160 objawień w polskim języku 27-VI – 16-IX-1877 r.

160 objawień w polskim języku 27-VI – 16-IX-1877 r.

Za zgodą Kurii Metropolitalnej Archidiecezji Warmińskiej Nr 1181/2005 Olsztyn, dnia 17 października 2005 r.

Redakcja techniczna i łamanie – KRYSTYNA PELC

Korekta – DANIELA LEWICKA

Projekt okładki – KRYSTYNA PELC

Przedruk bez zmian.

Zachowano oryginalną pisownię, ortografię i interpunkcję.

Poprawiono jedynie ewidentne błędy drukarskie.

ISBN 83-88348-50-7 ISBN 978-83-88348-50-1

© Copyright by Warmińskie Wydawnictwo Diecezjalne • Olsztyn 2005

Warmińskie Wydawnictwo Diecezjalne Olsztyn 2006 Druk: JUMAR – Reszel

 

Objawienia Matki Boskiej w Gietrzwałdzie

dla ludu katolickiego

 

podług urzędowych dokumentów spisane za pozwoleniem najprzew. ks. biskupa Warmińskiego.

Drugie poprawne wydanie w polskim języku.

Dochód przeznaczony na budowę kościoła w Gietrzwałdzie.

W Brunsberdze 1883.

Drukiem i nakładem drukarni Warmińskiej. (J. A. Wichert.)

W komisie księgarni A. B. Samulowskiego w Gietrzwałdzie (Dittrichswalde).

Ponieważ przedłożona nam książeczka pod tytułem: „Objawienia Matki Boskiej w Gietrzwałdzie” nic w sobie nie zawiera, coby było przeciwko wierze i obyczajom katolickim, a fakta w niej opowiedziane powzięte są z urzędowych dokumentów, które względem zajść tamtejszych od ordynaryatu zostały zaciągnione i autorowi tegoż pisemka do użytku powierzone, dajemy nasze „Imprimatur” z tem nadmienieniem, że to pozwoleństwo druku ani wyroku kościelnego względem pochodzenia i charakteru rzeczonych zjawień w sobie n ie za­wiera, ani też nieuprzedzonemu, gruntownemu i sumiennemu rozważaniu czytelnika w jakikolwiek sposób chce uszczerbek czynie.

W Frauenburgu, dnia 21. Listopada 1877.

Ks. Biskup Warmiński.

+ Filip.

R e i m p r i m a t u r.

Frauenburgi, die XXVII. lunii 1883.                                                         + Philippus, Episcopus.

l. Gietrzwałd. (Dittrichswalde)

Gietrzwałd (Dittrichswalde) leży w ziemi staropolskiej Galindii, w zachodniej stronie powiatu Olsztyńskiego. Położenie wioski tej rok temu do godności miasteczka podniesionej jest piękne. Do koła otoczona wieńcem pagórków okalających jezioro Rentyńskie; środkiem doliny bieży strumyk Gilbing, a po obu jego brzegach wśród ogrodów i kląbów drzew wznoszą się, jak w wiosce góralskiej jedna ponad drugą schludne chatki i zabudowania gospodarcze jej mieszkańców. Siedmdziesiąt włók osady „Gudikus” wydzielonych r. 1352 na założenie Gietrzwałdu i nadanie prawa chełmińskiego stanowią jej początek. Liczba mieszkańców wynosi 900, którzy z wyjątkiem kilku rzemieślników i kupców zajmują się wyłącznie uprawą roli i chowem bydła. Prócz jednej rodziny wszyscy wyznawaj ą wiarę rzymsko-katolicką, i należą do dyecezyi Warmińskiej, której kapituła dawniej przez długie wieki w obwodzie kamery Olsztyńskiej posiadała nawet władzę świecką dla czego jeszcze po dziś dzień proboszcza tamże prezentuje.

Językiem pierwotnym był staropruski; jeszcze przy końcu wieku 15go podług świadectwa ówczesnych rozporządzeń kościelnych tak tutaj, jak w całem biskupstwie Warmińskiem prawiono kazania w języku niemieckim, lub narzeczu staropruskiem. Długoletnie wojny i przyłączenie Warmii do Polski sprawiły, iż na opustoszałych wioskach osiedlali się Polacy i polski język coraz bardziej stawał się panującym. Podług sprawozdania królewskiej rejencyi

Objawienia Matki Boskiej w Gietrzwałdzie

Przedruk wydania z 1883 r.

Warmińskie Wydawnictwo Diecezjalne Olsztyn 2006 znajdowało się przed kilku laty między mieszkańcami Gietrzwałdu zaledwie 48 Niemców, w innych zaś, miejscowościach, od dawnych bardzo czasów do parafii Gietrzwałdzkiej należących, język polski jeszcze bardziej przeważa. Miejscowości te są: Woryty (Woritten), Rentyny (Rentinen), Nowymłyn (Neumuhle), Naglady (Nagladden), Penglity (Penglitten), Hermsdorf i Leysy (Lcyssen). Mieszkańcy tych wsi wszyscy (z wyjątkiem tylko właściciela wsi Leysy) są katolikami. Liczba wszystkich parafian, włącznie z 100 z tamtej strony rzeki Passargi między protestantami żyjącymi katolikami, dochodzi do 2000 dusz, między którymi komunikujących 1414. Jako pierwszego proboszcza podają dzieje niejakiego Jana Sternchen z Barsztyna (Bartenstein) od r. 1404-1409. Dzisiejszy proboszcz, ks. Augustyn Weichsel z Mehlsack, objął zarząd parafii w roku 1869 – liczy obecnie lat 47.

Na najwyższym punkcie Gietrzwałdu wznosi się schludny kościółek w stylu gotyckim zbudowany, a sięgający końca 15 go wieku, z wieżą drewnianą, od strony zachodniej z dość wielkiej odległości widzialną. Piękny z tąd roztacza się widok na dolinę, na urodzajne łany, na kolej Toruńsko-Wystrucką, która przed kilku laty zbudowana blisko wsi przechodzi. Najbliższą stacyą kolei żelaznej, bo zaledwie pół mili odległą, jest Biesal (Biesellen).

Kościółek ten r. 1500 d. 31. Marca pod wezwaniem Narodzenia Najśw. Maryi Panny konsekrowany na dzisiejszą liczbę dusz jest wprawdzie za mały, schludnością jednakże swoją i rzadkim porządkiem nadzwyczaj miłe i rzewne czyni wrażenie. Sklepienie drewniane jest malowane, ściany boczne ozdobione obrazami Apostołów św. i stacyami drogi krzyżowej. Wielki ołtarz, konsekrowany przez Marcina Kromera 20. Września 1580, mieści w sobie piękną kopię obrazu cudownego Matki Boskiej Częstochowskiej, a jak wielkiej i gorącej doznaje czci i poszanowania ze strony ludu, dowodzą tego liczne na nim pozawieszane wota. Poboczne dwa ołtarze poświęcone są św. Joachimowi i św. Józefowi; ale i tu znajdujemy piękne obrazy Bogarodzicy i Niepokalanego Poczęcia. Prócz tego tu i ówdzie po ścianach porozwieszane są niepozorne na pierwszy rzut oka obrazy Najśw. Maryi Panny, do których tak się lud był przywiązał, iż nawet przy ostatniej gruntownej restauracyi kościoła nie chciał się z niemi rozstać.

Do koła otacza kościół cmentarz niezwykle wielkich rozmiarów. Od wschodu graniczy z kilku sadami; z południowej zaś strony, gdzie chaty o górę się opierają! od zachodu, gdzie od drogi prowadzi ścieżka do świątyni, dość stromy tworzy spadek. Wstronie północnej położona jest plebania, a przed nią mały ogródek do kwiatów. W tym właśnie ogródku w północnozachodnim kierunku, tuż przy cmentarzu i drodze, stoi wysoki klon. Drzewo to, którego wiek obliczają na jakie 200 lat, wypuściło 12 stóp ponad ziemią konar rozłożysty, który jednak, ponieważ groził zupełnem z czasem zasłonięciem okien probostwa, przed 6 laty ścięty został, tak że krótki tylko trzon z niego pozostał. Kilka stóp wyżej dzieli się klon na 2 potężne odnogi, których korony sięgały daleko ponad dach probostwa, a nawet i kościoła. Konar południowy grubszy, który jako jedyny główny konar pozostał, wysyła mniej więcej 10 stóp ponad wspomnionym trzonem ku południowi długą gałąź suchą. J to właśnie miejsce temi dwoma gałęziami suchemi ograniczone zwróciło na się w ostatnich miesiącach uwagę tysięcy ludzi zdaleka i z bliska, i dziś jeszcze zajmuje.

2. Dzień 27my Czerwca. Examin w katechizmie.

Po południu dnia 27. Czerwca r. 1877 udało się 48 dzieci szkolnych z parafii Gietrzwałdzkiej do miejscowego proboszcza, aby podług zwyczaju dyecezalnego warmińskiego zanim przystąpią do pierwszej komunii św., odbyć wpierw examin w katechizmie. W końcu przyszła kolej na dziewczynkę nazwiskiem Justynę Szafryńską, urodzoną w Gietrzwałdzie dnia 31. Marca r. 1864. Ojciec jej, czeladnik młynarski, odumarł ją przed l0ciu laty; matka pilna i pobożna niewiasta w 5tym roku swego wdowieństwa w ponowne weszła związki małżeńskie; – liczy obecnie lat 43. Wraz z mężem, poczciwym robotnikiem i z dziećmi, których pięcioro tylko

jeszcze jej pozostało, przeniosła się do pobliskiej wsi Nowegomłyna. Dnia 27. przybyła tedy z Justyną do Gietrzwałdu i ucieszyła się niezmiernie, gdy trwożliwe dziewczę, które obok dobrego zawsze prowadzenia się mierne tylko w naukach czyniło postępy, opowiedziało jej, iż za trafne i dobre odpowiedzi przez proboszcza pochwaloną i do komunii św. przypuszczoną została. „Ks. proboszcz” – mówiła – „wiele się mnie pytał, ale na wszystko umiałam odpowiedzieć; jeszcze więcej byłabym umiała, gdyby mnie więcej był się pytał.”

Była już blizko dziewiąta wieczorem, kiedy matka po załatwieniu wszystkich swoich sprawunków pożegnała się z bratem swym. Mateuszem Szlongą, u którego gościła, i zabierała się ku domowi. Zaledwie na drodze prowadzącej przez Woryty do Nowegomłyna uszły obie kilka kroków i znajdowały się tuż niedaleko stodoły plebańskiej, kiedy głos dzwonka z pobliskiego kościoła odezwał się na Anioł Pański. Matka odmawiając pacierz szybko postępowała naprzód; a ponieważ zmierzchało się coraz bardziej i chmurzyć się poczynało, wezwała i Justynę do pośpiechu. Tymczasem Justyna stojąc twarzą ku kościołowi zwrócona odrzekła: „Poczekajcie, matko, aż zobaczę, co to jest to białe tam na drzewie i gdzie się podzieje.” Zniecierpliwiona tą zwłoką matka nie zważała z początku na jej słowa, gdy jednak Justyna nie ruszała się z miejsca, zapytała się, coby tam takiego widziała? „Widzę,” — odrzekła, – „coś wielkiego, co tak wygląda, jak człowiek.” „J co tak wciąż patrzysz?” – pytała matka dalej. „Tak długo będę patrzała, aż się gdzie nie podzieje. Drzewo jest całe jasne, może się pali, albo co innego.”

Ponieważ matka nic nie widziała, długo myślała nad tem, coby to być mogło i przypomniała sobie, że słyszała kiedyś, jakoby niektórym ludziom dusze zmarłych się były pokazały. Nigdy jednak nie zaprzątała sobie głowy podobnemi sprawami, i już znowu chciała wezwać córkę, że czas iść dalej, gdy ks. proboszcz Weichsel wracając z przechadzki zbliżył się i temi słowy zagadnął Justynę: „Pewnie się cieszysz, moje dziecko, że w przyszłą niedzielę przystąpisz do komunii św.?” Dziewczę milczało, matka zaś opowiadała z pewnem rozdrażnieniem, że córka nie chce ruszyć się z miejsca, że się ciągle na klon przy plebani! obraca twierdząc, że tam widzi wielką jasność i białą jakąś postać. Ponieważ drzewo było oddalone około 200 kroków, a Justyna przy swojem obstawała, ks. proboszcz tedy, któremu zachowanie się dziewczęcia dziwnem się wydawało, po krótkim namyśle wprowadził ją do ogrodu swego, aby widzenie lepiej mogła rozpoznać i opisać. Dziecko wskazało tedy prawą ręką na ono miejsce między dwiema suchemi gałęziami drzewa, które około dziesięć kroków było oddalone, i opowiadało, że na złotem perłami wysadzanem krześle widzi piękną w bieli dziewicę z długiemi, jasnemi, na ramiona spływającemi włosami. Z opisu dziewczęcia wnosił ks. proboszcz, że to jest objawienie Przeczystej Panny, kazał dziecku zmówić Zdrowaś Mary a, poczem chciał odesłać ją do domu. Zaledwie jednak Justyna skończyła Pozdrowienie Anielskie zawołała: „O, teraz wszystko jeszcze jaśniejsze. A teraz, zstępuje dzieciątko z nieba, w białem żółto połyskującem odzieniu, na piersiach spięte złotem, z złotemi skrzydełkami i z białym wieńcem na głowie. A teraz, – dodała w pewnych odstępach, – teraz kłania się dzieciątko Dziewicy, – teraz powstaje dziewica i wstępuje do nieba z dzieciątkiem po lewej stronie, – u góry samo niebo bez obłoków.” – Poczem przez dłuższy czas jaśniącemi oczyma patrzała w górę i w końcu rzekła: „Oto wszystko znikło i teraz tylko jasność widzę,” po chwili zaś dodała: „Teraz nic już nie widać.”

Całe zachowanie się tego zwykle cichego i małomównego dziecka, stanowczość i pewność, z jaką się odzywała, niezwykłe rysy twarzy, dziwny blask oczu zwykle skromnie spuszczonych, – wszystko to wielkie uczyniło na ks. proboszczu wrażenie. Mocno wzruszony odesłał przestraszone dziewczę do matki pocieszając ją: „Nie bój się, przybądź jutro o tej samej porze do ogrodu i odmów wtedy różaniec.”

Gdy Justyna po mniej więcej dziesięciu minutach wróciła do matki, która w pewnem oddaleniu czekając na córkę, przypatrywała się wszystkiemu, zapytała ją matka: „Co żeś tam teraz takiego widziała?” „O mateczko” — odpowiedziała Justyna, — „bardzo piękną pannę i była

żywą. Spoglądała na mnie i na ks. proboszcza, a taka była nad nią jasność, takie jasne promienie, że wytrzymać nie mogłam; było mi od tego zupełnie ciemno przed oczyma, tak iż nic nie widziałam. Potem ogarnął mnie wielki strach; chciałam wołać, nie mogłam, chciałam uciekać, ale nie mogłam z miejsca się ruszyć, – zdawało mi się, iż nadszedł sąd ostateczny. Gdy ks. proboszcz do mnie mówił, dziwno mi było, bo sądziłam, że jestem sama z tą piękną panią i że ks. proboszcz był odszedł.” To mówiąc była Justyna jeszcze zupełnie blada i zirytowana; niebieskie jej oczy zdawały się większe, niż zwykle. Wszystko przemawiało za tem, że coś nadzwyczajnego jej się było wydarzyło. Matka, która w życiu nic podobnego nie doświadczyła, ani słyszała, a wiedziała, że dziecko jej, na ciele i umyśle zupełnie zdrowe, dalekiem zawsze było od wszelkiej przesady, fałszu i obłudy, zdumiona nie wiedziała, co na to mówić. Modląc się pocichu w milczeniu spie­szyła z córką do domu.

3. Wigilia i uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła.

Nazajutrz wieczorem stosownie do rozkazu ks. proboszcza przybyła znowu pod klon Justyna w towarzystwie kilku współuczennic, którym zwierzyła się, iż do Gietrzwałdu pójdzie i dla czego. Dzieci uklękły i rozpoczęły głośno piętnaście tajemnic różańca św. w sposób, jak go w domu i w kościele, mianowicie podczas Majowego nabożeństwa, odmawiać były zwykły.

„Przy dzwonieniu na Anioł Pański,” – opowiadała Justyna już podczas różańca, dokładniej jeszcze później odpowiadając na różne stawiane jej pytania, — „ogarnęła drzewo dziwna jasność jakoby od błyskawicy. Na tem samem miejscu, gdzie wczoraj wieczór ukazała się była ona piękna pani, ujrzałam podłużny pierścień błyszczący, a w nim podczas trzeciej tajemnicy radosnej zjawił się znany mi już wspaniały tron, mieniący się jak złoto, sadzony perłami; dwie miał poręcze do rąk, a z tyłu wysokie zaokrąglone oparcie dla pleców. W krotce potem zstąpiła z nieba pięknej postaci Pani pomiędzy dwoma aniołami w bieli z jasnemi skrzydełkami zielono mieniącemi się. Pani zasiadła na TRONIE, aniołowie zaś puściwszy jej ramiona, które podtrzymywali w pochodzie, pokłonili się głęboko i stanęli po obu stronach.” Gdy minęło pierwsze uczucie bojaźni i strachu, które ponownie Justynę owładło, była zdolną objawieniu temu dokładniej się przyjrzeć. Pani siedziała w postaci dziewicy niezrównanie pięknej, liczącej wieku 16 do 18 lat; niezwykła jasność, jaśniejsza od śniegu, otaczała ją wraz z błękitnym obłokiem. Z odkrytej głowy spadały sute, długie, jasne włosy po za ramiona i piersi aż do kolan, uszy poczęści zostawiając odsłonione. Łagodnym blaskiem pałające oczy były niebieskie, policzki oblicza podłużnie zaokrąglonego zdawały się być różowo-złotawe, szyja obnażona aż do wysoko zapiętego rąbka białej przestwornej na nogi spadającej szaty, ramiona zakrywały dobrze przylegające rękawy; biodra okalała biała przepaska; ręce spoczywały ze spokojną godnością na kolanach; z rąk tak samo jak z szyi i stóp rozchodziły się długie na jakie pół łokcia promienie; nogi, z których tylko prawą było widać, żadnego nie miały na sobie obówia. Cała postać zresztą miała całkiem określone i pewne zarysy, nie jak malowany lub rzeźbiony obraz, ale jak prawdzi­wie żyjące ciało, różniące się chyba tylko blaskiem i pięknością od zwyczajnej postaci niewieściej. Cudowne widzenie chwilę siedziało spokojnie, poczem dwóch aniołów przyniosło z nieba jaśniejące dzieciątko odziane w białą złotem tkaną szatę. Dziecię to trzymało w lewej ręce błyszczącą kulę z krzyżykiem u góry, prawa ręka spoczywała na prawem kolanie. Aniołowie złożyli dzieciątko na lewem kolanie czcigodnej Pani i zniknęli. ku niebo, poczem ukazali się dwaj inni aniołowie niosąc koronę złożoną z wielkich, przepysznych, szerokich obrączek, których blask wszystko inne przewyższał. Jakoby zawieszeni w powietrzu trzymali KORONĘ ponad głową Dziewicy. Nieco później przybył jeszcze trzeci anioł trzymając w prawej ręce śliczną laskę, „pikę”, jak mówiła Justyna, z złocistym kwiatem na końcu, która według opisu tylko berło oznaczać mogła. Anioł ten stanął po za dwoma trzymającymi koronę i w równej, co tamci, wysokości trzymał berło nad koroną. Nakoniec nad tymi trzema aniołami zsunął się krzyż błyszczący, wielkości owego krzyża, który jest w kościele, lecz bez wizerunku Zbawiciela, i zawisł poziomo na jasnych obłokach (str. 6)

Na tem skończyło się całe objawienie. Zmiany następowały zawsze spokojnie na początku każdej nowej tajemnicy Różańca.

Po odmówieniu wszystkich piętnastu tajemnic, a zatem po upływie mniej więcej pół godziny, całe to zjawisko uniosło się zwolna w górę i zniknęło.

Wiadomość o tem cudownym zjawieniu rozeszła się lotem błyskawicy po całej parafii i po za jej granice.

Dnia następnego, t.j. 29. Czerwca przypadająca uroczystość św. Apostołów Piotra i Pawła w dyecezyi Warmińskiej bywa obchodzoną wstrzymywaniem się od cięższych robót i solennem na­bożeństwem. W Gietrzwałdzie dzień ten od dawna wszczególniejszem był poszanowaniu. Obraz Matki Boskiej w wielkim ołtarzu zasunięty jest zwykle obrazem przedstawiającym książąt Apostołów, których, jako patronów swego kościoła, parafia Gietrzwałdzka po Matce Boskiej najwyżej czci, a których uroczystość tak samo uprzywilejowana jest odpustem, jak Narodzenie Matki Boskiej.

Natłok pobożnych ze sąsiednich parafii na tę uroczystość i w tym roku (1877) był bardzo wielki i mniej więcej wszyscy obecni zawiadomieni byli już o tem, co było zaszło. Kiedy więc wieczorem tego dnia rozległ się głos dzwonka na „Anioł Pański, większe niż zwykle zeszło się mnóstwo ludzi pod klon. Przyszła i Justyna z towarzyszkami i to samo podczas różańca św. miała widzenie i również długie, co poprzedniego wieczora. W wigilią więc i święto książąt Apostolskich okazało się objawienie, jakie już potem więcej się nie powtórzyło.

Nazajutrz wieczora poprzedzającego pierwszą komunią świętą dziatek, otrzymała Justyna od ks. proboszcza rozkaz, aby, jeżeli widzenie się powtórzy, zapytała się, czegoby żądało. Jaśniejąca dziewica ukazała się w rzeczy samej znowu, tym razem sama, a zapytana w ojczystym języku przez Justynę, w tym samym języku odpowiedziała: „Żądam, abyście codziennie odmawiali róża­niec”. Głos, którym słowa te wyrzekła, był tak głośnym, że zdaniem Justyny wszyscy obecni na cmentarzu słyszeć je byli powinni.

Dnia następnego tedy idąc za wezwaniem ogłoszonem przez dziewczę, licznie zebrali się Gietrzwałdzanie na zaleconą przez nie modlitwę, różaniec św. Był to dzień pierwszego Lipca, dzień wesela dla całej parafii, albowiem w tym dniu przystępowały dziatki do pierwszej komunii św. a w ich liczbie w dwójnasób uszczęśliwiona Justyna. Gdy wieczorem podczas modlitwy na zwykłem miejscu obok drzewa klęczała i widzenie, jak dnia poprzedniego, się ukazało, zapytała: „Kto Ty jesteś?” i usłyszała odpowiedź: „Jam jest Najświętsza Marya Panna, niepokalanie poczęta”. Justyna chciała się jeszcze dalej pytać, ale w tej samej chwili widzenie znikło.

4. Nawiedzenie Najświętszej Maryi Panny.

Jak wesołą i uszczęśliwioną powróciła dnia Igo Lipca Justyna z modlitwy różańcowej, tak smutną i zakłopotaną tego samego wieczora wracała do domu jedna zjej młodszych przyjaciółek i współuczennic. Dziewczę to, imieniem Barbara Samulowska, jest jedyną córeczką poczciwych i nabożnych rodziców, którzy w Worytach, wsi gospodarskiej tylko o ćwierć mili od Gietrzwałdu odległej, posiadają chatkę o dwóch izdebkach i dwa ogródki i żyją z pracy rąk, podobnie jak starsi dwaj synowie, którzy służą u gospodarzy. Barbara, urodzona dnia 21. Stycznia r. 1865 w Worytach i podług tamtejszego zwyczaju zaraz nazajutrz w parafialnym kościele w Gietrzwałdzie ochrzcona, była jedną z pierwszych, którzy o objawienia na klonie się dowiedzieli. Justyna Szafryńska, której rodzice z rodzicami Barbary żyją w przyjaźni i z daleka nawet z nimi są spokrewnieni, spiesząc z Nowegomłyna do szkoły do Woryt, lub do Gietrzwałdu do kościoła, zwykła była wstępować do Samulowskich. Uczyniła tez to w wigilią św. Piotra i Pawła udając się do Gietrzwałdu na wieczorną modlitwę. Opowiedziała przytem na życzenie znany nam już

powód do tej wieczornej wycieczki. Mała Barbara, która od pierwszej młodości szczególniejszy czuła pociąg do modlitwy i nabożeństwa, oświadczyła swą gotowość towarzyszenia Justynie, wołając: „To ja też tam z tobą pójdę”. Matka jej, rozumna i spokojna kobieta w wieku 42 lat, pomyślała w duszy, że może Justyna sobie co uroiła, mimo to przychyliła się do prośby córki i pozwoliła jej iść z Justyną. Tak więc udały się obie przyjaciółki w drogę w towarzystwie trzeciej jeszcze współuczennicy, Franciszki Kozy, która tam także była obecną.

 

Miejsce zjawień w Gietrzwałdzie.                                   Matka Boska str. 14.

Po skończonem nabożeństwie opowiadała Justyna ks. proboszczowi Weichslowi, co widziała. Zaraz potem zgłosiła się do niego i Barbara, opowiadając mu, że i ona miała widzenie i opisała postać Pani, dziecięcia, aniołów, korony, berła, krzyża w ten sam sposób, co Justyna. Proboszcz, chociaż znał rodziców Barbary jako ludzi rzetelnych, samą zaś Barbarę z nauki katechismowej jako dziewczę miłujące prawdę i szczere, nie chciał jej jednak dać wiary i odprawił j ą nadmieniając, że to wszystko słyszała od Justyny i za nią teraz powtarza. Dziewczę opowiedziało zdarzenie to rodzicom zaręczając uroczyście, iż jest prawdziwe, a otrzymawszy pozwolenie, przybyło w następujące dwa wieczory znowu, zapewniając powtórnie, że miało widzenie, i to jak z jej opowiadania było widocznem, zawsze w ten sam sposób, co Justyna, dnia 30. Czerwca, także bez dziecięcia i aniołów. Proboszcz, który ją i tym razem odprawił, nakazał, żeby ją doświadczyć, obydwom dziewczętom, aby w Niedzielę, kiedy widzenie im się pokaże, spytały się: „kto ono jest? czy chorzy przychodzić mają?” Justyna przyniosła na to z radością znaną nam już odpowiedź; Barbara zaś powróciła z płaczem mówiąc, że tego wieczora nic nie widziała, tylko jasność naokoło drzewa. To utwierdziło proboszcza w przekonaniu, że Barbara wprawdzie prawdę mówi, widzenie jej jednak na urojeniu polega, albo przynajmniej jest bez znaczenia.

