz Hilaire Belloc, który był w niemałym stopniu sumieniem Anglii, jako kraju wciąż w znacznym stopniu chrześcijańskiego napisał w czasie ostatniej wojny: “Polska zajmuje pozycję kluczową w obecnej, śmiertelnej walce. Być może (…), że fatalny kompromis będzie zawarty, co będzie oznaczać, że Zachód został pokonany. (…) Jest tylko jedno centralne kryterium wartości i sukcesu: odbudowanie Polski (…).Polska jest sprawdzianem. Mocny zamiar uratowania Polski (…) jest moralnym warunkiem zwycięstwa. Jeśli się zawahamy – jesteśmy zgubieni.” *

To czego się Belloc obawiał, nastąpiło. Kierownicy obozu zachodniego uznali za stosowne nie dbać o Polskę i poświęcić ją. Zostaliśmy oddani pod władzę komunistycznej Rosji. Za tę cenę politycy zachodni kupili sobie to, co wyobrażali sobie, że będzie tryumfem ich własnych państw. Zawiedli się zresztą. Nastąpiło to, o czem Belloc pisał, to oni, jako siła panująca w świecie zostali zgubieni.

Polska została oddana pod rządy komunistyczne. Została wyrzucona poza nawias obozu, o którym myślała, że jest obozem chrześcijańskim. Nie ma wobec tego obozu żadnych obowiązków. Musi sobie radzić sama i troszczyć się przede wszystkim o siebie samą. W warunkach w jakie została wepchnięta – nie chwilowo tylko, ale z myślą, że to ma być stan trwały, – musi usiłować wywalczyć sobie sama egzystencję zgodną ze swoją tysiącletnią tradycją i nie dać się złamać.

Poniosła jedną stratę – i to wielką: utraciła swoje ziemie wschodnie. Ale walczyła i walczy o swą wolność na głównym obszarze swego bytu, między Odrą i Bugiem.

Polska nie zginęła. Mimo porzucenia jej przez niewiernych, fałszywych, czy byłych przyjaciół i mimo z górą czterdziestu lat rządów komunistycznych, ostała się. Pozostała sobą. I nie przestaje bronić swego ducha i swego oblicza – i dążyć do pełnej wolności.

Polska, zagrożona – wojennie, czy pokojowo, na krótką, czy na długą metę, – przez Niemcy i stojący za nimi wielki i potężny obóz ich przyjaciół, należy dziś i należeć musi do odwrotnego politycznego obozu, – tego, który się potędze niemieckiej przeciwstawia. Głównym trzonem tego zgrupowania jest Rosja. Nie przeczymy, że nie podobna nam się rosyjski ustrój polityczny. Ale nie jest w naszej mocy ustrój ten zmienić. Przyjmujemy do wiadomości, że ma ona ten ustrój; jeśli go kiedyś zmieni, to tylko dlatego, że sama tego zechce. Ale my u siebie chcemy mieć ustrój własny i zachować oblicze własne.

W obozie, którego najpotężniejszą częścią składową jest Rosja, jesteśmy partnerem odrębnym, o obliczu katolickim i o tysiącletnich tradycjach katolickich i łacińskich. Cokolwiek się dzieje w Moskwie – nie ma to na nas wpływu. Jesteśmy wolni i niezależni, do gruntu od naszego sąsiada odmienni i tętniący życiem odrębnym – a znajdujący się z Rosją w sojuszu.

Tylko na takich zasadach Rosja może mieć i będzie mieć w nas prawdziwego, rzetelnego i pewnego sojusznika. Bo jeśli będzie chciała, jak

 

za czasów Stalina, nas na swoją modłę przerobić, naraża się ( i naraża także i nas) na niebezpieczeństwo, że zwyciężą wśród nas samobójcze dążenia, które zaprowadzą nas do obozu nieprzyjaciół zarówno Rosji, jak naszych własnych i spowodują naszą zagładę, a dla Rosji spowodują (politycznie, a może i wojskowo) takie skutki, jakie spowodował dla niej w latach 1939-1941 pakt z Hitlerem.

Dążeniem naszym jest być narodem w pełni niepodległym, mającym takie oblicze jakie sami mieć chcemy, a nie jakie ktoś dla nas obmyślił i chce nam narzucić, to znaczy oblicze zgodne z naszą tysiącletnią tradycją i z naszym katolickim i narodowym duchem – a sprzymierzonym z Rosją i wspólnie broniącym bytu obu narodów przed grożącymi im niebezpieczeństwami.

Aby to osiągnąć, zmierzamy do obalenia w Polsce przewagi kierunku komunistycznego i rządów komunistycznych. Nie dążymy do tego metodą powstańczą: jesteśmy wrogami ideologii powstańczej i polityki powstańczej. Ale dążymy do tego w sposób stanowczy.

Zdajemy sobie z tego sprawę, że stoimy przed zadaniem trudnym. I że w dążeniu naszym będziemy musieli pokonać wiele trudności i zapewne ponieść sporo ofiar. Ale sądzimy, że w dążeniu naszym odniesiemy zwycięstwo. Bo naród nasz w istocie mniej więcej cały dąży – świadomie lub podświadomie – do tego, co wyłuszczyłem. A Rosja, w sposób oczywisty zainteresowana w tym, by mieć w narodzie polskim przyjaciela, a nie nienawidzącego ją. siłą ujarzmionego niewolnika, prędzej czy później zrozumie, jakie powinno – a jakie nie powinno – być jej ustosunkowanie wobec Polski.

A więc – do czego dążymy w szczegółach ?

IX

Rosja rządzona jest przez system, w którym rozróżnić można dwa składniki: światopogląd, nie uznający istnienia Boga. a tym samym przeciwstawny chrześcijaństwu, oraz doktrynę gospodarczą i społeczną, opartą na przekonaniu, że społeczeństwo ludzkie da się zorganizować na wzór społeczeństwa mrówek, w którym poza niewielką grupą rządzącą wszyscy są równi i gotowi będą posłusznie wypełniać wyznaczoną im przez życie rolę, robić to, co jest ich obowiązkiem, nie żądać od życia niczego, prócz tego co jest im wyznaczone, wysilać się jak mrówki, by zdziałać jak najwięcej i w niczym się nie buntować. Socjalistyczny (komunistyczny) system gospodarczy i społeczny sprzeciwia się indywidualnym prawom i dążeniom poszczególnych składających społeczeństwo jednostek, nie pozwala na to. by te jednostki urządzały swoje życie każda na swój sposób, nakazuje (przynajmniej w teorii) zupełną równość, nakazuje, by życie każdego człowieka było zgodne ze z góry ustanowionym planem i było uregulowane tak, jak funkcjonowanie maszyny. Cechą znamienną systemu socjalistycznego jest zadziwiająca, głęboka, dzieląca ludzi nienawiść. Ludzie nie mają żyć obok siebie w miłości i zgodzie, oraz w dobrowolnej, zgodnej współpracy, ale w nienawiści i walce. Walka klas, mająca na celu zniszczenie klas, a więc nierówności społecznych i zrównanie społeczne jest podstawową zasadą socjalistyczną ustroju społecznego.

Socjalizm jako doktryna istnieje już od około stu czterdziestu lat (licząc od ogłoszenia przez Marksa i Engelsa w 1848 roku “Manifestu komunistycznego”), socjalizm jako zwycięski w praktyce porządek rewolucyjny od siedemdziesięciu lat (od rewolucji bolszewickiej w Rosji w 1917 roku). Jest to już czas dostatecznie długi, by uznać, że stanowi on doświadczenia historyczne w pełni przeprowadzone i sprawdzone.

Religijny aspekt marksizmu – nie uznawanie istnienia Boga – jest zjawiskiem , nie podlegającym sprawdzianu. Jest to w istocie nie tyle nieuznawanie tego, że Bóg istnieje, ale bunt przeciw Bogu i przeciwstawienie się Mu. Istotą marksowskiego ateizmu – i każdego ateizmu – jest pierwiastek szatański. Marks – to był w istocie sługa szatana. Sługami szatana są wszyscy prawdziwi wyznawcy doktryny Marksa, wszystkie te Leniny, Troccy, Róże Luksemburg, Staliny, Dzierżyńscy, Bermany. Ich duchem jest nienawiść. Ich rzeczywistym celem jest zło; jest szatańska negacja dobrego. Ich wyobrażenia nie potrzebują sprawdzenia, bo mają swoje źródło w szatanie. Wyznawcy Marksa nie wierzą w prawo moralne i w porządek moralny. Od Boga odwróceni są nie tyle niewiarą w Jego istnienie, co nienawiścią. Nienawiścią do ustanowionego przez Boga porządku. Ich pogląd na świat jest wiekuisty, bo wiekuisty jest szatan, który istnieć będzie, póki istnieje świat.

Ale czym innym jest komunizm jako doktryna społeczna i ekonomiczna. Także i ona zaprawiona jest duchem szatańskim, duchem nienawiści (przede wszystkim zawiści). Ale jej źródła są tylko do pewnego stopnia mistyczne. Ich istotą jest, że to jest manowiec myśli ludzkiej, zrodzony w dążeniu do przerobienia świata w sposób odpowiadający dobru, czy interesom określonej kategorii ludzi, mianowicie ludzi ubogich. Jej cele są praktyczne: co zrobić, by odebrać tym, co mają więcej od nas i byśmy to my to mieli, a nie oni. Jest w tym nawet pierwiastek dobry i szlachetny, a więc nie będący buntem przeciw Bogu i to nie o to chodzi, bym to ja otrzymał to, co mają ludzie bogaci, ale by otrzymali to ludzie ubodzy – niekoniecznie ja. Jest w tym pierwiastek miłości bliźniego, dążenie do poprawienia losu licznej kategorii bliźnich. Zrodziła się z tego doktryna ekonomiczna i społeczna tylko trochę dyktowana nienawiścią i zawiścią, a częściowo dyktowana współczuciem wobec słabych i biednych i pragnieniem poprawienia ich losu.

Otóż owe 140 lat myślenia i 70 lat działania sprawiło, że doktryna socjalistyczna została sprawdzona. Okazało się, że jej założenia i proponowane przez nią rozwiązania są błędne.

Poglądy ekonomiczne i społeczne Marksa i jego uczniów nie zostały potwierdzone przez doświadczenie. Wielki eksperyment historyczny, jakim była rewolucja bolszewicka w Rosji i różne naśladujące ją rewolucje w całym świecie, okazał, że socjalizm, komunizm, marksizm jako doktryna ekonomiczna i społeczna jest eksperymentem nieudanym. Kosztował on wiele wylanej krwi, wiele złożonych na jego ołtarzu ofiar – ale ta krew okazała się wylana na darmo.

Nie mamy wpływu na to, co się dzieje w Rosji. Natomiast chcemy decydować o tym. co się dzieje w Polsce. Odrzucamy światopogląd ateistyczny Marksa i jego uczniów. Odrzucamy także eksperyment ekonomiczny i społeczny jego i ich politycznej doktryny. Eksperyment ten przeprowadzany był od z górą czterdziestu lat również i w Polsce – a zapoczątkowany przez różne Róże Luksemburg także dużo wcześniej. Odrzucamy ten eksperyment nie tylko dlatego, że wiemy jakie on dał rezultaty w Rosji. Odrzucamy go także i dlatego, że mamy z tym eksperymentem i nasze własne doświadczenia, gdyż narzucono go także i nam.

Oczywiście odrzucamy marksistowski światopogląd ateistyczny. Odrzucamy go, bo wierzymy w Boga. Nasz światopogląd jest od tysiąca lat katolicki. Całe nasze życie oparte jest na wierze w Boga. na wierze, iż świat jest przez Boga urządzony i na prawach Bożych. Cała nasza – i całego świata – historia podlega prawom Bożym. A zarazem przejawia się w niej też i szatański bunt. który usiłuje jej kierunek wypaczyć. Chcemy zapewniać zwycięstwo praw Bożych i walczymy o panowanie – przynajmniej w Polsce – tych praw. To sprawia, że marksistowską filozofię opartą o bunt przeciw Bogu w całości odrzucamy.

Ale odrzucamy i marksistowską doktrynę ekonomiczną i społeczną Jest ona oparta na błędnych założeniach i dlatego przynosi złe owoce.

U podstawy tego eksperymentu leży przekonanie, że człowiek nie jest istotą, obdarzoną wolną wolą i stworzoną na obraz i podobieństwo Boże i że można człowiekiem kierować jak maszyną, czy jak “robotem”. Człowiek jest istotą wolną. A więc każdy człowiek jest inny. Jeden dąży do obiektywnego dobra, drugi tylko do własnego interesu. Jeden jest pełen świadomego wysiłku, drugi jest leniwy i na żaden wysiłek – fizyczny, czy duchowy – się nie zdobywa. I dlatego owoce ich pracy, ich myśli, ich czynu lub zaniedbania są tak różne. Marksistowski obraz świata jest fałszywy i fałszywe jest jego pojęcie społeczeństwa i człowieka. Człowiek nie jest “robotem”, bezduszną maszyną, działającą wedle ułożonych dla niej zadań. A społeczeństwo nie jest mrowiskiem, ani ulem, ani kopcem ter mitów.

Jednym z argumentów głosicieli komunizmu jest spostrzeżenie, że w świecie niekomunistycznym panuje nierówność. Owszem. To jest prawda, że w ludzkim społeczeństwie jedni są bogaci, a inni są biedni. Ale po pierwsze, świat jest tak urządzony. Jeden człowiek ma talent muzyczny, a drugi go nie ma, potrafi, lub nie potrafi malować i rysować, jest – lub nie jest – pisarzem, czy poetą. Jest także silny i zdrowy, lub jest od urodzenia kaleką. A w świecie zwierzęcym, słoń jest ogromny, a myszka maleńka, lew jest potężny i drapieżny, a antylopa słaba i bezbronna. To jest skutek tego, że świat jest niedoskonały, że ciąży na nim kara za grzech pierworodny, i za grzech szatana, że dobro i zło są wiekuiście z sobą przemieszane. Nic na to nie poradzimy. Nie sprawimy tego, by ludzie byli jednakowi, mieli te same zdolności, tę samą pracowitość i tę samą wolę i mogli żyć obok siebie tak samo jednakowo, jak dwa kółeczka w maszynie, albo dwie mrówki w mrowisku.

A po wtóre, nierówność jest nie tylko – jak nierówność wzrostu słonia i myszki – dana ludziom i wszelkim istotom żyjącym z natury i od urodzenia. Jest ona także rezultatem ich wolnej woli. Niejeden człowiek zdobywa pieniądze, lub władzę – albo zdobywa świętość – dlatego, że dążył do nich wysiłkiem swej woli, a inny, mający te same warunki i możliwości, do tego nie dążył. Bogactwo i władza, a więc przynależność do rodu panującego, lub wpływowego i bogatego jest niekoniecznie tylko rezultatem przypadku. Jest zazwyczaj rezultatem dokonanych wysiłków, – dokonanych, jeśli nie w tym pokoleniu, co w pokoleniach dawniejszych. Bo człowiek dziedziczy także i zasługi i winy pokoleń poprzednich. Nie jest istotą całkowicie niezależną: odpowiada za grzechy i za cnoty przodków. To jest także jedna z przyczyn nierówności ludzi.

Nie dążymy, my Polacy, do równości między ludźmi. Uznajemy, że Sienkiewicz, Chopin i Kopernik są czymś większym od każdego z nas. A także, że Zamoyscy byli bogatsi od choćby Witosów. Nie uważamy za potrzebne, ani za możliwe uznawać ich za równych sobie. Tyle tylko, że sprzeciwiamy się nierówności, spowodowanej przez kapitalistyczne nadużycia. Jednostronny ustrój kapitalistyczny, oparty na wyzysku, uważamy za zły. I sprzeciwiamy się mu. Uważamy za rzecz godziwą i możliwą, że syn lub wnuk ubogiego chłopa staje się milionerem, lub szefem rządu, a syn lub wnuk milionera, lub szefa rządu staje się człowiekiem ubogim. Jesteśmy zwolennikami wolności, także i wolności gospodarczej – ograniczonej tylko dążnością do uniemożliwienia nadużyć i wyrastania potęg gospodarczych, opartych na wyzysku i egoizmie. Myślę, że wypowiadając taki pogląd, wyrażam przekonanie przytłaczającej większości Polaków.

X

Pragniemy, by życie Polski oparte było na podstawach chrześcijańskich. Na miłości bliźniego, na sprawiedliwości, na poszanowaniu nakazów Bożych, na trosce o dobro zarówno ogółu, jak poszczególnych jednostek, na panowaniu praw moralnych. To jest nasze dążenie podstawowe.

Sprzeciwiamy się socjalizmowi. Także i wszelkim innym przejawom poglądu materialistycznego. Także – nawiasowo mówiąc – i chrześcijańskiej demokracji, która w swym głównym rdzeniu jest próbą połączenia dążeń chrześcijańskich z doktryną socjalistyczną. Sprzeciwiamy się w szczególności – obok socjalizmu – światopoglądowi liberalnemu, leżącemu u podstaw ustroju kapitalistycznego, a którego istotą jest egoizm i jest uważanie pomyślności materialnej i zysku za istotę dobra ludzkości.

To są zasady naszego światopoglądu i naszych dążeń społecznych i politycznych w życiu naszym tu na ziemi. Życiu jednostek i społeczeństwa.

Jakie są, biorąc praktycznie, zasady ekonomiczne naszego życia ?

Stwierdzamy rzecz podstawową: stoimy my Polacy, na gruncie prywatnej własności. Istotą natury ludzkiej jest to, że człowiek troszczy się z największym oddaniem i wysiłkiem o siebie samego i swoich najbliższych. Określa to najdobitniej przysłowie: “bliższa koszula ciała” – niż inne części garderoby.

Człowiek pracujący “na swoim” gotów, jest pracować od świtu do nocy – a jeśli potrzeba, to wstać i w środku nocy, by coś zrobić dodatkowo – i wcale sobie swojego nieustannego wysiłku nie poczytuje za krzywdę. Człowiek pracujący ‘na cudzym”, to znaczy będący na posadzie u pracodawcy, skłonny jest pracować od godziny do godziny i nie wkłada w swą pracę więcej wysiłku, niż się z góry umówił. Najzdrowsze i najnormalniejsze społeczeństwo to jest takie, które składa się w większości z ludzi pracujących na swoim.

Doświadczenie wykazało, że doktryna, uważająca, że trzeba ludziom ich własność odebrać i uczynić ich pracownikami na posadzie jest doktryną błędną. Trzeba ż tą doktryną zerwać w sposób radykalny, a więc na nowo przywrócić jak największej liczbie ludzi własność.