Gdy Barbara rodzicom w domu ze łzami opowiadała, że nie widziała tą rażą biało ubranej jaśniejącej Pani, może dla tego, że się nie dobrze modliła, lub inne popełniła wykroczenie, rodzice calem sercem do swego tak zawsze wesołego, posłusznego i dobrego dziecka

przywiązani, litowali się serdecznie nad nią, i ta szczęśliwa nie dawno rodzina ze smutkiem udałasię dzisiaj na spoczynek, ponieważ Barbara nie dała się niczem pocieszyć. Nazajutrz rano, w Poniedziałek 2go Lipca, podpadło matce, że córka jej wczoraj tak smutna, dzisiaj tak jest wesołą i zapytała się o przyczynę tej zmiany. „O mateczko”, odpowie mała, — „nie mówcie nic, Najświętsza Panna była tu u mnie”. „Kędy tu weszła, czy przez drzwi?” zapytała matka. „O nie”, – odrzekła Barbara, – „tak przyszła, jak na drzewie; od razu była tu. Siedziała na swym zwykłym TRONIE przy mojem łóżku. Zapytałam ją, jak mi polecono, kto ona jest? a ona odpowiedziała: „Ja jestem Niepokalanie poczęta”. Gdy jeszcze więcej pytać się chciałam, rzekła: „Nie smuć się, moja córeczko”, — poczem powstała, jak zwykle z tronu, i wszystko naraz znikło”.

Matka, której łóżko tylko o kilka stóp od łóżeczka córki stało, przypomniała sobie przy tem opowiadaniu, iż zaraz potem, jak się położyła, i gdy jeszcze czuwała, słyszała głośno i wyraźnie w niepojęty sposób wyrzeczone słowa: „Niepokalanie poczęta”. J ona ucieszyła się tem wielce, tem więcej, gdy uprzytomniła sobie, iż tego samego dnia przypadała uroczystość Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. W tym dniu właśnie skończyła swe dziewięciodniowe nabożeństwo ku czci Matki Boskiej, w którem z dziecinną prostotą prosiła Ją, aby za niegościnność doznaną w Betlehem w dzień Bożego Narodzenia raczyła wstąpić pod jej strzechę. Barbara odmawiała wtenczas codzień razem z matką modlitwy i starała się domowe to nabożeństwo urządzić jak najuroczyściej i jak najsolenniej. Ponieważ róże w doniczkach i w ogródku jej jeszcze nie były rozkwitły, szukało dziewczę po krzakach i miedzach dzikich róż, aby przyozdobić niemi obraz Matki Boskiej, przed którym modły swe odprawiały. I pięciofenygówkę, którą kiedyś była otrzymała, przyniosła matce, aby kupiła oleju do lampy, która płonęła podczas nabożeństwa przed Matką Boską. Teraz rodzice i dziecko nie posiadali się z radości, że Najświętsza Marya Panna na końcu nowenny ich chatkę łaskawie nawiedzić raczyła.

5. Dalszy ciąg objawień. Nowi świadkowie.

Gdy Barbara dnia następnego opowiedziała ks. proboszczowi zdarzenie, jakie miała w nocy Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, przyjął tenże opowiadanie jej zawsze jeszcze z niedowierzaniem, uważał jednak za swój obowiązek na dalsze jej zachowanie się pilne odtąd mieć baczenie i doświadczać ją. Rozporządził więc, aby odmawiała różaniec na miejscu, z kąd ani Justyny widzieć, ani porozumieć się z nią nie mogła, obudwom dzieciom potem osobno powyznaczał pytania, które objawieniu stawiać miały i otrzymano odpowiedzi w obec świadków każdemu dziecku z osobna podawać sobie kazał. Minio te przygotowania jednak odpowiedzi ich zgadzały się zawsze z sobą najzupełniej.

Ponieważ wielu chorych w nadziei wyzdrowienia przybyło lub się zgłosiło, zapytano się nasamprzód: azali będą. uzdrowieni? Odpowiedź była: „Później”.

Aby się dowiedzieć, jak długo trwać będą te objawienia i kiedy się skończą, zapytały się oto dzieci trzeciego Lipca i otrzymały odpowiedź: „Pozostanę tu jeszcze dwa miesiące.”

Na stawione następnego dnia pytanie: „Co mają chorzy czynić, aby byli uzdrowieni?”, otrzymały odpowiedź: „Niech odmawiają różaniec.”

Dnia piątego Lipca, jak to na wielu miejscach świętych dziać się zwykło, postawiono kociołek z wodą i położono płótno na trzonie uciętego konaru, nad którym objawienie się ukazało. Dzieci prosiły Najświętszą Maryą Pannę, aby pobłogosławiła wodę i płótno, usłyszały przecież tylko słowa: „Płótno ma leżeć na ziemi.”

Nazajutrz wieczorem zapytały się obie Przeczystej Dziewicy, czegoby oprócz modlitwy różańcowej żądała jeszcze więcej? i odebrały odpowiedź: „Tu ma być postawiony krzyż murowany z figurą Niepokalanej Panny, a u stóp jej ma być kładzone płótno ku uzdrowieniu chorych.”

Odpowiedzi na zapytania dni następnych rozwiązały niektóre wątpliwości co do formy

żądanego krzyża i figury Najświętszej Panny. Pytały się, czy wystawiona ma być kapliczka, czy tylko krzyż? i czy figura ma być stojąca, czy siedząca? odpowiedź była: „Wystarczy krzyż; figura ma być stojąca.” Uwzględniono też sumiennie otrzymane wskazówki przy wykonywaniu zaleconego dzieła, które niezwłocznie przedsięwzięto.

Te dwoje dzieci miały niebawem nowe dostać uczestniczki w tym osobliwym do objawiającej się im Najświętszej Maryi Panny stosunku. Dwóch nowych i to w wieku dojrzalszym przybyło im teraz świadków, mających być im odtąd pomocą w odbieraniu i opowiadaniu objawień.

Było to dwunastego Lipca, kiedy pewna wdowa już w latach, która w całej parafii u wszystkich, co ja znali, dobrej zażywała sławy, zeznała, iż podczas wieczornej modlitwy różańcowej na oznaczonem miejscu także miała widzenie. Jest ona córką Franciszka Materny i Rozalii z Zawadzkich, poczciwych wieśniaków z Nagladów, wioski blisko Gietrzwałdu położonej, gdzie się też urodziła 28go Lipca r. 1831. Na Chrzcie św. zaraz następnego dnia otrzymała imię Elżbieta. W 23. roku życia wyszła za mąż za chałupnika Antoniego Bylitewskiego w Worytach. W małżeństwie tem, które trwało lat szesnaście, zrodziła ośmioro dziatek, które prawdziwie po chrześciańsku wychowała i tylko troje z nich pozostało przy życiu. Gdy usłyszała o zjawieniach na klonie, nie chciała w początkach zaraz uwierzyć; uskromiwszy się jednak z pracą, z której siebie i najmłodsze dziesięcioletnie dziecko utrzymuje, spieszyła czemprędzej do Gietrzwałdu na wspólną modlitwę. J w niej odzywała się niekiedy nadzieja i nieśmiałe życzenie oglądania Najświętszej Maryi Panny. Nie myślała jednak później o tem i mocno się przeraziła, gdy dnia 12go Lipca podczas różańca ujrzała naraz górną część ciała czcigodnej Pani z jaśniejącą KORONĄ. Chciała zjawienie to pokazać sąsiadce, bo była przekonaną, że i ona musi je widzieć. Lecz w tej samej chwili zjawienie znikło. Gdy nazajutrz nic nie widziała, mniemała, że dla grzechów swoich nie jest godną oglądania podobnych zjawisk i starała się tedy wzbudzić skruchę serdeczną za swe grzechy. Wieczorem dnia 14go Lipca ukazała się jej znowu ta święta Pani, którą niedawno widziała, lecz tym razem w całej postaci, to stojąc, to unosząc się nad onym TRONEM. Oblicze postaci było białe i jaśniejące, na głowie miała KORONĘ; piękna biała szata, na której jakoby białe lilie połyskiwać się zdawały, okrywała całe ciało tak, iż tylko palce białych jaśniejących stóp widać było. Prawa ręka była w górę wzniesiona, jakoby do błogosławienia, na lewej ręce trzymała biało przyodziane Dzieciątko Jezus, tak jak matki swoje dzieci nosić zwykły. Głowa dziecięcia była odkrytą, włos złotawy i nieco kędzierzawy, błyszczące oczy zwróciły się kilka razy w rozmaite strony, w ręku trzymało połyskującą jak złoto kulę z krzyżkiem u góry.

Równocześnie prawie z wdową Elżbietą Bylitewską poczęły ukazywać się widzenia Najświętszej Maryi Panny także dziewczynie, Katarzynie Wieczorek.

Urodzona w Nowym Młynie dnia 25. Listopada r. 1853, straciła przed dwoma laty ojca, młynarczyka, który był protestantem. – Ojciec jej wpadł był do strugi przy młynie i utonął. – Mieszka ona dzisiaj z matka i jedenastoletnim bratem w Gietrzwałdzie i utrzymuje familią robieniem płótna, przędzeniem i pracą w roli. Jedyną jej rozrywką i przyjemnością jest kościół i nabożeństwo; jej pracowitość i życie wzorowe są powszechnie znane; objawiają się one w całej jej postawie i mowie, w których nie dostrzeżesz ani śladu przesadnej lub fałszywej pobożności.

Już w wigilią św. Piotra i Pawła, kiedy po pierwszy raz przyszła na wieczorne modlitwy, zdawało jej się, jakoby widziała klon w niezwyczajnym blasku, ale nie zważała na to. Przypomniała sobie to wtenczas dopiero, kiedy na dniu 13 go Lipca podczas Różańca ujrzała nagle postać Dziewicy w białem, promieniejącem odzieniu na drzewo zstępującą, która jednak natychmiast usunęła się jej z oczu. Przestraszona tem wielce, przyszła znowu następującego wieczora, ale nic nie ujrzała. Dopiero 15go Lipca, który to dzień przypadł w niedzielę, ukazała się jej znowu ta sama postać. Stała na lekkim obłoczku ponad znanym trzonem klonu, miała na sobie tym razem szarą, jaśniejącą, fałdzistą szatę, z przepaską tego samego koloru i z

przylegającemi rękawami; na głowie miała różno barwną błyszczącą koronę; jaśniejące jasne włosy spadały podgarnięte na grzbiet. Oblicze było białe i promieniejące, a z dłoni ku dołowi opuszczonych białych rąk wychodziły długie na jakie pół łokcia promienie; stopy były zakryte. Widzenie to znikło po kilku minutach równie nagle, jak nagle było przyszło, daleko prędzej, niż obu dzieci tego wieczora. W ten sam sposób pokazała się Najświętsza Mary a Panna następnego wieczora. Odtąd przez czternaście dni zajęta była Katarzyna pracą w polu, dopiero 29go Lipca, przyjąwszy rano Sakramenta św. przybyła znów wieczorem na Różaniec. Tym razem i odtąd zawsze widywała Najświętszą Maryą Pannę z odkrytą głową, w białej sukni i w białym płaszczu.

Tak więc około połowy Lipca przyłączyły się do obu dzieci panna i wdowa jako świadkowie objawień Matki Boskiej. Rodem z czterech w bliskiem sąsiedztwie położonych miejscowości, różniące się między sobą tak wiekiem i stanem, jak powierzchownością i umysłowemi zdolnościami, widują Najświętszą Mary ą Pannę odpowiednio swego usposobienia w rozmaitej postaci. Dzieciom ukazuje się na tronie, jako matka – nauczycielka, jako Stolica mądrości, wdowie jako Matka Boska, dziewicy jako Panna niepokalana.

6. Codzienny trzykrotny Różaniec.

Pogłoska o zajściach w Gietrzwałdzie rozeszła się już; tymczasem po całej dyecezyi Warmińskiej i daleko po za jej granice. Podczas kiedy z początku przychodzili na cmentarz na różaniec tylko sami parafianie Gietrzwałdzcy, to już w pierwszym tygodniu można już było widzieć niektórych nabożnych z parafii sąsiedzkich, a w drugim już i z odleglejszych okolic Warmii. Z początkiem trzeciego tygodnia przybyło wielu pielgrzymów z Prus Zachodnich, z Poznańskiego i aż z zaboru Moskiewskiego, tak iż liczba modlących się dochodziła odtąd w dni powszednie do 2000, w niedziele zaś i dni świąteczne aż do 8 i 10 tysięcy. Z wzrastającą liczbą ludu niknął przecież pierwotny spokój i porządek. Ludzie z dalszych stron przybywający pragnęli być bliżej widzących osób, aby w czasie objawień lepiej im się przypatrzeć, miejscowi zaś swoich miejsc nie mieli ochoty ustępować. Kiedy więc Najświętsza Marya Panna w tygodniu od 15 do 22 Lipca po kilkakrotnie na czas krótki, bo na 3 do 5 minut tylko, się pokazała i to za każdym razem ze smutkiem na twarzy i oczami pełnemi łez, sądziły dzieci, że nie są dość nabożne, i zapytały się Przeczystej Panny, czy może Różaniec nie dobrze odmawiały? Lecz otrzymały odpowiedź: „Bardzo dobrze.” Na powtórne zapytania podała Najświętsza Marya Panna za powód swego smutku, że u innych ludzi nie widzi dosyć nabożeństwa i uszanowania, że wielu z obecnych nie przyklęka, i jeżeli się nie poprawią, nie będzie już mogła się pokazywać. Aby tedy przywrócić pierwotne przykładne zachowanie się między obecnym ludem, postanowiono, aby tak, jak na misyach dziać się zwykło, przy rozpoczęciu nabożeństwa dzieci szkolne, które chórem na przemian w odmawianiu Różańca przewodniczyły, z krzyżem na czele udawały się z kościoła w pobliże drzewa, podczas gdy inni przytomni, na cztery oddziały podzieleni, pod czterema chorągwiami, białą, czerwoną, zieloną i niebieską zgromadzali się na cmentarzu, i tam osobno klękali wedle stanów, mężczyźni, młodzieńcy, mężatki i panny. Porządek ten okazał się bardzo skutecznym, a był tem konieczniejszy już to dla tego, że liczba przybywających coraz wzrastała, już też, że nabożeństwo, które dotąd raz tylko i to wieczorem po dzwonieniu na Anioł Pański odprawiano, odtąd w ciągu ostatniego tygodnia trzykrotnie codziennie się odbywało. Z okazyi pogrzebu dnia 24go Lipca rano z innemi dziećmi szkólnemi parafii przybyły także Justyna i Barbara na cmentarz. Rospoczęły się bowiem wakacye szkolne, wolne więc od szkoły dzieci mogły każdego czasu przychodzić do kościoła. Ponieważ jednorazowe odmawianie wszystkich piętnastu tajemnic Różańca św. zabierało więcej niż godzinę czasu, powzięto przeto myśl, żeby podzielić go na dwie lub trzy części dziennie. W skutek tego proboszcz miejscowy zawezwał obecne dzieci szkolne, aby po pogrzebie natychmiast odmówiły pięć tajemnic radosnych Różańca św. i zakończyły je Litanią loretańską, ciekawy, czy

i o tej porze dnia objawienie się pokaże. Najświętsza Panna, która dzień poprzednio podczas jednej tylko tajemnicy była przytomną i smutno bardzo wyglądała, ukazała się teraz wesołą bardzo, bawiła około 10 minut i rzekła nakoniec do dzieci: „Przychodźcie tu codzień po Mszy św.” Inni przytomni, którzy jak zwykle razem z dziećmi się modlili i świadkami byli wrażenia, jakie widzenie to sprawiło na twarzy widzących osób, objawili życzenie, ażeby dzieci wróciły w południe i zmówiły Różaniec bolesny, tak, iżby na wieczór tylko jeszcze tajemnice chwalebne do odmówienia pozostały. I tak uczyniono; i otąd aż do końca objawień i dłużej, bo aż do tej godziny zachowuje się w Gietrzwałdzie ten porządek, iż odmawia się trzy razy na dzień Różaniec, stosownie do trzykrotnego dzwonienia na Anioł Pański. Ale dnia 24go Lipca w południe nie pokazała się dzieciom Najświętsza Mary a Panna; widziały tylko nad drzewem tak długo, jak zwykle widzenie trwało, mniej więcej przez 8 minut, jasną światłość, która w końcu zdawała się rozdzielać na klęczących i zwolna zginęła. Wieczorem zaś znowu wszystko odbyło się w ten sam sposób, jak przedtem z tą jednak różnicą, że po Różańcu ukazały się dzieciom pomiędzy gałęziami klonu dwie jaśniejące gwiazdy, jedna nad drugą, obie wielkości księżyca.

Przy przemianie jednorazowego odmawiania Różańca na trzykrotne zaniedbano pierwszego i drugiego dnia, t.j. 24go i 25go Lipca rano i w południe, w sposób wyżej wzmiankowany za po­mocą krzyża i chorągwi postarać się o porządek między przytomnymi modlącymi się. Kiedy więc w południe przesłuchiwano oba dzieci, jakie miały objawienie, opisały je w ogóle zgodnie z sobą w sposób zwyczajny. Była jednak następująca różnica w ich opisie. Justyna twierdziła, iż Najświętsza Panna rzekła do niej: Tu mają być podczas Różańca chorągwie i krzyż”, podczas gdy Barbara oświadczyła, iż widziała tym razem obok Matki Boskiej krzyż i dwie chorągwie.

Stało się to po raz pierwszy, że w orzeczeniach obu dzieci zaszła różnica. Okoliczność ta tak wielkie wywarła wrażenie na ks. Weichslu, że powziął wielką wątpliwość tak co do zamiłowania prawdy i rzetelności u osób widzących, jako też co do rzeczywistości objawień. Wyszydzony i wyśmiany przez przeciwników, przez przyjaciół ostrzegany, aby był przezorny i ostrożny, pomny z resztą na naukę i zwyczaj Kościoła św., jak ostrożnie i zwolna w podobnych okolicznościach postępować sobie należy, osądził, że widoczna sprzeczność w opowiadaniach obudwóch świadków najgłówniejszych pochodzi z tąd, że dzieci prawdopodobnie poprzednio się były zmówiły, lub przez kogoś trzeciego do podobnych oświadczeń spowodowane zostały, nie porozumiawszy się jednak dostatecznie poprzednio, czy maj ą powiedzieć, że widziały chorągiew i krzyż, lub że słyszały.

Tak się na rzecz zapatrując zakazał dzieciom natychmiast, aby nie przychodziły więcej na modlitwę na zwykłe miejsce. Aby z swej strony jak najprędzej całą rzecz ubić, przywołał do siebie niektórych z obecnych pielgrzymów z rozmaitych okolic i zalecił im, aby w jego imieniu powiadomili swoich duchownych, iżby wskutek zaszłych widocznych wątpliwości zakazali parafianom aż do czasu odbywać pielgrzymki do Gietrzwałdu, co też na różnych miejscach dyecezyi w ten lub ów sposób nastąpiło, jak na przykład w Wartenborku, Zyborku, Gutstacie, w Benem, Kellen i.t.d.

Rosporządzenie to proboszcza, które zupełnie odpowiadało jego usposobieniu miłującemu prawdę, a nie cierpiącemu żadnego fałszu i kłamstwa, wywołało wielki niepokój i smutek między obecnymi modlącymi się, a najbardziej dotknęło parafian. Jakkolwiek z początku powątpiewali może ludzie tak tu, jak gdzie indziej o prawdziwości objawień, albo wstrzymywali się od wszel­kiego sądu o nich, to jednak po kilkotygodniowych doświadczeniach innego nabrali przekonania. Sami nie widzieli w prawdzie objawień, ale widzieli tychże odblask niejako w szeroko rozwartych oczach i jaśniejących obliczach osób widzących. Czyliż mniej mieli wierzyć w przytomność i działanie nadziemskiej niewidzialnej siły, jak w istnienie słońca, kiedy to nad ranem, lubo go nie widać, przecież promieniami swemi rozlewa złoty blask na wierzchołki drzew i szczyty gór? Oprócz tego znali oni dzieci, jako skromne, pobożne, miłujące prawdę, znali

rodziców jaka ludzi poczciwych i bogobojnych, i nie mogli wynaleźć żadnej przyczyny, żadnej osoby, któraby dzieci do tak obrzydliwego kłamstwa i obłudy spowodować była mogła. Jeszcze tego samego dnia przyszedł do proboszcza pewien zamożny i poważany obywatel z Woryt, członek zarazem dozoru kościelnego, i opowiadał, jaki smutek zapanował w rodzinie Samulowskich na tę niespodziewaną wiadomość, którą Barbara do domu przyniosła, zapewniał, że wraz ze wszystkimi znajomymi najzupełniej jest przeświadczony o prawdomówności dziecka i ofiarował się przyjąć Barbarę w swój dom i starannie ją dozorować. A że i Justyna po pierwszej komunii św. opuściła dom rodzicielski i przebywała u jednego z najzamożniejszych i najwięcej szanowanych właścicieli Gietrzwałdzkich zupełnie w pobliżu wioski, u którego też starsza jej siostra pozostawała w służbie, przeto i ona również łatwo dozorowaną być mogła. Nadto zauważano, że oświadczenia dzieci brzmiały wprawdzie na pozór różnie, w gruncie jednakże nie zawierały w sobie prawdziwej, istotnej sprzeczności. To wszystko spowodowało nareszcie księdza Weiehsla, że się zgodził na dalsze odprawianie Różańca św. i że Justyna i Barbara brać w nim udział i na zwykłem miejscu klęczeć mogły.

Do wieczora tegoż dnia, 25. Lipca, nie mogła ta wiadomość dzieciom być oznajmioną. Barbara więc, posłuszna rozkazowi, została z rodzicami w domu, ale głęboko była zasmuconą; Justyna zaś sądziła, że nie wykroczy przeciw winnemu posłuszeństwu, jeżeli z po za płotu w ukryciu w różańcowem nabożeństwie udział weźmie. Ale i tu pokazała się jej z znanego miejsca Przeczysta Dziewica, która znowu smutnie wyglądała i powiedziała: „Ludzie teraz jeszcze mniej wierzyć będą, większe przyjdą na was prześladowania, ale na wasze dobro.” W krótce potem dodała: „Barbara Samulowska ma powiedzieć, co widziała.”

Tego samego wieczora klęczały pomiędzy pielgrzymami na cmentarzu także dwie siostry, Magdalena i Marya, w wieku 19 i 16 lat, córki właściciela Antoniego Grunwalda ze wsi Freimarkt, parafii Benem (pod Ornetem, (Wormditt)), gdzie podług wiarogodnych świadectw najlepszej zażywają sławy. Oświadczyły one później ustnie i na piśmie, i są gotowe przysięgą stwierdzić, że ku największemu swemu przerażeniu ujrzały podczas modlitwy różańcowej na zwykłem miejsca objawienia Dziewicę z jaśniejącą KORONĄ lilijową na głowie, ubraną w różową promienistą szatę, stojącą na kwiatach, i z obu stron aż do wysokości ramion uwieńczoną kwiatami, którą miały za Matkę Boską, ponieważ na lewem ręku trzymała dziecko z kwiatami na główce. Obie siostry wzięły udział w Różańcu w Gietrzwałdzie 12 razy i opowiadają, że później jeszcze cztery razy miały to widzenie, ale tylko częściowe, albo jakoby obłokiem jakim zasłonięte, a nigdy już więcej tak czysto i tak dokładnie, jak po pierwszy raz wieczorem 25go Lipca.

Tak skończyły się pierwsze cztery tygodnie objawień. Pierwsza próba była przebyta, ale zbliżała się druga cięższa.

7. Kusiciel.

Koniec miesiąca Lipca i początek Sierpnia upłynął w Gietrzwałdzie bez wszelkiej zewnętrznej przeszkody, owszem przyniósł odwiedzającym to miejsce wiele otuchy i pociechy. Na oba dzieci mieli właściciele, którzy wzięli je pod swoje opiekę, pilne baczenie, i uważali na to, ażeby podczas widzeń i po tychże cały dzień jedna od drugiej była odosobnioną. Lecz mimo to i teraz zgadzały się ze sobą odpowiedzie na postawione pytania, przynajmniej co do treści, najczęściej i co do słów, chociaż zdarzało się nieraz, że jedna lub druga oświadczyła, że nie zatrzymała usłyszanych słów, lub że je zapomniała. I Katarzyna, która począwszy od końca Lipca regularnie na wspólną modlitwę przychodziła, zaczęła teraz na życzenie kilku pielgrzymów i za zezwoleniem proboszcza podczas widzeń pytania stawiać, czego dotąd z wrodzonej nieśmiałości nigdy nie czyniła. Najbardziej jednakże, osobliwie ze strony obcych ludzi, wdowie Bylitewskiej zalecano stawiać pytania tak co do wewnętrznych, jak i zewnętrznych utrapień, jak i co do

środków zaradzenia tymże, gdyż Bylitewska dla swego statecznego usposobienia najlepiej pytania i odpowiedzi zatrzymywała i powtarzała. Zgoda w zeznaniach czterech widzących osób zadziwiała wszystkich przytomnych i trafiała często do przekonania tych nawet, którzy z największemi uprzedzeniami do Gietrzwałdu przychodzili.

Rysy twarzy Najświętszej Panny ukazywały się od 28go Lipca znowu zawsze wesołe. Dnia 30. i 31 go Lipca udzieliła ludowi, gdy dzieci z polecenia księdza oto prosiły, błogosławieństwa w taki sposób, jak kapłan przy ołtarzu błogosławi. Dnia drugiego Sierpnia, którego to dnia przypada uroczystość Porcyunkuli, czyli Najświętszej Panny Anielskiej, ukazała się Matka Boska w niezwykłej jasności, a dwie starsze osoby widziały ją prócz tego przez Aniołów otoczoną. Na powtórzoną wieczorem prośbę o błogosławieństwo, które w ostatnich dwóch dniach przynajmniej widzialnym sposobem nie było udzielonem, nastąpiła odpowiedź: „Ja teraz zawsze błogosławię.” J w rzeczy samej błogosławiła odtąd obecnych zawsze przy każdym Różańcu, zwykle podczas trzeciej tajemnicy, co i powierzchownie po tem poznać można było, że widzące osoby nagle razem głęboko się nachylały i żegnały krzyżem świętym.

Dnia 7go Sierpnia, gdy żądany przez Najświętszą Pannę krzyż (czyli kapliczka albo Boża męka, jak mówią w Warmii i w Zachodnich Prusach) w przeciągu trzech tygodni ku zadowoleniu parafii był ukończony, nadeszła równocześnie wesoła bardzo dla wielu wiadomość z Belgii. Pewien ksiądz bowiem z dyecezyi Warmińskiej wyjeżdżając z Gietrzwałdu zabrał ze sobą kilka listków z klonu i cokolwiek pobłogosławionego płótna, i posłał to do Bois d’Haine (czytaj Boaden) proboszczowi znanej na cały świat Ludwiki Lateau (czytaj Lato) z prośbą, aby uważał na wrażenie, jakie przedmioty te uczynią na stygmatyzowaną czyli napiętnowaną ranami Pana Jezusa dziewicę. Polecenie zostało spełnione. Gdy Ludwika dnia 3 go Sierpnia o godzinie 2^ z południa znajdowała się w zwykłem zachwyceniu, w którem od świata zewnętrznego oderwana widuje tajemnice Męki Pańskiej, podano jej nasamprzod nadesłane liście klonu, przyczem jak zwykle na widok rzeczy poświęconych uśmiechnęła się radośnie. Kiedy jej podano płótno, cieszyła się jeszcze bardziej.

Radość z tej wiadomości miała niestety wkrótce ustąpić smutkowi. Dnia l0go Sierpnia w uroczystość świętego Wawrzyńca rano nie powróciła Justyna, po odprawieniu rannego Różańca, jak to zwykle czyniła, prosto do domu właściciela, który ją do siebie był przyjął, lecz wstąpiła po drodze do domu, w którym mieszka szwaczka Katarzyna Hennig z matką. Obie szyły właśnie suknią dla siostry Justyny i korzystały z tej okoliczności, aby Justynę zaprosić do siebie i wypytać się ją o to i owo. Dziewczę tak zawsze zdrowe uczuło naraz słabość i położyło się za namową przytomnych na łóżko. Usnęła zaraz, ale w krotce potem obudziła się, bo zdawało jej się, jakoby ją kto uchwycił za rękę. Obudziwszy się ujrzała nad sobą Najświętsza Pannę w ten sam sposób, co zawsze, a u nóg jej sześć trumien. Jedna z tych była oznaczona jako jej własna. Zdawało jej się także, jakoby, nim jeszcze widzenie to znikło, słyszała to wezwanie: „Przychódź tu zawsze.”

Nazajutrz po nabożeństwie popołudniowem opowiedziała Justyna małej Barbarze o tem, co się jej przydarzyło i zawezwała ją, aby poszła z nią do domu onej szwaczki, gdyż tamtejsze obja­wienie widocznie i dla niej było. Barbara mniemając, że powinna iść za tem wezwaniem, wyprosiła sobie pozwolenie u gospodyni, u której się znajdowała. Tak więc udały się obie około trzeciej godziny po południu do onego domu. Tu uczuły obie wkrótce wielką słabość i mdłość, tak, iż za radą troskliwych mieszkańców onego domu na łoże się pokładły. Barbara zdrzymnęła się nieco, poczuła się jednak, nie wiedząc od kogo, przebudzoną, i ujrzała podobnie, jak Justyna, która tym razem wcale nie usnęła, tę samą postać, którą na klonie widywała, otoczoną mnóstwem aniołów, unoszącą się nad łóżkiem. Po niejakim czasie rzekło widzenie to do dzieci: „Ja wam teraz zawsze pokazywać się tu będę. Przychodźcie tu codzień, chociażby wam inni surowo zakazywali.” Potem zginęło widzenie i ukazała się postać Anioła trzymającego w ręce wstęgę, na

której można była wyczytać następujące słowa w polskim napisane języku: „Rozjaśnienie nad swojemi grzechami, chcąc je dobrze poznać.”

Skoro dzieci, które po tem widzeniu czuły się bardzo osłabionemi i zaniepokojonemi w sercu, znowu nieco do siebie przyszły, udały się do proboszcza i opowiedziały mu, co je spotkało i jakie odebrały polecenie. Proboszcz zganił je nasamprzód surowo za nieposłuszeństwo, że wbrew jego rozkazowi nie powróciły zaraz do domu, lecz gdzie indziej wstępowały, potem zakazał im stanowczo bez swego pozwolenia domu owego odwiedzać. Ze łzami w oczach powoływały się Justyna i Barbara na powyższy rozkaz najświętszej Panny, która im była poleciła pod każdym warunkiem tam przychodzić, a której nieposłusznemi być nie mogły. Ksiądz Weichsel, który u dzieci tak zawsze posłusznych po raz pierwszy znalazł opór, przypomniał im słowa Zbawiciela: „Kto was słucha mnie słucha” i kazał im na wieczornej modlitwie różańcowej zapytać się Najświętszej Maryi Panny, czyli księdza słuchać mają? Odebrały odpowiedź: „Macie księdza słuchać”, poczem powrócił do ich serc dziecięcych pierwotny spokój i wesołość, którą na krótki czas były utraciły i nigdy już odtąd do tego domu nie wstępowały.

Daleko natarczywszemi jednak i trudniejszemi, niż u dzieci, były próby, na które pod tenże czas obie starsze widzące osoby t.j. dziewica i wdowa wystawione były. Ukazywały im się bowiem widzenia niespodzianie, w niezwykłej liczbie i postaci, jako też po za zwykłym czasem i miejscem i wśród okoliczności, które takowe w najwyższym stopniu podejrzanemi czyniły.

Poraz pierwszy wydarzyło się coś takiego wdowie Bylitewskiej ostatniej niedzieli Lipca. W dniu tym przypada w sąsiedniej parafii Szombruku uroczystość św. Anny z odpustem, dokąd od dawna i parafia Gietrzwałdzka w kompanii się udaje. I Elżbieta Bylitewska wzięła tym razem w niej udział, a po skończonem nabożeństwie odmawiała z wielu innymi obecnymi modlitwy, które pod ten czas w Gietrzwałdzie pod klonem odprawiane były W tedy naraz ujrzała przed sobą znajomą sobie postać Nąjświętszej Panny, i usłyszała te słowa; „Ja i tu jestem”.

Więcej jeszcze podpadło, gdy w 14 dni później, 12go Sierpnia, tak wdowa, jak Katarzyna po skończonym Różańcu w Gietrzwałdzie długi jeszcze czas widziały objawienie po rozejściu się już innych modlących się. W czterech następnych dniach obie osoby tyle miewały widzeń, że te istotnie wszystko były wstanie poplątać. Katarzyna widziała je dwa razy na polu przy robocie, dwa razy w drodze do domu, raz w swoim domu, potem raz po raz przed modlitwą różańcową i po modlitwie na cmentarzu nad zwykłem miejscem objawień, i kilka razy nawet w plebanii i w kościele. Gdy razu pewnego w tym czasie modliła się w kościele, ujrzała postać Najświętszej Panny cokolwiek mniejszą, niż zwykle, stojącą w białej sukni i w białym płaszczu przed Najświętszym Sakramentem, tak iż i Najświętszy Sakrament i palące się przed Nim świece zupełnie były zakryte. Prócz tego ukazywało się jej zjawienie w tych nadzwyczajnych razach co chwilę inaczej, najczęściej w białej szacie z niebieskim płaszczem i z Dzieciątkiem Jezus obok stojącem. Czuła się przytem, czego dawniej nigdy nie bywało, nadzwyczajnie osłabioną i zmęczoną, potem smuciła się i popadała w rospacz i stawała się niezdolną ani do pracy, ani do modlitwy. To samo działo się w dniach od l?, do 17go Sierpnia z wdową Bylitewska. Począwszy od uroczystości Porcyunkuli widywała regularnie Najświętszą Pannę w obszernym, jaśniejącym jak złoto płaszczu, u góry złotą sprzączką spiętym. W wszystkich objawieniach, które miewała po za czasem wspólnej modlitwy różańcowej, kolor płaszcza nigdy nie był złotawo-żółty, lecz albo niebieski, albo biały. Widywała także w tymże czasie obok lub też u nóg Najświętszej Panny już to Ojca św., już też grób Chrystusów, już też pochód pogrzebowy, i trumny, przyczem usłyszała te słowa: „Ta trumna jest dla was wszystkich, albowiem przyjdzie zaraźliwa choroba i wielu umrze”.

Dnia 15. Sierpnia, w którym to dniu dla przypadającej właśnie uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny bardzo wielu obcych pielgrzymów się zeszło, była Najświętsza Panna podczas trzykrotnej modlitwy na cmentarzu nadzwyczaj wesołą i otoczoną mnóstwem Aniołów

śpiewających i grających. Gdy wieczorem obie starsze widzące osoby w obec kilkunastu świadków w plebanii sprawę z tego zdawały, straciły nagle podczas opowiadania przytomność i oświadczyły, przyszedłszy w kilka minut do siebie, iż pokazała im się co dopiero nad obrazem Matki Boskiej w izbie Najświętsza Marya Panna. Nazajutrz powtórzyło się to samo w podobny sposób w sieni także na plebanii. W obu tych przypadkach wyraz twarzy wdowy i dziewicy więcej obecnych przeraził, niż zadziwił. Wyglądały bowiem zupełnie inaczej, jak zwyczajnie, lub podczas modlitwy różańcowej. Podczas kiedy dotąd przy objawieniach rysy twarzy osób widzących, wyjąwszy oczy szeroko otwarte i nieruchome, wyglądały jak zwykle i tylko wyrazem serdecznego nabożeństwa były niejako przemienione, to w ostatnich dwóch przypadkach oblicze obu osób było zeszpecone i trupiej bladości z oczyma jakby krwią nabiegłemi i mocno wypukłemi, tak że te różne skutki i najsłabszemu oku były widoczne i mimowoli nasuwało się pytanie, jaka tego może być przyczyna?

Nakazano więc wieczorem 16. Lipca obu dzieciom ze względu na zdarzenie dni ostatnich, zapytać się podczas wspólnej modlitwy Najświętszej Panny, dla czego im onegdaj kazała chodzić do domu szwaczki? Justyna, która, jak wiadomo, pierwsza tam była poszła, nie otrzymała żadnej odpowiedzi; Barbara zaś oświadczyła, że objawienie rzekło: „To było od złego ducha”.

Nazajutrz rano pytały się dalej dzieci, czy inne osoby także widziały na innych miejscach i za modlitwą różańcową Najświętszą Pannę? Obie odebrały odpowiedź: „To było od djabła”.

Ale jeżeli djabeł, tak można było sobie pomyśleć, w rozmaitych czasach i na rozmaitych, nawet świętych miejscach mógł się nietylko przyodziać w postać anioła, lecz także przyjmować postać Matki Boskiej i zwodzić osoby widzące, czemuż nie umiałby być wstanie uczynić tego samego podczas Różańca św. na cmentarzu? Różne skutki, jakie objawienia te wywierały na ciało i duszę, wskazywały wprawdzie na różne, wręcz przeciwne nawet źródło objawień; nowe jednakże dochodzenie przyczyny żadną miarą nie było zbytecznem. Uczyniono to niebawem w południe dnia 17. Sierpnia. Obie starsze osoby otrzymały rozkaz, aby podczas modlitwy postać, skoro im się na drzewie pokaże, pokropiły święconą wodą. Obie zamierzały to uczynić po ukazaniu się objawienia, ale nie mogły. Najświętsza Mary a Panna uśmiechnęła się i rzekła do nich: „Co wy teraz chcecie!” Zaraz potem zauważyły, ze zjawienie stało się widocznie jaśniejszem i piękniejszem. W tej samej bowiem chwili z innej strony kropił ktoś święconą wodą ku miejscu objawienia.

Obu dzieciom rozkazano równocześnie, aby, skoro im się postać ukaże, plwały ku niej. Dziewczęta oba oświadczyły każda osobno, iż tak miały w ustach sucho, że nie były wstanie rozkazu wypełnić.

Gdy dnia następnego w południe zapytała się wdowa Bylitewska, dla czegoby miała one fałszywe widzenie, otrzymała odpowiedź: „Dla pychy.” Biedna kobieta, która całą swą powierzchownością czyni wrażenie szczerej, dziecięcej pokory, nie mogła z początku znaleźć w sobie nic takiego, z czegoby pychą unosić się mogła. Nareszcie przypomniała sobie, że bardzo wielu obcych, chcąc się czego od Matki Boskiej dowiedzieć, do niej się udawało, ponieważ łatwiej i lepiej wszystko rozumiała i zatrzymywała w pamięci, aniżeli niedoświadczone w wielu przypadkach życia dzieci, lub więcej w sobie zamknięta Katarzyna. Z tąd przyszło jej nieraz na myśl, że ona lepiej się wywięzuje ze swego zadania, aniżeli inne trzy osoby widzące i mniemała, że to jest zapewne ta pycha za którą została ukarana fałszywemi widzeniami, a których było ogółem 24.

I Katarzyna razem z wdową to samo postawiła pytanie a jako odpowiedź usłyszała te słowa: „Tyś sobie za wiele do głowy brała względem prześladowania.” I tak też było. Razu pewnego bowiem po modlitwie różańcowej zapytał ją jeden z obecnych żandarmów o imię jej i nazwisko i groził jej przytem: „Ty jeszcze pójdziesz do więzienia.” Zamiast stosownie do napomnienia apostolskiego zdać wszystkie troski na Pana i w pełnem zaufaniu do Niego się udać, myślała

często z bojaźnią o więzieniu i trapiła się, co się potem z jej matką stanie. Przekonała się teraz, że to właśnie było przyczyną, dla której ogółem 25 razy miała widzenie złego ducha.

U dzieci przyczyna wzmiankowanego już czartowskiego widzenia w domu szwaczki, gdyż innych nie miały, była jasną. Chociaż na pozór w małej tylko rzeczy były jednak niepołuszne. Gdy Justyna wieczorem 17go Sierpnia wyraźnie o przyczynę tego się zapytała, odpowiedziano jej: „Macie księdza słuchać.”

Tak zatem przystąpił kusiciel do czterech widzących osób, aby je różnemi zwodniczemi widzeniami zastósowanemi do ich wieku i właściwości, w swoje sidła uwikłać. W dzieciach starał się podkopać skore dziecięce posłuszeństwo, u dziewicy zachwiać ufność w Bogu, a u wdowy podkopać głęboką pokorę, co mu się też częściowo powiodło. Przez nieoględność swoję za mało zważały na pierwszą część onego napomnienia Apostoła św.: „Czuwajcie i módlcie się,” a skutki tej nieostrożności niebawem się pokazały. Ale surowa ta kara Boża miała być zarazem lekarstwem, i mogła stać się na zawsze najskuteczniejszą obroną przeciw zasadzkom djabelskim. Kiedy nawet Apostołowi narodów, jak sam o tem pisze w liście do Koryntyan, przydany był szatan-aniół, ażeby z wielkości swych objawień się nie wynosił, o ileż potrzebniejszy był podobny środek dla słabych, niedoświadczonych niewiast, których pokora i wewnętrzne życie chrześciańskie przez łatwą wprawdzie do wytłómaczenia, ale mimo to nie mniej niebezpieczną ciekawość i podziw niektórych pielgrzymów na tyle pokus wystawione były!

8. Badania kościelne.

Podczas gdy wieść o objawieniach Gietrzwałdzkich ustnie i przez dzienniki w najodleglejsze strony już była dotarła pod niejednym względem przekręcana lub przesadzana, zwierzchność natomiast kościelna aż do pierwszych dni Sierpnia nie miała o onych zdarzeniach najmniejszego urzędowego zawiadomienia. Najprzewielebniejszy Arcypasterz Dyecezyi Warmińskiej, Biskup ksiądz Dr. Filip Krementz dowiedział się o nich dopiero z pewnej gazety Królewieckiej, którą przypadkiem dostał do rąk w podróży na Litwie, gdzie bierzmował. Gdy powróciwszy do domu, żadnej nie znalazł o tem wiadomości, zawezwał pod dniem 6go Sierpnia miejscowego proboszcza, aby mu nadesłał sprawozdanie z zaszłych wypadków i otrzymał takowe wnet w obszernem piśmie opisującem szczegółowo wszystkie zajścia aż do 7. Sierpnia w porządku, w jakim się wydarzyły.

Na mocy tego pisma mianował Najprzewielebniejszy ksiądz Biskup Filip dnia 18. Sierpnia, celem urzędowego zbadania wypadków Gietrzwałdzkich komisarzami swymi ks. dziekana z Olsztyna, najbliższego kościelnego przełożonego księdza Weichsla, i ks. dziekana z sąsiedniego dekanatu Wartenborskiego. W szczególności poruczono im gruntowne zbadanie osobistości i wiarogodności najbliższych świadków tych tak zwanych objawień, treści tychże objawień, autentyczności pogłosek o nagłych uzdrowieniach i nareszcie zaszłych dotąd skutków tych zdarzeń.

Obaj księża dziekani, podobnie jak ks. Weichsel, niemieckiej są narodowości, niemieckie odebrali wykształcenie, obaj w wieku więcej 50 lat, obaj niegdyś katoliccy nauczyciele religii przy gimnazyum protestanckiemu później inspektorowie szkolni przez rząd ustanowieni, obaj przez długie lata w obwodzie Olsztyńskim sprawowaniem obrządków duchownych wśród polskiej ludności zajęci i dla tego dobrze kraj i lud swój znający, udali się po poprzedniej naradzie dnia 22. Sierpnia wspólnie do Gietrzwałdu. Bawili tam przez dwa następujące dni, dnia 30. Sierpnia znowu powrócili i tak spędzili na miejscu całe cztery dni na dociekaniu prawdy. W tym czasie w obecności i wspólnie z obecnymi tamże właśnie innymi duchownymi badali bardzo ściśle widzące osoby, oświadczenia ich, jako też i innych wiarogodnych świadków spisywali protokolarnie w miejsce przysięgi, kazali sobie przedłożyć wszystkie dotychczasowe piśmienne notatki miejscowego proboszcza i przesłali pod dniem 31. Sierpnia władzy biskupiej z

dołączeniem aktów obszerne sprawozdanie, w którem wszystkie przez tęż władzę stawione punkta jeden po drugim wyłuszczone były. Niektóre ważniejsze ustępy z tego urzędowego sprawozdania poniżej załączamy.

l. Z pomiędzy świadków objawień mieszka Justyna, począwszy od 29. Czerwca u właściciela Józefa Gross w Gietrzwałdzie, u którego niegdyś gęsi pasała i gdzie starsza jej siostra obecnie jeszcze w służbie pozostaje. Barbarę Samulowskę zaś przyjął przed czterema tygodniami właściciel Józef Gross w Worytach do swego domu. Obie wydają się skromne, proste, naturalne, nie masz w nich żadnej przebiegłości, są wstydliwe i grzeczne, w całem swojem zachowaniu przed zjawieniami i po takowych przedstawiają się jako prawdziwe, naiwne dzieci, jakoby ich nawet nie obchodziły wcale zdarzenia, które umysły tylu ludzi zaprzątają. Gdy im się nadarzy sposobność do zabawy z innemi dziećmi, to biorą z radością w niej udział, jak zwykle dzieci, tak bezpośrednio przed widzeniami, jak i po widzeniach. Na stawiane im pytania odpowiadają wprawdzie cokolwiek bojaźliwie, szczególniej, gdy po raz pierwszy kogoś ujrzą, ale jednak bez wahania się i stanowczo, tak iż już z tego wnosić można, iż to, o czem mówią, rzeczywiście miały przed oczyma. Nad objawieniami, które miewają, nie zastanawiają się, lecz biorą je po prostu tak, jak się im podają. Podczas extazy oko ich nieruchomie ku objawieniu jest zwrócone; różne doświadczenia czynione za pomocą ściskania rąk, zasłaniania oczu, kłócia igłą, nie wywoływały żadnego na nich wrażenia. Zresztą twarz i postawa ich wcale się nie zmieniają. Podług świadectwa proboszcza i obu co dopiero wzmiankowanych właścicieli Gross, są dzieci te moralne, posłuszne, chętne do pracy, niekłótliwe, i w ogóle wolne od wszelkiej przygany; osobliwej skłonności do nabożeństwa nie okazują. Podczas Różańca św. bywają nawet początkowo roztargnione, aż dopóki objawienie nie nastąpi. Nie przyjmują żadnych podarków, i wielokrotnie odrzucały takowe, gdy im je ofiarowano, chociaż rodziców mają ubogich i cała ich powierzchowność zdradza niedostatek. Odwiedzały zwyczajną szkołę wiejską i mierne tylko czyniły postępy; czytają i piszą dość dobrze po polsku i niemiecku i mówią cokolwiek po niemiecku.

Wszystko to razem wzięte każe wnosić, że dzieci nie chcą oszukiwać, że ich zeznania w ogóle są prawdziwe, a zapominanie zadanych im pytań, niektóre różnice w odpowiedziach, które miały otrzymać, na karb słabego ich pojęcia i słabych zdolności policzyć należy.

Zdanie, jakoby z kądinąd namawiane były, jakoby się między sobą co do odpowiedzi porozumiewały lub odpowiedzie same sobie wymyślały, nie ma najmniejszej podstawy.

Wdowa Elżbieta Bylitewska zachowaniem się swojem czyni wrażenie niewiasty spokojnej, rozumnej i skromnej. Zdaniem proboszcza jest ona wprawdzie kobieta pobożną, żadną miarą jednak nie należy do tak zwanych dewotek, czyli pobożniś; w rozmowie okazuje się rozsądna, wolna od przesady; zeznania swe podaje stanowczo i wyraźnie, zażywa powszechnie dobrej sławy i zdaje się, że i jej nie można podejrzywać o brak zamiłowania prawdy i rzetelności.

Również Katarzyna Wieczorek przedstawia się jako prosta i skromna dziewczyna. W jej opowiadaniach niema nic wyszukanego; opowiada po prostu, nieraz nawet cokolwiek niezgrabnie, ale bez wahania się to, co widziała, i całą swą postawą czyni wrażenie poczciwej, skromnej i prawdę miłującej osoby.

2. Co się tyczy słów, które widzące osoby od Matki Boskiej słyszeć miały, to przedewszystkiem i w ogóle godnem jest uwagi, że rzekome objawienie w dawanych odpowiedziach zawsze zaleca pewne ćwiczenia pobożne, poprawę życia i wzywa do bojaźni Bożej.

Już w samym początku, dnia 30. Czerwca, żąda, ażeby ludzie codzień odmawiali Różaniec. Chorym, którzy wiele pytań stawiają, w ogóle zachwala i nakazuje modlitwę, tylko kilka razy z dodatkiem, ażeby używali pobłogosławionej wody i płótna, i aby wódki nie pili. Osierocone parafie zachęca do gorliwej modlitwy, że wtedy otrzymają pasterzy i odzyskają swe kościoły; że

ustawiczna modlitwa przyspieszy zwycięstwo prawdy, powstrzyma dalsze udręczenia, odstraszy lud od złego. Za umarłych żąda również modlitwy z dołączeniem Mszy św.; Msza św. nie ma być z powodu szkoły zaniedbywaną; skrupulatka ma słuchać swego spowiednika; dzieci mają być posłuszne swemu proboszczowi. Krzywoprzysiężcom, pijakom i wszetecznikom grozi karami; życie zakonne zowie dobrem i zbawiennem.

Ponieważ dzieci odnośne pytania odbierają dopiero bezpośrednio przed rozpoczęciem Różańca i to każde z osobna, ponieważ podczas nabożeństwa bywają ustawiane jedno od drugiego osobno, i tak długo pod ścisłym dozorem pozostają, dopóki z każdorazowego objawienia nie zostaną wysłuchane, ponieważ tym sposobem wzajemne poprzednie porozumiewanie się jest niemożliwem, więc w takich warunkach i sama treść odpowiedzi, przechodząca stopień wykształcenia zwyczajnych dzieci, słusznie za dowód rzetelności dzieci i rzeczywistości objawień poczytaną być winna. Takiemi odpowiedziami są następujące:

Dnia 28. Lipca: „Co to znaczy, kiedy kto fałszywie przysięga?” „Taki nie jest godzien, aby się dostał do nieba. Od złego ducha został do tego namówiony”. Pytanie to jednakże właściwie tak było postawione: „Dla czego wielu ludzi fałszywie przysięga?” Na to na powtórne pytanie taką była odpowiedź: „Szatan chodzi teraz przed końcem świata, jak pies zgłodniały, aby pożerać dusze”. Dnia 8. Sierpnia; „Która modlitwa bywa prędzej wysłuchaną, modlitwa do Boga, czyli do Najświętszej Maryi Panny?” „Tak nikt nie ma się pytać, ale modlić się”. Dnia 11. Sierpnia: „Jaką pokutę czynić ma pewna osoba skrupulatna?” „Niech się spyta spowiednika.” Dnia 17. Sierpnia: „Czem można lud odstraszyć od złego?” – „Modlitwą.”

3.     Wpływ objawień na wiernych jest dobry co w tem się szczególnie pokazuje, iż nieomal wszyscy odwiedzający to miejsce poprzednio w swoich kościołach parafialnych, albo też w samym Gietrzwałdzie, jeżeli z daleka przybyli, spowiedź św. odprawiają. Obok tego także z drugiej strony wiele widać niedowiarstwa i powątpiewania o rzetelności objawień z tej przyczyny, iż dotychczas żadnym jawnym, niezaprzeczonym cudem lub uzdrowieniem nie zostały potwierdzone.

Pomimo wielkich tłumów ludu zgromadzających się na cmentarzu pod klonem podczas modlitwy panuje zdumiewająca cisza. Kościół zawsze jest przepełniony; we wsi zaś, choć tak wielu ludzi obcych przebywa i po domach szuka sobie przytułku, nigdzie pokój nie został zakłócony, ani żadne nie zaszły nieporządki, tak, iż nawet urzędnicy policyjni tamże ustawieni przyznać musieli, że zupełnie są tam niepotrzebni i życzyli sobie innego zajęcia.

Cisza ta i ten spokój nawet na innowierców wielkie czyniły wrażenie.