Dotyczy to zwłaszcza rolnictwa. Rolnictwo jest najwydajniejsze i na dalszą metę najtrwalsze i nie wyniszczające ziemi, oraz daje ludziom najwięcej szczęścia, poczucia stałości i zadowolenia, gdy jest własnością prywatną. To znaczy, gdy pracujący na ziemi człowiek ma poczucie, że pracuje dla siebie i na swoim, albo co najmniej, że pracuje, wyręczając innego człowieka, którego zna, z którym jest konkretnymi węzłami związany, który jest istotą konkretną i którego miejsce – lub miejsce do jego miejsca podobne, – może kiedyś zająć. Doktryna, która sprawiła np. w Rosji, ale częściowo także i w Polsce, – że ludzie przestali być związani z ziemią węzłem osobistym, własności i przywiązania i stali się na ziemi “pracownikami na posadzie” u urzędników, bo nie u troszczących się o tę ziemię właścicieli, jest doktryną złą i powinna być w całości odrzucona. Także nie tyle doktryna, co szerząca się – np. w Ameryce – praktyka, przekształcania się ziemi w narzędzie przedsiębiorczości przemysłowej, które się kupuje i sprzedaje, nabywa i porzuca w zależności od opłacalności w danej chwili, – jest praktyką niebezpieczną i na dalszą metę szkodliwą, którą trzeba zwalczać i której położyć trzeba tamę.

Uwagi te dotyczą Polski więcej, niż wielu innych krajów. Jesteśmy krajem wybitnie rolniczym. Przemysł jest w życiu naszego kraju dziedziną mniej ważną, a handel dziedziną nieskończenie mniej ważną od rolnictwa. Całe życie gospodarcze Polski powinno być tak przeorganizowane, by jego osią było rolnictwo. Polski przemysł powinien być nastawiony, głównie nie na eksport, lecz na zaspokojenie potrzeb wsi. To znaczy, życie gospodarcze polskie powinno wyglądać tak, że wieś żywi polskie miasta, a miasta pracują na to, by wieś miała wszystko, co jest jej potrzebne. Polski rolnik powinien być głównym panem polskiego życia gospodarczego. Cała polska gospodarka, także i cały porządek administracyjny, powinny być nastawione na to, by w pierwszym rzędzie zaspokoić potrzeby rolnika. Gdy rolnik czegoś potrzebuje – wszystko inne powinno pójść w kąt, bo jego potrzeby są najważniejsze. Nie chodzi tylko o to, by doraźnie zaspokoić potrzeby tegorocznej produkcji. Chodzi o to, by rolnik był na stałe zadowolony ze swojej pracy, ze swoich widoków na przyszłość, ze swoich warunków życia. I by ze swego gospodarstwa nie uciekał. By na roli siedzieli i siedzieć chcieli ludzie najwartościowsi, najpracowitsi, najinteligentniejsi, najwykształceńsi. Także, by kandydatki na ich żony nie uciekały ze wsi, by najlepsze dziewczyny wolały siedzieć na wsi i gospodarzyć w wiejskich gospodarstwach, niż szukać posad w mieście. To znaczy, by na wsi siedzieli ludzie najwartościowsi – a tylko drugi gatunek ludzi odchodził do miasta. Nie odwrotnie.

Oczywiście, to jest tylko pogląd ogólny. Niejako ramowy. W niczym nie powinno być przesady, ani doktrynerstwa.

Przede wszystkim, dotyczy on tylko działalności produkcyjnej. To znaczy rolnictwa, przemysłu, rzemiosła, górnictwa, rybołówstwa, leśnictwa, także i handlu. Istnieją jednak ważne dziedziny działalności ludzkiej, które żadnej produkcji nie dotyczą. Po części należy do nich transport, a więc nie tylko taksówki, dorożki, drobne przedsiębiorstwa przewozowe, ale także i wielkie organizacje takie, jak koleje, linie okrętowe, czy lotnicze. Ale przede wszystkim należą do nich wielkie organizacje służące dobru publicznemu, a więc oświata, nauka, wojsko i obrona państwa, służba sprawiedliwości i bezpieczeństwa, służba zdrowia, wszelkie dziedziny administracji. Sędzia, ani nauczycielka, ani policjant ani żołnierz, ani sprzątacz ulic, ani uczony nie myślą o tym, by była ich własnością instytucja, w której pracują. Jest w nich poczucie spełniania służby dla dobra publicznego, a więc postawa w pewnym stopniu bezinteresowna. Jest także trochę beztroskie przekonanie, że ktoś się o nich troszczy, wypłaca regularne pobory, zapewnia emeryturę. Jest ich wielu – jakże liczne jest na przykład wojsko. Trzeba zapewnić im jaką taką egzystencję. I trzeba cenić ich pracę dla dobra ogółu. Pożyteczny dla ogółu jest nie tylko producent, a więc ten co uprawia zboże i z tego zboża robi chleb i strzyże owce i z wełny tych owiec szyje ubrania i nadto buduje domy i wytwarza narzędzia i maszyny. Pożyteczny jest także nie produkujący niczego nauczyciel i sędzia i żołnierz.

A po wtóre, nie można zapominać, iż 40 lat komunistycznych rządów w Polsce, a 70 w Rosji wychowały już całe zastępy ludzi, którzy ludźmi samodzielnymi być nie umieją i nawet nie mają ochoty. Opowiadał mi w Londynie pewien Czech, przybyły ze swojej ojczyzny, że nawet rolnik, który był ongiś właścicielem zamożnego gospodarstwa rolnego, ani jego syn nie mają już ochoty samodzielnie we własnym gospodarstwie gospodarzyć, wolą pracować jak pracownik najemny i pobierać pensję na pierwszego.

Po 40-letnim nieudanym eksperymencie komunistycznym, trzeba społeczeństwa ludzi niezależnych wychować na nowo stopniowo. Ludzi się nie przerobi za jednym zamachem. Wychowanie ludzi niezależnych musi być procesem powolnym. Trzeba jak najszybciej, i od razu, dać możność samodzielnego działania tym, co są do tego gotowi i tego chcą. Tych natomiast co tego nie umieją i nie chcą, trzeba uczyć samodzielności stopniowo. Ale celem musi być społeczeństwo złożone z jak największej liczby ludzi niezależnych. Niezależny chłop-gospodarz, i niezależny rzemieślnik-przedsiębiorca i także i większy samodzielny fabrykant i wreszcie tak wyśmiewany “badylarz”, który spełnia tak cenną rolę producenta szczególnie trudnych, wymagających pracy, staranności i przedsiębiorczości i rzadszych i trudniejszych rodzajów produkcji rolnej, powinni doznawać ze strony państwa i społeczeństwa wszelkiej pomocy i powinni być wolni od wszelkich utrudnień, a więc od szykan podatkowych (podatki trzeba płacić, ale muszą to być podatki sprawiedliwe i dające się z góry przewidzieć) i od niedbalstwa tych, co mają ich potrzeby zaspokajać (np. dostarczać na czas nawozy sztuczne, nasiona i narzędzia).

Naprawa musi być powolna. Trzeba pamiętać, że ludzie są różni i że nie można wymagać od wszystkich jednakowo tego samego. Różne są mentalności. Ludzie są pracowici i leniwi, umiejętni i nieumiejętni, zdolni i niezdolni, ambitni i pozbawieni ambicji. Ale przecież i ludzie mniej uzdolnieni, a także bardziej leniwi, też muszą żyć. Trzeba im żyć pozwolić. Tak samo zupełnie, jak są ludzie dobrzy i źli. Istotą świata jest to, że żyją obok siebie ludzie tacy i inni. Wyrażam tu pogląd idealny: co powinno być. Ale ideałów nie da się osiągnąć w całości. Do ideałów trzeba dążyć i trzeba wiedzieć co jest ideałem. Ale nie trzeba mieć pretensji do siebie i do świata, że osiąga się ideały powoli i tylko częściowo.

Ideałem, do którego musimy dążyć jest społeczeństwo złożone z jak największej liczby ludzi niezależnych, pracujących dla siebie, odpowiedzialnych nie wobec jakiegoś urzędnika, ale wobec siebie samych. Nie może to być sztywna doktryna, ale panująca w społeczeństwie skłonność.

Pozwolę sobie zwrócić tu uwagę na fakt bardzo znamienny: że marksiści od Marksa zaczynając, w dziwny sposób nienawidzą rolnictwa i rolników – i że to sprawiło ogromne, a złowrogie przemiany w życiu szeregu krajów. Przede wszystkim w Rosji. Ale także i w takich krajach jak Polska.

Marksiści tak nienawidzą rolników, że odnosi się wrażenie, jakby chcieli rolnictwo skasować w ogóle. Oczywiście, jest to marzenie irracjonalne i nieosiągalne: rolnictwa skasować nie można, bo rolnictwo produkuje żywność, a żywność zaspokaja najważniejszą potrzebę ludzkości, którą jest zaspokojenie głodu. Bez rolnictwa ludzkość istnieć nie może. Ale komuniści zachowują się od 70-ciu lat tak, jakby wierzyli, że można rolnictwo skasować.

Co najmniej, starają się tak jakoś przerobić rolnictwo, by skasować rolników. To znaczy chłopów, już nie mówiąc o ziemianach. By oddać ziemię w ręce państwa i uprawiać ją metodami, wzorowanymi na przemyśle: przez drużyny, przyjeżdżające na wykonanie poszczególnych robót, dziś w tej miejscowości, jutro w innej, kierowane przez inżynierów (agronomów) i majstrów niczym z danym kawałkiem gruntu nie związanych, złożone jak oddział wojska z ludzi, którzy wyznaczone im zadanie wykonają i potem odjadą. Wiąże się z tym jakoś nie wykonany, a wysuwany w Rosji w czasach stalinowskich program agromiast, rozrzuconych z rzadka, zastępujących każde całą grupę wsi, które mianoby skasować i w których mieszkaliby robotnicy rolni, niczym nie podobni do chłopów.

W latach trzydziestych przedsięwzięto w Rosji – głównie na Ukrainie, ale w mniejszym stopniu w całym państwie – akcję skasowania chłopów, na początek najbogatszych, tak zwanych “kułaków1, mających gospodarstwa nieco większe od przeciętnych. Rezultatem był masowy głód, który spowodował miliony ofiar ludzi, którzy z głodu pomarli. Było także zrujnowanie rolnictwa, obniżenie wydajności uprawy rolnej, spowodowanie, że Rosja, a zwłaszcza jej południowe, najżyźniejsze okolice, z Ukrainą na czele, z krajów produkujących nadwyżki żywności, stały się krajami, które mają stałe żywnościowe deficyty i muszą żywność, a zwłaszcza zboże importować z zagranicy, głównie z Ameryki. Rosja z kraju eksportującego – od całych pokoleń – zboże, zamieniła się w kraj importujący je. Odessa, wielki port rosyjski nad Czarnym Morzem, ongiś będąca głównym portem rosyjskim, trudniącym się eksportem zboża, zamieniła się w port, trudniący się jego importem.

Ideałem marksizmu jest przemysł. Marksistowska wizja świata to jest wizja świata wielkich fabryk, buchających parą maszyn, huczących chrzęstem żelaza i stali wielkich warsztatów, a wśród nich ogromnych drapaczy chmur, w których gnieździ się i roi ludność robotnicza. Wieś, rozsiana wśród pól, nie ma w tej wizji miejsca; powinna zniknąć.

Komuniści starają się już od 70-ciu lat przerobić w duchu tej wizji Rosję. Starają się także w tym samym duchu przerobić Polskę. Kurz, który okrywa pamiątki historyczne Krakowa i kładzie się zabójczą warstwą na płucach dzieci śląskich, jest owocem tej wizji.

Naszą wizją jest Polska zielonych pól – wśród których są także i miasta, nawet miasta bogate i piękne, ale które całego kraju swoim znaczeniem nie przytłaczają.

XI

Można by mi postawić zarzut, że głoszę program fantastyczny, że nie ma dziś warunków w Polsce do przekreślenia tego, co jest owocem przemian, będących wynikiem czterdziestu lat wysiłków i nie tylko pracowitych wysiłków. ale i okrutnego terroru. –

Odpowiadam na to, że pracować nad osiągnięciem wielkiej zmieniającej oblicze kraju przemiany można już dzisiaj. Mianowicie można to robić stopniowo.

Nie głoszę programu reformy, która ma nastąpić kiedyś, za króla ćwieczka, w zupełnie zmienionych warunkach i drogą jednorazowego przewrotu, czy rewolucji. Głoszę przemianę stopniową, ogarniającą całe terytorium kraju, a zaczynającą się od poszczególnych ludzi, to tu, to tam. Przemianę, którą poszczególni ludzie mogą rozpocząć już dziś. Mogą rozpocząć, bo wiedzą, czego chcą. ą mają zapał i wolę.

Przypomnijmy sobie jak przed niewielką ilością lat wyrosła Solidarność. Ogarnęła ona jak płomień cały kraj. Stanęły w jej szeregach, lub poszły za nią, miliony ludzi. Podobno dziesięć milionów. Zawaliła się ona – gdyż szła po błędnej drodze. Ale gdyby nie popełniła podstawowych błędów – miała wszelkie warunki, wprawdzie nie jakiegoś totalnego zwycięstwa, ale uzyskania jednak osiągnięć głębokich i trwałych.

Pozostało po Solidarności uczucie wielkiego nie powodzenia. Wielkich nadziei – które nagle zgasły, jak zdmuchnięta świeca. Wielkich, nie spełnionych nadziei, które zrodziły ducha beznadziejności. Tylu nas było i taki mieliśmy zapał – i tak nas nagle zgaszono. Okazaliśmy się bezsilni.

Ale zapominamy o tym, że doświadczenie Solidarności to było nie tylko doświadczenie bezsilności i niepowodzenia. To zarazem było doświadczenie wielkiej, tkwiącej w narodzie siły. I żywiołowej gotowości narodu do potężnego, odważnego, zbiorowego wystąpienia . Naród czekał na hasło. Gdy rzucone zostało hasło – okazał, że gotów jest za tym hasłem pójść. Stanął karnie i z zapałem pod sztandarami rzuconego hasła. I to jest istotą eksperymentu Solidarności: że naród nie jest bierny i że pragnie wielkiej przemiany i że gotów jest za rzuconym hasłem przemiany iść.

Solidarność się zawaliła, a raczej została skutecznie powalona, gdyż głosiła hasła błędne i że rzucili te hasła niewłaściwi ludzie. Błędny program pod wodzą nieodpowiednich ludzi, nie mógł doznać powodzenia. Ale doświadczenie Solidarności nie polega tylko na nieskuteczności wysiłków. Polega w nie mniejszym stopniu na okazaniu gotowości społeczeństwa – po prostu gotowości narodu – do wielkiego wysiłku i do walki o wielkie przemiany.

Eksperyment Solidarności przedsięwzięty został przez marksistów. Taka była sytuacja, że tylko marksiści mogli się zdobyć na odwagę przeciwstawienia się panującemu w Polsce porządkowi. Jeszcze nie było w Polsce gotowego zastępu przywódców, którzy mogliby poprowadzić naród w duchu niemarksistowskim. Pierwszy większej miary zastęp opozycyjny, jaki się w Polsce pojawił, to była opozycja wewnętrzna w obozie marksistowskim.

Solidarność była w istocie owocem KOR-u. (Dla tych, co nie wiedzą, co to jest KOR, informuję, że jest to Komitet Obrony, jak mówią jedni, Robotników, jak mówią inni, ponoć bardziej wtajemniczeni

Rewolucjonistów). Byli to ci marksiści, czy po prostu komuniści, którzy byli niezadowoleni z rządów kliki komunistycznej, będącej u władzy. Na niezadowolenie opozycyjnej kliki komunistycznej składało się wiele przyczyn. Ale przyczyna główna była ta, że od udziału w rządach komunistycznych w Rosji odsunięta została klika Trockiego. Sam Trocki został zamordowany przez agenta sowieckiego w dalekim Meksyku. Najwybitniejsi działacze trockistowscy w Rosji zostali poaresztowani, skazani na śmierć i wymordowani w samej Rosji. Było to najbardziej żydowskie skrzydło komunizmu, choć nie brak jest Żydów także i w innych komunistycznych klikach.

Rozprawa oficjalnego skrzydła obozu komunistycznego ze skrzydłem trockistowskim odbiła się echem we wszystkich partiach komunistycznych w całym świecie. Jest cechą wszystkich ruchów rewolucyjnych w historii, że są wewnętrznie skłócone i pełne nienawiści. Ileż skłócenia było na przykład w rewolucji francuskiej! I ileż głów francuskich rewolucjonistów potoczyło się pod gilotynami z woli innych francuskich rewolucjonistów!. Także i w Polsce oburzenie i nienawiść z powodu wymordowania w Rosji trockistów spowodowały wyrośnięcie w partii komunistycznej licznej kliki nadal komunistycznej, ale wobec kliki rządzącej w partii i w państwie opozycyjnej.

Ruch opozycyjny w Polsce, z którego wyrosła Solidarność był w istocie wzniecony i zorganizowany przez początkową komórkę organizacyjną, noszącą nazwę KOR. Byłoby przesadą twierdzić, że KOR to była istniejąca w Polsce gałąź trockizmu: na jej wyrośnięcie złożyły się przyczyny różne. Ale nie będzie przesady w twierdzeniu, że na narodzenie się ruchu, którego wyrazem był KOR, trockizm wywarł wielki, pośredni lub bezpośredni wpływ. Płomień, którego przejawem była Solidarność był ruchem, wyrażającego uczucia i dążenia narodu polskiego; to te dążenia i uczucia stanowiły materiał palny, który został z żywiołową siłą ogarnięty przez ten płomień. Ale zapałka, która ten płomień zapaliła, to był KOR. I był trockizm. I nie tylko zapałka. KOR w istocie cały czas ruchem Solidarności, jako utajone dowództwo kierował.

A co to był KOR? Zważmy. Przecież to wszystko byli działacze komunistyczni; albo synowie tych działaczy, to znaczy drugie komunistyczne pokolenie. Gdy przypatrzyć się życiorysom działaczy KOR, okazuje się, że są to wszystko dawni komuniści. Duża ich część – przypuszczam, że znaczna większość – to są Żydzi. Mówię o Żydach nieochrzczonych, nie związanych z polskością przez choćby tylko nieszczery i jedynie formalny akt przyjęcia chrześcijańskiego sakramentu. Są ponadto między nimi i Polacy, pożenieni z Żydówkami. Są wreszcie rodowici Polacy z rodzin komunistycznych, już w drugim pokoleniu ateistycznych. Najwybitniejszym z działaczy KOR jest Adam Michnik, syn Ozyjasza Szechtera, działacza komunistycznego, Żyda, a brat “Szwedowicza”, niegdyś też nazywającego się Michnik, dziś przebywającego w Szwecji, wsławionego tym, że brał wybitny udział w komunistycznym aparacie represyjnym, który niektórych dobrych, uczciwych Polaków wymordował. Do czego KOR dążył ? Dążył do przewrotu, który by usunął od rządu panującą klikę komunistów oficjalnych. Polski ogół myślał, że to byli przeciwnicy komunizmu. A tymczasem to byli tylko opozycjoniści w obrębie komunizmu, jedna klika komunistyczna i marksowska, chcąca obalić innną taką klikę.