4.       „Ze wszystkich badań naszych”, tak kończą obaj dziekani swoje sprawozdanie, „doszliśmy do tego przekonania, że objawienia w Gietrzwałdzie muszą mieć realną podstawę. Prostota dzieci, ich jednostajne zachowanie się od początku objawień aż dotychczas, ich dobra sława, ich dziecięce, grzeczne obyczaje, ich bezinteresowność nie szukająca żadnego zysku, wszystko to wyklucza wszelką wątpliwość co do ich zamiłowania prawdy i rzetelności. Dowód rzetelności ich znajdujemy także w tem, że ilekroć oświadczenia ich nie zgadzały się z sobą”, (n.p. co do chorągwi, o których już była mowa) „nigdy jedna nie zastosowała się do oświadczeń drugiej, ale po prostu pozostawała przy tem, co raz powiedziała. Za tem przemawiają także te przypadki, w których jedna albo druga z nich objawienia nie widziała. Gdyby tu było naprzód obmyślone oszustwo, albo pycha w sercach dzieci, toby te z pewnością nie były ze smutkiem i boleścią opowiadały: „Najświętsza Panna dziś mi się nie pokazała.” Prawda, iż to, co tu przytaczamy, jako dowód ich rzetelności, mógłby kto przeciwnie postawić jako dowody przebiegłego wyrachowania i wyrafinowanego oszustwa; ale już jaka taka znajomość ludzi, nawet powierzchowny rzut oka na dzieci wystarcza, aby nabyć przekonania, że przy takiej prostocie i naturalności wszystko inne raczej byłoby możebne, niż przebiegłość i chytrość. Podobny sąd musieliśmy sobie utworzyć także o Wieczorkównie i Bylitewskiej, chociaż w ogóle

osób tych nie poddaliśmy tak surowemu śledztwu i badaniu. Wielorakie za fałszywe uznane widzenia, jakie miały, większą nakazują względem nich przezorność. To jednakże naszem zdaniem jest rzeczą pewną, że i one rzeczywiste mają widzenia”.

W końcu, trzeba dodać tu jeszcze uwagę, że widzenie to o tyle od wizyi Świętych się odróżnia, że u ostatnich, jak wiadomo, jedno słowo, nawet wewnętrzny tylko akt woli przełożonych wystarcza, aby ich z najwyższego stopnia ekstazy do samowiedzy przywołać, podczas gdy tu usiłowania, by osoby mające widzenia za pomocą kościelnego posłuszeństwa z ekstazy w ich zwyczajny stan na powrót przenieść, żadnego nie miały skutku.

9. Różnice i sprzeczności w objawieniach i odpowiedziach.

Wypadek pierwszego śledztwa przez zwierzchność kościelną zarządzonego był zatem, jak czytelnicy z przytoczonych ustępów urzędowego sprawozdania sami się przekonują, istotnie pomyślnym dla ściśle badanych osób i zdarzeń. Przytem jednakże sprawozdawcy stosownie do obowiązku swego nie zaniedbali zwrócić uwagi i na te okoliczności, które z razu przynajmniej przeciw zupełnej wiarogodności głównych świadków objawień przemawiać się zdawały. Zwrócili bowiem uwagę na powtarzające się sprzeczności, chociaż tylko na pozór i w mniej ważnych punktach zachodzące w orzeczeniach widzących osób, a które nie zawsze zaraz pogodzić się z sobą dawały. Różnice odnosiły się tak do postaci objawiającej się osoby, jak też do słów od tejże słyszanych: Że Najświętsza Marya Panna od samego początku wdowie, pannie i dzieciom w odmiennej postaci się objawiała, pokazało się to natychmiast przy pierwszem opowiadaniu tych czworga osób. Teraz zaś w toku kościelnego badania wykryło się i to, że oba dzieci nie oglądały objawienia w jeden i ten sam sposób. Justyna n.p. opowiadała, że widziała jasne promienie u rąk, u stóp i szyi Najświętszej Panny, Barbara zaś widziała jasne promienie u rąk, wspominała jednak i o światłych promienach u stóp Jej. Tak samo oświadczyła, że przepaska szaty była na palec grubą, okrągłą i na spadających fałdach szaty tylko po bokach widzialną, podczas gdy wedle zeznania Justyny była ona na cal szeroką, płaską i z przodu zupełnie widzialną.

Dla tego zalecono dzieciom, aby się Matki Boskiej zapytały, czy i dla czego każda z nich w inny sposób Ją widuje? Na to Barbara wieczorem 22. Sierpnia taką otrzymała odpowiedź: „Bądź­cie kontente z tego, jak się wam pokazuję.” Justyna zaś równocześnie słyszała słowa: „Aby ludzie lepiej wierzyli.”

Jeżeli obie te odpowiedzie istotnie na jedno wychodziły, to natomiast wyraźniejsza sprzeczność okazała się dnia następnego. Dnia 19. Sierpnia bowiem obie oświadczyły, ze Najświętsza Panna mówiła im, iż przebywać tu będzie aż do „Narodzenia Matki Boskiej.” Z tego powodu zadano im teraz jeszcze dalsze pytanie: „Którego dnia i o której godzinie Najświętsza Panna pokaże się po ostatni raz?” Na to Justyna 22. Sierpnia w południe odebrała tę odpowiedź: „W sobotę w moje Urodziny wieczorem o dziewiątej godzinie.” Barbara zaś, która dopiero nazajutrz rano o to samo się zapytała, twierdziła, że Matka Boska mówiła do niej: „W moje urodziny w Niedzielę wieczór.” Gdy dzieciom zwrócono uwagę na tę sprzeczność i surowo im przedstawiono, że albo obie kłamią, albo z pewnością jedna z nich z prawdą się mija, nie okazały najmniejszego nawet śladu niepokoju, zawstydzenia lub bojaźni, lecz spokojnie każda pozostała przy swojem. Polecono im tedy, ażeby w południe jeszcze raz to samo stawiły pytanie. I w tedy Justyna oświadczyła: „Najświętsza Panna mówiła mi: „Po ostatni raz pokażę się tu w dzień Mojego Narodzenia w Sobotę wieczór o dziewiątej godzinie. Tyś dobrze powiedziała; tamto dziewczę się pomyliło.” Gdy ta odeszła, niezwłocznie przesłuchano Barbarę, która od Justyny zupełnie była oddzielona, i która teraz nie okazując najmniejszego zmieszania oświadczyła: „Powiedziałam niedobrze; tamta ma słuszność. Najświętsza Panna mówiła mi: „Tyś nie dobrze uważała. Ja tu po ostatni raz pokażę się w Sobotę o dziewiątej godzinie”; tj. dnia 8. Września,

który jest właściwym dniem Narodzenia Matki Boskiej, podczas gdy w dyecezyi Warmińskiej święto to obchodzi się w następną Niedzielę, w tym roku przeto dnia 9. Września.

Niezgodne te odpowiedzi i sprzeczności w orzeczeniach osób tych miewających widzenia, które, co prawda, ostatecznie zawsze się znów dawały z sobą pogodzić, naprowadziły zwierzchność duchowną, jeżeliby tego jeszcze było potrzeba, ponownie na starodawną, w ciągu wieków wielokrotnie doświadczoną i przez teologów zawsze uznawaną następującą regułę: W wszystkich objawieniach i widzeniach, nawet pochodzących od Pana Boga, jako n.p. tych, jakie mieli bezbożny Faraon i Baltazar, Św. Szczepan, Ananiasz i wielu św. męczenników i wyznawców wszystkich wieków chrześciańskich, zawsze pozostaje możebnem, że objawienia te przy przejściu swojem przez umysł odbierającego je i przy opowiadaniu tychże innym, zostaną zamącone i przez to po części staną, się błędnemi. Z widzeniami zatem tego rodzaju żadną miarą nie jest koniecznie osobom widzącym udzielony dar nieomylnego i niezamąconego zrozumienia, pamiętania i opowiadania, jaki n.p. był udzielony autorom Pisma św., a tem mniej jeszcze tym, którzy opowiadanie o takich objawieniach z ust widzącego słyszą i takowe opisują. J tu zatem, podobnie jak w wyrokach kościelnego urzędu nauczycielskiego, niema bezpośrednio gotowych prawd, któreby bez dalszego trudu można przyjmować i bez wszystkiego w zastosowanie wprowadzać, a niema ich już dla tego samego, że inaczej wiara nie miałaby żadnej zasługi. Znakomity znawca rzeczy mistycznych, Józef Górres, tak o tem słusznie się wyraża: „Z tej strony życie ludzkie nie jest wolne od klątwy pracy mozolnej, i kiedy przyswoić sobie pragnie, co ze świata nadprzyrodzonego mu bywa podawanem, to jak przy zdobywaniu płodów ziemi, może wejść w posiadanie tylko po zwalczeniu dzikich potęg, i po mozolnem wykarczowaniu wespół wyrastających cierni i ostów.”

To też tłómaczy i usprawiedliwia zupełnie światłą ostrożność, jaką Kościół święty zachowuje w kwestyach do zakresu tego należących. Nauki i zasady, które Kościół przechowuje, nie pochodzą z widzeń, i nie mogą też widzeniami być doświadczone i sprawdzone. Przeciwnie Kościół sam, jako kolumna i twierdza prawdy przez samego Chrystusa na ziemi ustanowiona ma prawo i obowiązek wszystkiego doświadczać i to tylko, co jest dobrem, zatrzymywać. Nie przecenia przeto widzeń, objawień i innych nadprzyrodzonych wypadków, ani ich nie szuka, ale też nie gardzi niemi, ani ich się nie obawia. Chętnie zatem dzieci tegoż Kościoła świętego powtarzają za Arcybiskupem Fenelonem, co tak pięknie pod tym względem powiedział: „Nie daj Boże, abyśmy przemawiali za płochą łatwowiernością wobec niejasnych widzeń, ale nie daj też Boże, abyśmy chwiali się w wierze, kiedy Bóg objawiać nam się chce! Do czego to już przyszło, jeżeli w zgromadzeniach dzieci Bożych nikt już nie ma odwagi głosić darów ich Ojca? Bo zkądże ten pogardliwy uśmiech, wy małowierni, gdy wam kto opowiada, co ręka Boża zdziałała? Biada tej cielesnej mądrości, która nie dozwala nam kosztować, co z Ducha świętego jest! Więc dosyć jest, nie chcieć wierzyć, aby uchodzić za ducha mocnego? Czy owszem nie jesteśmy równie słabi i równie ślepi, gdy nie możemy wierzyć tego, co jest, jak gdy przyjmujemy to, co nie jest? Wy słabe duchy, gorszycie się z samych wyrazów: cud i objawienie, a nie wiecie jednak, jak wielkim jest Bóg, jak bardzo lubi prostaczkom w prostocie się udzielać!”

10. Zdania lekarskie.

Od ukończenia poszukiwań kościelnych aż do zwiastowanego przez dzieci końca objawień, ósmego Września, zaledwie kilka tylko jeszcze pozostawało dni. Ponieważ o umyślnem oszukaństwie widzących osób zdaniem wszystkich kompetentnych i bezstronnych badaczy nie mogło być mowy, ponieważ niektóre dostrzeżone sprzeczności w odpowiedziach wskazywały na konieczność odróżniania prawdziwych widzeń od ludzkiego błędu i mamideł djabelskich, same zaś potwierdzić tylko mogły poczciwość świadków i ich zamiłowanie prawdy, jedna tylko pozostawała jeszcze możliwość wyjaśnienia opowiadanych zdarzeń dla tych, co nadprzyrodzonej przyczyny onychże przypuścić nie chcieli. Wiadomą jest rzeczą, ze w niektórych chorobach osobliwie katalepsyj, w chorobach nerwowych i mózgowych, wyobraźnia tak żywo przedstawia

duchowi obrazy, iż zdaje się człowiekowi, że własnemi oczyma na nie patrzy, że słucha ich własnemi uszami. U pijaków, u osób leżących w gorączce i obłąkanych podobne złudzenia zmy­słów nikogo nie zadziwiają. Czyż zatem i tutaj tajemne jakie cierpienie, lub wrodzone usposobienie nie było może przyczyną tych mniemanych widzeń i onego pojawiającego się przytem stanu duszy i ciała? Prawda, że wszystkie cztery osoby, miewające owe widzenia, zdawały się na pozór zupełnie zdrowe, i twierdziły, że zawsze zdrowemi były; naprężenia umysłu przy stosunkowo mało rozwiniętej ich wyobraźni i spokojnem usposobieniu nikt nie mógł u nich dostrzedz, ale co dla zwyczajnego badacza jest zakryte, mógł może świadomy lekarz odkryć na pierwszy rzut oka. W każdym razie, aby dojść jakiejś pewności, było pożądaną i owszem konieczną rzeczą, aby postarać się o zdanie lekarskie w tej sprawie i to natychmiast, bo krótko już tylko miały trwać objawienia.

Najprzewielebniejszy ksiądz Biskup Warmiński przekonany o pożytku i potrzebie lekarskiego badania, czynił wszystko, co mógł, aby takowe przyszło do skutku. W podróży po dyecezyi przybył przy okazyi z Glotowa do Gietrzwałdu, aby nie tylko z ustnego i piśmiennego sprawozdania innych osób, lecz z własnego także przypatrzenia się wyrobić sobie sąd o tamecznych wypadkach. Przybywszy dnia 4. Września po południu całkiem niespodzianie do Gietrzwałdu, przypatrywał się z okna plebanii przez cały czas trwania objawienia nie daleko klęczącym czterem osobom tak tego samego dnia wieczorem, jak nazajutrz rano, poczem i sam i przez inne osoby stawiał im różne pytania i zanim dnia 5. Września odjechał, wyznał otwarcie swoje zadziwienie, że żaden lekarz dotąd zjawiska tego nie zbadał, wynurzając zarazem życzenie, aby to jak najprędzej nastąpiło.

Życzeniu jego, które przy teraźniejszych okolicznościach na niejedne napotykało trudność, stało się w krotce zadosyć. Wielkiem wrażeniem, jakie zdarzenia Gietrzwałdzkie i w najdalszych kołach wywarły, jako też częścią pośrednio, częścią bezpośrednio zaproszeniem biskupiem spowodowani, przybyli jeszcze przed końcem objawień zupełnie niezależnie od siebie trzej lekarze z trzech miasteczek Warmii, aby osoby widzenia miewające poddać sumiennemu zbadaniu. Pan Dr. Dittrich z Gutstadta, który już 5. Września był przybył, doświadczał je tego samego dnia i następnego trzy razy; p. Dr. Poschmann z Omety (Wormditt) 7. Września uczynił to dwa razy, rano i w południe, p. Dr. Sonntag z Olsztyna także dnia 8. Września raz w południe razem z Dr. Poschmannem podczas różańcowej modlitwy. Rezultat tych przez trzech lekarzy uskutecznionych badań potwierdził w istocie sąd, jaki niezliczeni pielgrzymi bez wszystkiego na podstawie tylko tego, co widzieli, byli sobie utworzyli. Uznali oni, — o co tu głównie chodziło, — cztery widzące osoby jako całkiem zdrowe, i nie znaleźli, o ile to podczas krótkich w prawdzie, ale nieprzerwanych żadną miarą wizyi, było możliwem, żadnego śladu katalepsyi, kurczów lub innej jakiej ukrytej choroby. Objawienia te zatem nie mogły mieć swego źródła w osobliwej kompleksyi ciała lub złudzeniach zmysłowych.

Ponieważ wyżej wzmiankowani lekarze badania swe, jako i ich rezultat na piśmie skreślili i pośrednio lub bezpośrednio władzę biskupią o takowym zawiadomili, miło będzie niezawodnie niejednemu z naszych czytelników przeczytać następujące wierne tłómaczenie ich sprawozdań, aby z tąd sami sobie sąd o rzeczy wytworzyć mogli.

I. Oświadczenie pana Dr. Dittricha.

Zdania lekarskie o czterech osobach w Gietrzwałdzie, które utrzymują, że miewają widzenia Matki Bożej.

Gdy i publiczność i najrozmaitsze gazety poczęły wielokrotnie rozprawiać o objawieniach Matki Boskiej we wsi Gietrzwałdzie, zwróciło to moję uwagę i w interesie nauki udałem się na to miejsce, by osoby, które utrzymują, że miewają widzenia i podczas tychże w zachwyceniu pozostawać mają, w tym szczególnym stanie po lekarsku zbadać.

Cztery te osoby które mi się bez wielkiego oporu oddały do szczegółowego badania, są następujące: l) wdowa Elżbieta Bylitewska, mająca lat 45, 2) dziewczyna Katarzyna Wieczorek, mająca lat 23, 3) Augusta Szafryńska, mająca lat 13, 4) Barbara Samulowska, mająca lat 12. Wynik tych badań jest następujący:

Wspomniane co dopiero osoby, zdrowe zresztą zupełnie, przedstawiają podczas mniemanych widzeń

szczególniejsze zjawisko w dziedzinie prawidłowego ruchu (Motilitatssphare).

Czucie w muszkułach (Contractilitat) na powierzchni ciała zupełnie ustaje.

Drażnienia, wywołujące zwyczajne drgania (Reflexreize) jak ukłócia igłą aż do kości, szczypanie skóry nie odnoszą skutku, a ramiona zawsze spadają własnym ciężarem bezwładnie, gdy im się podporę usunie.

W muszkułach kadłuba uważałem, że czucie w części tylko ustaje; bo gdym ciało w klęczącej będące postawie w tył wyginał, mógłem dostrzec jakieś jeszcze ślady natężenia (Spannungsverhaltniss).

W muszkułach kręgowych i w szyi, za pomocą których głowa się obraca, okazało się czucie jak zwykle; bo gdym głowę obracał w stronę odwrotną od miejsca objawienia, wracała głowa sama w dawniejszy kierunek, który była przybrała przed okręceniem.

Muszkuły óczne były czynne; bo bulbus oculi (jabłko) zatrzymywało nawet przy obrotach głowy zawsze ten sam kierunek t.j. zwrócone było ku miejscu rzekomego zjawiska. Muszkuły zamykające oczy poruszały się również, lubo bardzo powolnie migając od czasu do czasu powiekami. Źrenice na widok światła nie zmniejszały się.

Czy ten szczególny stan w dziedzinie ruchów był wypływem woli lub nie, tego przedmiotowo osądzić niepodobna. Osoby same w orzeczeniach swoich temu zaprzeczają.

Co się tyczy czucia, to nie czuły ukłóć, jak igłą, szczypania skóry, dotykania (conjunctivae bulbi) źrenicy, a miganie powiek, o którem wyżej wspomniałem, przychodziło niezależnie od drażnień źrenicy. (conjunctivae)

Oddychania było spokojne, ani przyspieszone, ani powolniejsze – tak jak po za czasem zachwycenia. Puls bił regularnie, tylko u wdowy Bylitewskiej raz zaledwie go uczułem.

To jest przedmiotowy wynik badań moich poczynionych nad osobami zachwyconemi.

W końcu zapewniam, że te moje spostrzeżenia zgadzają się z prawdą i że ten mój sąd podałem na podstawie własnych moich spostrzeżeń podług najlepszej wiedzy i sumiennego przekonania.

Gutstadt w Wrześniu 1877.

August Dittrich, lekarz praktyczny i.t.d.

II. Oświadczenie pana Dr. Poschmann.

Sprawozdanie lekarskie niżej podpisanego względem badań odbytych w Piątek dnia 7. Września 1877 w Gietrzwałdzie, w powiecie Olsztyńskim nad E. Bylitewską, K. Wieczorek, A. Szafryńską i B. Samulowską.

1)    Elżbieta By litewska, wdowa, mająca lat 45, ma budowę ciała słabowitą ale regularną, cerę zdrową, i jest mało otyła. Tak na ciele jak na umyśle zawsze była zdrową. Rodzice jej i rodzeństwo zupełnie byli zdrowi, a zwłaszcza na choroby umysłowe, kurcze lub inną chorobę nerwową ani jej krewni ani ona nie cierpiała. Miała ośmioro dzieci, z których jeszcze troje żyje i są zdrowe. Płuca i serce zupełnie zdrowe i mają tętno regularne i normalne. 88 regularnych, lekkich uderzeń pulsu naminutę. Braku krwi (anemii) nie ma. Strawność normalna (w porządku).

2)    Katarzyna Wieczorek ma lat 23, niezamężna, budowy ciała słabowitej, ale regularnej, o muszkułach słabych i małej otyłości. Matka jej żyje i jest zdrowa, ojciec utopił się wracając do domu. W jej familii nie było chorób umysłowych ani nerwowych. Wieczorek zawsze była zdrową i ani cierpień

umysłowych ani kurczowych nie miała. Serce i płuca zdrowe i maj ą regularne tętno. Puls bije regularnie i łagodnie 84 razy na minutę. Strawność (i defaecatio) normalne (w porządku).

3)    Augusta Szafryńską ma lat 13, budowy ciała zdrowej, silnej i regularnej, cery zdrowej, włosy ma żółtawe (blond), oczy niebieskie, muszkuły mocne i jest dobrze otyła. Wysoka jest o 145 centimetrów. Okrąg głowy wynosi 51 centm., od pnia nosowego aż do tylnej w głowie jamy 32 centm., od jednego otworu usznego do drugiego 32 centm. Serce i płuca zupełnie zdrowe i w stanie t normalnym. W minucie daje puls 86 uderzeń regularnych. Strawność dobra, | stolec regularny. Wyraz twarzy wskazuje na charakter łagodny i dobroduszny. Umysłowe jej zdolności odpowiadają wiekowi. Rodzice jej i rodzeństwo są, jak i ona, zdrowi na ciele i na umyśle i nigdy ani na kurcze, ani na chorobę umysłową lub nerwową nie cierpieli.

4)     Barbara Samulowską, ma lat 12, budowy ciała regularnej, silnej i zdrowej, wygląda dobrze, cery rumianej, brunetka, włosy i oczy ma ciemne, usposobienia żywego i gorącego. Zdolności umysłu wiekowi odpowiednie. Wysokości ma 137 centm., obwód głowy wynosi 54 centm., od jamy w tylnej głowie do pnia nosowego 34 centm Od jednej jamy usznej do drugiej 33 ceutm. Serce i płuca całkiem są zdrowe i w normalnym porządku, puls bije regularnie i silnie, 82 razy na minutę. W lewej jugularis mała nieregulamość (Nonnen-gerausch). Barwa części języka widzialnych normalna. Strawność bardzo dobra. Prócz lekkich niedomagań zawsze była zdrową na duchu i ciele. Rodzice matki, z których ojciec żyje jeszcze, jako też rodzice ojca, z których jeszcze żyje matka, zawsze na ciele i duchu zdrowi byli. Podobnie żyjący jeszcze rodzice dziewczęcia jak i inni członkowie rodziny na duchu i ciele zawsze byli zdrowi.

Pod względem brania się i zachowania dwojga tych dzieci pomiędzy sobą zauważyć muszę, że się nie wyróżnia w niczem od zachowywania się innych tegoż wieku dzieci.

Wreszcie muszę jeszcze nadmienić, że powyższe badanie tych czterech osób przedsięwziąłem w chwili, gdy je po objawieniu z cmentarza do plebanii przyprowadzono.

Wykazawszy, że wszystkie cztery osoby tak na ciele jak i umysłowo zawsze były zdrowe i ani na kurcze ani inne nerwowe choroby nie cierpiały ani też nie cierpią, zamierzam dać niejaki obraz stanu, w jakim się osoby te podczas zjawiska znajdowały. Niestety trwał ten stan kilka tylko minut — z rana może 6 do 8 minut – w południe

około 3 minuty – tak iż rozległej szych badań wcale przedsięwziąć nie było można. W każdym razie byłby musiał znawca przynajmniej 8 dni pozostać na miejscu, gdyby chciał dokładnie zbadać te cztery osoby w stanie zachwycenia i jako znawca gruntowny zdać sąd o tym ich stanie.

Podam najpierw wynik badań z rana uczynionych. Cztery te osoby udały się z domu proboszczowskiego na cmentarz i uklękły na jednym grobie. O 20 może stóp odległości od tego grobu stał stary klon, na który ma zstępo­wać zjawienie. Gromady ludu tysiączne zaczęły śpiewać różaniec w polskim języku. Podczas tego śpiewu odmawiały one cztery osoby różaniec po cichu i posuwały przytem palcami perełki (paciorki), przy czem dwa młodsze dziewczęta często ciekawe rzucały spojrzenia na lud licznie zebrany. Nagle pochyliły się równocześnie wszystkie cztery osoby głęboko ku ziemi. Wróciwszy do pierwotnej klęczącej postawy, przybrały cztery te osoby odmienny całkiem wyraz twarzy; był to wyraz bladości i martwości. Blade i połysku pozbawione oko zwrócone było silnie na klon przed niemi stojący, powieka górna poruszała się nieco i przykrywała część źrenicy (iris). Gdy obracano głowy tych osób ku którejkolwiek stronie, zawsze oko pozostawało utkwione w ten sam punkt ku klonowi. Źrenica o mało co się zmniejszyła, co jednak może nastąpić mogło także w skutek mocnego wiatru, który wiał na nie. Atropin wpuszczony po kropli w jedno oko u każdej osoby nie wywołał skutku może dla tego, że czas był za krótki; przeciwnie źrenica, gdy osoby do probostwa powróciły, o Wiele się rozszerzyła. Ręce zimne jak lód trzymały w prawdzie różaniec, ale już nie zesuwały perełek, lecz wisiały bezwładnie przy ciele nawet pomimo dotknięcia. Pulsu u Bylitewskiej nie było można odczuć, stetoskop pokazywał powolne regularne bicie serca, U innych trzech osób bił puls bardzo słabo, urywkowo i w przecięciu 10-12 uderzeń wolniej. Dłuższe robić badania było niepodobnem, bo gdy się znowu do ziemi skłoniły i znakiem krzyża przeżegnały, powróciły w jednej chwili do pierwotnego stanu.

Gdy pan radzca zdrowia Dr. Sonntag z Olsztyna obie młodsze dziewczynki pod względem fizycznym (co do ciała) zbadał, przyczem w silne weszły rozdrażnienie (Aufregung). poszły znowu (w południe) na wspomniany już grób. Gdy już tam były, bardzo jeszcze znać było po obydwóch, dziewczętach doznane rozdrażnienie. Ten sam, co z rana, śpiew rozpoczęły znowu licznie zgromadzone tłumy. Po krótkiej chwili nastąpiły, choć nie tak uderzająco, te same, poprzednio podane przemiany z temi samemi poruszeniami ciała u wszystkich czterech osób, ale trwały najwięcej trzy minuty, tak iż badanie jeszcze mniej mogło osięgnąć. By się przy wyliczaniu przemian u pojedynczych osób nie powtarzać, nadmienię tylko, że gdy p. Dr. Sonntag najmłodszą dziewczynkę ukłół mocno igłą w lewe ramię, toż mocno w lewem ramieniu zadrgnęło; ale czy to zadrgnięcie nastąpiło jeszcze podczas objawienia, czy po takowem, tego zaręczyć nie mogę.

Ja wypowiadam moje zdanie także, że cztery osoby przezemnie badane na ciele i umyśle zupełnie są zdrowe, że w rodzinach tychże nie było żadnych chorób umysłowych ani nerwowych, lecz że podczas klęczenia na grobie występowały u nich objawy – umniejszenie uderzeń pulsu, zimno w rękach i ramionach, zapadnięcie twarzy, mdły wzrok – objawy, które z fizyologią pogodzić się łatwo nie dadzą.