Dlaczego na czele ruchu, za którym poszła ogromna część narodu stanęli inni od grupy rządzącej komuniści, a nie stanęli ludzie, wyrażający uczucia polskiego narodu, prawdziwi polscy patrioci i katolicy? – To jest częste zjawisko, że na czele ruchów rewolucyjnych stają członkowie dotychczasowej warstwy rządzącej. Rewolucje zwykle, a przynajmniej często zaczynają się od buntu opozycji wewnętrznej w obrębie warstwy rządzącej. Rewolucja francuska zaczęła się jako ruch opozycyjny w szeregach francuskiej szlachty i arystokracji. Rewolucję rosyjską zaczęli – w marcu 1917 roku – rosyjscy liberalni politycy, należący do rosyjskiej warstwy rządzącej. (Rewolucja “październikowa”, bolszewicka była dopiero drugim etapem rosyjskiej rewolucji). Prawdziwi przeciwnicy panującego reżimu nie mają zwykle warunków, nie mają często także i odwagi, a także nie mają ludzi i gotowych komórek organizacyjnych, które mogłyby na wielką skalę akcję wywrotową podjąć. Natomiast niezadowoleni i opozycyjnie usposobieni członkowie warstwy rządzącej tkwią w aparacie tej warstwy, znają jej słabe strony, nie boją się jako ludzie ‘swoi”, że spadną na nich w razie niepowodzenia miażdżące represje. Czy musiało, czy nie musiało tak być, jest faktem, że ruch Solidarności został wszczęty i był pokierowany przez KOR, to znaczy przez niezadowolonych komunistów.

Solidarność nie doznała powodzenia, gdyż została przez jej grupę przywódczą poprowadzona w złym kierunku.

Istotą dążeń KOR-u było to, do czego w skali międzynarodowej dążyli trockiści: obalenie kliki rządzącej, którą w sposób uproszczony można nazwać grupą stalinowców. Grupa ta dążyła przede wszystkim do władzy. Zmierzała do ogólnopaństwowego przewrotu, który by oddał w jej ręce rządy w Polsce. Uderzali oni w najczulszy punkt rządzącego aparatu i panującego systemu. Uderzali nie tylko w aparat rządzący w Polsce, ale w cały aparat rządzący w komunistycznym świecie, a przede wszystkim w Rosji. Pod tym względem byli tacy sami, jak na przykład w Czechosłowacji w 1968 roku, gdzie komunistyczna frakcja trockistowska prawie czysto żydowska usiłowała pod hasłem “komunizmu z ludzką twarzą” opanować władzę i wytworzyć ośrodek komunistyczny, opozycyjny wobec kliki rządzącej na Kremlu i dać początek pochwyceniu władzy przez wyznawców Trockiego, to znaczy przez najbardziej żydowski i najbardziej prawowiernie marksistowski odłam komunizmu w skali ogólnoświatowej. Było to uderzenie w samo sedno władzy w obozie komunistycznym w świecie. Klika rządząca na Kremlu poczuła się tym śmiertelnie zagrożona. I odpowiedziała brutalnym ciosem interwencji zbrojnej, do której wezwane zostały także Polska, Węgry i Wschodnie Niemcy.

Tak samo w 1981 roku w Polsce KOR przedsięwziął próbę dokonania przewrotu trockistowskiego. Postanowienia (Reformy wielkoprzemysłowe, nie rolnicze, czy rzemieślnicze) naczelnych komitetów, kierujących Solidarnością zmierzały do przewrotu politycznego w skali ogólnopaństwowej, wcale nie zwróconego przeciwko porządkowi marksowskiemu (komunistycznemu, socjalistycznemu), ale tylko przeciwko grupie rządzącej. Było to skierowanie opozycji w Polsce nie przeciwko komunizmowi, lecz przeciwko Rosji. Owocem przewrotu trockistowskiego w Polsce byłaby wojna Polski z Rosją. Wojna nie o niezależność Polski, ale o zmianę rządu w Rosji.

Polska jest za słaba na to, by walczyć z Rosją. Nie jesteśmy dziś w roku 1920-tym. Co więcej, ustawianie się przeciwko Rosji nie leży w naszym interesie. Z naszej ewentualnej walki z Rosją wyciągnąć mogą korzyść tylko Niemcy, już o tym pisałem. Oczywiście cieszylibyśmy się z tego, gdyby komunizm w Rosji upadł. Ale nie jest w naszej mocy go w Rosji obalić. A już zwłaszcza, jeśli chodzi o wybór między dwoma tylko ewentualnościami, mianowicie między rządami w Rosji komunizmu tego. co obecnie, a komunizmu odmiany trockistowskiej, nie ulega wątpliwości, że mniejszym złem jest z naszego punktu widzenia komunizm antytrockistowski.

Nie twierdzę, że trockiści nie mieli w roku 1981 szans odniesienia zwycięstwa. Może szanse takie mieli, choć były to z pewnością szanse niewielkie. Może mogli sparaliżować zamach generała Jaruzelskiego i objąć w Polsce władzę. Z pewnością pociągnęłoby to za sobą wojnę domową w Polsce. Przypuśćmy, że byłaby to wojna domowa krótka i że zakończyłaby się zwycięstwem trockistów niemal tak szybkim jak w rzeczywistości zwycięstwo generała Jaruzelskiego. Ale w sposób nieuchronny pociągnęłoby to za sobą wojnę Polski z Rosją.

Myślę, że byłaby to dla Rosji wojna zwycięska; pełna rozlewu polskiej krwi, straszliwych w Polsce zniszczeń i katastrofalnych skutków politycznych. Ale może się mylę. Może trockiści mieli jakieś uzasadnione nadzieje. Może nastąpiłby przewrót trockistowski w Rosji. Może na nowo podnieśliby głowę trockiści w Czechosłowacji. Może wmieszałyby się po strome trockistów Niemcy i Ameryka, oczywiście nie w naszym, lecz w niemieckim interesie. My spłynęlibyśmy krwią – ale nie odnieślibyśmy żadnych korzyści, ponieślibyśmy tylko straty. Zwycięstwo trockizmu w Polsce, czy w Rosji, czy w Czechosłowacji, czy gdziekolwiek w świecie, zgoła nie leży w naszym interesie.

Mówiąc o kierunku w jakim prowadziła nas klika trockistowska, czy też zbliżona do trockistowskiej i przez trockistów kierowana, a stojąca na czele niezupełnie tego świadomej Solidarności, warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną okoliczność. Solidarność wystąpiła z hasłami reform, a reformy te miały cechę marksowską. Dotyczyły one związków zawodowych w wielkim przemyśle. Hasłem, które miało pociągnąć polski ogół było wyrwanie robotniczych związków zawodowych z rąk komunistycznego rządu i nadanie im cechy od rządu niezależnej. Był to oczywiście postulat słuszny. Zadaniem robotniczych związków, zawodowych jest obrona praw i interesów robotniczych przed uroszczeniami pracodawców. A w Polsce – i wszędzie w świecie komunistycznym – rząd jest jedynym pracodawcą w przemyśle. Władza rządu nad związkami zawodowymi robotniczymi, to jest władza pracodawcy nad organizacjami, mającymi służyć obronie praw robotników.

Ale po pierwsze, trockistowscy przywódcy i ideologowie Solidarności nie dążyli do zapewnienia rzeczywistej niezależności poszczególnym związkom robotniczym. Dążyli do stworzenia jednego, potężnego związku, który obejmowałby wszystkie poszczególne związki i był pod wspólną komendą, tyle tylko, że nie rządową, ale opozycyjnie trockistowską. Nie przeczę, że byłaby to poprawa położenia robotników: niejakie zwiększenie ich niezależności. Ale to nie byłaby reforma kompletna. Robotnicy byliby wciąż pod skoncentrowaną władzą aparatu, który by nad nimi panował.

A po wtóre, projektowana reforma byłaby niekompletna. Wielki przemysł jest dużą częścią życia gospodarczego w Polsce – dużo większą niż w latach 1918-1939, ale nie jedyną, ani nawet nie największą. Główną gałęzią polskiej gospodarki, a nawet głównym odłamem polskiej ludności jest rolnictwo. Polska potrzebuje wielkiej reformy w postaci dania pełnej niezależności oraz zaspokojenia wszystkich potrzeb (zapewnienia potrzebnych nawozów sztucznych itd.) – rolnictwu. Królem polskiego życia zbiorowego jest rolnik, jest chłop. Prawdziwa reforma życia zbiorowego w Polsce musi polegać na zaspokojeniu potrzeb chłopa i na trosce o jego interesy. Robotnik wielkoprzemysłowy też jest ważny, Ale chłop jest jeszcze ważniejszy.

Nie należy także zapominać o warstwie mieszkańców miast przez rodzaj produkowanych przez nich towarów bliskich pracowników przemysłowych, ale przez swoją pozycję gospodarczą i prawną podobniejszych do chłopa, gdyż posiadających własność i pracujących “na swoim”: rzemieślników i najdrobniejszych, samodzielnych fabrykantów. Trockistowscy przywódcy Solidarności wcale o nich nie myśleli. Tak jak nie myśleli o chłopach.

Przywódcy Solidarności myśleli o zreformowaniu Polski na sposób marksowski i głosili program zupełnie marksowski. Ich wizją przyszłego świata była wizja świata wielkomiejskiego i robotniczego. Wizja Polski rolniczej, kołyszącej się łanami pszenicy i żyta, pachnącej dymem ognisk, w których się pieką ziemniaki, napełnionej rykiem bydła, rozdzwonionej dźwiękiem dzwonów w wiejskich kościołach, obramowanej lasami, jest im wstrętna.

Dążeniem naszym jest wolny, niezależny chłop. Jest także i niezależny rzemieślnik. Walkę o urzeczywistnienie tego dążenia można prowadzić już dziś. Naród polski, tak jak w dniach Solidarności powinien stanąć do wspólnej walki o te cele. Powinien także walczyć o to, czego Solidarność zaniedbała o niezależność związków robotniczych.

Przypuszczam, że także i przed przewrotem 1981 roku można było wywalczyć niezależność związków robotniczych, gdyby się walczyło tylko o to, a nie o wielki przewrót polityczny trockistowski. W roku 1956 można było wywalczyć rozwiązanie “kołchozów” i przywrócić chłopom prywatną własność ziemi. Jestem pewien, że gdzieś około roku 1980-go można było wywalczyć niezależność robotniczych związków zawodowych, gdyby się walczyło o ten jeden, ograniczony cel.

XII

Podstawowe błędy, które przekreśliły możliwość zwycięstwa Solidarności były dwa; oba pochodzenia trockistowskiego. Po pierwsze postawa antyrosyjska. Po wtóre, marksistowski pogląd na sprawy społeczne i gospodarcze.

Solidarność została pokierowana w kierunku antyrosyjskim. A tymczasem Polska nie może w obecnej chwili dziejowej zajmować stanowiska antyrosyjskiego. Jesteśmy dziś zagrożeni przez perspektywę odrodzenia się potęgi niemieckiej i dążeń zaborczych niemieckich; a Niemcy mają dziś za sobą poparcie Ameryki, Anglii; a nawet do pewnego stopnia Francji. Jedyną podstawą do patrzenia przez nas z ufnością w przyszłość jest to, że nie jesteśmy sami. Jest jeszcze drugi czynnik w świecie, zagrożony tak samo jak my przez niebezpieczeństwo niemieckie. Jest nim Rosja. Polska i Rosja idące razem są w stanie się przed potęgą niemiecką obronić.

Jesteśmy wrogami komunizmu, to znaczy panującego w Rosji systemu politycznego i doktryny. I nie chcemy – do gruntu nie chcemy – by ten system i doktryna były nam zaszczepiane i siłą narzucane. Postawa rzeczywistych przywódców Solidarności: i trockistów i polityków zbliżonych do trockistów, była dokładnie odwrotna. Byli oni wrogami Rosji – i zwolennikami systemu politycznego i gospodarczego – także i światopoglądu – marksowskiego, to znaczy identycznego z sowieckim, lub tylko w szczegółach nie istotnych się od sowieckiego różniącego. Cieczylibyśmy się, gdyby Rosja pozbyła się systemu marksowskiego i powróciła do swych tysiącletnich tradycji chrześcijańskich, ale nie jest w naszej mocy tego dokonać, a więc nie podejmujemy się tego zadania, tak samo, jak nie podejmujemy się np. zadania ratowania tak bardzo przez historię skrzywdzonego narodu ormiańskiego. Jesteśmy przyjaciółmi Rosji jako narodu. I nie mieszamy się do tego, jaki sobie ona wybiera ustrój.

Zważmy, jaka zawzięta propaganda antyrosyjska szerzyła się i wciąż się szerzy w Polsce. Charakterystycznym jej przykładem jest jakże częste nadawanie Rosji przezwiska “nieludzkiej ziemi”. Być w Rosji to znaczy być “na nieludzkiej ziemi”.

Miliony Polaków w latach 1939-1941 i w innych okresach nacierpiały się na wygnaniu w Rosji, ale nacierpieli się od nieludzkiego ustroju, na ziemi wyznaczonej im na miejsce katuszy (Hitler wyznaczył na miejsce tak samo wielkich, a nawet większych jeszcze cierpień innym Polakom na całkiem innej ziemi) – a nie dlatego, że było to w Rosji Nie można o żadnej ziemi mówić, że jest nieludzka. Cała ziemia jest stworzona przez Boga i każda jej cząstka potrafi być piękna i może być przez ludzi kochana. Także i lodowata Grenlandia i pustynna Sahara są piękne i są kochane przez swoich mieszkańców, Eskimosów i Tuaregów. Rosja potrafi być piękna; wcale nie nieludzka. Rosjanie ją kochają i opisują z miłością. Jakże piękne są opisy rosyjskiej przyrody i sielskiego pejzażu w “Zapisakch myśliwego” Turgieniewa! I ileż przepięknych opisów poświęconych jest wspaniałym rosyjskim rzekom, Wołdze czy Newie, i rosyjskiej zimie, i krajobrazowi rosyjskiej wsi, i rosyjskim miastom, zarówno harmonii architektonicznej Petersburga (Leningradu), jednego z najpiękniejszych miast świata, jak i egzotyczności Moskwy. Można także miłować rosyjską kulturę i historię. Można przejmować się wstrząsającymi obrazami walczącej o swą niepodległość Rosji w “Wojnie i pokoju” Tołstoja i zwyciężającej obcy najazd w “Połtawie” Puszkina i wgłębiać się we wnikliwe analizy ludzkiej duszy w powieściach Tołstoja czy sztukach Czechowa, ulegać czarowi prastarej wizji przeszłości w “bylinach” i w “Słowie o wyprawie Igora”. Można także być rozmiłowanym w rosyjskiej muzyce, a także w rosyjskim malarstwie. Potrafimy to wszystko ocenić. I patrzeć na to wszystko z zachwytem i podziwiać to. To tylko niecywilizowane peryferie naszego narodu odnoszą się do Rosji z nienawiścią i niezdolnością ocenienia tego co, w jej życiu jest wartościowe.2

A po wtóre, wielkim wykolejeniem życia polskiego było takie ustawienie nas przez faktycznych wodzów Solidarności jakbyśmy byli zwolennikami doktryny społecznej i gospodarczej Marksa. Wiemy i wiedzieliśmy od początku, – my, większość polskiego narodu, [1] że jest to doktryna z samego założenia błędna. I odrzucamy ją.

Eksperyment “Solidarności” się nie udał, – ba, prysnął jak bańka mydlana, – gdyż był oparty na błędnych założeniach

Celem naszym jest poderwanie narodu, wyrwanie go z obecnego stanu bierności i przygnębienia. Jest poprowadzenie go, w sposób świadomy i pełny zapału, ku nowej epoce pomyślnej przyszłości

To się nie stanie drogą nagłego cudu. Cudu, na który mamy czekać biernie i bezczynnie. To się stanie drogą zbiorowego wysiłku, który musi się zacząć już teraz. Od dziś.

Celem naszym jest, by się wytworzył w narodzie naszym ośrodek po pierwsze sprzymierzony z narodem rosyjskim i nie chcący szukać oparcia w Ameryce i być narzędziem amerykańskiej polityki światowej (a więc w istocie narzędziem dążeń niemieckich), a po wtóre nie poddający się doktrynie komunistycznej i budujący swoje życie na podstawach chrześcijańskich i katolickich, oraz tradycyjnie polskich, narodowych z ducha europejskich i łacińskich. Zapewne był to program niewykonalny w czasach Lenina i Stalina: nie byli oni zdolni pogodzić się z istnieniem u ich boku państwa o obliczu katolickim i cywilizacyjnie tradycyjnie polskim i łacińskim. Państwo takie pragnęli przerobić na swoją modłę – lub zgnieść, unicestwić. Jest jednak moim przekonaniem, że dla dzisiejszego nowego pokolenia bolszewików, nie pamiętającego ani rewolucji, ani caratu, istnienie przyjaznej im Polski całkiem innej od nich ideowo i cywilizacyjnie jest do pomyślenia, tak samo jak do pomyślenia są przyjazne im politycznie państwa z ducha na wskroś muzułmańskie. W polityce rosyjskiej – czy też sowieckiej – coraz mniej jest doktryneryzmu. Ludzie ze szkoły Stalina nie mogli się pogodzić z myślą, że trzeba tolerować czyjąś odmienność i nawet się przyjaźnić z narodami, które ich światopoglądu nie podzielają. Woleli wiodące do klęski niszczycielstwo i katastrofę od tolerowania czyjejkolwiek odmienności. Ale już od czasów Chruszczowa zarysowują się w Rosji, nowe czasy. Zaczyna się rozumienie tego, że nie wszystkich w świecie da się na swoją modłę przerobić. I że trzeba się pogodzić z tym, że są w świecie także i ludzie inni.