Daję zapewnienie przysięgą, że com wyżej wypowiedział, podług naj lepszej wiedzy i sumienia zgodnie z prawdą spisałem.

Wormditt, dnia 14. Września 1877.                                                                        Dr. Poschmann, lekarz.

NB. Muszę jeszcze dodać, że oba młodsze dziewczęta miały po południu przed wyjściem na cmentarz 36 stopni Celsiusza.

Dr. Poschmnn.

III. Oświadczenie pana etc. Sonntag.

Olsztyn, d. 9. Września 1877.

Wskutek prośby pana aptekarza Oster, bym fizyczny i umysłowy stan Augusty Szafryńskiej, w wieku lat 13, Barbary Samulowskiej, lat 12, wdowy Elżbiety Bylitewskiej, lat 45, i niezamężnej Katarzyny Wieczorek, lat 23, podczas objawienia Matki Bożej, które wspomniane osoby widywać mniemają, obserwował (badał) a mianowicie bym sprawdził, czy podczas widzenia przychodzi stan duchowego zachwytu (Verzuckung) i zupełnej nieczułości na całem ciele, udałem się dnia 7. t. m. w towarzystwie pana Oster do Gietrzwałdu i mam zaszczyt udzielić jak najuniżeniej Waszej Biskupiej Mości wyniki moich spostrzeżeń i badań.

Za mojem przybyciem na miejsce zastałem tam znajomego mi lekarza praktycznego Dra. Poschmann z Wormditt, który mi powiedział, że uczynił rano z wymienionemi osobami taką próbę, iż każdej z nich zastrzyknął w lewe oko kroplę rozczynu atropiny, by sprawdzić, czy ten środek podziała na rozszerzenie źrenicy w stanie rzekomo jakoby kurczowego odrętwienia i nie czułości (anaesthiesie) całego ciała. Oświadczył mi, że zmiana ta nie nastąpiła natychmiast, ale po kilku minutach, co też leży i w naturze rzeczy, gdyż ten środek musi wprzód przesiąknąć, zanim na źrenicę podziałać może, a do tego potrzeba w każdym razie więcej czasu, niż trwa objawienie.

Gdy mi po dłuższem czekaniu najpierw oba młodsze dziewczęta, a później wdowę wraz z dorosłą dziewczyną przedstawiono, mogłem przekonać się, że u wszystkich źrenica lewego oka znacznie się zwiększyła, przez co wyraz ich twarzy stał się nadzwyczaj ponury i nader niemiły.

Przed zaczęciem nabożeństwa tyle tylko pozostało mi czasu, że mogłem wspólnie z Dr. Poschmann sprawdzić, iż oba dzieci, choć nie zbyt silne cieleśnie, były jednak zdrowe, uderzenia serca czyste i normalne, temperatura (ciepło) w ciele wynosiła 36 stopni, a puls bił na minutę 74 razy. Źrenice prawych oczu bardzo uczuwały w padające światło słońca, a powieki i jabłko oczne okazywało się czułem na dotknięcie.

Bojaźliwość dzieci wzmagała się nadzwyczaj; zanoszące się od płaczu wyniesiono je raczej, niż wyprowadzono przez pokoje probostwa, przyczem niestety zmuszony byłem słyszeć, że im z mojej strony męczarnie zagrażają.

Gdym przez ściśnione tłumy ludu przedostał się na cmentarz i po wielu zachodach zostawiono mi małe miejsce przed grobem, na którym osoby mające być badanemi klęczały, rozpoczęło się niebawem nabożeństwo. Po prawej mojej stronie stał ks. proboszcz Błock ze Świecia, ks. kapelan Dobrzyński z Wartenborka, za mną stali syn pana Dr. Poschmanna i mistrz garbarski Walenty Gahbler z Olsztyna. Prosto przedemną, i wprawdzie nieco osobno, klęczała Augusta Szafryńska, obok tejże, podpierana przez siostrzenicę ks. proboszcza Weichsel, Barbara Samulowska, po za obiema zajęły miejsca wdowa Bylitewska i Katarzyna Wieczorek. Dr. Poschmann stanął przy siostrzenicy ks. proboszcza, przy nim zauważałem ks. kapelana Nitsch z Olsztyno,

Obie przedemną będące dziewczynki nie okazywały żadnych śladów wewnętrznego umysłowego wzburzenia, często spoglądały na mnie i przypatrywały się z bojaźliwością małym przygotowaniom, które w celu późniejszego badania czyniłem. Przy rewizyt pulsu, co nastąpiło w pięć minut po rozpoczęciu modłów, pokazało się, że jego szybkość poskoczyła z 75 uderzeń na 110. Po 10 minutach spadła na 100 uderzeń na minutę.

Ks. proboszcz Błock oświadczył mi w ciągu nabożeństwa, że mi oznaczy chwilę, kiedy wiadomy stan przyjdzie na dziewczęta i ja mogłem moje badanie rozpocząć.

Gdy to się stało i zobaczyłem, że dziewczęta z natężeniem w jeden punkt patrzą, próbowałem najprzód, czyby przez obrócenie głowy nie dało się wzroku gdzieindziej skierować. To nie nastąpiło wprawdzie, lecz w tym fakcie (wypadku) nie ma bynajmniej nic uderzającego, gdyż obracanie głowy nie pociąga bynajmniej koniecznie za sobą równego zwrotu jabłka ocznego; jest to próba, którą z pierwszem lepszem individuum (człowiekiem) uczynić można.

Potem przystąpiłem do wypróbowania, czy jabłka oczne i powieki dotknięciem mają czucie i czy padające słońce działa na źrenicę nie powiększoną za pomocą atropinu.. Ks. Proboszcz Błock robił wspólnie ze mną spostrzeżenia na Szafryńskiej, Samulowskiej i wdowie Bylitewskiej i potwierdzi, ze jabłka oczne i powieki były za dotknięciem bardzo czułe i że źrenice w oczach nie nakropionych atropinem, gdy je zamknięto i prędko otworzono, na blask słońca w sposób uderzający się wzdrygały (reagowały) ścieśniając się.

Ażeby przekonać się względem nieczułości (Anaesthesie) w całem ciele, ukłółem Szafryńską dwa razy igłą w lewe ramię. Jeżli już za pierwszem ukłóciem ściągnęła twarz od bólu i skurczyła się, to przy drugiem daleko wyraźniej skutek ten się pokazał. Dziecko wygięło się całkiem na lewą stronę i spojrzało na mnie z nieukontentowaniem, także zastawiało się lewem ramieniem broniąc się. Nadto pomrukiwało niektóre wyrazy, których ja nie rozumiałem, a które ks. proboszcz Błock jednak również dosłyszał i również wyrozumiał. Także Samulowską ukłółem igłą w lewe ramię, na co i ona również wyraźnie, jak Szafryńską, boleść okazała (reagowała).

Zaręczając na przysięgę urzędową, że co tu podałem, na prawdzie się opiera i powołując się prócz tego na świadectwo ks. proboszcza Błock, ks. kapelana Dobrzyńskiego i mistrzu garbarskiego W. Gahblera. mogę przekonanie moje wypowiedzieć podług najlepszej wiedzy w tej myśli, że Augusta Szafryńską, Barbara Samulowską i Elżbieta Bylitewska na dniu 7. Września 1877 podczas widzenia, które jak twierdziły, mieć miały, nie znajdowały się w stanie zupełnej nieczułości. Katarzyny Wieczorek nie mogłem niestety przy krótkości czasu i ponieważ ona najdalej odemnie siedziała, badać, lecz mogę zaręczyć, że i ona nie znajdowała się w zupełnem odrętwieniu, gdyż widziałem, jak ruszała palcami, w których różaniec trzymała.

Dr. A. Sonntag, Królewski radzca zdrowia i królewski chirurg powiatowy.

11. Uroczystość Narodzenia Matki Boskiej.

Wiadomość, że dnia 8. Września po 72 dniowem trwaniu zakończy się szereg objawień Matki Boskiej w Gietrzwałdzie, zgromadziła w tym dniu nieprzeliczone tłumy ludu na to miejsce, które w krótkim czasie już tak głośnem się stało. Kościół, cmentarz, wszystkie ulice i domy we wsi napełnione były nieprzejrzanemi tłumami ludzi, których liczbę w południe przynajmniej na 50,000 ceniono, a którzy po części z wielkiemi trudami odbyli daleka drogę, aby dostać się na to miejsce. Wiedzieli oni, że tu ani dla oka, ani dla ucha nie będą mieli widowiska, że lichą strawą będą musieli się kontentować, że przytułek znaj da bardzo niedostateczny, albo nawet pod golem niebem zmuszeni będą nocować, wiedzieli oni, że mało nadziei mieć, albo wcale się spodziewać nie mogą, żeby ujrzeli osoby widzeniami ubłogosławione, albo żeby z niemi mogli mówić, wiedzieli oni, że nawet wśród tych okoliczności będą musieli zrzec się pociechy słowa Bożego i Sakramentów św.; a jednak przyszli tą myślą powodowani, iż tu bliżej będą mieli Matkę Chrystusa Pana i wszystkich Chrześcian, że tu odbiorą błogosławieństwo Matki Bożej, na której wstawienie się Pan Jezus pierwszy cud swój był uczynił, że tu będą mogli przyczynie się cokolwiek do chwały Najświętszej Panny, która wedle świadectwa ewanielii św. w pełni czasu sama przepowiedziała była, iż odtąd błogosławioną zwać ją będą wszystkie narody. Jakiem! były

pobudki przyjścia, takiem też było całe zachowanie się pielgrzymów, ich wprost zdumiewająca spokojność, cisza, skupienie i nabożeństwo. Stojąc, siedząc lub klęcząc na gliniastym cmentarzu, słotą rozmiękczonym, który dość był obszerny, aby cały ten tłum ludu mógł objąć, pielgrzymi wnet podobierali się z sobą w gromadki wedle języka, pochodzenia swego i ojczyzny: Warmianie niemieccy i polscy, Litwini i Mazurzy, Kosznajdrzy i Kaszubi, górale i mieszkańcy nizin, bardzo licznie Polacy nie tylko z pod pruskiego rządu i z Galicyi, lecz także z Rosyi pomimo kordonu i obieszczyków granicznych. Tak w osobne gromadki porozdzielani czekali wytrwale pod gołem niebem, i nawet od czasu do czasu przepadające deszcze nie mogły ich powstrzymać, żeby przez cały dzień, nawet po za znanym trzykrotnym Różańcem tysiącznym chórem na przemian nie śpiewali ojczystych swych pieśni i modłów. Był to obraz, którego widok nawet na ludziach nie zbyt czułego usposobienia głębokie czynił wrażenie i nawet innowierców do łez rozczulał.

Zresztą dzień ten co do zewnętrznego nabożeństwa niczem od innych się nie różnił. Spodziewano się, że statua Niepokalanie Poczętej Matki Boskiej przeznaczona do nowo wybudowanej kapliczki nadejdzie jeszcze w czas, aby ją pod koniec nabożeństwa z odpowiednią uroczystością można ustawić; lecz nadzieja ta, którą do ostatniej chwili się pocieszano, nie spełniła się. Natomiast wedle zeznania wszystkich czterech świadków Najświętsza Panna objawiła się tak rozpromieniona radością i wspaniała, jak dotąd jeszcze nigdy. Już poprzedniego wieczora obie starsze niewiasty widziały Najświętszą Pannę otoczoną niezliczonym zastępem Aniołów; w tym zaś dniu urodzin swoich ukazała się także obu dzieciom zstępująca z nieba w otoczeniu wielu cudnie śpiewających aniołów. Dwóch aniołów prowadziło Ją za ręce do TRONU, reszta zaś otaczała Ją częścią u stóp, częścią po obu stronach aż do wysokości szyi w postawie klęczącej i z złożonemi rękoma.

Lecz jeszcze w inny sposób dzień ten miał się od innych odznaczać. Już w drugim tygodniu objawień prosiły dzieci, jak to już wyżej wspomnieliśmy, o pobłogosławienie wody pod drzewem ustawionej. Prośba ich w tedy nie została spełnioną. Po niejakim czasie, dnia 24. Lipca zapytały się, czy ludzie mogą przynosić z sobą wodę, czy mają podczas Różańca trzymać ją w ręku do poświęcenia, i czy chorzy mogą używać tej wody? Odpowiedź na wszystkie te pytania była, że „mogą”. Tem ośmielony kazał ks. Proboszcz dnia 12. Sierpnia prosić, o pobłogosławienie zdroju znajdującego się na roli plebańskiej, około 600 kroków od kościoła. Zdrój ten od dawna znany był we wsi, ale dawniej tak mało go używano, że został zasypany i zupełnie poszedł w zapomnienie. Dopiero w roku 1870 przy czyszczeniu rowu wytrysło to źródło znowu, jakoby nowo odkryte, a że woda jego była bardzo czysta i zdrowa, została przeto od tego czasu w używaniu i uważano dla tego za stosowne, prosić Najświętszą Pannę o pobłogosławienie zdroju. Tymczasem zamiast pożądanego poświęcenia odebrano tylko odpowiedź: „Później.” Teraz więc, gdy objawienia zbliżały się do końca, ks. Weichsel kazał 7. Września w południe przez wdowę Bylitewską, jeszcze raz przypomnieć swoją prośbę; lecz i tą razą odebrał odpowiedź: „Później.” Teraz 8. Września zrana oświadczyła Bylitewską, że Najświętsza Panna sama z siebie podczas zwyczajnego objawienia poleciła jej powiedzieć ks. Proboszczowi, że jeżeli pragnie, aby zdrój dzisiaj był pobłogosławiony, ma życzenie swoje przy Różańcu południowym kazać wynurzyć. W takim razie mają obecni księża i osoby widzące przed Różańcem wieczornym zebrać się u zdroju, który w ich obecności będzie pobłogosławiony. Gdy proźbę tę w południa wdowa przedłożyła. Najświętsza Panna przychyliła się do niej i zarazem oznaczyła bliżej, że pobłogosławienie nastąpi o godzinie siódmej w wieczór, i że przy tem ma być odmówiona litania Loretańska.

O oznaczonej godzinie udali się bawiący tu księża w małych gromadkach do zdroju, gdzie także i nasze cztery widzące niewiasty i stosunkowo nieznaczna ilość osób przechodzących i ciekawych, ze wszystkiem około 50 osób przybyło. Prawie tyleż tysięcy ludu w tym samym czasie na cmentarzu spokojnie odbywało swe nabożeństwa; słyszeli oni, że Najświętsza Panna o dziewiątej wieczorem po ostatni raz miała się pokazać, że więc Różaniec dopiero o ósmej się miał rozpocząć, i dla tego spokojnie pozostali na miejscu. Gdy na wieży uderzyła siódma godzina

i równocześnie zadzwoniono na Anioł Pański, osoby znajdujące się u źródła poklękły i odmówiły najprzód Anioł Pański, a potem, także po łacinie, litanią Loretańską. Mniej więcej w połowie litanii, najprzód wdowa Bylitewska, po niej zaraz Katarzyna, a może o minutę później także obie przed niemi klęczące dziewczynki nagle, głęboko się pokłoniły i od razu w całem zewnętrznem zachowaniu te same pokazały się znamiona, które już tak często tysiące osób pod klonem na nich uważały: Szeroko rozwarte oczy, jakby martwe rysy twarzy, ręce i ramiona zimne i obwisłe. Wszyscy obecni widzieli to mniej lub więcej wyraźnie, a niektórzy z nich czynili zwykłe próby na ręku i oczach ich z tym samym, co zawsze, skutkiem.

Po odmówieniu litanii Loretańskiej zaintonował jeden z księży „Salve Regina”, potem „O Sanctissima”, a nareszcie „Magnificat”. Podczas śpiewu skłoniły się wszystkie cztery wymienione osoby prawie równocześnie, odzyskały potem zwyczajną swą powierzchowność, i jedna po drugiej zostały na miejscu w obec wszystkich obecnych przesłuchane Oświadczyły one i gotowe były przysięgą to stwierdzić, że i tu, każdej z nich w odmienny, właściwy jej sposób, Matka Boska się okazała, lecz bez orszaku aniołów, że spojrzała najprzód na obecnych, potem na bliski zdrój, a następnie prawicą swoją tenże zdrój, jako też obecnych pobłogosławiła, podobnie jak ksiądz przy Mszy św. najprzód kielich, a potem lud żegna. Dzieci oba słyszały nadto słowa: „Teraz idźcie na cmentarz.”

Głęboko wzruszeni opowiadaniem ubogich wieśniaczek wyrzeczonem z prostotą, i znamię prawdy noszącem na sobie, udali się obecni, napiwszy się poprzednio wody z zdroju, gdy zmierz – chać się zaczęło, do zwyczajnego miejsca objawień. Tu szczególny przedstawił im się widok. Cała góra, na której kościół stoi, cała ulica ciągnąca się wzdłuż cmentarza i znaczna przestrzeń jeszcze z tamtej strony drogi pokrytą była zbitą masą ludzi, śpiewających w najrozmaitszych językach pieśni na cześć Boga i Najświętszej Panny. Jak niegdyś w dniu 22. Czerwca roku 431. lud Efeski cały dzień oczekiwał wyroku soboru obradującego w tamtejszym kościele Najświętszej Panny, a dowiedziawszy się, że i nadal Najświętsza Marya Panna ma być czczoną jako „Matka Boska”, Biskupów katolickich przy świetle pochodni odprowadzał do domu, tak i tutaj pobożne tłumy ludu przez cały dzień przeczekały wiernie wśród słoty i zimna i teraz pod wieczór pozapalały swoje gromnice, jakoby w ofierze na dzień Narodzenia Najświętszej Panny, którego uroczyste obchodzenie od owego Soboru miało się rozpocząć. Przez niejaki czas cała góra wyglądała, jakoby morze światła, lecz w krótce potem z powodu wiatru i deszczu znaczna część świateł pogasła.

Zegar wskazywał godzinę pół do dziewiątej, kiedy nareszcie Różaniec. Cztery widzące osoby torując sobie drogę przez cisnące się tłumy ludu, zostały od siebie rozdzielone. Justyna i Barbara znalazły się na zwykłem swem miejscu, na mogile przy klonie; dziewica i wdowa klęczały w dość wielkiej od nich odległości w tyle, w bliskości wschodniego szczytu kościoła.

Przy rozpoczęciu Różańca, który i teraz dzieci szkolne same głosem odmawiały, uciszył się szmer przytomnych, nastąpiła zwykła cisza i skupienie ducha, i tylko głosy modlących się dzieci można było słyszeć. Cisza trwała i wtedy jeszcze, kiedy te cztery co dopiero wzmiankowane osoby podczas drugiej tajemnicy, – o ile dostrzedz było można – równocześnie się pokłoniły, w znany sposób na twarzy się zmieniły — i dla zewnętrznych wrażeń nieprzystępnemi się okazały. Ale kiedy podczas trzeciej tajemnicy widzące osoby przeżegnały się i przytomnemu ludowi przez to znać dały, że Najświętsza Panna teraz błogosławi, przeraźliwy krzyk i lament przerwał naraz tę głęboką ciszę; słyszano ustawiczne i coraz głośniejsze wołanie: „O Matko Boska módl się za nami” a niepokój i bojaźń ogarnęły całe to liczne zgromadzenie. Wielu zaczęło razem z dziećmi głośno Różaniec, aby siebie i stojących w bliskości uspokoić; lecz przerażenie raz tu, drugi raz tam, to słabiej to mocniej się objawiające, gwar powstający z powszechnego dopytywania się o przyczynę niepokoju, a następnie ciągłe przerywanie nabożeństwa, nie dały się już aż do końca usunąć. Dopiero gdy po odprawieniu wszystkich modłów zaintonowano w polskim języku: „Witaj Królowa”, a przytomne tysiące ludu z pełnych piersi w pieśń tę uderzyły, wszystko

swobodnie odetchnęło, a bojaźń i ztrwożenie chwilowe umysłów ustąpiło takiemu uczuciu, jakie po oddalenia wielkiego niebezpieczeństwo zwykło w sercu się budzić.

I cóż takiego, pytano się powszechnie, było przyczyną, szczególnego niepokoju, trwogi i zamieszania, które z budującemi i radosnemi wrażeniami całej uroczystości tego dnia tak uderzające, niespodziane i niewytłómaczone stanowiły przeciwieństwo? Tyle jest rzeczą pewną, że nie dało się i nie da się udowodnić, jakoby pewne fakta zewnętrzne dostrzeżone w równej mierze przez wszystkich obecnych, jak n.p. zapalanie ogni bengalskich i wzlatywanie rakiet, które w każdym razie przez wszystkich obecnych, albo przynajmniej przez jedne z osób jako takie musiałyby być poznane, były przyczyną tego zaniepokojenia. Każda z tych osób, które tak nagle w sposób dla nich samych niewytłómaczony się zatrwożyły, a potem mimo woli w swem przerażeniu krzyczeć zaczynały, najrozmaitsze tego podawały przyczyny. Z zeznań ich, które z początku w miejsce przysięgi najprzód ustnie, a potem piśmiennie złożyły, przytoczymy tylko kilka następujących.

Pewien uczeń wyższej Prymy z Jondorfa (Jomendorf), w powiecie Olsztyńskim, zeznał, że w tej chwili zerwał się na cmentarzu tuż obok niego gwałtowny wicher z takim szumem, jak gdyby stado kuropatw nagle się było zerwało; przyczem taka niewytłómaczona bojaźń go opanowała, że kolana drżały mu, jak jeszcze nigdy w życiu. Podobna trwoga opanowała ludzi w bliskości jego klęczących, którzy krzycząc bojaźliwie naraz na nogi się zerwali i zwróciwszy się twarzami ku klonowi z wytężeniem ku niemu spoglądali. W krotce potem młodzieniec ten z podobnem uczuciem obrzydzenia ujrzał strasznego szarego ptaka w powietrzu, a potem przez jakie 10 minut wyraźnie widział w liściach drzew białawą mieniącą się postać, poruszającą się z miejsca na miejsce, która wyglądała, jakby na łokieć wysoka gipsowa figura Matki Boskiej z dzieciątkiem.

Zamężna Marya Michels z Ohra pod Gdańskiem zeznała, że widziała, jak biała postać podobna do gwiazdy z klonu zwolna ku wsi się unosiła. To samo powtórzyło się jeszcze raz, ale tą razą postać była większą od gwiazdy, przybrała kształt do ludzkiego podobny i znikła ku niebu.

Podobnie także gospodyni Marya Gluth z Lichtenowa pod Malborgiem widziała wraz z siostrą swoją i większą liczba osób ją otaczających gwiazdę niezwykłej wielkości, unoszącą się z klonu ku wsi, a w kilka minut potem wracającą znów ku drzewu, przyczem ludzie ci bardzo byli wystraszeni i wzywali głośno Matki Boskiej.

Jnni znów zeznawali, że jakaś masa ognista z klonu posuwała się ku kościołowi, i potem w kształcie kuli tuż u ich stóp tak nagle wpadła w ziemię, że z przestrachu krzyknąć musieli.

Pewna niewiasta zaś, która z dzieckiem u piersi z okolicy Płocka przybyła do Gietrzwałdu, opowiadała, że widziała w powietrzu mnóstwo brzydkich postaci, które wołały na obecnych, ażeby z niemi wyszli „na świeże powietrze”, ponieważ zbyt duszno i ciasno na cmentarzu. J zdawało jej się także, jakoby widziała w powietrzu zastępy walczące i słyszała szczęk broni.

Właściciel ziemski Antoni Friedrich z Plastwich pod Brunsbergiem, znany powszechnie jako człowiek wiarogodny, zeznał, że słyszał ponad sobą w powietrzu ryk daleko silniejszy i przeraźliwszy, jak ryk rozjuszonego lwa, który niegdyś miał sposobność słyszeć.

Zeznania innych świadków, jako to: gospodarza Henczkowkiego z Gietrzwałdu, Julianny Wojciechowskiej z Osiecka pod Pelplinem, Ksaweryi Bykowskiej z Trzemeszna, pomijamy tutaj, ponieważ mniej więcej to samo, co tamci podają.

Na wspomnienie jednakże zasługuje jeszcze zeznanie 60 letniej wdowy Anny Wieczorkowej, matki naszej tylokrotnie już wspomnianej Katarzyny, która podczas wieczornego Różańca klęczała blisko świeżo wystawionej kapliczki, w której miała być ustawiona statua Niepokalanego Poczęcia. Widziała ona w framudze przeznaczonej dla figury przez dłuższy czas zupełnie wyraźnie jakąś postać niewieścią odzianą w niebieski płaszcz, nie mogąc jednak rysów

twarzy dobrze rozeznać. Córka jej była powiedziała przed południem, że statua przeznaczona dla tej kapliczki niestety nie przybyła z rana, jak się spodziewano i że dla tego w tym dniu nie może być ustawiona. Teraz tedy spostrzegłszy na własne oczy figurę w framudze, sądziła, ze Katarzyna fałszywą wiadomość jej przyniosła i dopiero nazajutrz z rana przekonała się, że to ona sama przez widmo jakieś została oszukaną. Natomiast twierdziła, że z pewnością nie myliła się, gdy równocześnie w powietrzu ponad sobą słyszała silny szum i brzęk, jakoby dźwięki głośnej muzyki.

Cokolwiekby o wszystkich tych zeznaniach można sądzić, tyle jest rzeczą pewną, że końcowe nabożeństwo w Gietrzwałdzie dnia 8. Września dłuższej niespodzianej doznało przerwy, i że niezawodnie dziwne były wrażenia, pod któremi niezmierne tłumy ludu zgromadzone tu na dzień Narodzenia Matki Boskiej powoli rosproszyły się i wracały ku swoim zagrodom.

Z pocieszającemi i miłemi wspomnieniami tego dnia łączyła się pamięć głęboko wstrząsających i przerażających wypadków wieczornych, gdzie każdy mniej więcej jasno czuł: że nieprzyjacielskie potęgi wywołaniem trwogi zniweczyć chciały wspaniałe świadectwo wiary i pobożności zgromadzonego luda, a nawet życie obecnych wystawić na groźne niebespieczeństwo. Bo gdyby w powstałem zamieszaniu lud był zaczął uciekać, przyczem ten i ów byłby padł na ziemię, niewątpliwie w tak zbitych tłumach ludu łatwo wielkie mogło było powstać nieszczęście. Tymczasem pod opieką „Panny możnej” wśród tych licznych tysięcy ludu przez cały dzień i wieczór najmniejszy nie zdarzył się nieszczęśliwy wypadek. I komużby coś podobnego mogło wyjść z pamięci? Skuteczniej niż najwymowniejsze kazanie, wszystko to, czego obecni w duszy swojej doznali, jako też to tak szczęśliwie odwrócone niebespieczeństwo przekonało ich o prawdzie znanych powszechnie słów Pisma św., w których obaj książęta Apostołów upominają chrześcian spółczesnych i wszystkich późniejszych czasów: „Bracia, trzeźwymi bądźcie a czuwajcie, boć przeciwnik wasz djabeł jako lew ryczący krąży szukając, kogoby pożarł, któremu sprzeciwiajcie się mocni w wierze, – albowiem nie mamy biedzenia przeciw ciału i krwi, ale przeciwko książętom i władzom, przeciwko rządzcom świata tych ciemności, przeciwko duchownym złościom, w niebieskich”‘(l Petri V, 8; ad Ephes. VI, 12).