. Polska jest Rosji potrzebna. Ale Polska przyjazna. Jak dotychczas, Rosja zapewnia utrzymanie Polski w swoim obozie przez sprawowanie władzy nad nią przez swoich ludzi, to znaczy przez klikę komunistyczną, całkowicie wierną Rosji.. Ale Rosja Polsce nie ufa. Rosja wie. że komunistyczni słudzy Rosji są w Polsce tylko drobną mniejszością, którą lada podmuch wstrząsów dziejowych zmiecie z powierzchni ziemi. Rosja uważa – i w obecnej sytuacji uważa słusznie – że naród polski w swojej masie jest wobec Rosji usposobiony wrogo. I że w krytycznej sytuacji okaże to w jakiś sposób w praktyce. Ze Rosja Polsce nie ufa i że traktuje ją jako niepewny człon swego politycznego bloku dowodzi systematyczne dążenie Rosji do omijania Polski w swych planach strategicznych. Rurociąg naftowy rosyjski omija Polskę od południa, idzie nie przez Polskę, lecz przez Czechosłowację. A obecnie realizowany program rozbudowania potężnego systemu promów, łączących porty litewskie, czy łotewskie z portami Wschodnich Niemiec omija Polskę od północy. Pozwala na to, by okazało się w razie czego możliwym przerzucanie wielkich mas wojsk rosyjskich na zachód – nie przez Polskę.

A tymczasem Polska może – i w swej masie instynktownie chce – być sojuszniczką Rosji, ale nie przy pośrednictwie rządzącej dziś Polską kliki komunistycznej, mającej cechę rosyjskiej agentury. Głoszę tu postulat bardzo prosty: gotowi jesteśmy iść z Rosją, ale odrzucamy komunizm.

Rządząca dziś Polską klika chce, by Polska była prorosyjska i komunistyczna. Naród polski ten program odrzuca; okazał to na różne sposoby – i Rosja o tym wie. Ale odrzucenie tego programu przez polski naród nie oznacza, że ten naród opiera się, czy też chce się opierać o światowy obóz amerykańsko-niemiecki. W swej podświadomości i w swym, instynkcie naród polski przeciwstawia się komunizmowi ~ ale nie narodowi rosyjskiemu. Twierdzę, że naród polski jest gotów iść razem z narodem rosyjskim. Iść przeciw obozowi amerykańsko-niemieckiemu. Ale odrzuca komunizm. Rządząca Polską klika komunistyczna idzie z Rosją (a raczej w służbie Rosji). I z komunizmem. Obóz Solidarności (i jego także i dzisiejsi stronnicy) szedł i idzie przeciw Rosji, a z wizją ustroju opartego na Marksie i do komunizmu zbliżonego. (Odpryski tego obozu idą nawet przeciw komunizmowi, ale i przeciw Rosji Duże odłamy tego obozu godzą swój światopogląd marksowski z nieszczerym szukaniem sojuszu z panującym w polskim narodzie katolicyzmem, ale w istocie stronnikami katolicyzmu, czy tym bardziej po prostu katolikami zgoła nie są.) Głoszę postulat rozwiązania trzeciego – i twierdzę, że odpowiada on nie tylko interesom polskiego narodu, ale i instynktownym dążeniom i poglądowi tego narodu – mianowicie postulat stania przez Polskę, w zmaganiu amerykańsko-sowieckim, po strome Rosji, ale zarazem niezależności Polski od komunizmu. I wyznawania przez Polskę, przez polski naród i także przez polską politykę i system państwowy, światopoglądu chrześcijańskiego i narodowego.

Co można zrobić już dziś? Trzeba wytworzyć ośrodek choćby najmniejszy liczebnie, głoszący postulat, że powinniśmy iść z Rosją, a przeciw komunizmowi. Przypuszczam, że ośrodek taki napotkałby w pierwszej fazie na sprzeciw, a może i bezwzględne prześladowanie, ze strony kliki rządzącej dziś Polską. Trzeba być gotowym na doznanie takich prześladowań. Politycy, tak samo jak żołnierze na wojnie, muszą być przygotowani na grożące im niebezpieczeństwa i gotowi do poniesienia ofiar. Ich celem nie jest ustrzeżenie się od niebezpieczeństw, ale jest zwycięstwo. Myślę także, że ośrodek ten, w pierwszej fazie napotkałby na potępienie i oburzenie licznych kół niezależnego polskiego społeczeństwa. Musiałby znieść i to.

Ale na dalszą metę ośrodek ten rozrastając się będzie w narodzie polskim zwycięski, bo jest kierunkiem z punktu widzenia interesów polskiego narodu i instynktownych odczuć tego narodu kierunkiem słusznym. Pomimo przeszkód i prześladowań, kierunek ten, raz sformułowany i uformowany będzie się w narodzie polskim rozwijał i szybko stanie się większością.

Co ma on robić? Ma on głosić swoje poglądy. Ma okazywać, że istnieje. To znaczy ma głosić, po pierwsze, że naród polski jest naturalnym sojusznikiem Rosji, a po wtóre, że jest przeciwny komunizmowi. To znaczy, że komunizm zwalcza. Ze zwalcza upaństwowienie i jest zwolennikiem prywatnej własności. Zwalcza prześladowanie, czy szykanowanie prywatnego rolnictwa. Zwalcza szykanowanie prywatnego rzemiosła i drobnego przemysłu. 2e gotów jest – nie od razu, ale stopniowo – przekształcić w duchu prywatnym zarówno wielki przemysł, jak PGR-y. 2e opowiada się za wolnością prasy i literatury, te przeciwstawia się ateizmowi, międzynarodowości i klasowości i chce oprzeć życie polskie na podstawach katolickich i narodowych. Samo tylko sformułowanie i głoszenie takiego programu będzie drogą do zapewnienia mu zwycięstwa.

Oczywiście, znajdą się Polacy, którzy będą temu programowi przeciwni. Ale jednomyślność nie jest nigdy osiągalna. Ateistów się nigdy na katolików nie przerobi. Celem naszym nie jest zdobycie jednomyślności. Jest tylko zdobycie w narodzie większości. Jestem w tym punkcie zgodny z Wojciechem Wasiutyńskim: Polską ma władać większość Polaków. Nie wszyscy, lecz ich większość. Jestem tego zdania, że katolicy i wyznawcy i zwolennicy kierunku narodowego stanowią w naszym narodzie świadomą, a choćby tylko potencjalną większość. Socjaliści, a tak samo ateiści, w Polsce istnieją. Ale stanowią drobną mniejszość. I zasługują na to, by ich odsunąć na bok.

Myślę, że nawet duża część dzisiejszych komunistów przerzuci się ostatecznie na stronę katolicką i narodową. Nie wszyscy dzisiejsi komuniści są komunistami z przekonania. Wielu z nich opowiada się po stronie komunizmu dlatego, że nie widzi innego sposobu służenia państwu. Duża część z nich, to są porządni ludzie, – tyle tytko, że słabi. Niektórzy z nich po cichu uczą swoje dzieci katolickiego katechizmu, a także i miłości dla Polski; wychowują te swoje dzieci na katolików i kochających Polskę patriotów, a jeśli nie robią tego sami. to pozwalają, by robiły to matki i babki. Inni, stanowiący z reguły gorszy gatunek ludzki, czynią to dla interesu, dla kariery. Są, jak to się mówi “komunistami praktykującymi, lecz nie wierzącymi”, – odwrotnością słabego i dość marnego gatunku katolików, którzy są “wierzący, lecz nie praktykujący”. Wszystkie te gatunki ludzi, gdy stanie się to dla nich dogodne lub po prostu tylko możliwe, porzucą komunizm i przejdą na stronę kierunku mającego w narodzie przewagę. Trzeba im będzie – poza jednostkami, mającymi na sumieniu szczególnie wielkie winy – na to pozwolić; ich przeszłość przebaczyć i zezwolić im – by stali się dobrymi Polakami i Zostali za takich uznani. Wielu z nich się dobrze Polsce przyda. Inni okażą się co najmniej nieszkodliwi.

Jestem przekonany, że Rosja z taką przemianą w życiu polskim się Pogodzi. Nie pogodziła się, bo nie mogła się pogodzić z wystąpieniem Czechosłowacji z paktu warszawskiego. Ani z przerzuceniem się opanowanej przez Solidarność, prowadzonej przez trockistów Polski do obozu antyrosyjskiego – amerykańskiego i w istocie proniemieckiego.

Ale jestem przekonany, że pogodzi się z przyjęciem przez polski naród, to znaczy przez jego znaczną większość, wizji Polski prawdziwie niepodległej, w obecnych granicach, żarliwie katolickiej, przywiązanej do swych tysiącletnich, historycznych tradycji, wiernej zasadom cywilizacji łacińskiej, – a chcącej być w sojuszu z narodem rosyjskim. Przemiana Polski, trzymanej w ryzach przez rządy komunistyczne, ale dyszącej nienawiścią do Rosji i gotowej w każdej chwili przeciw Rosji wystąpić w Polskę prawdziwie niezależną i mającą całkiem inne od Rosji oblicze, ale szczerze z Rosją sprzymierzonej, leży w interesie Rosji – i jestem pewien, że dzisiejsze pokolenie władców Rosji to zrozumie.

Oczywiście, przemiana postawy politycznej polskiego narodu może się dokonać tylko stopniowo. Trzeba pozyskać do głoszonego tu programu najpierw tylko jednostki – i idąc od jednostek dążyć do zjednania mas. Ale trzeba działać już teraz, idąc od małych początków, od dołu, od skromnych członków społeczeństwa do góry, do jego takich, czy innych przywódców. Od skromnych początków – do ogółu. I do zwycięstwa.

XIII

Muszę tu poruszyć sprawę katolicyzmu w polskim życiu.

Szeroko jest dziś w narodzie polskim głoszony postulat oparcia życia polskiego o katolicyzm. Głoszą ten postulat także i ludzie, których by się – obserwując ich życie – zgoła o wierność wierze katolickiej nie posądziło.

To dobrze, że panuje w Polsce przeświadczenie, że życie polskie musi się opierać o katolicyzm. Ale to źle, że całkiem spora część Polaków, opowiadających się jako stronnicy katolicyzmu, jest katolikami nieszczerymi.

Istnieją w Polsce dwa gatunki katolików nieszczerych, lub niepełnych. Po pierwsze istnieją w Polsce ludzie, w istocie komuniści i marksiści, albo masoni lub bliżsi czy dalsi stronnicy komunizmu lub masonerii, którzy uważają, że leży w interesie Polski oparcie się polityczne i cywilizacyjne o katolicyzm – choć sami nie są ludźmi wierzącymi. Są oni zjawiskiem bardzo dla Polski niebezpiecznym. Wytwarzają w Polsce prąd katolicyzmu nieszczerego, – który w pewnej chwili może się nagie odwrócić i poprowadzić słabszą część narodu w kierunku antykatolickim, jako katolików “zawiedzionych”, czy rozczarowanych”. Takich katolików nie chcemy. Nie są oni wcale pożądaną zdobyczą dla obozu katolickiego. Trzeba ich do środowisk katolickich nie dopuszczać i trzeba bronić społeczeństwo katolickie przed ich wpływem.

Duża część “katolików niepokornych”, których opisuje i których wychwala w swoich książkach Bohdan Cywiński należy do tej kategorii, – choć nie wszyscy. Zadaję sobie także pytanie, jaka jest prawdziwa postawa Adama Michnika. Może śledzę jego twórczość pisarską i jego przemiany nie dość dokładnie, ale wydaje mi się., że należy on także do tej kategorii. Tak jak dotąd Żyd – ateista, który o ile wiem nigdy chrztu nie przyjął, głosi potrzebę sojuszu lewicy laickiej z katolicyzmem i dlatego ma przynajmniej w czasach nowszych, postawę wobec katolicyzmu pojednawczą, a nawet naznaczoną życzliwością i podziwem., myślę  że jego prokatolicka postawa jest nieszczera. Tak więc i z tego względu-a także i z innych – powinien on być przez nas zwalczany. Ale może się mylę. Może rzeczywiście przechodzi on ewolucję i przemianę wewnętrzną, która go naprawdę do katolicyzmu zbliża i może się z czasem zakończyć rzeczywistym nawróceniem. Może przyjść chwila, gdy będą  musieli pogląd na Michnika zrewidować Na razie – musimy go dostrzegać jako czynniki szkodliwy i duchowo wrogi.

Po wtóre istnieją w Polsce katolicy prawdziwi, ale słabi. Dowodem są niezliczone zastępy rozwodników w Polsce. Nierozerwalność małżeństw w Polsce jest zadziwiająca. Polska jest jednym z krajów przodujących w cm świecie proporcjonalną ilością rozwodów. A tylko część tych, co się rozrodzą, to są ateiści, albo wyznawcy tych wyznań religijnych, które uważają rozwód za rzecz moralnie dopuszczalną. Istnieją w Polsce całe zastępy ludzi, którzy się uważają za katolików, deklarują jako katolicy i Uprawiają akty kultu katolickiego, lub jego część, chodzą w niedziele do kościoła, a nawet chodzą regularnie do spowiedzi, ale którzy w chwili Wielkiej pokusy nie umieją jej się oprzeć i popełniają świadomie i z rozmysłem akt podeptania swych ślubów małżeńskich i rozwodu, a tym samym zrywają z kościołem, formalnie, lub co najmniej faktycznie.

Istnieje także i mniej jaskrawy gatunek ludzi słabych. Mówię o tyci, co nie chcą mieć dzieci, albo nie chcą mieć dużo dzieci. To prawda, że nowoczesna nauka wynalazła sposoby ograniczania liczby potomstwa , z punktu widzenia etyki katolickiej dopuszczalne. Małżeństwo., które powiada sobie, że chce mieć dwoje, albo troje dzieci, nie popełnia grzechu, jeśli stosuje metody ograniczania liczby potomstwa dozwolone przez Kościół. Ale jednak ideałem katolickim jest rodzina liczna. To w takiej rodzinie kształtuje się wiara i moralność niezachwianie katolicka. Rodzą się także powołania kapłańskie i zakonne. Nie można niczego generalizować. Niektórzy ludzie nie mają dzieci, albo mają ich mało, bo Pan Bóg im ich nie dał. Są inni, którzy mają ważne powody do umyślnego ograniczania liczby potomstwa, – np. chorobę żony. Ale jeśli w jakimś środowisku, które się deklaruje jako katolickie, – np. w jakimś »towarzyszeniu, czy redakcji jakiejś gazety, – rodziny o trojgu lub mniej dzieci przeważają – nie mam do tego środowiska w pełni zaufania. W jego katolickość niezupełnie wierzę.

Oczywiście do katolików słabych nie zaliczam tych, co popełniają, lub choćby tylko uważają za rzecz dopuszczalną spędzenie płodu. To nie są w ogóle katolicy, to są ludzie nie mający z katolicyzmem nic wspólnego. Spędzenie płodu nie jest czynem, który popełniony by był w chwili słabości, czy zachwiania się panowania nad sobą, a więc w gniewie, w strachu, czy w nieopanowanej namiętności. Jest czynem, popełnionym z premedytacją, na zimno, w wyniku powziętego z góry zamiaru. Tylko ludzie, którzy nakazy Boże świadomie odrzucają, gotowi są popełnić taki czyn, lub wyrazić zgodę na jego popełnienie. A jest to czyn wyjątkowo niegodziwy, bo popełniony na istocie bezbronnej. Na już poczętym człowieku, maleńkiej, lecz już istniejącej ludzkiej istocie, która przez czyn ten pozbawiona zostaje nie tylko życia, ale i chrztu św. a więc możności wstąpienia do Królestwa Niebieskiego. Rodzice, którzy godzą się na zabicie dziecka, lekarze i pielęgniarki, którzy nienarodzone dziecko – choćby najmniejsze – zabijają nie są katolikami, są zbrodniarzami, którzy się przez automatyczną ekskomunikę ze społeczności katolickiej wyłączyli. Oczywiście, każdy zbrodniarz może do kościoła powrócić.

Oczywiście, bynajmniej nie proponuję wyrzucania słabych, czy nawet nieszczerych katolików poza nawias życia polskiego. Nie jest naszym zadaniem ani prawem, oceniać, kto jest dobrym, czy szczerym katolikiem. Wszystkich, którzy się deklarują jako katolicy, trzeba uznawać z pełnym zaufaniem jako katolików. Także i rozwodników nie trzeba traktować jako wyrzutków społeczeństwa. Nie można uznawać ich nowego małżeństwa, nie można obcować z nimi. jako z małżeństwem, ale każde z nich z osobna trzeba traktować po ludzku, jako osobę, której grzechy mnie nie obchodzą. Ten ich grzech, i inne grzechy, trzeba zostawić ich spowiednikom.

Ale dążyć musimy do tego, by wytworzył się w Polsce społeczny rdzeń katolików naprawdę mocnych i gorących. Polska nie może być społeczeństwem ludzi, którzy się tylko deklarują jako katolicy, ale naprawdę nimi nie są, lub są tylko połowicznie. Główny rdzeń społeczeństwa polskiego – to muszą być zastępy katolików nie tylko opowiadających się po stronie katolicyzmu, nie tylko formalnie i zewnętrznie wierzących i praktykujących, ale naprawdę żyjących życiem katolickim. Mających katolickie rodziny. I przestrzegających katolickich zasad moralnych.

Nie ma wśród przywódców życia polskiego miejsca dla rozwodników. Ani dla ludzi żyjących życiem niemoralnym. W szczególności dla ludzi, popełniających spędzenie płodu.

To musi być rezultatem mocnego stanowiska opinii publicznej i jej wymagającego nacisku. Tę opinię trzeba kształtować. I ożywiające ją poglądy odważnie stanowczo i bezkompromisowo głosić.

Trzeba także uprawiać akcję wychowawczą w duchu moralności katolickiej. W stowarzyszeniach katolickich nie trzeba się ograniczać do samych tylko tematów popularnej teologii, czy apolegetyki, czy historii i zagadnień społecznych w duchu katolickim, ale trzeba wiele uwagi i troski poświęcać sprawom moralnym, a więc etyce życia małżeńskiego i pozamałżeńskiego i t.d.

Oczywiście życie małżeńskie i związane z nim zagadnienia seksualne nie są jedynie dziedziną etyki, nad której wysokim poziomem trzeba pracować. Są one dziedziną szczególnie ważną i może najważniejszą. Ale byłoby jednostronnością nie dbać w sposób należyty o podnoszenie poziomu etycznego polskiego społeczeństwa także i w innych dziedzinach. Taka np. zasada, że porządny człowiek – dobry obywatel – nigdy, w żadnych warunkach nie bierze łapówek, powinna zajmować duże miejsce we wszelkich środowiskach uprawiających działalność wychowawczą, a więc nie tylko w harcerstwie, ale i we wszelkich stowarzyszeniach o charakterze politycznym.