12. Święto Imienia Maryi.

Jak wiadomo uroczystość Narodzenia Matki Boskiej obchodzi się w dyecezyi Warmipskiej regularnie w pierwszą Niedzielę po ósmym Wrześniu, tak iż właściwe święto i uroczystość kościelna zwykle rozdzielone bywają. Tak się też stało w roku bieżącym (1877), a z tąd poszło, że parafia Gietrzwałdzka uroczystość tę Matki Boskiej, której kościół jest poświęcony, tym razem obchodziła przez dwa dni po sobie następujące t.j. w Sobotę i Niedzielę. Chociaż wielu obcych pielgrzymów już wieczorem ósmego Września lub też w nocy do domów się byli porozchodzili, zawsze jednak znaczna liczba pozostała na miejscu. Tych więc, jako też licznie nowo przybyłych z Gietrzwałdu i sąsiednich parafii widziano w Niedzielę rano w wielkich gromadach stojących pod klonem i żywo z sobą rozmawiających o zmianie, jakiej tenże uległ.

Jedna bowiem z dwóch wielkich odnóg drzewa, ku północy zwrócona, nagle w nocy około dwunastej godziny z okropnym trzaskiem złamała się i z taką siłą i pędem padła ku przeciwnej stronie na świeżo wybudowaną kapliczkę, że nie tylko zgiął się żelazny krzyż na szczycie jej umieszczony, lecz i cegły na wielu miejscach zostały poruszone. Konar ten był w miejscu, gdzie się złamał, na ćwierć łokcia gruby w średnicy i zupełnie jeszcze jędrny i zdrowy; oba ułamki zdały się raczej rozerwane, niż złamane; z drzew obok stojących żadne nie zostało uszkodzone, ani nawet żadna uschła gałąź nie została utrącona; słowem żaden z przytomnych nie umiał wytłómaczyć, jakim sposobem wśród takich okoliczności gałąź ta się złamała. Ale wszyscy uważali to za zrządzenie Boskie, że nie upadła 3 lub 4 godziny prędzej, bo wtenczas z pewnością

nie byłoby się obeszło bez jakiego nieszczęśliwego przypadku. Zresztą obecni pielgrzymi nie zaniedbali korzystać z nadarzonej sposobności i brali sobie z potężnego konaru na ziemi leżącego po kawałku pięknego białego drzewa na pamiątkę odbytej pielgrzymki, oraz jako symbol niepokalanej czystości Najświętszej Maryi Panny, która klon czyli jawor białością swego drzewa tak pięknie przedstawia.

Przed kazaniem około godziny dziewiątej z rana poklękli wszyscy przy drzewie i na cmentarzu się znajdujący do modlitwy różańcowej. Ogłoszono bowiem że jak dotąd, tak i nadal, tymczasem na cmentarzu, później w kościele, Różaniec trzy razy dziennie będzie odmawiany. Jeżeli wspólna modlitwa jest w ogóle najpotężniejszą bronią chrześcian, a gorący w niej udział najpiękniejszą ozdobą gminy katolickiej, to dalszy ciąg Różańca w Gietrzwałdzie już z tego powodu zdawał się być koniecznym, że widzące osoby opowiadały, jakoby Matka Boska podczas konkluzyi ósmego Września przyrzekła była, że i nadal u nich pozostanie i w pewnych dniach ukazywać im się będzie. Obudwom dzieciom, które cały dzień chodziły smutne, że już nie miały Najświętszej Maryi Panny oglądać, oświadczyła: „Nie smućcie się, boja zawsze u was będę.” Katarzyna nie słyszała ostatniego dnia objawień żadnych słów, lecz widziała tylko, jak Matka Boska coraz wyżej się unosząc, błogosławiła przytomnych; wdowa, Bylitewska zaś na zapytanie, czyli Najświętsza Panna i później jeszcze pokazywać się będzie, otrzymała odpowiedź: „Będę i to w uroczystość Porcyunkuli, w Wniebowzięcie Najświętszej Panny i Narodzenie Matki Boskiej, a prócz tego w tych dniach, w których figura tu będzie ustawiona.”

Odpowiedź ta, która wraz z zeznaniem trzech innych osób jeszcze ósmego Września w obec wielu świadków spisaną została, wielkie wywołała zadziwienie między przytomnymi. Wszyscy bez wyjątku mniemali, że objawienie w wieczór Narodzenia Matki Boskiej miało być ostatniem. Pokazało się teraz, że to tylko koniec pierwszego szeregu objawień i że teraz nowa kolej objawień nastać miała, których możebność, po ludzku sądząc, zdawała się wątpliwą, a których sposób i koniec nie zostały bliżej oznaczone. Pomiędzy oznaczonemi dniami święto „Porcyunkula” (2. Sierpnia) zdało się zupełnie niespodzianem, gdyż w kalendarzu dyecezalnym nie masz go wcale umieszczonego. Prędzej możnaby przypuszczać święto Nawiedzenia Matki Boskiej, lub uroczystość książąt apostolskich Piotra i Pawła. Tymczasem wrażenia tego dnia były tak liczne, a potrzeba wypoczynku o tej późnej godzinie tak wielką, że zaledwie ten lub ów jeszcze tego wieczora zdał sobie sprawę z treści i wielkiej doniosłości ostatnich zeznań. Było to zatem nową niespodzianką dla wszystkich obecnych, gdy wdowa Bylitewska w Niedzielę rano po skończonym Różańcu oświadczyła ks. Proboszczowi, że widziała podczas tegoż przez cztery minuty Najświętszą Maryą Pannę, ale bez aniołów i że milcząc przed swem odejściem lud pobłogosławiła.

Można się było zatem spodziewać, że prawdopodobnie i podczas dwóch innych części Różańca pokaże się Najświętsza Mary a Panna. W południe przybyły na modlitwę oprócz wdowy także trzy inne widzące osoby, które rano wbrew swej woli wskutek zaszłych przeszkód w domu pozostać musiały. I tym objawiła się, jak to później zeznały, Najświętsza Panna w znanej swej pojedynczej postaci, i to między trzecią a czwartą tajemnicą Różańca, podczas kiedy dawniej od drugiej aż do piątej tajemnicy zwykła się była objawiać. Do dzieci rzekła przytem: „Przychodźcie tu zawsze.” Katarzyna z własnego popędu postawiła Matce Boskiej pytanie: czy zawsze tu obecną będzie? usłyszała na to: „Będę.” Wdowę uprosili obecni, aby się zapytała o przyczynę niepokoju poprzedzającego wieczora. Odpowiedź była: „Ci którzy krzyczeli, widzieli złego ducha.”

Wieczorem, gdzie również wszystkie cztery osoby były obecne, mówiła Barbara po Różańcu na cmentarzu w obec wszystkich zasmucona: „Ja nic nie widziałam;” na co Justyna odrzekła: „Ja też nic.” Katarzyna widziała zjawienie otoczone mnóstwem aniołów i słyszała przytem te słowa: „Ja tu będę po wszystkie czasy w te trzy uroczystości przytomną.” Podobno i

wdowie, jak to zeznała, powiedziała Najświętsza Panna: „Ukażę się wam znowu, gdy figura będzie postawioną, potem zaś co rok w odpust „Porcyunkuli”, w uroczystość Wniebowzięcia i Narodzenia Matki Boskiej.”

Tak rospoczął się drugi szereg objawień w Gietrzwałdzie, których dalszy ciąg miał nastąpić najprzód w dzień postawienia figury i na tem w tym roku zakończyć, aby podług danej obietnicy nadal trzy razy w roku się powtarzać.

Dzień postawienia figury nadszedł prędzej, niż się tego spodziewano. Z wielu stron proponowano do tego dzień ósmego Grudnia, jako Święto Niepokalanego Poczęcia, ponieważ pod tą nazwą objawiła się Najświętsza Mary a Panna, i stosownie do tego forma figury obraną i dokonaną była. Wniosek ten podobał się powszechnie, lecz inaczej się stać miało.

Już dnia 12. Września po południu nadeszła zamówiona dnia 25. Lipca statua do Gietrzwałdu, wysmukła postać naturalnej wielkości, z głową odkrytą, depcąca prawą nogą, węża wijącego się koło podstawy. Biała szata i płaszcz niebieski, spięty u góry złocistą sprzączką, dziane w złote kwiaty, przepaska, szaty i podbitka płaszczu pozłacane. Nie jest to żadną miarą nowy utwór, podług objawień czterech widzących osób, ale starodawne znane powszechnie wyobrażenie Niepokalanego Poczęcia wykonane podług gotowego od wielu lat wzoru w instytucie dla sztuki chrześcijańskiej u Mayera w Monachium, za umiarkowaną cenę 336 Marek. Wypakowaniem zajęci wieśniacy Gietrzwałdzcy nie mogli się dosyć nacieszyć widokiem tego posągu i zapewniali, że nigdy jeszcze nie widzieli tak pięknego obrazu Matki Boskiej. Justyna przeciwnie i Barbara, gdy przybywszy na wieczorny Różaniec zobaczyły tę figurę, zaczęły głośno płakać i nie mogły się utulić z żalu twierdząc, że figura ta w porównaniu z Najświętszą Panną, jaką widziały, jest brzydka. Po skończonym Różańcu opowiadały jednak, że podczas trzeciej i czwartej tajemnicy ukazała im się, jak zwykle, Najświętsza Marya Panna i rzekła: „Nie smućcie się, bo figura jest dobra.”

I wdowa Bylitewska to samo miała objawienie i słyszała te same słowa; Katarzyna zaś nie. Ta natomiast widziała Najświętszą Pannę nazajutrz rano razem z wdową przez kilka minut, podczas kiedy dzieci nic nie widziały. W południe, kiedy objawienie znowu po raz pierwszy wszystkim czterem osobom się choć na krótki tylko czas ukazało, zapytały Justyna i Barbara, kiedy kaplica ma być poświęconą? i otrzymały odpowiedź: „W Niedzielę.” Wieczorem tegoż dnia zeznały dzieci znowu, że nic nie widziały, starsze zaś osoby oświadczyły, że na zapytanie, o której godzinie ma być kapliczka poświęcona? odpowiedziała im Najświętsza Panna: „O trzeciej po południu, duchowieństwo ma być obecne i Różaniec ma być odmówiony.” W następujących trzech dniach widziały objawienia wszystkie cztery osoby z tą jednak różnicą, ze starsze począwszy od wieczora 14. Września widywały ją zawsze otoczoną chórem Aniołów, czego u dzieci nie bywało.

Pytania, które przy tych krótkich tylko zjawieniach stawiano i otrzymane odpowiedzi dotyczyły albo dolegliwości pojedynczych osób, albo sposobu, w jaki uroczystość ma być zakończoną i jak ma być dalej odprawianą. Gdy obie starsze osoby razu pewnego chciały się dowiedzieć, azali w następnym roku jeszcze będą miały objawienia? otrzymały odpowiedź: „Jeżeli żyć będziecie, ujrzycie.” Kiedy dnia 15. Września wieczorem prosiły o błogosławieństwo dla parafii i dla proboszcza, odrzekła Najświętsza Panna, że błogosławieństwo na bliski czas utrapień udzielone im będzie dnia następnego.

Tak nadszedł dzień 16. Września, przypadający w Niedzielę, przeznaczony do uroczystego ustawienia figury. Parafia Gietrzwałdzka obchodziła w tym dniu z oktawą Narodzenia Matki Bo­skiej (jako Patronki kościoła w Gietrzwałdzie) zarazem uroczystość Imienia Maryi. Jestto jedna z nowszych uroczystości Matki Boskiej, historyczna pamiątka cudownej mocy świętego Imienia Bogarodzicy, a zarazem niezwykłej jedności i zgody dwóch chrześciańskich narodów w walce

 

przeciw wrogowi Chrześciaństwa. Kiedy bowiem 1683 roku Turcy obiegli Wiedeń i wszelka nadzieja ratunku straconą się zdawała, uciekli się obrońcy miasta z szlachetnym hr. Rydygierem Starembergiem na czele, w tem niebespieczeństwie do Najświętszej Maryi Panny, wzywając gorąco i z ufnością Jej świętego Imienia o pomoc. Osobliwie dnia 8. Września, jako w dzień Jej Narodzenia z podwojoną gorliwością się modlili. I oto! jak prędko i niespodzianie modlitwa ich wysłuchaną została! Stróż z wieży dał znać o zbliżaniu się odsieczy. Był to pobożny, bohaterski król Jan Sobieski na czele swych hufców polskich. Dnia 12. Września przed rospoczęciem boju przyjął nabożnie Komunią św., polecił siebie i wojska swoje głośno i uroczyście opiece Przeczystej Bogarodzicy i Imię Maryi wyznaczył za hasło wojenne. Z Imieniem tem na ustach rzucili się Polacy na wroga i po południu tego dnia najpiękniejszego w całem krwawem siedmnastem stóleciu został wielki wezyr, Kara Mustafa, mimo swej ogromnej przewagi zwyciężony, pole bitwy zaległy trupy tureckie, cały obóz nieprzyjacielski wpadł w ręce zwycięzcy, ocalonem zostało chrześciaństwo w Europie. Polacy i Niemcy pobratawszy się ze sobą wyprzedzali się w okazywaniu czci Najświętszej Maryi Pannie. Kościół zaś obchodzi odtąd wskutek rozporządzenia Papieża Innocentego XI. zawsze w pierwszą Niedzielę po Narodzeniu Matki Boskiej Uroczystość Jej chwalebnego Imienia.

I w Gietrzwałdzie znaleźli się tym razem na dniu Imienia Maryi i Polacy i Niemcy, jako dzieci jednej matki złączeni w braterskiej jedności, a liczba ich pomimo nieustannego deszczu dochodziła do 15,000, z których nikt przecież nie umiał powiedzieć, z kąd w tak krótkim czasie dowiedzieli się o tych nowych zjawieniach i uroczystościach. O godzinie trzeciej po południu przy odgłosie dzwonów i pieśni: „Bądź Królowa pozdrowiona” z towarzyszeniem muzyki przeniosło czterech duchownych figurę z plebani! do kościoła, gdzie z stosowną uroczystością została poświęconą, ażeby, jak to modlitwa odnośna w rytuale dyecezalnym opiewa: „wszyscy, którzy przed tym obrazem Najświętszą Pannę z nabożeństwein czcić będą, za jej przyczyną otrzymali w tem życiu łaskę, a w przyszłem wieczną chwałę”. Poczem obniesiono statuę w uroczystej procesyi naokoło kościoła do nowo wybudowanej kapliczki, gdzie również podług rytuału błagano Boga o błogosławieństwo, „ażeby na tem miejscu znalazł każdy zdrowie, czystość, zwycięstwo, moc, pokorę, dobroć, łagodność, wypełnienie przykazań i dziękczynienie Bogu w Trójcy Jedynemu, i ażeby takie błogosławieństwo na zawsze pozostało nad tem miej­scem i nad wszystkimi tamże przebywającym”.

Po odmówieniu modlitwy poświęcającej ustawiono statuę przy odśpiewaniu psalmu: „Zmiłuj się nademną Boże według wielkiego miłosierdzia Twego”, w przeznaczonej do tego framudze. Ku powszechnej radości przestał teraz padać deszcz, który dotąd lał się strumieniami, tak iż dalsza uroczystość bez żadnej odtąd przeszkody ku większemu zadowolnieniu i zbudowaniu tak licznie zgromadzonego i głęboko wzruszonego ludu dalej odprawianą być mogła. Pieśni: „Pod Twoje obronę” i „Ciebie Boże chwalimy”, zakończyły uroczystość poświęcenia i stanowiły przejście do modlitwy różańcowej. Przytomni mogli oglądać podczas tejże modlitwy począwszy od drugiej aż do piątej tajemnicy, na twarzach czterech widzących osób zwykłe oznaki towarzyszące objawieniu z silniejszym jednak, niż zwykle, wyrazem. Według zgodnego świadectwa uprzywilejowanych osób Najświętsza Panna podczas modlitwy, zwróciwszy się ku prawej stronie, błogosławiła najprzód prawicą ukośnie w górę podniesioną kaplicę z umieszczonym tam posągiem, a potem spełniając wynurzoną prośbę, w zwyczajny sposób parafią i proboszcza, wszystkich przytomnych i wszystkie chrześciańskie stany.

Obie starsze osoby słyszały jeszcze na końcu napomnienie: „Odmawiajcie gorliwie Różaniec”, wdowa zaś słyszała prócz tego następujące jeszcze słowa: „Teraz dopiero w przyszłym roku się wam znowu ukażę”. Uroczyste nieszpory w kościele z towarzyszeniem muzyki zakończyły tę osobliwą uroczystość Imienia Maryi, i cały szereg (187) objawień, które z wyjątkiem dwóch dni (10 i 11go Września) od 27go Czerwca nieprzerwanie trwały ze

wszystkiem przez dni 80.

13. Uzdrowienie chorych.

Wiemy z świadectwa Pisma św. i z własnego doświadczenia, że chociaż ziemia cała pełna jest miłosierdzia Bożego, że jednak Pan Bóg raczył sobie często wybierać i teraz niejednokrotnie wy­biera sobie pewne miejsca, na których moc swoje i łaskę przez dziwne, cudowne uzdrowienia chorób duszy i ciała objawia. Jak w naturze źródła uzdrawiające, w których lekarze i chorzy tak wielkie pokładają zaufanie, nie wszędzie wytryskują, tak też ma się rzecz ze źródłami łaski Bożej. Po wszystkich krańcach ziemi znajdujemy porozrzucane podobne miejsca wybrane, na to od Boga przeznaczone, aby były miejscami łask dla tych, którzy w mocnej wierze, nadziei i nieustającej modlitwie jako posłuszne dziatki idą za skinieniem jego Opatrzności. Pan sam przyrzeka Mojżeszowi, „iż chce wybrać dla ludu swego miejsce, aby tam było Imię Jego”. Naaman Syryjczyk zostaje uzdrowiony od trądu umywszy się stosownie do rozkazu proroka w Jordanie, a nie w żadnej z przepysznych rzek, które jego ojczyznę przepływały. Św. Jan Ewanielista opowiada nam, iż w Jerozolimie była sadzawka Betsaida, do której codzień zstępował Anioł, a której woda uzdrawiała wszelkie choroby. Więcej było źródeł w Jerozolimie, a jednak rozkazał Zbawiciel ślepourodzonemu umyć sobie oczy w sadzawce Siloe, a nie w innej.

Osobliwie uprzywilejowane w tym względzie napotykamy w przebiegu historyi kościelnej te miejsca, które czci Matki Zbawiciela są poświęcone. Jeżeli Chrystus Pan, jak to czytamy w Ewanielii św., uzdrowił na prośbę setnika chorego sługę jego, jeżeli na błaganie Jaira wskrzesił do życia jego córkę, miałżeby nie wysłuchać swej ukochanej Matki, kiedy Go o uzdrowienie jakiego chorego prosi? Jeżeli Najświętsza Panna takie współczucie okazała oblubieńcom w Kanie Galilejskiej z powodu chwilowego niedostatku, o ileż więcej litować się musi nad chorymi, których nędza jest daleko gorsza i okropniejsza? Św. Bruno, następca św. Wojciecha jako apostoł i męczennik na ojczystej ziemi naszej, opowiada o tym pierwszym apostole Prus, że tenże jeszcze dzieckiem będąc ciężko zachorował i żadnej nie było nadziei wyzdrowienia. Pobożna matka położyła chłopca na ołtarzu Najświętszej Panny poświęcając go na wyłączną służbę Pana Boga, i oto w jednej chwili złamaną została moc choroby i dziecko wyzdrowiało. „Tak” – mówi św. Bruno dalej – „łaskawa królowa Anielska, przeczysta Dziewica, która szczerze proszącemu nic nie może odmówić, zaniosła przed tron Boga prośby i śluby tych, którzy ją wzywali, i przyniosła im pomoc z nieba.”

Co się tu stało z Apostołem Prus, to samo powtarzało się niezliczenie wiele razy w przebiegu wieków chrześciańskich. Wieść o takich uzdrowieniach dokonanych za wstawieniem się Naj­świętszej Maryi Panny, jako też o innych wysłuchanych prośbach sprowadzała dziwną tajemniczą siłą na te miejsca łaski nieraz w krótkim czasie licznych innych potrzebujących pomocy. Aby okazać swą wdzięczność za odebrane dobrodziejstwa, pozawieszali tam potem pielgrzymi nie tylko krokwie, któremi niegdyś podpierali schorzałe swe członki, lecz także niezliczone wota i wyobrażenia uzdrowionych oczu, serc, rąk, nóg z kosztownego kruszczu, albo z wosku, lub z drzewa, jako pamiątki swego cudownego uzdrowienia. Z ofiar pobożnych pielgrzymów stanęły potem tu i owdzie na takich miejscach wspólnej modlitwy i wspólnego nabożeństwa kaplice i kościoły, niekiedy, wielkie wspaniale katedry, które poświęcone zostały Maryi „Uzdrowieniu chorych, Pocieszycielce utrapionych.” Tak powoli cała ziemia okryła się takiemi świątyniami Najświętszej Panny, a cześć Jej i sława przez to z przeszłością i przyszłością niektórych narodów ściśle zespoloną została. Niema części ziemi, niema kraju, niema dyecezyi, któreby nie miały jednego lub więcej takich miejsc, na których litościwe Serce Najświętszej Maryi Panny chore swe dziatki raczy uzdrawiać i uświęcać. Już przed 200 laty pewien uczony mąż w obszernem dziele pod tytułem „Maryański atłas”, 1200 takich miejsc łaski pełnych naliczył i opisał. A od tego czasu przynajmniej drugie tyle nowych przybyło i tyleż starych odkryto, które były tamtego uszły uwagi. J tak Hiszpania szczyci się, iż sama posiada 500 takich cudownych miejsc.

J do Gietrzwałdu, jakeśmy mówili, już w początku Lipca mnóstwo przybyło pielgrzymów w nadziei, że za łaską Boga wybłagają dla siebie i dla swoich za przyczyną Najświętszej Maryi

Panny pomoc w chorobach i różnych dolegliwościach ciała. Widzące osoby oświadczyły im, że to dopiero później nastąpi. „Później” – takie były podług ich zeznania słowa Maryi dnia 3 go Lipca — „zostaną chorzy uzdrowieni.” Jako warunki uzdrowienia były podane pewne modlitwy, szczególnie Różaniec, prócz tego używanie pobłogosławionego płótna i wody.

Podług świadectwa Ewanielii św. wyrzekł niegdyś Zbawiciel świata, iż tylko tam może cuda czynić, gdzie wiarę znajduje. Gdzie zaś ta wiara objawiała się w pokornej modlitwie, tam zwykł był Pan nasz odpowiednio do dwoistej natury ludzkiej, dla okazania niewidzialnej swej mocy używać znaków zewnętrznych. Wymówienie jakiego słowa, dotknięcie szaty, pomazanie śliną, albo użycie wody z jakiego źródła wystarczało, aby uzdrawiać chorych. Że później tak samo dziać się będzie, przyobiecał wyraźnie temi słowy: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, kto wierzy we mnie, uczynki, które ja czynię, i on czynić będzie i większe nad te czynić będziecie.” (S. Jan XIV, 12.) Piotr św. samem słowem wskrzesił Tabitkę; chusty i pasy św. Piotra kładzono na chorych „i zostali uzdrowieni.”

Od początku Sierpnia opowiadały języki ludzkie i donosiły dzienniki o licznych uzdrowieniach, które w Gietrzwałdzie dokonane być miały. Przemilczamy o nich i to tylko opowiemy, co mniej lub więcej w urzędowej formie (protokolarnie) dotąd do wiadomości biskupiej zwierzchności Warmińskiej było doszło, nadmieniając zarazem, iż takowa nie uznała dotychczas za stosowne, aby dalsze w tej mierze czynić poszukiwania, albo jakikolwiek o tych wypadkach sąd wydawać. Dopóki przeto oświadczenie takie nie nastąpi, podług ustaw Soboru Trydenckiego i wyroku papieża Urbana VIIIgo, nie wolno w pismach publicznych uzdrowień takich podawać jako cuda, choćby je kto po troskłiwem rozważaniu wszystkich okoliczności za takowe uznawał.

Do tychczas doszły do wiadomości następujące przypadki uzdrowienia, które przytaczamy tu w tym porządku, w jakim jedne po drugich się wydarzyły:

1.     Marya Pulina z rodu Stenig, żona nauczyciela Józefa Puliny z Muntek (Mondken) pod Olsztynem, cierpiała od Marca r.b. (1877) na bardzo dotkliwą chorobę oczu. Lekarze, Dr. Katerbau w Olsztynie i prof. Jacobson w Królewcu, oświadczyli, że choroba ta może być wyleczoną, lecz bardzo długo jeszcze się pociągnie. Tymczasem po użyciu płótna i wody z Gietrzwałdu połączonem z modlitwą, ustąpił ból oczu natychmiast, piątego dnia już nie raziło chorej światło słoneczne, dnia 7go Sierpnia mogła wykonywać różne prace swego powołania i uważać się odtąd za całkiem uzdrowioną, co też wraz z mężem dnia 31 go Sierpnia powtórnie stwierdziła.

2.      Dnia 14go Sierpnia oświadczyła wyrobnica Teresa Kretschmann z Lidzbarka (Heilsberg), jako mąż jej, Walenty Kretschmann, już od 5 lat cierpiał na bardzo niebespieczne zapalenie oczu i napróżno szukał pomocy u lekarzy w Lidzbarku i Królewcu. Okładanie liściem klonowem i używanie wody pobłogosławionej wyleczyło oczy jego po dwóch tygodniach do tyła, iż może chodzić teraz na robotę, czego dawniej nie mógł.

3.      Tak samo donoszą z Lidzbarka pod dniem 14go Sierpnia, iż sierota, imieniem Olga Stach, 13 lat mająca, która od 5 lat na jedno oko nie widziała, odprawiała nowennę do Matki Boskiej i używała wody z Gietrzwałdu, i że piątego dnia modlitwy okiem tem już nawet czytać mogła.

4.       Dnia 16go Sierpnia opowiadał chałupnik Jan Szmit ze wsi Pissau pod Zyborkiem (Seeburg), 47 lat mający, iż przez długi czas aż do początku tego miesiąca cierpiał na brzydkie wrzody. Ręka i ramię nabrzmiały okropnie, i puchlina rzuciła się już była na twarz aż pod lewe oko. Ciało w dłoni ogniło aż do kości, przez co ręka tak okropnie wyglądała, że pewna sąsiadka na sam widok omdlała. Gdy usłyszał o zajściach w Gietrzwałdzie, wybrał się tam w podróż, modlił się, mył się błogosławioną wodą, przykładał płótno i natychmiast zginęły wszystkie wyrzuty, które na ręku i twarzy się były potworzyły, ręka zaś i dłoń w kilku dniach tak dalece się wygoiły, że już znowu mógł zboże siec. Dnia 16go Sierpnia całkiem już wyleczony chciał odbyć

drugą pielgrzymkę do Gietrzwałdu, aby podziękować Matce Boskiej. Gdy mu uczyniono uwagą, że to samo może uczynić w swoim kościele parafialnym, odpowiedział: „To nie wystarcza, bo słusznie zasłużyłbym sobie na zarzut Zbawiciela: „Azali nie było dziesięciu oczyszczonych, gdzież dziewięciu innych?”

5.     Żona urzędnika w pewnem miasteczku naszej prowincyi, – (imię i nazwisko nie ma być tymczasem jeszcze ogłoszone) — cierpiała od Zielonych Świątek r.b. (1877) na krwiotok, wskutek czego poddać się musiała operacyi biegłego w swej sztuce lekarza naszej rezydencyi. Na niejaki czas ustąpiła choroba, lecz po upływie miesiąca znowu wróciła tem niebespieczniej, tak iż powtórną operacyą uznano za konieczną. Zamiast tego jednakże chora poleciła się modłom niektórych pobożnych niewiast, sama zaś odprawiała dalej nowennę do Najświętszej Panny, którą była rozpoczęła i używała wody z Gietrzwałdu. Dziewiątego dnia swego nabożeństwa rano w końcu Sierpnia r.b. (1877) zupełnie zdrowa mogła powstać, kiedy jeszcze dzień przedtem zdawało się, że musi umrzeć. J obecni tamże lekarze uznali chorą za uzdrowioną.

6.       Wyrobnikowi Józefowi Piotrowskiemu z Pudlenga (Paudling) pod Biskupcem (Bischofsburg) mającemu 53 lat, upadł przy robocie roku 1872 kawał drzewa na kark, wskutek czego ustawicznie, nawet we śnie, kiwać musiał głową. Gdy pomoc lekarska okazała się daremną, odbył chory pielgrzymkę do Gietrzwałdu, był tam od 3 go do 8go Września, brał udział w nabożeństwie i używał pobłogosławionej wody i liścia z klonu, które przykładał na szyję i obwijał chustką: Dnia 8go Września, kiedy szedł na Różaniec, spostrzegł, że kiwanie głowy, które już dzień przedtem cokolwiek się zmniejszyło, całkiem ustało i odtąd bolesna ta choroba ustąpiła zupełnie.

7.     Dziewczyna Zuzanna Sabellek, córka gospodarza Józefa Sabellek z Nowego Wierckuba (Neu-Vierzighuben) pod Gutstadem (Gutstadt) zachorowała w 16tym roku wskutek zaziębienia się na okropne darcie w członkach, tak iż odtąd przez 14 lat z domu wychodzić nie mogła, a ostatnie 3 lata w łóżku spędzić musiała. Choroba pogarszała się coraz bardziej, nogi wreszcie zupełnie stały się bezwładnemi, tak iż chodzić nie mogła, bezsenność, brak apetytu, najdokuczliwsze bóle żołądka i ciężki oddech wzmagały się ustawicznie, tak iż chora była raczej do kościotrupa podobną i zaledwo mówić jeszcze mogła. Przywołani lekarze uznali chorobę tę za raka żołądkowego i za cierpienie nerek i orzekli, że jest nie do uleczenia. Gdy wiadomość o zjawieniach Gietrzwałdzkich do jej uszu doszła, zaczęła chora, która zawsze wielkie miała nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny, używać wody błogosławionej w tej silnej wierze, że odzyska zdrowie, jeżeli to nie będzie przeciwnem zbawieniu jej duszy. Zaraz po pierwszem uży­ciu wody ustały womity i ciśnienie żołądka, oddech stał się wolniejszy, sen i apetyt wróciły. Po siedmiu tygodniach bez wszelkiej pomocy lekarskiej do tego stopnia czuła się zdrową, że 4go Września mogła podjąć pielgrzymkę do Gietrzwałdu, aby podziękować za uzdrowienie. Po powrocie ztamtąd znikły wszelkie dawniejsze oznaki choroby.

8.        Szwaczka Barbara Grunenberg z Kleebarka (Gross Kleeberg) w dekanacie Wartenburskim, połknęła dnia 29go Czerwca niespodzianie szpilkę. Po pięciu tygodniach dopiero, kiedy już jeść nie mogła, a pierś coraz bardziej puchła, zasięgła rady lekarskiej, lecz odpowiedziano jej, że za późno się zgłasza i że nikt jej już nie pomoże. Odbyła tedy pielgrzymkę do Gietrzwałdu, rospoczęła nowennę, używając równocześnie wody błogosławionej, poczem za­raz uczuła ulgę w boleściach. Na końcu drugiej nowenny ustąpiła puchlizna, potem wyzdrowiała zupełnie, a na początku Listopada czuła się zupełnie zdrową.

9.      Dnia 4go Listopada oświadczyła wyrobnica Giertruda Bracławska z Schattens w powiecie Olsztyńskim, i stawiła na to świadków, że córka jej Anna około Wielkanocy zaniewidziała zupełnie, a oddana do kliniki chorych na oczy w Królewcu, wróciła do domu z tą smutną wiadomością, że nie masz dla nieej ratunku. Została też zupełnie niewidomą. Strapiona tedy matka odbywszy pielgrzymkę do Gietrzwałdu, przyniosła z tamtąd święconej wody i liścia z

klonu, i rospoczęła natychmiast z córką dziewięciodniowe nabożeństwo do Najświętszej Panny. Już trzeciego dnia znacznie się polepszyło, ku końcowi nabożeństwa miała Anna zupełnie zdrowe oczy tak, iż mogła czytać i wszelkie prace wykonywać, a i teraz po upływie trzech miesięcy jest zupełnie zdrową.

10.     Czteroletnia Helena Rygalska, córka gospodarza Jana Rygalskiego z Lisewa w powiecie Chełmińskim, nie była w stanie żadnego słowa zrozumiale wymówić i uważano ją powszechnie za głuchoniemą. Ojciec powróciwszy dnia 7go Września z pielgrzymki Gietrzwałdzkiej dał jej wody błogosławionej do picia i odmawiał z rodziną Różaniec św. Po czterech tygodniach pocieszył go Bóg, że dziecko daleko już zrozumiałej mówiło i mówi, niż dawniej.

11.     Franciszka Rygalska z Lisewa, 21 lat mająca, siostra Heleny, cierpiała pi7;ez 10 lat na oczy i to tak bardzo, że na jedno oko wcale nie widziała, a doktorzy z Chełmna i Chełmży oświadczyli, ze dziewczyna całkiem zaniewidzi. Przez używanie wody błogosławionej, płótna i liścia klonowego z Gietrzwałdu i przez szczere odmawianie Różańca przez 4 tygodnie, wyleczone zostały oczy zupełnie i Franciszka może odtąd wszystkie prace wykonywać.

12.       Wdowa Marya Kilanowska, o której lekarze oświadczyli matce jej Katarzynie Kłosińskiej z Muntowa pod Malborkiem, że przyszła już na świat z angielską chorobą i nic może być z niej uleczoną, cierpiała prócz tego wielkie darcie w wszystkich członkach i w nodze jednej miała zawsze otwartą ranę. Odbyła tedy wraz z matką pielgrzymkę do Gietrzwałdu dnia 6go Września, po powrocie używała wody błogosławionej i płótna i odmawiała Różaniec, poczerń zupełne odzyskała zdrowie.

13.     Właściciel dóbr i oberżysta Ludwik Krause z Lutry (Lautern) pod Zyborkiem (Seeburg) dostał przed 3 laty ni ztąd ni z owad bolącą nogę, która mu niezmierne bóle sprawiała. Lekarska pomoc okazała się bezskuteczną, a po troskliwem zrewidowaniu schorzałej nogi zeznał lekarz Dr. Wiewiórowski ze Zyborka, że noga wygoić się nie da i że trzeba j ą będzie odjąć. W Wrześniu począł Krause używać wody z Gietrzwałdu. Po dwukrotnem obmyciu zagoiły się rany, ale przy zmianie powietrza jednak powracały dawne bóle, po dalszem zaś obmywaniu nogi błogosławioną wodą i przykładaniu błogosławionego płótna ustąpiły zupełnie, tak iż teraz może chodzić, jak zwykle i przy zmianie powietrza nie czuje już żadnych bólów.

14.     Kowal Teodor Wichert z Frauenburga, od dawnego czasu zamieszkały w Gdańsku, a liczący obecnie lat 24, uczuł w Sierpniu 1876 r. wielkie bóle w prawem ramieniu i w lewej goleni. W krotce schorzałe części ciała stwardniały. Mimo wielkich boleści pracował Wichert w Gdańsku aż do Lutego r. 1877, był jednak w końcu zmuszony prosić o przyjęcie do tamtejszego lazaretu pod wezwaniem Najświętszej Panny, a po półtoramiesięcznym pobycie opuścił go, będąc, jak mówił, nie do uleczenia. Lekarze, którzy go doglądali – (razu pewnego badało go 14 lekarzy razem) -, oświadczyli, że nie mogą mu pomódz. J późniejsze smarowanie maściami i owijania nie miały żadnego skutku, tak że chory już zwątpił o swem uleczeniu, kiedy jeden z przyjaciół poradził mu, aby się udał do Gietrzwałdu. Dnia 6go Września przybył do Gietrzwałdu czując najokropniejsze boleści, przyjął Sakramenta św. i uczęszczał na wspólną modlitwę. Już wieczorem tegoż dnia mógł tą nogą. w której przez półtora roku nie czuł żadnej władzy i w której nie miał czucia, bez bólu uklęknąć; otwarte rany pod kolanem, z których ustawicznie ropa ciekła, naraz się zagoiły, a stwardnięte ramię wyzdrowiało. Uleczony całkowicie powrócił do Gdańska i przedstawił się później tamtejszym lekarzom, którzy się nim zajmowali. Jeden z nich, radzca zdrowia Dr. Hildebrandt, dał mu na żądanie pod dniem 27go Października 1877 atest, w którym poświadczył, jako Wichert cierpiał na „sklerosis” (stwardnienie ciała) w prawem ramieniu aż do łopatki i w lewem kolanie, osobliwie pod kolanem i aż do połowy goleni, i że 27go Kwietnia 1877 jako nie mogący być uleczonym opuścił dom chorych Najświętszej Maryi Panny, gdzie od 21 go Lutego był opatrywany. Gdy go Dr. Hildebrandt dnia 24go Października zrewidował, znalazł, że były jego pacyent z łatwością mógł chodzić i ręki swobodnie używać i nie wahał się

„tego”, jak się sam wyraża, „pod każdym względem dziwnego uzdrowienia, ponieważ cierpienia tego rodzaju do nieuleczonych należą,” wedle prawdy zaświadczyć.

Oprócz tych 14 przypadków w podobny sposób do protokółu podane zostały: uzdrowienie Elżbiety Kochanek z rodu Lemke w Mokinach pod Wartenborkiem od siedmioletniej choroby i pomieszania zmysłów; szewcowej Maryi Freitag, z rodu Wetzkich, z Reszla (Rossel), chorej od dwóch lat na nogę; dziecka szewcowej Pichler z domu Lingnauów, także z Reszla, od ciężkich ran przez oparzenie w lewem oku. Wiele innych jeszcze uzdrowień, szczególnie z Polski iż Poznańskiego, lecz tylko listownie zostało zameldowanych. Listy, w których proszą o nadesłanie wody, wspominaj ą wielokrotnie o osobliwych i zadziwiających tejże skutkach. Na nazwiska i bliższe okoliczności, o które przynajmniej w niektórych przypadkach zapytano, trzeba jeszcze zaczekać. Ufność zaś w przyczynę Najświętszej Maryi Panny i w pomoc, której jako „Uzdrowienie chorych” pielgrzymom Gietrzwałdzkim udziela, rośnie z dniem każdym coraz bardziej tak w wyższych, jak w niższych warstwach społeczeństwa, tak w prowincyi Pruskiej, jak i po za jej granicami, i to nie tylko między katolikami.

14. Matka niepokalana.

Liczbą pielgrzymów, którzy od końca Lipca do połowy Września Gietrzwałd zwiedzili, różni różnie podawali, wynosi ona od ćwierć do pół miliona. Ale choćbyśmy przyjęli i tę najmniejszą liczbę, zapytać się można: cóż takiego poruszyło te ogromne masy ludu i do tego miejsca przez trzy miesiące nieomal je ściągało? Odpowiedź na to pytanie pobudza nas do zwrócenia uwagi na niektóre zdarzenia, o których dotąd albo wcale nie wspomnieliśmy, albo też mimochodem tylko uczyniliśmy wzmiankę.

Godnym uwagi zaprawdę jest kilkakrotnie podniesiony fakt, że tego samego dnia, w którym rospoczęły się objawienia w Gietrzwałdzie, spostrzeżono w różnych okolicach Polski dziwne zja­wiska na niebie, które też po części tłómaczą, dla czego właśnie z tych okolic mimo tak rozlicznych przeszkód tyle pielgrzymów przybyło. Oto, co pielgrzymi opowiadali:

Dnia 27go Czerwca widziano na niebie w Prasnyszu, w guberni! Płockiej, miasteczku o 13 mil od Gietrzwałdu odległem, od 10 godziny przed południem aż do 2. godziny po południu jasna jakoby drogę światlaną, która zdawała się mieć około metra szerokości. Prowadziła ona z południa ku północy w kształcie poziomej płaszczyzny, w środku tylko nieco ku górze wygiętej. Na początku węższa, ku końcowi szersza, miała od strony zachodniej spadające na dół jakoby frędzle ze światła, w kształcie kwiatów, czego po wschodniej stronie nie było. Tę drogę widziało wielu mieszkańców miasta i okolicy, przyczem ten i ów zauważył, że droga ta wskazuje kierunek z Częstochowy do Prus i że może dla tego będzie miała jaki związek z Matką Boską.

I w innych okolicach Polski, n.p. w okolicy Myszyńca spostrzeżono tę samę drogę i nazwano ją drogą Matki Boskiej dla tego, że początek swój brała z Częstochowy, najsławniejszego, cudownego miejsca Polski. Wielu pielgrzymów zapewniało, że, idąc w kierunku tejże drogi, przyszli do Gietrzwałdu i tak trafili do celu.

Starania z innej strony, aby otrzymać dokładniejszy opis tej od tylu ludzi na najrozmaitszych miejscach spostrzeżonej światlanej drogi, lub też jej rysunek, okazały się dotąd bezskutecznemi. Podług opisu mogła to być tak nazwana wstęga biegunowa (Polarband), pas z

 

obłoków piórkowatych, pozostały z mgły porannej, która przez wznoszące się prądy powietrza wysoko podniesiona zamieniła się w lodowe igiełki, wskutek południowego zaś ciepła znowu stajała. Podobny rodzaj obłoków pojawia się najwięcej w Kwietniu i Październiku, niekiedy jednak i w Czerwcu i pozostaje w niejakim związku z zorzą północną, z prądami magnetycznemi i plamami słonecznemi. Cokolwiekbądź, przez to równoczesne pojawienie się onej drogi tego samego dnia, co Matki Boskiej w Gietrzwałdzie, uwaga narodu polskiego od samego początku w niezwykłym stopniu na wypadki Gietrzwałdzkie zwróconą została.

Inne jeszcze zdarzenie godne jest wzmianki. Było to po południu dnia 27go Czerwca, prawie w tym samym czasie, kiedy w Gietrzwałdzie rospoczął się z Justyną egzamin w katechizmie, że Kanclerz cesarstwa niemieckiego przyjmował u siebie w Kissingen kilkunastu pastorów protestanckich z Wyrtembergii, i podług niezaprzeczonych doniesień dziennikarskich wykładał im, jak się mają rzeczy z zjawieniami Matki Boskiej i jaki związek zdaniem jego coraz silniej podnoszący się w prowincyach wschodnich, szczególnie w Poznańskiem, polonizm ma z Kulturkampfem czyli walką rządu z kościołem. „W tych walkach”, rzekł w ówczas dosłownie, (podług doniesienia Bóckhelera) „ważne zadanie mają szkoły. Przeciw takim rzeczom, jakie się dzieją w Marpingen i w Lourdes, nie wskóramy nic innemi środkami, a zgoła nic żandarmami, ale tylko przez szkołę będzie można im zaradzić.”

Temi słowy, chociaż mimo swej wiedzy i woli, wskazał kanclerz na uderzający związek wypadków zaszłych w dni 11go Lutego 1858, 3go Lipca 1876 i 27go Czerwca 1877 w Lourdes, Marpingen i Gietrzwałdzie, u francuzkich, niemieckich i polskich tak nazwanych, „dzieci Maryi”, a tak od początku zwróciła się powszechna uwaga od zdarzeń na zachodniej granicy do zajść rozpoczynających się na ostatnim wschodnim krańcu państwa niemieckiego. W śród takich okoliczności nie było potrzeba gazet, aby wiadomość o objawieniach Gietrzwałdzkich roznieść po krajach niemieckich, polskich i dalej. Rzeczywiście też najprzód nieprzyjazne katolikom gazety już w pierwszych tygodniach wiadomość o zajściach tych rozniosły i całą tę rzecz pogardą, szyderstwem, kłamstwem i oszczerstwem stłumić usiłowały. Katolickie zaś dzienniki wstrzymywały się w początku od wszelkich uwag; gazeta Warmińska n.p. wyjąwszy kilka przestróg, zalecających ostrożność i odpychających zarzut oszukaństwa, dopiero dnia 4go Wrze­śnia zaczęła o tem pisać a więc wtenczas dopiero, kiedy już tysiące pielgrzymów z Gietrzwałdu do domów było popowracało.

Mniej jeszcze niż dzienniki przyczyniło się duchowieństwo do onego poruszenia ludu. Z wielu kazalnic Warmińskich ganiono, jakeśmy to już wspominali, one pielgrzymki do Gietrzwałdu i ani jednej dotąd nie wymieniono parafii, gdzieby takowe zachwalano. Przeciwnie, powszechny głos ludu i nagły ruch tylu tysięcy narodu bez najmniejszego śladu nieporządku, niepokoju lub zamieszania, pobudziły duchowieństwo, przezorne zwykle i ostrożne wśród takich okoliczności, do gruntownego zbadania rzeczy i przyczyniły się niejednokrotnie do powzięcia zupełnego przekonania o prawdziwości objawień.

I zaprawdę, takie głębokie wzruszenie i taki zapał ludu, napiętnowany poważnem, stałem i religijnem ze wszech miar podniesieniem ducha, musiał koniecznie na każdym myślącym i czu­jącym badaczu głębokie wywrzeć wrażenie. Przejęcie się świętą powagą, pobożne skupienie ducha, pokorna modlitwa, odznaczały pobożnych pielgrzymów zarówno w drodze, jak u celu ich pielgrzymki. O wykroczeniach, kłótniach, pijaństwie lub kradzieży, o jakim przypadku zachorowania lub innego nieszczęścia, aż do końca objawień nikt nic nie słyszał, a każdy osądzić jest zdolen, jakiej doniosłości jest już ten sam fakt w obec tak wielkiego i tak długo trwającego ruchu tak znacznych tłumów ludu. Obecni w Gietrzwałdzie żandarmi przypatrywali się tylko wchodzącym na cmentarz i wychodzącym z tamtąd spokojnym zresztą tłumom ludu, a przeciwko ludowi modlącemu się w cichości na poświęconem miejscu niema w kodeksie karnym żadnego paragrafu, któryby mieszanie się policyi usprawiedliwiał. Również nie było można dostrzedz

najmniejszego śladu usiłowań rozbudzenia między pielgrzymami ducha polskiego celem wywołania jakich rozruchów. Nigdzie też i nigdy podobny zamiar, któryby chyba tylko w gło­wach lekkomyślnych gazeciarzy mógł się wylądz, nie byłby się bardziej nie w porę objawił, jak tutaj i wśród takich okoliczności. Pominąwszy nielicznych przychodniów, których tylko ciekawość lub złość tam sprowadziła, o wszystkich innych pielgrzymach to tylko można było powiedzieć, że przybyli po to, aby albo dla siebie i dla swoich uzyskać uleczenie cielesnych ułomności, albo też, a tych było najwięcej, w duchownych dolegliwościach znaleść tutaj pociechę i pomoc. Ożywieni duchem umartwienia i wyrzeczenia się siebie, znosili też z wesołem obliczem wszystkie trudy podróży i słoty, niedostatek w potrawach, napoju, pomieszkaniu i noclegu. Jakkolwiek gościnność i bezinteresowność mieszkańców Gietrzwałdu i sąsiednich miejscowości były nad wszelką pochwałę, jakkolwiek w nocy wszystkie domy i zabudowania gospodarcze całej okolicy pielgrzymami były przepełnione, mimo to jednakże nie wszyscy mogli znaleść dla siebie przytułek, i wielu mimo przykrej niepogody pod gołem niebem zmuszonych było nocować. Rezygnacya, z jaką pozbawieni przytułku niewygody te znosili, była prawdziwie rozczulającą. Wiele znakomitych rodzin, powiększej części ze szlachty, zadawalniały się lichą pościelą i strawą, i ubolewały tylko nad tem, że gospodarze ich albo żadnego nie chcieli przyjąć wynagrodzenia, lub też tylko zwrot własnych wydatków przyjmowali. Urzędnicy kolejowi dziwili się, że tysiące podróżnych, których codziennie do Biesala (Biesellen) przywozili, prawie wszyscy bez wyjątku czwartą klasą jechać chcieli. Nie wiedzieli bowiem, że bardzo wielu pielgrzymów, osobliwie z stanów wyższych, z umysłu to czynili, aby zażyć przynajmniej cokol­wiek z tych niedogodności, które znamionują pielgrzymki w duchu pokuty podejmowane.

Ten duch chrześciańskiej pokuty i pokory objawiał się tak w nieustającej modlitwie, i o ile to było podobnem w nabożnem przystępowaniu do Sakramentów św., jako też osobliwie w szcze­rości i serdeczności, z jaką rozmaite te warstwy ludu i rozmaite narodowości ze sobą przestawały. Wszyscy czuli i uważali się za członków jednej wspólnej rodziny, za dzieci tej samej niebieskiej Matki. Wszyscy na to tu przybyli, aby uczcić i sławić wspólną Matkę, aby jako biedne, grzeszne dzieci wyznać łaskawemu, świętemu i czystemu Jej sercu winy swoje a odzyskać czystość i świę­tość serca.

„Jam jest Najświętsza Marya Panna niepokalanie poczęta”, odezwała się Matka Boska do obu dzieci, – pismo zaś u nóg Jej, którego dzieci z początku przeczytać nie mogły, jak to sama w kilka tygodni później dnia 17go Sierpnia oświadczyła, zawierało te słowa: „Marya niepokalanie poczęta.” Podczas kiedy szatan w podobnem piśmie przyobiecywał im „rozjaśnienie nad własnemi grzechami”,” to tamte słowa wskazywały w osobie Maryi na tę niewiastę, w której nawet Bóg Przenajświętszy od pierwszej chwili Jej stworzenia najmniejszej nie znalazł zmazy, której dziatki zatem także przez czystość serca, przez pilne unikanie grzechu podobnemi być miały do Niej.

Tak więc jedynie dziecięca miłość ku Niepokalanej Matce, nadzieja, że pod Jej obroną i opieką sami otrząsną się z grzechów i staną świętymi, tłómaczą nam, iż takie tłumy ludzi zbiegły się do nieznanej dotąd wioski. Kto nie zna przywiązania i czci, jakiem! przejęte są serca katolików ku Maryi, temu pielgrzymki do miejsc świętych Matki Boskiej zawsze pozostaną zagadką nierozwiązaną, ten nie zrozumie, jak jedno skinienie macierzyńskiego Jej serca, które i teraz ten sam ma wpływ na serce Boskiego Jej Syna i tę samą litość nad odkupionemi, wystarcza, aby poruszyć setki tysięcy tak samo ludzi grzesznych, jak i nawróconych i doskonałych. Bo Najświętsza Marya Panna jest „Ucieczką grzesznych” i zarazem „Królową Aniołów i wszystkich Świętych.” Początek naszego uświęcenia, dalszy w niem postęp i dokonanie, jest, co prawda, zawsze tylko możebnem przy pomocy Jezusa Chrystusa, ale z każdym z tych trzech stopni świętości miłość Maryi jak najściślej jest połączona. Ewanielista święty, kiedy opowiada, iż Pan Jezus na prośbę Najświętszej Panny wodę w wino przemienił, dodaje: „Ten początek cudów

uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej i okazał chwałę swą i uwierzyli weń uczniowie Jego.” Tak więc wiara, ten fundament i początek usprawiedliwienia, był dla uczniów Chrystusowych bezpośrednim owocem cudu wywołanego przez szczególniejszą miłość Najświętszej Panny. Ale i wytrwałość w dobrem, szczyt i korona wszelkich cnót, przedstawia nam się także w Ewanielii św. jako dar Boży wprawdzie, ale osiągnięty za pośrednictwem Matki Boskiej. Tak Jan św. pod krzyżem stojący jest niejako obrazem i przedstawicielem wszystkich tych chrześcian, którzy w udoskonalonej przez miłość wierze umieją dotrwać aż do końca, i którym toż sam Pan Jezus dał Najświętszą Maryą Pannę za matkę.