XIV

Rzeczą podstawowego znaczenia dla przyszłości Polski jest przywrócenie poziomu moralnego w polskim społeczeństwie. Polska się nie odrodzi, jeśli w narodzie polskim przeważać będą ludzie małej wartości moralnej. Społeczeństwo złożone w przeważającej części z ludzi o małej wartości moralnej nie jest społeczeństwem, lecz kupą zgnilizny. Nic wartościowego z siebie nie wyłoni.

Społeczeństwo polskie jeszcze za mojej – starego człowieka pamięci było społeczeństwem niezwykle zdrowym moralnie. Polacy – to byli w przeważającej części ludzie uczciwi, moralni, szlachetni., powodujący się w życiu poczuciem obowiązku, cnoty i honoru. Patrzeliśmy, my Polacy, z góry na Rosjan, o których wiedzieliśmy, że rozpowszechnione jest wśród nich łapownictwo, nieuczciwość i demoralizacja.

Dzisiaj – to właśnie my. Polacy, staliśmy się społeczeństwem łapowników i ludzi nieuczciwych. Także i ludzi niemoralnych: często nie żyjących normalnym życiem rodzinnym, nie chcących mieć dzieci i często się rozwodzących. Jak to się stało, że ulegliśmy takiej przemianie?. Złożyło się na to wiele przyczyn. Zdemoralizowały nas, rozbiły, zniszczyły nieszczęścia, jakie na nasz naród spadły: zniszczenia, popalenie siedzib rodzinnych, przesiedlenia poburzyly życie rodzinne, obaliły jego stałość, zachwiały poczucie, że trzeba żyć życiem uporządkowanym i opartym na określonych zasadach; długie rozstania porozbijały małżeństwa i rodziny i zrodziły mnóstwo pokus: utrata zasobów materialnych i środków do życia popchnęła wielu do szukania dochodów nie uporządkowanych i często nieuczciwych. Zmienił się układ społeczeństwa : ludzie najwartościowsi masowo wyginęli, bo najofiarniej się poświęcali, a zarazem najzawzięciej byli przez wrogów Polski tępieni, mordowani w masowych egzekucjach i obozach; a ludzie najgorsi wypłynęli na wierzch, robili kariery w chaotycznych stosunkach i bogacili się w sposób nieuczciwy.

Najwięcej jednak sprawiła przemiana sytuacji psychologicznej. Miliony ludzi załamały się psychicznie. Oto byliśmy pełni poświęcenia, ofiarności i nadziei – i wszystko okazało się daremne. Nie będziemy teraz wychowywać naszych dzieci w duchu ofiarności i obowiązku, nauczymy je myśleć nie o dobru publicznym, lecz o sobie. Wyrosło wskutek tego całe pokolenie bezideowych egoistów, których sprawy publiczne nic nie obchodzą i którzy nawet nic o tych sprawach nie wiedzą; pokolenie cyników, którzy uważają mówienie o dobru publicznym, oraz o Polsce, za beztreściwą, kłamliwą propagandę. Doszedł do tego strach: ludzie nie mówili swoim dzieciom rzeczy ważnych, bo się bali I te dzieci wyrosły na ludzi, co rzeczy ważnych nie wiedzą. I co gorsza : mają na rzeczy ważne pogląd cyniczny.

Społeczeństwo polskie jest przerobione w duchu cynicznym, bezideowym, materialistycznym, egoistycznym – i nie ukrywajmy prawdy: nieuczciwym. Już w latach sanacyjnych (1926-1939) rodziły się w życiu polskim złe, niemoralne pierwiastki. Lata wojenne (1939-1945) to były lata wielkiego moralnego napięcia, ofiarności i poświęceń, ale zarazem lata poczucia, że normalne zasady życia i postępowania uległy zawieszeniu. Lata powojenne – to lata wielkiego duchowego załamania i rozprzężenia. Polska jest w stanie wielkiego rozstroju.

Z rozstrojem tym naród nasz musi walczyć. Z całą zawziętością i bezkompromisowością. jeżeli gdzie – to właśnie w tej dziedzinie nie należy walki o naprawę stosunków odkładać na później, do czasów króla ćwieczka, ale rozpoczynać ją od zaraz, od dziś, od chwili bieżącej. I wszcząć i prowadzić ją wszędzie, przy głównych ulicach wielkich miast – i w każdej zapadłej wiosce.

0 konieczności odrodzenia w Polsce życia rodzinnego – i potrzebie walki z rozprzężeniem seksualnym – już pisałem. Rzecz najważniejsza : trzeba odrodzić polską rodzinę. I pokonać szerzącą się klęskę rozwodów i klęskę spędzania płodu.

Ale obok tego – trzeba przedsięwziąć akcję walki z innymi przejawami demoralizacji.

Przede wszystkim – trzeba przeciwstawić się szerzącej się w Polsce korupcji. To znaczy – łapówkom.

Zapanować musi w Polsce zasada – i zapanować nie od jutra, lecz od dziś – źe żaden uczciwy człowiek nigdy, pod żadnym pozorem, w żadnych okolicznościach i w żadnej formie, nie przyjmuje łapówki. Nie tylko w ordynarnej postaci daru w gotówce. Ale także i w formie utajonej, Jako korzyści pośrednich, jeśli opanujemy łapownictwo, jeśli sprawimy, że jeśli nie wszyscy Polacy, to przynajmniej ich większość łapówek, czy pośrednich, zastępujących je korzyści nie przyjmują – Polska zrobi wielki krok ku uzdrowienia swego życia.

Mówię o braniu łapówek. Czy można w taki sam bezwzględny sposób postawić sprawę ich nie dawania?

Nie wiem. Nie mam odwagi postawić tu sprawy w sposób bezwzględny. Zwłaszcza, że w kraju nie mieszkam i wskutek tego mogę sytuacji w kraju w niejednym oceniać nie trafnie. Chciałbym ująć tu sprawę w sposób jak najostrożniejszy.

Mówią mi ludzie, że są sprawy, których się dziś w Polsce bez dania łapówki nie załatwi. Daję więc radę najostrożniejszą: starać się łapówek nie dawać. Jeżeli jednak nie danie łapówki oznaczałoby wyrzeczenie się czegoś szczególnie ważnego – na przykład otrzymania czegoś koniecznego dla; funkcjonowania gospodarstwa rolnego, albo dla dokończenia budującego się domu – nie należy robić sobie skrupułów i z ludźmi nieuczciwymi postępować, jak z ludźmi nieuczciwymi i łapówkę im dać.

Czy to rada właściwa ? Nie wiem. Nie obstaję przy tym, co napisałem. Niech rodacy w kraju decydują sami. W każdym razie obstaję przy tym, że łapówek – w żadnej formie – nie wolno brać.

A teraz ogólna sprawa stosunku do obowiązków i do pracy.

Rozpowszechniło się w Polsce lekceważące ustosunkowanie się do obowiązków. Polacy z zachodu, jeżdżąc do Polski, zadziwieni są lekkim traktowaniem swoich obowiązków przez rodaków w kraju. Słyszę na przykład, że panie pracujące w Polsce w biurach, wychodzą z biura w godzinach pracy, aby odwiedzić fryzjera, albo porobić zakupy. Jest to oczywiście niemożliwe w podobnych sytuacjach na zachodzie. Gdy się ma godziny pracy w biurze – trzeba przez te godziny być w biurze, a nie gdzie indziej.

Nie musi się tu być rygorystycznym w sposób przesadny. Istnieją posady, gdzie rzeczywiście zwolnić się od pracy z ważnych powodów można. Ale zasadą musi być, że gdy się ma pracować, to się rzeczywiście pracuje. Trzeba powiększyć w Polsce poczucie obowiązku i sumienności w pracy.

XV

Rządzi w Polsce socjalizm. A socjalizm – to jest doktryna, wedle której przodującą warstwą społeczną są robotnicy fabryczni. Nawiasowo mówiąc, dość trudno zrozumieć uzasadnienie tego poglądu. Oczywiście trzeba cenić i szanować robotników. Wykonują oni prace bardzo pożyteczne. Także wykonują oni pracę ciężką; robią to, czego członkowie innych warstw społecznych robić nie mieliby ochoty. Trzeba szanować robotniczą pracę, uznawać robotniczy wysiłek i trud, mieć także – gdy trzeba – współczucie dla robotniczego losu, dla niewdzięcznej, monotonnej, często nudnej, uciążliwej, robotniczej pracy. Trzeba uznawać, że robotnikom należy się sprawiedliwe wynagrodzenie, że nie powinni oni być wyzyskiwani, że trzeba im ich pracę ułatwiać, nie pozwalać, by odbywała się ona w warunkach niehigienicznych, lub niepotrzebnie uciążliwych. Ale trudno się zgodzić z poglądem, że rola warstwy robotniczej jest przodująca. Robotnik nie wykonywa pracy samodzielnej. Wykonywa pracę zleconą. To kto inny obmyślił i zaplanował pracę, którą robotnikowi powierzono. Bez planu, projektu, wynalazku, bez obmyślonej przez kogo innego organizacji, robotnik nie mógłby swojej pracy wykonywać. I także: praca robotnika nie zawsze jest najważniejsza. Rzeczy produkowane w fabrykach, to znaczy wykonywane przez robotnika, nie zawsze służą zaspakajaniu najważniejszych ludzkich potrzeb. Fabryki nieraz produkują rzeczy mniej w życiu ludzkim ważne. Oczywiście produkują też rzeczy zaliczające się do najważniejszych. Górnik, kopiący węgiel, zapewnia ludzkości ciepło, oraz energię dla jej różnych poczynań. Robotnik stalowni dostarcza stali, jednego z najważniejszych surowców we wszelkich dziedzinach życia. Ale ten, kto pracuje w fabryce zabawek, albo wymyślnych mód damskich, albo choćby samochodów, wyrabia rzeczy może pożyteczne i przyjemne, ale bez których ludzkość może żyć.

Najważniejszą potrzebą ludzką jest zaspokajanie głodu. Można istnieć przez czas pewien – a niektórzy ludzie, członkowie dzikich plemion, istnieją nawet przez całe życie – bez odzieży, bez dachu nad głową, a tym bardziej bez zegarka, bez aparatu fotograficznego, czy bez telefonu. Ale nie można istnieć dłużej, niż niewiele dni bez żywności. Produkowanie żywności jest zaspokajaniem pierwszej, najważniejszej ludzkiej potrzeby. Producent żywności, to znaczy rolnik, jest naprawdę członkiem warstwy w narodzie przodującej (jak mówią socjalistyczni wielbiciele wszystkiego, co rosyjskie, a więc i rusycyzmów w języku: “wiodącej”). Przodującą warstwą w narodzie nie są robotnicy, lecz są rolnicy, to znaczy głównie chłopi. Zwłaszcza w Polsce. Bo są kraje, których nie może wyżywić ich własne rolnictwo; ich klimat, czy inne przyczyny, sprawiają, że muszą one część swej żywności kupować, a by mieć czym za zakup żywności płacić, zarabiają wytwórczością przemysłową lub handlową. Ale Polska do tych krajów nie należy. Ma ona – i musi mieć – także i przemysł. Ale jej główną dziedziną wytwórczości jest rolnictwo. A więc jej przodującą warstwą społeczną jest rolnik, to znaczy przede wszystkim chłop.

Socjaliści chcą, by Polska była przede wszystkim narodem robotniczym. W istocie jest ona i musi być przede wszystkim narodem rolniczym, to znaczy głównie chłopskim.

Głównie, ale to nie znaczy wyłącznie. Byłoby wielką jednostronnością zapominać o roli, jaką w życiu całej ludzkości, a w Polsce może więcej niż gdzieindziej, odgrywa warstwa twórcza umysłowo i

kulturalnie, to znaczy ci, co tworzą i rozpowszechniają kulturę, wiedzę, literaturę, sztukę, kierują sprawami państwowymi, a więc prawdziwa (nie udawana) inteligencja. Robotnicy, już nie mówię o innych warstwach narodu, takich jak rybacy, czy marynarze, no i oczywiście kupcy, to są warstwy społeczne użyteczne i ważne, ale nie tak ważne, jak chłop i inteligencja.

Ale nie mówię tu o inteligencji. Mówię przede wszystkim o chłopach.

Chłopi pod rządami socjalistycznymi są pokrzywdzeni. Trzeba im należyte miejsce w życiu narodu przywrócić.

Trzeba przede wszystkim zaspokoić ich potrzeby. To jest stan rzeczy niedopuszczalny, że chłop potrzebując płynnego paliwa do swego traktora, albo potrzebując nasion na siew, czy nawozów sztucznych, nie może ich we właściwym czasie dostać. Trzeba tak przeorganizować gospodarkę, by zaspokojenie potrzeb chłopa było jej zadaniem głównym. Trzeba umożliwić powstawanie licznych przedsiębiorstw prywatnych (także i spółdzielczych) trudniących się dostarczaniem chłopom tego, czego im potrzeba. Jest stanem nienormalnym, jeśli troska o paliwo do traktorów, albo o nawozy sztuczne, albo o nasiona, albo o nowe, czy używane traktory, albo po prostu o łopaty, czy wiadra, czy worki, spoczywa na barkach placówek państwowych. To sami chłopi – i ludzie im służący i placówki przez nich powołane do życia i kontrolowane – powinni troszczyć się o zaspokojenie chłopskich potrzeb.

Ale sprawy gospodarcze, to nie wszystko. Trzeba tak przekształcić psychologię społeczeństwa, by otoczyć chłopa szacunkiem i uznaniem i by czuł się on rzeczywiście członkiem najważniejszej i pełnej godności warstwy społecznej. Dzisiaj chłop jest nieraz traktowany tak, jakby był kimś gorszym od innych, kimś na niższym od innych szczeblu drabiny społecznej. Powinno być odwrotnie. Chłop powinien być dumny z tego, że jest chłopem. A inni powinni mu jego pozycji zazdrościć.

Jak już pisałem – dziewczyny wiejskie masowo uciekają ze wsi, tak. że młodzi chłopi często mają trudności ze znalezieniem kandydatek na żonę. Jednym z głównych powodów tego jest przekonanie, że panna w mieście jest czymś lepszym, czymś ulepionym z lepszej gliny, niż wieśniaczka. Pogląd oczywiście zupełnie niesłuszny, bo przeciętna robotnica fabryczna, czy panna sklepowa jest zwykle głupsza, ordynarniejsza, pustsza od wieśniaczki, która ma większe od tamtej obowiązki i dźwiga na sobie więcej odpowiedzialności, a więc wyrasta na osobę dojrzalszą i rozumniejszą. Trzeba dokonać przewrotu w sposobie myślenia zarówno samych kobiet wiejskich, jak ogółu społeczeństwa.

Nasuwa mi się przy tej sposobności taka myśl: dlaczego tak mało dziś na wsi nosi strojów ludowych ? A przecież one są tak piękne i tak malownicze? I tak eleganckie? tak dające pole do zaznaczenia swej odrębnej indywidualności ? Widywałem w życiu procesje Bożego Ciała w Łowiczu i wesele góralskie w Zakopanem i choćby zwykły targ na rynku w Kielcach. Dawno w Polsce nie byłem, może to przesada, co ludzie mówią, ale podobno tego wszystkiego już niema. Podobno miasteczkowy targ, i chłopskie wesele i nawet procesja Bożego Ciała wokół wiejskiego kościoła są dziś w Polsce takie szare, tak na jedno kopyto, jakby się odbywały w pobliżu sklepu z groszową galanterią na przedmieściu któregoś z najbrzydszych miast przemysłowych zmaterializowanego świata.

0 widoku strojów ludowych, jaki oglądałem pół wieku temu w wielu zakątkach Polski, – jaki widziałem zresztą przed niewielu laty, w niedzielę w sierpniu w południe wokół luterańskiego kościoła w pewnej wiosce nad Hardanger Fjord w Norwegii – pamiętać będę pewnie do końca życia jako o widoku pięknym i budzącym nie tylko zachwyt, ale i podziw. Ale w widoku tłumu kobiet i dziewcząt – nawet bardzo ładnych, strojnych i eleganckich – w nowoczesnym mieście, nawet wokół kościoła, nie widzę nic, co budziłoby podziw i skłaniało do trwałego zapamiętania.

Wydaje mi się, że gdybyśmy odrodzili na polskiej wsi modę noszenia strojów ludowych, może nie na co dzień, może tylko w niedzielę do kościoła, albo na weselu, czy zabawie – strojów prawdziwych, uświęconych tradycją, a zarazem zawsze indywidualnych i odrębnych, różniących się między sobą haftem, jakimś szczegółem w doborze kolorów, jakimś sposobem noszenia, – przywrócilibyśmy wiele z chłopskiej dumy. Bo przecież tylko wieśniaczki mają takie piękne i szlachetne stroje, świadectwa tradycji szeregu pokoleń. I mają prawo je nosić. Nie mogą się niczym podobnym poszczycić ani panny sklepowe, ani doktorki na uniwersytecie. Ich stroje, kupione w sklepie, albo uszyte wedle wzoru z żurnalu, nieraz identyczne u coraz to innych osób, ani się nie umywają swoim pięknem i swoją elegancją, – tak jest, elegancją – do strojów wiejskich dziewczyn, dumnych ze swojej wiejskiej tradycji.

Jesteśmy narodem w dużej części chłopskim, Musimy wbrew socjalizmowi, podnieść i podźwignąć warstwę chłopską. Podnieść jej bogactwo i dobrobyt, jej wykształcenie i umiejętność, jej przywiązanie do swoich gospodarstw i do swoich rodzinnych siedzib, jej gotowość do trwania w swych rodzinnych gniazdach. I także jej rodzinną, rodową, regionalną dumę. Dumę Kasprowiczów i Sabałów, Witosów i Bartoszów Głowackich. Bo to oni stanowią dziś główny trzon Polski, jej siłę, i trwałość i ducha.

XVI

Chcę tu poruszyć sprawę nie tyle zapomnianą, co zagłuszoną przez terror obowiązującego w socjalistycznym państwie, przymusowego milczenia. Mianowicie sprawę warstwy społecznej, która przedtem przez długie wieki odgrywała w życiu polskim przodującą rolę, a potem nagle, po prostu w jednej chwili, znikła , w niewielkim odłamie wymordowana, w przytłaczającej większości rozproszona wśród innych warstw, wypędzona nie tylko ze swoich siedzib, ale i ze swoich stron rodzinnych, zdegradowana i zdeklasowana, wywłaszczona bez odszkodowania z tego, co było jej własnością i dobytkiem, poniżona i oczerniona. Mówię o jachcie i ziemiaństwie.

Jeszcze w 1939 roku duża część ziemi ornej w Polsce należała do dużej własności ziemskiej, to znaczy do ziemiaństwa, które w przytłaczającej większości składało się z dawnej szlachty. A cała Polska zasypana była nieprzeliczoną rzeszą dworów wiejskich, to znaczy siedzib, V których żyły ziemiańskie rodziny i w których pielęgnowana była szlachecka tradycja. Istniała w Polsce liczna warstwa ludzi, obecna w całym kraju, stanowiąca wiejską inteligencję. Warstwa ta znikła w jednej chwili. Jej majątki zostały rozparcelowane. Albo stały się “PGR-ami’, to znaczy przedsiębiorstwami rolniczymi, nalężącymi do państwa, a zarządzanymi przez urzędników. Jej siedziby zostały skonfiskowane i w dużej części zniszczone. Warstwa inteligencji żyje dziś w zasadzie tylko w mieście.

Ziemiaństwo jako warstwa społeczna (dziś już nie istniejąca) jest obarczona wielu szeroko rozpowszechnionymi zarzutami. Ze posiadała zbyt wiele ziemi, wskutek czego ziemi dla chłopów było za mało. Ze potrafiła swoich pracowników (robotników rolnych) wyzyskiwać. Ze potrafiła być egoistyczna i materialistyczna. Że się nad inne warstwy wynosiła pychą. Duża część tych zarzutów jest słuszna. W XIX i w pierwszej części XX wieku panowały w świecie – i w Polsce – prądy materialistyczne i wielu polskich ziemian nabrało coś z psychologii przedsiębiorców gospodarczych, których poza sprawą produkcji przynoszącej zysk nic nie obchodzi. Ziemianie oczywiście musieli produkować. I musieli osiągać zysk, jak wszyscy inni właściciele przedsiębiorstw gospodarczych. Ale nie powinni byli swoich zadań gospodarczych traktować zbyt jednostronnie. Nie powinni także byli nad inne warstwy się wynosić. Nie przesadzajmy jednak. W niechęci jaką liczne koła ludności otaczały ziemian wiele było nie tyle słusznej krytyki wad ziemiaństwa, co zwyczajnej zawiści wobec ludzi lepiej się mających. A przecież rzeczywistej równości w świecie niema Tak samo, jak chłop Zazdrościł w Polsce ziemianinowi, robotnik fabryczny – zarówno w Ameryce, jak w sowieckiej Rosji – zazdrości dzisiaj dyrektorowi fabryki. I w ogóle, człowiek ubogi człowiekowi bogatemu: mały urzędniczek ministrowi, dyrektorowi banku, i dyplomacie. A przecież ziemianie byli nie tylko ludźmi zamożnymi (w ostatnich zresztą czasach w Polsce wcale nie tak znowu bardzo zamożnymi). Byli także wyjątkowo czynnymi uczestnikami życia kulturalnego. Także i politycznego.

Jest zadziwiające jak wielką – jeszcze za pamięci żyjącego Pokolenia – odgrywali ziemianie rolę na wszystkich polach twórczości i Zbiorowego życia. Aby zdać sobie z tego sprawę, wystarczy zapoznać się choćby tylko z polską literaturą. Polskie powieści – nawet pomijając Powieści historyczne – rozgrywają się w lwiej części w środowisku Ziemiańskim. Wszystkie (poza niektórymi historycznymi) powieści Sienkiewicza – “Rodzina Połanieckich”, ‘Bez dogmatu”, nawet “Wiry”, także i niektóre nowele – dzieją się we dworach wiejskich. Również Prusa “Lalka ‘i “Emancypantki”, Żeromskiego “Wierna rzeka”, Orzeszkowej “Nad Niemnem”, Weyssenhoffa “Puszcza”., “Soból i panna”, “Żywot i myśli Zygmunta PodfUipskiego”, Kossak-Szczuckiej “Pożoga”, cała mniej więcej twórczość Rodziewiczówny, toczą się w takich dworach.

Na przestrzeni tysiąca lat naszej historii – i ośmiuset lat historii przedrozbiorowej, – szlachta, przodkowie nowoczesnego ziemiaństwa, odgrywała w Polsce rolę główną. Nasza historia, to jest przede wszystkim historia szlachecka. Inne warstwy społeczne, chłopi i mieszczanie, – piechota chłopska pod Grunwaldem, a potem piechota łanowa, powstańcy chłopscy w czasach potopu szwedzkiego, kosynierzy pod Racławicami – i ludzie tacy, jak chłop Klemens Janicki i mieszczanie Mikołaj Kopernik, czy Stanisław Staszic – odgrywają, wzięci razem w historii naszej, także i w historii naszej kultury rolę wtórną obok szlachty. To szlachta stworzyła naszą historię. Dzisiaj, to prawda naród nasz składa się ze wszystkich warstw społecznych. Ale całkowite zniknięcie w 1945 roku ziemiaństwa, to znaczy szlachty z polskiego życia zbiorowego jest zubożeniem Polski; jest zniszczeniem ważnego środowiska wybitnego nurtu naszej historii. Byłoby także niewdzięcznością wobec warstwy społecznej, która dała nam tylu wodzów i mężów stanu, tylu bohaterów, tylu świętych, tylu także poetów i pisarzy, tylu myślicieli i politycznych sterników naszej narodowej nawy, nie uznawać jej roli. Życie polskie bez szlachty jako odrębnego środowiska, jest niekompletne. Kto wie, czy wrogowie Polski w 1944 i 1945 roku nie uplanowali świadomie zniszczenia polskiej osobnej warstwy społecznej, jaką była szlachta osiadła na roli, po to, by Polskę osłabić i zdezorganizować. Pomogła im w tym bezmyślność i społeczne, przesadne uprzedzenia niektórych, jednostronnie usposobionych środowisk społecznych rdzennie polskich.

Biorę na siebie zadanie niepopularne: wysuwam postulat, który dla wielu wyda się postulatem zbyt śmiałym. Nie dbam o to, że sprzeciwiam się rozpowszechnionym uprzedzeniom i zawiściom. Sprzeciwiam się także rozpowszechnionemu brakowi odwagi. Wysuwam postulat odbudowania w Polsce w pewnej formie ziemiaństwa, to znaczy wiejskiej szlachty, jako odrębnej warstwy społecznej.

Oczywiście odbudowanie takiego ziemiaństwa, jakie istniało w Polsce przed ostatnia wojną (na dalekich kresach przed pierwszą wojną), jest niemożliwe. Jest zresztą w istocie niepotrzebne. Nie o to chodzi, by ziemianie byli bogaci.. Chodzi o to, by odrodziły się dwory ziemiańskie, jako gniazda rodzinne, przechowujące tradycje szlacheckie. I by pojawiła się na nowo własność rolnicza, większa od chłopskiej w zarządzie nie urzędników, lecz właścicieli. Uznaję fakty dokonane. Wielkie obszary ziemi, które kilkadziesiąt lat temu należały do ziemian, należą dziś do chłopów. Nie można przecież* tej ziemi chłopom odebrać. Nawet z punktu widzenia zwykłego prawa o przedawnieniu, stały się one bez zastrzeżeń własnością chłopów i zostało to potwierdzone przez upływ czasu. Jest to zresztą przemiana słuszna, bo ziemianie mieli ziemi za dużo. Trzeba znaleźć dla warstwy ziemiańskiej miejsce na roli w skali skromniejszej.

Trzeba obecność szlachty na polskiej ziemi wznowić, ale trzeba to uczynić w sposób nieprzesadny.

Byłbym na dalszą metę zwolennikiem wielkiej reformy, która dokonałaby na polskiej wsi od razu za jednym zamachem wielkiej przemiany przywrócenia obok chłopów, polskiej szlachty. Reforma taka musiałaby być wprowadzona drogą ustawy. Spróbuję przedstawić jakby taka reforma wyglądała, choć wiem, że w chwili obecnej nie ma na taką reformę warunków. Robię to, by pokazać, co jest istotnym celem moim i tych, co myślą tak samo, jak ja. I by wskazać, do czego powinniśmy już teraz dążyć przynajmniej częściowo, na małą skalę, ale wiedząc do czego na przyszłość zmierzamy.

To, co tu w tej chwili mówię nie jest planem rzeczywistym, ani konkretną propozycją. Jest wizją niejako fantastyczną. Jest jakby marzeniem. Ale marzenie potrafi ułatwić myślenie o rzeczywistości realnej.

Wspomniałem o wprowadzeniu reformy drogą ustawy. Ta ustawa jest marzeniem, propozycją fantastyczną. Ale oto jakby taka ustawa wyglądała.

Ustawa powinna postanowić, że jej celem jest przywrócenie istnienia warstwy osiadłej na roli szlachty. Każdy żyjący jeszcze człowiek, Polak, który był w roku 1939, a może 1914, właścicielem odziedziczonego majątku ziemskiego, a jeśli już nie żyje, to jedno z jego dzieci, lub dalszych krewnych, najlepiej, ale niekoniecznie noszących jego nazwisko, powinien mieć prawo do otrzymania kawałka ziemi ze swego, lub swoich przodków, czy krewnych dawnego majątku, a jeśli wykrojenie takiego kawałka z tego majątku jest z takich, czy innych względów niemożliwe, to z jakiegoś innego obszaru, możliwie w pobliżu. Ziemia ta stanowi obecnie., już z górą 40 lat, czyjąś własność, powinna więc być od obecnego właściciela wykupiona (w razie czego przymusowo) po sprawiedliwej cenie. Który to ma być kawałek ziemi, powinna zdecydować – o ile możności w wyniku porozumienia z obecnym właścicielem tego kawałka ziemi, oraz z ogółem chłopów – właścicieli w okolicy, – powołana do tego celu komisja, w której skład wchodziliby delegaci okolicznych chłopów i delegaci dawnych ziemian, lub ich potomków. Trzeba by rozstrzygnąć, czy osobna komisja powinna by być tworzona dla każdego dawnego majątku, czy też dla wszystkich dawnych majątków na większym obszarze, na przykład w powiecie.

Jaki duży powinien być ten zwrócony dawnym właścicielom lub ich następcom kawałek ziemi?. Trzeba by to określić. Niech to zrobią jakieś czynniki, lepiej ode mnie zorientowane w wiejskich warunkach gospodarczych. Myślę w każdym razie, że powinien to być obszar, nadający się na utworzenie gospodarstwa rolnego, pozwalającego na utrzymanie się na nim rodziny na skromnej stopie życia inteligenckiego, czyli wykształconej i chcącej kształcić swoje dzieci, choć mającej wymagania skromne. Przykładowo wymieniam powierzchnię 100 hektarów ziemi ornej, choć przy tej liczbie nie obstaję. Z uwagi na to, że niektóre rodziny dawnych magnatów mogą nieć szczególne zadania utrzymania dworów czy pałaców o charakterze muzealnym, lub inne większe obowiązki, przykładowo podaję, że można by w drodze wyjątku, obdarzyć szczególnie zasłużone 5 czy 10 rodzin w całej Polsce o historycznych nazwiskach gospodarstwami o 300 czy nawet 500 hektarach powierzchni.

Jeśli istnieją jeszcze, choćby w stanie zrujnowanym, dawne dwory, należałoby je zwrócić tym, co przyjęli opisane wyżej gospodarstwa. Musieliby oni otrzymać niewielkie subwencje (a może pożyczki) na ich odrestaurowanie i doprowadzenie do stanu mieszkalnego.. Obowiązkiem tych, co je otrzymali byłoby utrzymywanie ich w stanie, godnym gniazd podtrzymujących historyczną tradycję. Należałoby tak wybierać ziemię orną, by była ona możliwie w pobliżu zwróconych dworów. Tam, gdzie dwory znikły – trzeba by dać wracającym właścicielom niewielkie subwencje, lub choćby tylko długoterminowe pożyczki, na pobudowanie sobie skromnych nowych siedzib, które by dawne dwory zastąpiły.

Ziemianie wracający na rolę musieliby się zobowiązać, że będą w swych wiejskich siedzibach stale mieszkać, to znaczy nie traktować ich tylko jak letniska, czy jak siedziby zapasowe. Zobowiązywaliby się także, że nie będą czerpać głównych środków utrzymania z zajęć innych niż ich gospodarstwa rolne, choć zajęcia, które będą mogli wykonywać, łącząc je z pracą na roli i mieszkając na wsi w swoich dworach czy dworkach, takie, jak zawody lekarza, nauczyciela, może adwokata, nawet profesora uniwersytetu, byłyby im dozwolone. Powinni to być wszystko ludzie, traktujący swoje osiedlenie się w swoich dawnych gniazdach rodzinnych na wsi nie jako okazję do wzbogacenia się choćby niewielkiego, ale jako powołanie, które się wykonywa z poczucia obowiązku. Oczywiście nie byliby to ludzie glebae adscripti” (przypisani do ziemi), Gdyby doszli kiedyś do wniosku, że obowiązki gospodarzy rolnych są dla nich zbyt uciążliwe, czy im nie odpowiadają, powinni mieć prawo swe gospodarstwa porzucić.. Oczywiście nie mieliby prawa swych gospodarstw sprzedać. W razie ich opuszczenia przechodziłyby one na innych członków rodziny, którzy by weszli na ich miejsce. Powinni to być wszystko ludzie zapaleni, przejęci swoją rolą.

Inni członkowie tej samej lub nawet dalszej rodziny, mimo, że na wieś nie wracają, a dworu, czy kawałka ziemi nie otrzymali, powinni czuć się solidarni z tym, co je otrzymał, pomagać mu w miarę możności, a także z drugiej strony bywać u niego na wakacje, może i na wesela i uczestniczyć w tradycji jego domu. (Jeśli po spuściznę jakiegoś majątku zgłosiła się więcej niż jedna osoba, należałoby obmyślić mechanizm rozstrzygania takich sporów, to jest przyznania dworu i kawałka ziemi tylko jednej osobie)

Na sfinansowanie takiej reformy musiałby być utworzony specjalny fundusz, być może z osobnym bankiem. Reforma taka wymagałaby dużego nakładu pieniężnego, który pochodziłby z budżetu państwa – i dlatego należy wątpić, by mogła ona być wprowadzona szybko.

Nie mogłaby ona mieć charakteru odszkodowania za konfiskatę, dokonaną w roku 1944 i 1945. Nie można nie uznawać faktów dokonanych, mających za sobą blisko pół wieku trwania, a więc utrwalonych przez przedawnienie. Co się stało, to się stało i zmienić tego nie można. Reforma lat 1944/1945 roku była zresztą reformą potrzebną, choć przeprowadzono ją zbyt krańcowo. Nie można tej reformy przekreślać, choćby tylko częściowo, natomiast trzeba przyjść z pomocą warstwie społecznej, która została przez tę reformę unicestwiona.

Próbowanie częściowego odwoływania reformy rolnej z 1944/45 roku byłoby zresztą niebezpiecznym precedensem. Należy uniknąć powodu do zgłaszania pretensji o zwrot utraconego dobytku przez tych, którym niczego nie zwrócono, i zwracać się nie zamierza. Nie tylko byłych ziemian i nie tylko Polaków.

Udzielenie dworów i kawałków ziemi ziemianom i ich potomkom nie może mieć charakteru odszkodowania za straty poniesione w 1944/45 roku. Musi być aktem laski, prezentem ze strony narodu wobec tych, których uważamy za nadających się do wskrzeszenia tradycji, którą uważamy za potrzebną. Takim samym prezentem jest prezent, dany w 1944/45 roku chłopom i robotnikom rolnym.

Wszystko to wydaje się niewykonalne dzisiaj. Nie proponuję, by o wykonanie tego dzisiaj walczyć. Natomiast proponuję, by mieć zamiar urzeczywistnić to w przyszłości. Wtedy, gdy warunki będą na to pozwalały. Oczywiście, to co proponuję naszkicowałem tylko ramowo. W szczegółach, może to wyglądać tak, albo inaczej.

Program, obliczony nie na dzisiaj, lecz na dalszą przyszłość, będzie miał swoje skutki i dzisiaj. Mianowicie pozwoli potomkom ziemian mieć wizję tego, do czego mogą i powinni dążyć. Nie powinni oni być ludźmi bez steru; ludźmi, którzy zerwali z tradycjami swej rodziny i nie wiedzą, jaka ma być w życiu polskim ich rola. Jeśli chcą stać się na zawsze mieszkańcami miast – ich rzecz. Liczni potomkowie ziemian zawsze masowo osiadali w mieście, zasilając kadry inteligencji miejskiej. Ale ci, którzy są gotowi wrócić na wieś, powinni wiedzieć, że ich pobyt w mieście, lub w administracji PGR-ów jest tylko tymczasowy i że przyjdzie kiedyś taki czas, gdy będą mogli na stałe wrócić do wiejskich dworów i dworków, to znaczy do swoich gniazd rodzinnych.

Są zresztą tacy, którzy mogliby wrócić na wieś już dzisiaj. Są polscy farmerzy gdzieś w Afryce. Są tacy, co dorobili się jakiegoś kapitaliku w Ameryce. Powinni wrócić. Są zresztą i w kraju ludzie, kochający ziemię, którzy osiedli na gospodarstwach, o skali przypominającej chłopską, którzy stanowią przykład inteligencji, gospodarującej na roli. Nawet nie muszą być potomkami ziemian. Mogą być z pochodzenia chłopami. Powinni oni cieszyć się uznaniem całego społeczeństwa, być popierani przez wszystkich, którzy mogą im w czymkolwiek pomóc. Także i przez administrację państwową. Dzisiaj są często szykanowani i wyśmiewani.

Powinno to ustać. To właśnie oni są zawiązkiem przyszłego odrodzonego ziemiaństwa. Powinni być kadrą warstwy, która ma się odrodzić. Powinni być otoczeni opieką i ogólnym poparciem i zachętą.[2]

XVII

Powracam do sprawy, o której już kilkakrotnie pisałem. Mianowicie do sprawy tymczasowych mieszkań w miastach dla tych, co odpowiednich mieszkań nie mają, ani w najbliższym czasie mieć nie będą. Proponowane przeze mnie tymczasowe rozwiązanie w tej sprawie napotkało na sprzeciwy, motywowane tym, że rozwiązanie to jest niepraktyczne, czy niewykonalne, czy niewłaściwe. Obstaję jednak przy tym rozwiązaniu i stawiam mój wniosek ponownie.

Brak mieszkań, zwłaszcza dla młodych małżeństw, jest w Polsce wielką klęską. Klęska ta dotyka głównie młodą inteligencję, ale także i młode mieszczaństwo (rzemieślników, sklepikarzy itd) i młode rodziny robotnicze. Młodzi ludzie nie mają, gdzie mieszkać. Zwykle radzą sobie w ten sposób, że mieszkają u rodziców.