W oficyum kościelnem i w modlitwach mszalnych następujące słowa Eklezyastyka (XXIV, 16) Najświętszej Maryi Pannie przydawane bywają: „Rozkorzeniłam się w zacnym narodzie i w dziale Boga mego dziedzictwo jego, a w pełności świętych zawierzenie jego; wyniesionam wzgórę, jako drzewo cedrowe na Libanie, a jako jawor jestem podwyższona nad wodą na ulicach.” I w rzeczy samej, jako jawor czyli klon w krajach wschodnich pod swoją wspaniałą koroną udziela podróżującym cienia i ochłody wśród dopiekających skwarów słońca, tak Najświętsza Mary a Panna dziatki swe pielgrzymujące na tym padole płaczu przyjmuje pod swą macierzyńską opiekę pocieszając i ratując ich w boleściach i cierpieniach. Klon zaś w Gietrzwałdzie, który jedyną swą pozostałą jeszcze odnogą figurę Niepokalanie poczętej Dziewicy tak mile osłania, niechaj pielgrzymom, jak dotąd, tak i nadal zawsze przypomina, że Najświętszą Przeczystą Pannę Maryą winni jako Matkę swoje coraz szczerzej miłować i czcić coraz wierniej. Bo chociaż nikomu z katolików na myśl nie przyjdzie, aby Najświętszej Pannie Boską cześć oddawać, – coby zresztą było bluźnierstwem i bałwochwalstwem, – to jednakże, cokolwiekby dla Niej czynili, nigdy nie zdołają wyrównać tej miłości, jaką Ją umiłował i uczcił Boski Jej Syn, Jezus Chrystus. Temu zaś Panu i Zbawicielowi naszemu będziemy tem podobniejszymi i droższymi, im serdeczniej z Nim Najświętszą i Niepokalaną Matkę Jego umiłujemy.

15. Sąd Kościoła świętego.

Wiadomą powszechnie jest rzeczą, z jak wielkiem umiarkowaniem i z jaką przezornością postępuje Kościół św., kiedy chodzi o osądzenie zdarzeń nadzwyczajnych, i jak dopiero po najgruntowniejszych, wszechstronnych badaniach, po dojrzałej rozwadze i gorliwej modlitwie wyrok swój zwykł wydawać. Słuszniej rządzi się w takich wypadkach surowością raczej, niż łagodnością, -gdyż nic sprawie religii św. tak bardzo szkodzić i powagi zwierzchności duchownej podkopać nie może, jak powierzchowne traktowanie kwestyi tak ważnych. Zbytecznem byłoby zatem nadmieniać, że uznanie i potwierdzenie objawień Gietrzwałdzkich przez władzę biskupią Warmińską dotąd nie nastąpiło, i że tak prędko pewnie nie nastąpi, choćby już dla tego samego, że szereg onych zjawień wcale dotąd jeszcze nie zamknięty, lecz wyraźnie nowych jeszcze w przyszłości oczekiwać wypada. Nadto dowody do osądzenia zdarzeń nadprzyrodzonych powinny być jeżeli nie więcej, to przynajmniej równie ścisłe i przekonywające, jak te, których się wymaga przy zwykłem postępowaniu sądowem, aby na oskarżonego wyrok wydać; powinny więc opierać się na świadectwach przysięgą stwierdzonych, których w tym przypadku dla krótkości czasu ani zarządzić, ani tem mniej złożyć nie było można.

Zresztą przezorność tu właśnie i powolność ułatwia znacznie Kościołowi św. spełnienie jego zadania. Znaczną bowiem część tej pracy załatwia tymczasem badawczy duch ludzki, opinia publiczna, jako też kamień probierczy czasu. Ponieważ zajścia Gietrzwałdzkie i skutki tychże mają charakter publiczny, więc każdemu, czy przychylnie, czy nieprzychylnie dla nich usposobionemu powinno na tem zależeć, aby wszystkie te zdarzenia, tak w szczególności, jako też w związku z sobą były zbadane, aby każdy fałsz, każda przesada, każde niezupełnie niedwuznaczne świadectwo były wykryte i wyjawione. Na potwierdzenie zaś, jakie sam czas daje wypadkom tego rodzaju, powoływał się już czasu swego mądry Gamaliel, który w Dziejach Apostolskich (V, 38) tak się odzywa: „Jeżeli to jest sprawa ludzi, rozchwieje się, lecz jeżeli jest z Boga, nie będziecie mogli jej zepsować.”

Po pięciomiesięcznych doświadczeniach tyle można uważać za rzecz pewną, że obecnie niktby się zapewnię nie znalazł, któryby śmiał czterem widzącym osobom zarzucić oszustwo lub kłamstwo, lub chciał im to udowodnić. „Niepodobieństwem jest, aby te proste, dobroduszne, otwarte i niewinne wieśniaczki, tak dzieci, jak starsze osoby, miały tutaj popisywać się obłudą i oszustwem” – oto jednogłośne zdanie tylu tysięcy ludzi, którzy osoby te widzieli, z niemi mówili, badali je i doświadczali. Gdyby zresztą, czego niepodobna przypuścić, zeznania ich były zmyślone, to spółka ta szalbierska musiałaby mieć bardzo znaczne rozmiary. Rodzice, krewni i powinowaci widzących osób, inni ludzie, którzy twierdzili, że także mieli widzenia, cała wieś, cała parafia, proboszcz Gietrzwałdzki, w końcu całe duchowieństwo i wszyscy pielgrzymi musie­liby być mniej lub więcej wspólnikami oszukaństwa. A do tego wszyscy ci wspólnicy, osobliwie zaś ci, co najwięcej są wtajemniczeni, nie tylko żadnej nie mieliby z tąd korzyści dla siebie, lecz owszem największe nieprzyjemności i przykrości częścią już musieli znosić, częścią według wszelkiego prawdopodobieństwa na jeszcze większe w przyszłości winni być przygotowani.

Mieszkańcom Gietrzwałdu i okolicy, wyjąwszy kilku oberżystów, wielkie te tłumy ludu sprawiały tylko załogę, niepokój i mniejsze lub większe wydatki i straty. Świadkowie objawień, mianowicie dzieci, przez kilka tygodni wystawione były na rozmaite przesłuchy, doświadczania, przykrości, a nawet na posądzania, zarzuty i szyderstwa ze strony obcych ludzi. Osobliwie podczas Różańca św. różne codziennie przedsiębrano z niemi doświadczenia, tak iż chociaż nie natychmiast, to później jednak skutki silnego gniecenia, szczypania, kłócia boleśnie im się czuć dawały i dla tego one same, jako też krewni z bojaźnią i trwogą tylko godziny modlitwy oczekiwali. Wynagrodzenia za te niewygody, za te wewnętrzne i zewnętrzne boleści nie otrzymały żadnego. Mimo ubóstwa swego bowiem nie przyjmowały pieniędzy, które im ofia­rowano, o tem zaś, co zowiemy sławą, w swej dziecięcej prostocie i pokorze nie miały ani pojęcia. Gdy razu pewnego zapytano się Barbary, czy się nie cieszy z tego, że dla niej tylu ludzi się zchodzi? odrzekła, że to nie dla niej się dzieje, lecz ku czci Najświętszej Panny, że dla niej mogli byli spokojnie w domu pozostać. Proboszcz zaś od samego początku objawień ani jednej godziny nie miał spokojnej. Dom jego i wszystkie zabudowania plebańskie dzień i noc pielgrzymami były przepełnione, a do stołu jego zasiadało codziennie mnóstwo gości tak bogatych, jak ubogich, a wszyscy bezpłatnie. Przyjaciele i nieprzyjaciele przepowiadali mu nadto, że obok tych znacznych wydatków i niecnych oszczerstw i zniewag, jakiemi niesumienne gazeciarstwo sławę jego szarpało, prędzej lub później i wolność postrada. Przepowiednia ta już się ziściła. Zawezwany przed sąd, aby podał nazwiska tych duchownych, którzy w kościele jego obrządki duchowne sprawowali i tem przeciw tak zwanym „ustawom majowym” wykroczyli, gdy nie chciał zdradzić swoich współbraci i gości, został ku nieopisanej boleści sędziwej swej matki, siostry, brata i krewnych, a najbardziej szczerze do swego powszechnie poważanego pasterza przywiązanej parafii, odprowadzony dnia 12go Listopada do więzienia obwodowego w Olsztynie. Czy uwolnienie z więzienia, które dnia 17go Listopada całkiem niespodzianie zostało mu oznajmionem, jest stanowcze, czy też tylko tymczasowe, przyszłość dopiero pokaże. Tymczasem jednak różnemi pozwami sądowemi, terminami i procesami jest formalnie zarzucony, tak iż te udręczenia i cierpienia, jakie teraz przechodzi i jakie go pewnie jeszcze w najbliższej przyszłości czekają, tak mniej więcej mają się do ofiar i kłopotów, które przebywał w ostatnim czasie, jak one czarne, kolczaste ciemię Różańca bolesnego do zielonych listków radosnego Różańca. Być może, że cieszy się nadzieją, iż dożyje jeszcze wonnych kwiateczków Różańca chwalebnego, ale urzeczywistnienie tej nadziei zdaje się, sądząc z obecnych stosunków, w dalekiej jeszcze leżeć przyszłości. Podobne nieprzyjemności grożą mniej więcej i innym duchownym, którzy do Gietrzwałdu z pomocą przybywali, jako też już kilku z nich na kary pieniężne zkazanych zostało. Podobnie ma się rzecz z wielu innymi, a w pewnej mierze z wszystkimi należącymi do parafii Gietrzrwałdzkiej, która już przez tydzień swego pasterza

pozbawiona – była. Gdyby tu rzeczywiście zachodziło oszukaństwo, to zaprawdę trudno pojąć, kto mógłby być do tyła ograniczonym, aby w takim celu na podobne puszczał się szalbierstwa. Nadto trzeba wiedzieć, że według zasad religii św. katolickiej kłamstwo i oszukaństwo, szczególnie tak niegodziwe, jak to, o którem tu mowa, wszystkich uczestników i wiedzących o takowem, pozbawia nie tylko Sakramentów św., lecz i wiecznej szczęśliwości, celu ostatecznego pragnień i nadziei wszystkich chrześcian. Natomiast wszystkie osoby, o których tu mowa, zeznały po kilka razy, i gotowe są przysięgą potwierdzić, że tylko prawdę, czystą prawdę mówią, że żadna z nich najmniejszego kłamstwa dotąd się nie dopuściła, że wolałyby raczej umrzeć, aniżeli tak szkaradnego grzechu stać się winne-mi. Zaprawdę! kto w takim stanie rzeczy chce mówić o oszustwie, które żadnego nie ma prawdopodobieństwa, przeciw któremu wszystko przemawia, ten nie może twierdzić, że ma po swojej stronie zdrowy rozum i że umie myśleć spokojnie i bez namiętności.

Z czasem rezultat ten nieuprzedzonego zastanowienia się nad rzeczą u wszystkich ludzi dobrej woli coraz więcej znajdować będzie musiał uznania, gdy równocześnie mnożące się zderzające uzdrowienia coraz więcej utwierdzać będą wszystkich w tćm przekonaniu, że do wytłómaczenia takowych naturalne przyczyny nie wystarczają. Dopiero potem Kościół św. w tem mocnem przeświadczeniu, że tak te, jak w ogóle wszelkie inne cudowne zjawiska zbytecznemi są dla udowodnienia Boskiego jego początku i posłannictwa spokojnie przystąpi do zbadania faktów przysięgą ztwierdzonych, aby wydać o nich sąd na podstawie zasad wiary i kilkowiekowego doświadczenia. Jeżeli teraz zapytamy się, jakie to są one zasady? to znajdziemy, je wszystkie wymienione w Piśmie św; mianowicie zaś w Dziejach Apostolskich, które tyle cudownych objawień, widzeń, uzdrowień i przepowiedni w sobie zawierają, i w listach św. Pawła. W pierwszym liście do Koryntyan pisze tenże Apostoł narodów, że niektóre dary w kościele udzielane bywają ku nawróceniu niewiernych, mianowicie mądrość i umiejętność, wiara, dar uzdrawiania chorych, czynienia cudów, rozpoznawania duchów i dar mówienia różnemi językami. Potem rozbiera w trzech rozdziałach prawidła, podług których dary te sądzone i traktowane być powinny, a które późniejszym rozporządzeniom kościelnym za podstawę służyły.

Dla tego też nie poprzestaje Kościół św. na samych tylko wewnętrznych dowodach prawdy i autentyczności objawień. Chociażby pierwsi świadkowie objawienia byli jak najwiarogodniejszymi, chociażby niepojętą zdawało się być rzeczą, aby te proste, ograniczone wieśniaczki zmyśleć sobie miały tę obfitość obrazów, widzeń i objawień i z taką pewnością i jasnością, bez zmieszania się kiedykolwiek, bez namysłu, lub wikłania się w oświadczeniach odpowiadać na wszystkie możebne pytania, to jednak wszystko to nie wystarcza jeszcze Kościołowi. Żąda on przedewszystkiem nadzwyczajnych widocznych skutków tychże objawień; zapytuje się, czyli rzeczywiście spodobało się Panu Bogu przez nadzwyczajne, a podług zwyczajnych praw niepojęte i niewytłómaczone skutki czy to na polu łaski, czyli też na polu przyrodzenia, mianowicie zatem przez nawracanie grzeszników i uzdrawianie chorych po­świadczyć prawdę i rzeczywistość objawień?

„Jeżeli owocem opowiedzianych widzeń i objawień,” — tak mówi uczony Papież Benedykt XIV — Jest oświecenie i poprawa życia lub zachęta do cnoty i pobożności, i to nietylko w pojedynczych przypadkach, ale u znacznej liczby osób i przez dłuższy przeciąg czasu, to służyć to może za niezawodny dowód, iż takowe objawienia od Boga pochodzą.”

Co w tym względzie w Gietrzwałdzie się działo, wiemy już dostatecznie z niniejszego opisu. Co nam opowiada Ewanielia św. o onych wiernych rzeszach ludu, które szły za Panem Jezusem na puszczę i zapomniały o pokarmie i napoju, to samo powtórzyło się w Gietrzwałdzie; na głos kilku polskich dzieci wybrali się pielgrzymi w drogę do nieznanej dotąd wioski, która może dla tysiąca ludzi mogła dostarczyć żywności i gospody, ale w żadnym razie dla piętnastu,

albo nawet pięćdziesięciu tysięcy. Mimo to nie słyszano żadnej skargi; duch pokuty i modlitwy, jakim wszyscy byli przejęci, sprawił, iż nie czuli tych trudów i niedostatków. Zgromadzone na górze koło kościoła rzesze nie słyszały w prawdzie słów, jakiemi Zbawiciel w kazaniu swem na górze błogosławił ubogich w duchu, cichych, płaczących, łaknących sprawiedliwości, czuły jednakże w duszy przedziwną ich piękność i prawdę. Kiedy misy e w czasach obecnych stały się niepodobnemi, zdaje się, jakoby Najświętsza Panna w sposób odpowiedni Jej macierzyńskiej miłości chciała zastąpić ten uszczerbek, przez, co tak wielkie sprawiła podniesienie ducha w całej Warmii i sąsiednich dyecezyach, iż zdaniem ludzi kompetentnych owoce trzydziestu misyi ani w porównanie z tem iśćby nie mogły.

Co do ogłoszonych dotąd uzdrowień chorych w Gietrzwałdzie przypomnijmy sobie rozporządzenie Soboru Trydenckiego, który (Sessio XXV) postanowił: „że żadne cuda jako takie uznawane i dopuszczane być nie mają, dopóki nie zostaną osądzone i potwierdzone przez Biskupa, który skoro poweźmie o takowych wiadomość, zawezwie uczonych w Piśmie św. i innych zdolnych mężów i orzecze, co uzna za zgodne z prawdą, i pobożnością.” Chrześcianin, który wierzy w Wcielenie Słowa Bożego, w ten cud nad wszystkie cuda, który cudami był przygotowany, cudami otoczony i ustawicznemi cudami się utrzymuje nie zaprzeczy i nie może zaprzeczyć przyrzeczonego przez Zbawiciela dalszego trwania cudów w Kościele Bożym. Wszakżeż w gruncie i te wszystkie modły, które kiedykolwiek z niezliczonych milionów serc ludzkich do Boga się wznosiły i ustawicznie wznoszą do Niego, opierają się na wierze w cuda i na przypuszczeniu ich możebności, gdyż proszą o cuda, błagając pomocy Bożej przeciwko zwyczajnemu przebiegowi rzeczy. Czyli zaś o wiadomych dotąd uzdrowieniach Gietrzwałdzkich powiedzieć będzie można, że odpowiadają onym twardym warunkom, jakie Kościół św. za niezbędne uznaje, aby udowodnić, że uzdrowienie to lub owo rzeczywiście jest cudowne, to rzecz jeszcze nie roztrzygnięta. Opowiedziane przez nas uzdrowienia mogą być cudowne, zachodzi jednak pytanie: czy będzie można udowodnić, że rzeczywiście są cudownemi? Przedewszystkiem okazuje się Kościół św. równie surowym w doświadczaniu świadectw i faktów, jak ostrożnym w swych, wyrokach i łagodnym w wymaganiach z tąd wynikających. Poprzestaje on na tem orze­czeniu: że na podstawie poczynionych pilnych poszukiwań niektóre fakta rzeczywiście są nadprzyrodzonego pochodzenia i tylko Boskim wpływem wytłómaczyć się dadzą; przedstawia je ze swej strony jako wiarogodne, nie obowięzuje jednakże swych dzieci, aby w takowe wierzyły. Mógłby zatem katolik uchybić przeciw uszanowaniu, jakie winien Kościołowi św., gdyby wyrok jego lekceważył, nie popełniłby przecież tem samem grzechu przeciw wierze, ponieważ cnota Boska wiary tylko to obejmuje, co Bóg objawił i przez Kościół swój jako Boskie objawienie do wierzenia podaje. Każdy jednak człowiek nie należący nawet do Kościoła, popełniłby wielkie wykroczenie przeciwko prawdzie i sprawiedliwości, gdyby chciał o rzeczach, których gruntownie i wszechstronnie nie zbadał, powierzchownie tylko sądzić, a nadprzyrodzone objawienia i uzdrowienia uważać za nieprawdziwe i zmyślone dla tego, że je uważa za niemożebne, lub że nie oglądał ich własnemi oczyma. Wiele gwiazd nie widzimy gołem okiem, a jednak teleskop pokazuje, że są; wiemy także, że ziemia się obraca, chociaż tego nie widzimy. Dla tego chętnie zgadzamy się z wielkim poetą angielskim, który powiedział: „Wiele jest rzeczy na niebie i na ziemi, o których mędrcom tego świata ani się nie śniło.” Chociaż władza kościelna, jakeśmy widzieli, żadnego dotąd nie wydała wyroku o zdarzeniach Gietrzwałdzkich, to jednak zarządzone przez nią śledztwo tymczasowe stwierdziło szereg faktów, które każdemu, co się chce z niemi zaznajomić, umożebniają utworzenie sobie samemu sądu w tej sprawie. Dla wielu może ludzi, którzy do Kościoła św. nie należą, albo tylko z imienia są jego członkami, zdarzenia te były w cale niepożądane lub nawet przykre; lud jednakże katolicki, tak z daleka, jak z bliska, budował się niemi i znajdował w nich pociechę i utwierdzenie w nadziei, iż ta „Pocieszycielka utrapionych, Wspomożenie wiernych” przyniesie Kościołowi św. w krotce pomoc skuteczną w

tych ciężkich utrapieniach, pod których ciężarem obecnie jęczy. Pewnym znakiem onych bliskich lepszych czasów jest duch pokuty i modlitwy już teraz tak silnie rozbudzony między ludem, duch pokuty i modlitwy, o którym powiedział Pan Bóg: „Jeżeli się nawróci lud mój, który wzywa Imię moje i do mnie błagać będzie, szukać oblicza mego i pokutę czynić będzie, wysłucham ich z nieba i łaskaw będę na grzechy ich i kraj ich zbawię.” Szczególną pociechą i radością napełniać powinno każdego, co jakokolwiek z wewnętrznem życiem Kościoła św. jest obeznany, wznowienie nabożeństwa Różańcowego, do którego za popędem danym z Gietrzwałdu w coraz dalszych kołach po całym świecie katolickim wierni pilnie się gamą.

„Żądam abyście codzień odmawiali Różaniec! Odmawiajcie gorliwie Różaniec!” – te były pierwsze i ostatnie słowa, które w Gietrzwałdzie osoby widzące z ust Najświętszej Panny usłyszały. Ilekroć razy zaś napotykamy w dziejach Kościoła św. nowy zapał do modlitwy Różańcowej, tyle razy uderza nas tam równocześnie znaczne jakie zwycięztwo Kościoła odniesione nad nieprzyjaciółmi. I tak w trzynastym wieku, kiedy herezya Albigensów kościołowi i państwu wypowiedziała wojnę, co więcej wywrotem całego ówczesnego społecznego i socyalnego życia groziła, otrzymał św. Dominik od Najświętszej Maryi Panny Różaniec jako broń przeciw nieprzyjaciołom porządku chrześciańskiego. Czego nie dokazały słowa kaznodziei, tego dokazała ta modlitwa; więcej niż 100 000 dusz uratowanych zostało przez to nabożeństwo od błędu i zguby. Bractwo Różańca św. odprawiając gorliwie tę modlitwę w Rzymie i na wielu miejscach całego świata chrześciańskiego i pielgrzymując do miejsc świętych Najświętszej Maryi Panny, wyjednało w szesnastym, siedmnastym i ośmnastym wieku one walne zwycięztwa nad Turkami, stanowiące o losach całego chrześciaństwa. Czyżby zatem i w naszym stóleciu zwycięztwo Kościoła nad nowoczesnymi Albigensami nie miało być w ścisłym związku z nowem wzmożeniem się nabożeństwa Różańcowego? Czyż to nie szczególne zrządzenie Boskie, że właśnie z ziemi Staro-Pruskiej wyszło napomnienie do świata katolickiego, aby się wziął do Różańca? Wszakże to rycerze Maryi, z czarnym krzyżem na białym płaszczu, rycerze niemieccy Najświętszej Maryi Panny z domu Jerozolimskiego razem z synami św. Dominika nawrócili do chrześciaństwa Prusy w ciemnościach pogaństwa pogrążone, a zatem miecz w połączeniu z Różańcem. Prusy, pierwotnie ziemia letycka, Prusy, od których z czasem najpotężniejsze niemieckie mocarstwo wzięło swą nazwę, występują na widownią dziejową jako ziemia Królowej Różańca św. Jeszcze ostatni Mistrz Pruski, Albrecht Brandenburski, na kilka lat jeszcze przed odstępstwem swem od Kościoła św., odbył boso z Różańcem w ręku pielgrzymkę do słynnego łaskami miejsca w Prusiech, do Najświętszej Maryi Panny w Świętolipce. Od tego czasu ubiegło przeszło trzysta lat, i otóż pierwsza księżniczka z domu Hohenzollerów powracając na łono Kościała św., czyni to z Różańcem w ręku. Kiedy bowiem królowa Bawarska, Marya, zamierzała zostać katoliczką, protestancki pastor Rhode, chcąc powstrzymać ją od tego kroku, zwrócił jej uwagę na modlitwę Różańcową i zapytał się jej: „Czy Wasza królewska Mość myśli także odmawiać katolicki Różaniec?” „To już od dawna czynię”, odpowiedziała królowa, która temi słowy zakończyła rozmowę, aby nieco później, dnia 12go Października 1874, kiedy właśnie w katedrze Warmińskiej obchodzono uroczystość Różańca św., publiczne złożyć wyznanie wiary katolickiej. Dla czegóż tedy nie mielibyśmy wśród takich okoliczności z szczególną radością i nadzieją powitać i przyjąć w Prusach zachęty tej do nabożeństwa Różańcowego? Wszakżeż to Pan Bóg wielkie rzeczy zwykle przez słabe działa narzędzia! Wszakżeż On od samego początku wybrał „głupie tego świata, aby zawstydził mądre, słabe zaś tego świata, aby zawstydził mocne, a wzgardzone i to co nie jest, aby zniszczył to, co jest!”

A zatem, idźmy za głosem naszej Matki:

Odmawiajmy gorliwie Różaniec!

Dodatek do drugiego wydania.

Przeszło sześć lat upłynęło już od czasu, jak książeczka ta za pozwoleniem zwierzchności

duchownej po raz pierwszy wydaną została, i to w tym celu, aby różne fałszywe pogłoski i podania o zajściach tutejszych zbić przez prawdziwy, na aktach urzędowych oparty opis tychże wypadków, co też za boską pomocą udało nam się uskutecznić. Grubjańskie napady nieprzyjaciół ustały powoli, krzyki i posądzania o fałsz i oszukaństwo tylokrotnie w pismach antykatolickich rozsiewane po świecie, ucichły już teraz prawie zupełnie. Dziełko to, chociaż w pierwszem wydaniu w dosyć znacznej ilości wydrukowane, przecież w krótkim czasie zupełnie zostało rozprzedane. Ponieważ i teraz jeszcze bardzo wielu o tę książeczkę się dopytuje, a szczególnie, aby opisy i podania wypadków tutejszych wyjąć z rąk do tego niepowołanych, dla tego za szczególnem pozwoleniem zwierzchności duchownej i za usilnem staraniem mojem wychodzi powyższe dziełko w drugiem wydaniu, aby przez to wszyscy prawdę miłujący mieli sposobność do objaśnienia się o zajściach tutejszych przez wiarogodne ich podanie. Dziełko to różni się od książeczki pierwszy raz wydanej tylko przez poprawniejszy styl i przez objaśnienie bliższe niektórych lubo mało znaczących ale niejasnych opisów wydania pierwszego.

Co się tyczy wypadków z tych pięciu lat upłynionych, nadmieniam tylko, że cztery widzące osoby, tylokrotnie w tej książeczce wspominane, opuściły dobrowolnie i z chęcią Gietrzwałd, aby w zaciszu klasztornem na modlitwie i na uczynkach miłosierdzia spędzić resztę życia swego. Znajdują się w klasztorach: w Bysławku, w Chełmnie i w Krakowie. Co zaś zeznały po każdem objawieniu, a co wszystko w aktach urzędowych jest spisane, to wszystko i dotąd za sumienną i rzetelną prawdę potwierdzają. Pielgrzymki dotąd, mianowicie 2go i 15go Sierpnia, 8go i 16go Września, pomimo różnych trudności i przeszkód, nie tylko się nie zmniejszyły co do liczby pobożnych, ale corocznie prawie jeszcze się powiększają. Również donoszą nam ciągle jeszcze ustnie i listownie o licznych i podpadających uzdrowieniach i łaskach za przyczyną Matki Boskiej Gietrzwałdzkiej wyjednanych, a z których ważniejsze, o ile czas i okoliczności na to pozwalają, bywają protokolarnie spisywane.

Chociaż przez tak liczny napływ pielgrzymów, z naszej strony bynajmniej nie nawoływany, cisza i pokój naszego ustronia o wiele ucierpiały, z wdzięcznością ku Bogu przecież wyznaję to