Sytuacja gospodarcza Polski nie pozwala na to, by w szybkim czasie wybudować we wszystkich polskich miastach dostateczną ilość domów mieszkalnych. Budowanie kamienic mieszkalnych czy domków jednorodzinnych jest koniecznym rozwiązaniem na daleką metę, ale nie jest rozwiązaniem na dziś. A tymczasem młodzi ludzie żenią się dziś i chcą dziś założyć własne rodziny.

Zamieszkanie u rodziców przez młode małżeństwo jest rozwiązaniem, które może być dobre chwilowo, na przykład na kilka tygodni, ale jest rozwiązaniem bardzo złym na dłuższą metę, czy tym bardziej na stałe. Jest intencją młodej pary założyć nową rodzinę. To oznacza założyć nowe gniazdo, w którym byliby oni panami. Młoda mężatka chce być gospodynią u siebie, a więc nie chce być zależna od swej matki, czy tym bardziej od świekry. Młody mąż chce być panem domu i nie chce, by w jego sprawy – i sprawy jego małżeństwa – wtrącały się matka czy teściowa, a także ojciec czy teść. Jest to postawa zdrowa i słuszna. Młodzi małżonkowie są dorośli – i mają prawo ułożyć sobie życie jak ludzie dorośli.

Mieszkanie u rodziców oznacza wielkie skrępowanie dla obu stron; dla starych i młodych. Rodzi nieuniknione spory i kłótnie. Zmniejsza poczucie odpowiedzialności. Zmniejsza możność rzeczywistego zżycia się młodych męża i żony. Nie pozwala na wytworzenie się młodej rodziny, jako gniazda o własnym obliczu, własnym stylu życia.

Małżeństwo, które nie ma przez długie lata własnego samodzielnego gniazda, to jest małżeństwo nie w pełni ukształtowane. Może dlatego jest w Polsce tyle rozwodów, że tyle jest małżeństw nie w pełni zżytych wskutek braku własnego mieszkania?

Największym jednak ze wszystkich ujemnym skutkiem mieszkania młodego małżeństwa u rodziców jest niemożność posiadania większej liczby dzieci. U rodziców jakoś znajdzie się miejsce dla syna, czy córki, oraz dla zięcia czy synowej, ale wnuk – to już jest wielkie skrępowanie. Może jedno wnuczątko, może dwoje – to się jednak jakoś zniesie. Ale pięcioro., sześcioro wnuków – to niepodobieństwo. Młode rodziny, nie mające własnego mieszkania wyrastają razem na społeczeństwa jedynaków. W istocie społeczeństwo kalekie.

Uważam, że trzeba, by we wszystkich miastach w Polsce pobudowano pewną ilość baraków, w których każda rodzina, nie mająca własnego mieszkania, a zwłaszcza każde nowo zawarte małżeństwo, mogłoby uzyskać mieszkanie nie kiedyś, ale zaraz, od dziś. Oczywiście powinno to być mieszkanie, za które się godziwą cenę płaci.

Powinny to być mieszkania skromne, ale nie za małe, Dla małżeństwa bezdzietnego, a więc przede wszystkim dla pary dopiero zawierającej ślub, powinno się składać z jednego dużego pokoju i z drugiej małej izdebki, a także z kuchenki i toalety. Mając dzieci, małżeństwo powinno mieć możność przeprowadzenia się do mieszkania większego, także w baraku.

Baraki powinny być tanie, pobudowane jak najprymitywniej, tego typu, co baraki w różnych krajach, w jakich mieszkały tysiące polskich rodzin w czasie ubiegłej wojny i długie lata po wojnie. Także mieszkali żołnierze i jeńcy.

Wbrew odmiennym wyobrażeniom, młode małżeństwa będą w tych barakach o wiele szczęśliwsze, niż kątem w nawet bardzo eleganckich mieszkaniach nawet bardzo kochających rodziców. I stopniowo zagospodarują się w nich. Sprawią sobie jakieś meble, jakieś obrazki na ściany, jakieś dywany czy kilimy. Wszystko to się przyda do właściwych mieszkań, gdy je wreszcie zdobędą.

Czekać dziesięć, czy piętnaście lat na właściwe mieszkanie będzie im w baraku łatwiej, niż kątem u rodziców. A dzieci będą miały poczucie, że nie mieszkają u nikogo kątem, ale w rodzicielskim domu, choćby tylko tymczasowo.

Kto ma te baraki pobudować ? To mniej ważne. Może państwo, – na Przykład urzędy zdrowia, czy opieki społecznej. Może zarządy miejskie. Może Kościół, – to znaczy diecezje, lub parafie. A może zawiązane w tym celu stowarzyszenia prywatne. Byle tylko to było zrobione.

 XVIII

Kładę wielki nacisk na odrodzenie w młodym polskim pokoleniu ducha żołnierskiego. Naród polski jest w niebezpiecznym położeniu geograficznym, a więc musi być zawsze gotowy, zarówno psychicznie, jak organizacyjnie do walki w obronie ojczyzny. To znaczy do wojny.

Proszę mnie nie oskarżać o to, że chcę wojny. Że należę do tego licznego gatunku Polaków, którym wciąż marzy się wojaczka i którzy wyobrażają sobie, że machanie szabelką i inne podobne czynności są najlepszym lekarstwem na wszystkie polskie dolegliwości. Przeciwnie. Uważam, że nowa wojna jest największym nieszczęściem, jakie mogłoby Polsce grozić. Nie tylko dlatego, że pociągnęłaby za sobą dla milionów Polaków cały bezmiar cierpień. Dlatego także, że narażałaby Polskę na ogromne, trudne do obliczenia szkody polityczne i że niosłaby ze sobą niebezpieczeństwo pogorszenia położenia politycznego Polski, któremu tylko najwyższy ofiarny wysiłek mógłby zapobiec. Uważam, że to Szatan pobudza narody do wojny. Ofiarny wysiłek wojenny jest rzeczą chwalebną i cnotliwą, ale to Szatan stwarza sytuacje, gdy trzeba się na ten wysiłek zdobywać. W wysiłku wojennym i w cnotach żołnierskich – zasadniczo dobrych – jest coś z wpływu szatańskiego. Wojna jest rzeczą zasadniczo złą. Trzeba jej za wszelką cenę unikać.

Ale nie można jej uniknąć zawsze. I trzeba, gdy inaczej nie można, przyjąć ją odważnie i mężnie, jako zło konieczne.

Wielką mądrość zawiera w sobie łacińskie przysłowie: si vis pacem, para bellum. (Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny). Narodowi pacyfistycznemu grozi to, że będzie nieprzygotowany do wojny. Szeroko propagowany pacyfizm jest także pośrednio dziełem szatańskim. Prowadzi on do nieprzygotowania wojennego społeczeństw szlachetnych – i do podboju ich przez społeczeństwa brutalne i okrutne. Przez jakichś nowych Hitlerów, albo nowych Fryderyków Wielkich, czy nowych Krzyżaków.

Dzisiejsze pokolenie polskie jest nieprzygotowane do wojny. Dzisiejszy młody Polak wcale nie myśli o tym, że może wypadnie mu kiedyś być żołnierzem. A tymczasem on powinien być do zadań żołnierza przygotowany.

Pomijam już poboczną sprawę możliwego, przyszłego losu wielu młodych Polaków, którym grozi perspektywa, że znajdą się w szeregach wojska niemieckiego, lub z niemieckim sprzymierzonego, walczącego przeciwko ich ojczyźnie, Polsce. Niech się sami martwią tym, co mają zrobić, by takiej perspektywy, to znaczy perspektywy stania się zdrajcami, uniknąć. Mówię o Polakach normalnych, żyjących w Polsce, lub opuszczających Polskę tylko chwilowo.

Trzeba odbudować w polskim narodzie ducha żołnierskiego. Każdy Polak – z nielicznymi tylko wyjątkami kalek itp. – powinien być gotowy do służby żołnierskiej. Powinien przede wszystkim być do tej służby gotowym psychicznie. Być gotowym walczyć za ojczyznę i w razie potrzeby za nią zginąć. I także znać rzemiosło żołnierskie, lub jakąś jego część. Co najmniej: być wdrożonym do dyscypliny żołnierskiej, umieć znosić niewygody żołnierskie i marsze i potrafić obchodzić się z jakąś bronią, choćby tylko strzelać z karabinu.

Nie należy ulegać złudzeniu, że wynalazek broni nuklearnej położył kres wojnom. Jest to broń niebezpieczna dla obu stron i być może w ogóle nie zostanie w przyszłej wojnie użyta, tak jak zresztą nie została użyta w czterdziestoleciu po zakończeniu drugiej wojny światowej. Ani w wojnie koreańskiej, ani w wojnie wietnamskiej, ani w wojnie domowej chińskiej, ani w licznych wojnach izraelskich i licznych wojnach arabskich i w wojnie arabsko-perskiej, i w wojnie angielsko-argentyńskiej o Falklandy i w licznych wojnach i wojenkach afrykańskich i we wszystkich innych. Trzeba się liczyć z możliwością zagrożenia wojennego Polski, w której skuteczną obroną będzie karabin i bagnet, albo choćby armata i czołg. Wojny nie zginęły, – wojny wciąż się gdzieś toczą – i także i Polska nie jest zabezpieczona przed niebezpieczeństwem nowych wojen. Przed niebezpieczeństwem wojny Polska musi się bronić przede wszystkim gotowością wojenną i determinacją stawienia zaciekłego oporu; to znaczy uczynienia naszym możliwym przyszłym wrogom napadu na Polskę rzeczą ryzykowną i nieopłacalną. A w razie czego, Polska musi być gotowa się bić.

Wojna nuklearna może nie dojść do skutku nie tylko dlatego, że może być niebezpieczna dla obu stron, a więc wszczynać jej nikomu się nie opłaca, ale i dlatego, że mogą być wynalezione sposoby wygrania jej przez przewagę jednej tylko strony. Podobno Ameryka pracuje nad zbudowaniem zapory takich rakiet, które dosięgną bomb atomowych w przestrzeni, wysoko nad ziemią i spowodują ich wybuchnięcie zanim dobiegną do celu. Miejmy nadzieję, że do wojny nuklearnej nie dojdzie. Ale nie ma nadziei, że w dającym się przewidzieć czasie znikną wojny w ogóle. Musimy przeszkadzać wybuchowi wojny zwykłej, a w razie czego, musimy być gotowi w wojnie zwykłej się skutecznie bić. Bić po to, żeby się obronić.

Każdy Polak musi być gotowym kandydatem na przyszłego żołnierza. Najlepszą drogą do tego jest odbycie, w sposób sumienny i gorliwy, regularnej służby wojskowej.

Wiem o tym, że wojsko w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej ma złego ducha. Szerzony jest w Polsce przy pomocy tego wojska ateizm. Ale nie ma w Polsce innego sposobu nauczenia się rzemiosła żołnierskiego, niż Przez służbę w tym wojsku polskim, jakie dziś istnieje. Trzeba zacisnąć Zęby, znosić atmosferę wojskową Polski Ludowej, nie poddawać się jej puchowi – ale starać się nauczyć się w jej szeregach rzemiosła Żołnierskiego. Trzeba starać się być jak najlepszym żołnierzem, – Zawodowym, zarówno jak rezerwy. Trzeba z największą pilnością nauczyć się tego, co dobry żołnierz umieć powinien. A także wdrożyć się do żołnierskiego wysiłku, do wytrzymałości na trudy, do ducha żołnierskiego koleżeństwa, do gotowości do poświęceń. Nie trzeba się na wojsko krzywić, ani się z niego śmiać.

Polacy, którzy nauczyli się rzemiosła żołnierskiego w szeregach wojska i marynarki zaborczej, – niemieckiej, rosyjskiej i austriackiej – też musieli zaciskać zęby. Musieli znieść atmosferę wrogą Polsce i polskiemu narodowi; puszczać mimo uszu to wszystko, co składało się na antypolskość sił zbrojnych zaborczych.

Należy zresztą mieć nadzieję, że duch sił zbrojnych Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej się zmieni. I że odrodzi się w nim polski duch żołnierski, prawdziwy, karmiony wspomnieniami obrony Częstochowy i walk pod Legnicą i Chocimiem i Grunwaldem i także i bitwy warszawskiej

Oczywiście, jest zadaniem polskiej polityki i tych co Polską rządzą dbać, by polskie siły zbrojne miały potrzebne im fabryki broni i amunicji. Oraz by w poważny sposób, w licznych swych przywódczych szeregach studiowały polskie zagadnienia strategii i w ogóle sztuki wojennej.

XIX

Wielkim zagadnieniem, do którego musimy się ustosunkować, jest zadłużenie Polski. Polska jest winna obcym kapitalistom sumę, która się zbliża do 30 miliardów funtów, brytyjskich albo 45 miliardów dolarów. To znaczy na głowę każdego Polaka łącznie z niemowlętami przypada dług około półtora tysiąca dolarów.

Stoimy w jednym szeregu z krajami Ameryki łacińskiej i Afryki, które są tak samo zadłużone. Zadłużenie, zarówno krajów amerykańsko – łacińskich, jak niektórych komunistycznych, jak nasze, jest głównie u kapitalistów amerykańskich i zachodnioeuropejskich.

To, że wpadliśmy w takie zadłużenie, nie jest przede wszystkim winą komunizmu, lecz świata kapitalistycznego. To świat kapitalistyczny spowodował, że wiele krajów w świecie, wśród nich Polska, pozaciągało takie długi, że spłacając procenty, płacą taki haracz innym krajom – i potędze kapitalistycznej międzynarodowej – iż dłużnicy znajdują się w stałej niewoli finansowej u tych, od których nadmierny kredyt otrzymali. To prawda, że rządy komunistyczne, (w Polsce głównie rządy obozu Gierka), mimo swej antykapitalistycznej ideologii, uległy pokusie zaciągnięcia wielkich pożyczek, zaciągnęły te pożyczki, niemożliwe do szybkiego spłacenia – i w dodatku nie umiały pożyczonymi pieniędzmi jako tako rozumnie pogospodarować. Pożyczone pieniądze zostały w dużym stopniu zmarnowane, zużyte na zakupy, które się w znacznej części okazały nic nie warte, lub niepotrzebne, lub nie na czasie. Polska zaciągnęła wielkie pożyczki, które musi spłacić, a które nie zostały użyte na jakieś pożyteczne inwestycje, ale na wydatki nic nie warte, lub po prostu na roztrwonienie, na zmarnowanie przez ludzi niekompetentnych i nieumiejętnych, a w pewnej części nawet na rozkradzenie przez ludzi nieuczciwych.

Nie jestem ekonomistą i na sprawach gospodarczych się nie znam, Nie podejmuję się dawać rady, jak sprawę polskich długów rozwiązać.

Ale przede wszystkim mogę się powołać na podstawowe zasady, które dyktuje zdrowy rozsądek, zarówno w gospodarce prywatnej, jak publicznej.

Po pierwsze, o ile możności nie należy zaciągać długów. Zaciągnięcie długów jest zawsze niebezpieczne. Najrozumniejsze gospodarstwo – publiczne i prywatne – polega na tym,, że się gospodaruje tym, co się ma i w granicach tego, na co nas jest stać. Oczywiście nie można tej zasady stosować z przesadnym rygoryzmem. Istnieją wypadki, gdy właśnie w myśl nakazu zdrowego rozsądku trzeba od tej zasady odstąpić. Gdy ktoś w rodzinie jest ciężko chory i trzeba mu zrobić nieodzowną operację, wtedy nie oglądamy się na to, czy mamy na tę operację pieniądze, ale zaciągamy pożyczkę; będziemy dopiero później martwić się jak ją spłacić. Tak samo, gdy państwo wepchnięte zostaje w nie dającą się uniknąć wojnę, nie można się kierować poglądem, że nas na tę wojnę nie stać, ale trzeba starać się znaleźć pieniądze, które na sfinansowanie tej wojny są potrzebne, a więc zarówno wyciągnąć z własnego kraju i własnej ludności tyle ile się da, nie dbając o to, że oznacza to wielkie, ogólne zbiednienie, oraz wyzbycie się wielu posiadanych zasobów, jak zaciągnięcie takich pożyczek, jakie uzyskać można. Ale pomijając te sytuacje wyjątkowe, wpadać w długi nie należy. Gospodarować należy tym, co się ma.

Po wtóre , zaciągnięte pożyczki trzeba spłacać. Wymaga tego prosta uczciwość. Nawet, jeśli się zaciągnęło pożyczki w sposób lekkomyślny i jeśli nie przyniosły nam one żadnego pożytku, trzeba je tym, co nam ich użyczyli, oddać. Nie można narażać na utratę tego, co mieli, tych, co nam zawierzyli. A każda odmowa spłaty długów, to znaczy każde, całkowite, lub częściowe bankructwo, uderza w jakichś ludzi niewinnych, jakichś skromnych ciułaczy, którzy tracą swe często całożyciowe oszczędności, często odmawianiem sobie wielu rzeczy potrzebnych.5) Odmowa spłaty długów jest nieuczciwością.
Po trzecie, nie należy płacić lichwy. Lichwa, to znaczy procent zbyt wielki, jest urządzeniem niemoralnym. Nie należy ani pobierać lichwy, ani samemu jej płacić.

To właśnie na tym polega gospodarka lichwiarska, że lichwiarz pożycza komuś pieniądze i bierze za nie taki procent, iż jest on dla pożyczkobiorcy niemożliwym ciężarem. Pożyczkobiorca płaci lichwę – ale już nie ma środków na spłacenie “substancji” długu, to znaczy właściwego długu, a więc pozostaje dłużnikiem w nieskończoność; niejednokrotnie nawet dług jego z roku na rok rośnie, bo nie może on co roku płacić w całości należnych procentów, a więc jakaś część procentów dopisywana jest corocznie do jego długu, powiększając ten dług. Wierzyciel – lichwiarz wcale tego nie chce, by mu jego wierzytelność spłacono: to właśnie ten stan rzeczy mu odpowiada, że ma on co roku stały dochód z lichwiarskich procentów. Jeśli ma kilku lichwiarskich dłużników, może całe życie żyć bez pracy, a umierając zapisze swoje wierzytelności dzieciom. Takie sytuacje wcale nie są czymś wyjątkowym. Jest ich w świecie więcej, niż można by przypuszczać. Autor niniejszych słów spotykał się z takimi sytuacjami w życiu realnym. Oczywiście, są to sytuacje niemoralne. Nie ma nic niemoralnego w tym, że przedsiębiorca (rolnik, przemysłowiec, rzemieślnik, czy kupiec) zaciąga pożyczkę, która mu umożliwia nabycie czegoś (np. jakichś narzędzi pracy), których bez tej pożyczki nabyć by nie mógł – i w rezultacie osiąga dochód dodatkowy, który pozwala mu zarówno na spłacanie umiarkowanych procentów, jak na stopniowe spłacanie samego długu. Ale takie oprocentowanie, które przekracza to, co można zyskać dzięki zaciągnięciu pożyczki, jest lichwą i jest niemoralne. Pożyczki zaciągnięte przez Polskę i pociągające za sobą płacenie procentów tak wielkich, że nie ma o tym mowy, by można było na te procenty zarobić inwestycjami, dokonanymi przy pomocy tej pożyczki, są lichwą.

Jest rzeczą oczywistą, że wielkie międzynarodowe potęgi finansowe zastosowały w ostatnich czasach metody lichwiarskie w światowym ustroju finansowym. Poudzielane zostały szeregowi państw pożyczki, których nie sposób spłacić. Ale o spłacenie ich wcale nie chodzi. Chodzi o to, by państwa zadłużone stale płaciły pożyczkodawcom lichwiarskie procenty. Te ostatnie państwa będą miały główny dochód z tych procentów. Będą żyły z tych procentów tak, jak poprzednio żyły z handlu, czy żeglugi.

Napisałem już, że nie jestem ekonomistą i na sprawach gospodarczych się nie znam. Nie znam także szczegółów sytuacji finansowej Polski, to znaczy tego, jakie sumy, komu i na jakich warunkach

 

jest ona winna. Rozwiązanie, jakie mi się nasuwają są zapewne prymitywne i uproszczone.

Ale wymienię je jednak. Jeśli nie nadają się one do pełnego zastosowania, to może zawierają jednak podstawowe myśli, które są słuszne.

Gdybym miał wpływ na rządy w Polsce, spowodowałbym ogłoszenie, że Polska chce spłacić co do grosza, to co od innych krajów pożyczyła, ale nie zamierza płacić lichwy. Chce przeliczyć na nowo swoje zobowiązania dłużnicze i dokonane przez siebie spłaty. Uznaje, że płaciła od swoich długów jakieś rozsądne odsetki (może 4 procent rocznie?) i nadal zamierza takie odsetki płacić, ale wszystko, co zapłaciła powyżej tej stopy procentowej, uważa za dokonaną spłatę części swego zadłużenia.

Myślę, że dla dokonania tych obliczeń należałoby ogłosić moratorium, to jest przerwę w spłatach, powiedzmy na pół roku.

XX

Kończąc tę rozprawę chcę jeszcze podkreślić pewne rzeczy podstawowe.

Musimy starać się załatwiać rzeczy konkretne, ale przede wszystkim musimy starać się odrodzić naród. Nie odrodzimy i nie przerobimy całego społeczeństwa; to jest niemożliwe przerobić cały ogół. Ale trzeba wytworzyć w narodzie silny prąd odrodzeńczy, który by istnieniem swoim wywierał na cały naród wpływ.

Musimy przede wszystkim przyłożyć ręki do wysiłków Kościoła, zmierzających do umocnienia katolickości Polski. Do umocnienia wiary, oraz życia religijnego a także ugruntowania moralności. Musimy dopomagać do zwalczania w narodzie polskim prądów ateistycznych, zarówno jak obojętności religijnej, oraz prądów zepsucia. Przeciwstawiać się musimy zepsuciu we wszelkich postaciach, a więc zarówno rozkładowi życia rodzinnego, czyli rozwodom, niewierności małżeńskiej, obcowaniu płciowemu poza małżeńskiemu, a także lekceważeniu obowiązków rodzicielskich wobec nienarodzonych dzieci i mordowaniu ich w łonie matki (spędzaniu płodu).

Musimy także przyczyniać się do zwalczania groźnej dziś w Polsce plagi pijaństwa.

Musimy mieć prawidłowy pogląd na to, co to jest Polska, na ducha naszego narodu, na jego oblicze cywilizacyjne, na cele do których dąży, na zadania, jakie spełnia, w ogóle: na jego historię. (Pogląd na to czym jest historia naszego narodu, wyłożyłem w książce Tysiąc lat historii polskiego narodu’, Londyn 1986, oraz w licznych książkach na tematy szczegółowe, na które się w tej syntetycznej książce powołuję. Szczególnie ważne jest zwalczanie szerzonych w Polsce fałszywych poglądów na niektóre postacie historyczne i niektóre fakty, na przykład na wielkiego niszczyciela Polski, jedną z najszkodliwszych postaci w dziejach Polski,

Józefa Piłsudskiego, oraz na sprawców powstań w 1830 i 1863 roku, a także na rewolucję 1905 roku).

Musimy się przeciwstawić doktrynie Marksa, ze wszechmiar niszczycielskiej.

Cały świat jest terenem zmagań między światopoglądem chrześcijańskim, a światopoglądem antychrześcijańskim. Jedną z odmian światopoglądu antychrześcijańskiego jest światopogląd marksowski. Ma on dwa aspekty. Z jednej strony jest to doktryna ekonomiczna. Wieloletnie już doświadczenie wykazało, że jest to doktryna błędna. Trzeba ją zwalczać u nas,. Ale trzeba także, o ile to jest w naszej mocy, przykładać ręki do jej zwalczania w całym świecie.

Z drugiej strony – jest to jedno z wcieleń filozofii ateistycznej. Jest to w istocie filozofia szatańska. Marks jest sługą Szatana. Aby dobrze zrozumieć, co to jest Marks i marksizm, dobrze jest zapoznać się z książkami – po polsku i po hiszpańsku – księdza profesora Michała Poradowskiego, od wielu lat przebywającego w Chile.

Walka z marksizmem, to znaczy z obozem o światopoglądzie w istocie szatańskim, toczy się w skali światowej. Nie jest dla nas obojętne, jak ta walka wygląda np. w Ameryce Południowej, choć kraina ta leży daleko od Polski. Ale walka ta toczy się także i w Polsce. Jest to przede wszystkim walka światopoglądowa. Wyznawcy doktryny Marksa w Polsce to przeważnie nawet nie są stronnicy Rosji. To są stronnicy obozu skrajnie marksowskiej opozycji w Rosji, to znaczy trockiści i ludzie do trockistów zbliżeni. Przeważnie zresztą Żydzi. Musimy ich zwalczać nie tylko jako wrogów Polski, ale i jako wrogów naszego światopoglądu. Walcząc z nimi – i w Polsce i w świecie – walczymy o zwycięstwo dobrej sprawy. Jesteśmy jako naród jedną z wielkich sił, walczących o dobro chrześcijaństwa. Walczących nie tylko w obronie naszych polskich interesów, ale o zwycięstwo dobra, słuszności i sprawiedliwości w świecie. Właśnie dlatego jesteśmy wielkim narodem, mimo, że liczebnie należymy do narodów średniej skali. Bo wielkość narodu, zależy nie tyle, a w każdym razie nie tylko, od jego siły liczebnej, ale też i od jego ducha i od roli, jaką on spełnia. Jeżeli w roku 1945 i w latach poprzedzających zostaliśmy pognębieni przez sojusz podstępnie nam wrogich sił na zachodzie z jawnie nam wrogimi siłami na wschodzie – to właśnie dlatego, że obóz nieprzyjazny chrześcijaństwu, w istocie ten sam w krajach na pozór sobie wrogich i ideowo od siebie różnych, widział w nas czynnik przeciwstawny dążeniom światowego obozu antychrześcijańskiego.

W pewnym sensie, my Polacy walczymy nie tylko o Polskę, ale o świat. O jego oblicze i przyszłość. Oczywiście, dążenia nasze dotyczą przede wszystkim Polski. Ale mamy świadomość tego, że troszcząc się o Polskę, troszczymy się o cząstkę świata. Postawa nasza nie jest egoistyczna: to nie tylko same nasze sprawy nas obchodzą, obchodzi nas przyszłość całego świata, którego Polska jest cząstką. I którego przyszłość i oblicze my Polacy współkształtujemy, kształtując Polskę.

 

Przeciwstawienie chrześcijaństwa i obozu antychrześcijańskiego ma jeszcze inny aspekt, obok wspomnianych wyżej. Mianowicie aspekt przeciwieństwa między obozem chrześcijańskim i obozem żydowskim.

Żydzi są w niemałym stopniu mocarstwem światowym. Walczą oni o oblicze świata.

Dzisiejsi Żydzi to wcale nie jest świat starotestamentowy. Chrześcijaństwo wcale nie oderwało się od dawnego żydostwa. Jest ono jego dalszym ciągiem, oraz wcieleniem w życie jego dążeń. To Żydzi poczynając od czasów Nowego Testamentu, są odstępcami, którzy oderwali się od głównego – to znaczy chrześcijańskiego – nurtu dawnego żydostwa. Głównym wyrazicielem tego, co jest dalszym ciągiem Starego Testamentu, a więc i narodu wybranego, są święty Piotr, święty Paweł i im podobni. Ci, co Chrystusa ukrzyżowali nie są wyrazicielami Starego Testamentu, lecz są odstępcami od niego

Dzisiejsze żydostwo jest czymś całkiem innym od żydostwa starotestamentowego. Jest to żydostwo zbuntowane. Od prawdziwego pnia narodu wybranego oderwane. Wcale nie są dalszym ciągiem wyznawców Starego Testamentu. Są wyznawcami całkiem nowej religii, której główną księgą jest Talmud, będący swoistą, całkiem nową interpretacją Starego Testamentu. Jest także i Kabała. Dzisiejsze żydostwo wcale nie zna rzeczy, które leżały u podstaw żydostwa starotestamentowego. Nie posiada świątyni. I nie zna kapłaństwa.

Duchem dzisiejszego żydostwa nie jest miłość, lecz jest nienawiść. A więc jest pierwiastek szatański.

Chrystus Pan powiedział do tych żydów, którzy odmówili pójścia za Nim:

“Czemu mowy mojej nie rozumiecie? Bo nie możecie słuchać mowy mojej. Wy z ojca diabła jesteście i pożądania ojca waszego czynić chcecie. (…) Kto z Boga jest. słów Bożych słucha, dlatego wy nie słuchacie, że z Boga nie jesteście’ (św. Jan 8, 43-44,47). Święty Jan napisał:” że cię znieważają ci, którzy się powiadają być Żydami, a nie są, ale są zborem szatana” (Objawienie św. Jana, 2,9)

Duch dzisiejszego żydostwa, tego, które dobrą nowinę, przyniesioną Przez Chrystusa odrzuciło, przejawia się nawet silniej jeszcze w doktrynie ateistycznej wszystkich Marksów i Trockich, niż w religii Talmudu i Kabały. Toczy się dziś w całym świecie zmaganie dwóch obozów – zmaganie między obozem religii chrześcijańskiej a obozem ateistycznym, któremu przewodzi Marks. Oczywiście w zmaganiu tym stoimy po stronie chrześcijańskiej. A nawet jesteśmy jedną z głównych w obozie chrześcijańskim świeckich sił.

Nie ma to nic wspólnego z antysemityzmem. Nie jesteśmy Przeciwni Żydom jako rasie. Jesteśmy przeciwnikami światopoglądu, o którego zwycięstwo walczy światowe żydostwo.Powiem tu przy okazji rzecz bardzo ważną. Musimy, my narodowcy, walczyć o sprawiedliwość dla Polaków pochodzenia żydowskiego, o tyle, o ile są naprawdę Polakami, a nie tylko Polaków udaJą.

Trzeba uznać, że tacy Polacy istnieją, choć być może nie jest ich zbyt wielu. Jeśli spychani są oni poza granice polskości – dzieje im się krzywda. Polskie poczucie sprawiedliwości nakazuje, by ich przed tą krzywdą bronić.

Chcę tu jeszcze dodać to, że w naszej postawie politycznej nie możemy ograniczać się tylko do przeciwstawiania się marksizmowi, oraz takim potęgom jak żydostwo. Polska jest – nie tylko dziś, ale właściwie od tysiąca lat – w położeniu trudnym. Ale nie ma na to rady. Musimy na wszystkich frontach sprawy polskiej bronić.

Dwie potężne siły polityczne nam zagrażają. Ograniczam się tylko do ich wyliczenia. Jedno z nich – to naród niemiecki. Drugie – to nie tyle naród, co obóz polityczny ukraiński. Nie lekceważmy tego ostatniego. Ma on za sobą potężne poparcie niemieckie, angielskie, amerykańskie oraz wpływowych międzynarodowych sił utajonych. Jeśli znaczenie obozu politycznego ukraińskiego zlekceważymy, narazimy się na duże niebezpieczeństwo.

Muszę tu jednak podkreślić rzecz jedną: mówię o obozie ukraińskim, a nie o Rusinach. Rusini są plemieniem, od wieków żyjącym na ziemi, którą uważamy za część naszej ojczyzny. Mają do życia i swojej odrębności prawo. 0 tyle, o ile żyją pod polską władzą, mają prawo nie tylko do naszej tolerancji, ale i do naszej opieki i obrony.

Natomiast Ukraińcy – to jest koncepcja polityczna. Jest to koncepcja nam wroga. Jest to koncepcja stosunkowo niedawna. Jej początki sięgają mniej, niż dwustu lat. W Kościele katolickim “obrządek ukraiński” istnieje dopiero od roku 1960.(Przedtem nazywał się “grecko-katolicki” i miał oblicze narodowe mniej więcej neutralne). Koncepcji politycznej ukraińskiej, wcielonej w życie przez Związek Sowiecki, a głoszącej jedność i jednolitość narodu ukraińskiego od Karpat (i puszty węgierskiej) po podnóża Kaukazu jesteśmy przeciwni i musimy ją zwalczać.

Wiosna 1987 roku

Jędrzej Giertych

 

===============================================

1 Hilaire Belloc, artykuł “The Test is Poland” (sprawdzianem jest Polska),przedrukowany w zbiorze “One Thing and Another” Londyn, Hollis & Carter 1955, str. 206-208.

———————————————————————————————-

 

[2] Ale tak samo pragniemy, by Rosja miała cywilizowana postawę wobec Polski i patrzała sprawiedliwie na to co w Polsce jest wartościowe. To znaczy oceniała polski wielowiekowy dorobek ustrojowy, polskiego ducha wolności, osiągnięcia sejmów i elekcji i “Neminem captivabimus” i polskie ostanie się historyczne wobec tylu wrogów. Grunwald, i Chocim, i Wiedeń, i obronę Częstochowy i choćby Racławice. I polską literaturę, nie tylko “Pana Tadeusza” i “Hymn o zachodzie słońca” i powieści współczesne i dawne “Quo vadis” i Trylogię” i “Placówkę” i “Sobola i pannę” i “Nad Niemnem”, ale także i dziwny Blask dawnych dziejów w pieśni ludowej o ” pani co zabiła pana”. I “tibgurodzicę”. I pamiętnik Paska . A także pamiętnik Witosa. I “Politykę polska i odbudowanie państwa “. Dmowskiego . I historię Długosza. I “De revolutionibus orbium celestium” Kopernika. I tezy Włodkowica. I zasady moralne leżące u podstawy konfliktu świętego Stanisława z królem Bolesławem. A także polskie malarstwo, wizje historyczne jak “Grunwald” i “Kazanie Skargi” Matejki i “Polonia” i “Lituania” Grottgera i wizje polskiego pejzażu w obrazach Chełmońskiego. I polską muzykę Chopina i Moniuszki i hymny “Rota” i “Jeszcze Polska nie zginęła”. Rozumiemy i chcemy rozumieć Rosję. Ale chcemy też. by nawzajem rozumiała ona i nas.

_________________________________________

[4] Liczą się z możliwością, że będą tacy, którzy mnie będą oskarżać o to, że formułuję program dogodny dla siebie, to znaczy, że chcę sam uzyskać pomoc od państwa dla powrotu na ziemię. Zawiadamiam takich ludzi, że pochodzę z rodziny z dziada-pradziada mieszczańskiej i do szukania tradycji ziemiańskiej nie mam ani prawa, ani zamiaru. Przodkowie moi Giertychowie albo Oertychowie, Gertichowie i Gertichiusowie, żyli w XVI i XVil wieku głównie w Lesznie Wielkopolskim i byli polskimi mieszczanami – inteligentami. “Polski Słownik Biograficzny” wylicza ich czterech, inne źródła jeszcze kilku. Mój pradziad, Fercfynand, człowiek wykształcony, powstaniec 1848 roku, więziony przez Prusaków, pochodził ze Wschowej niedaleko Leszna. Nie zamierzam z tą tradycją rodzinną zrywać.

Od strony matki pochodzę od kilku rodzin polskiej szlachty, ale oddawna osiadłych w mieście. Mój dziad i babka urodzili się na wsi, ale całe życie żyli w mieście. Majątki ziemskie posiadała część generacji moich pradziadów.



 _____________________________________________________________

 

5) Przypominam sobie w okresie międzywojennym starych ludzi w Polsce, których okoliczności zmusiły przedtem do pracowania przez dziesiątki lat w Rosji. Żyli tam oni bardzo skromnie, po to, by zaoszczędzić mały kapitalik na stare lata. Składali oni swoje oszczędności w istniejących w Rosji filiach polskich banków.

Rosja bolszewicka skasowała bez odszkodowania wszystkie zagraniczne długi. Po prostu oświadczyła, że nie będzie ich spłacać. Polskie banki straciły wszystko, co miały w Rosji. (Tak samo straciły swoje wkłady w Rosji wszystkie inne kraje, wśród nich przede wszystkim Francja). Polskie banki nie miały z czego spłacić swoim klientom ich wkładów, porobionych w Rosji. Specjalna ustawa w Polsce uznała te wkłady za przepadłe; gdyby te banki chciały je spłacać, byłyby zbankrutowały same.

Starzy ludzie, którzy utracili wszystkie swoje oszczędności i żyli potem w Polsce w nędzy, zasługiwali na głębokie współczucie.. Podobno także i drobni ciułacze we Francji, którzy ulokowali swoje oszczędności w Rosji, ponieśli takie same straty i żyli w nędzy.

Jest nieuczciwością takie ogłoszenie bankructwa przez państwo, które przedtem zaciągnęło pożyczki. Polska takiej nieuczciwości nie popełni, bo popełnić

 jej nie powinna. Inna kwestia, że nie pozwolono by jej na to; inne państwa zmusiłyby ją do tego, by długi płaciła. Rosji uszło bankructwo bezkarnie, bo jako wielka potęga mogła sobie gwizdać na to, co świat o niej myśli.

, , , , , ,

No comments yet.

Leave a Reply

Intronizacja
Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE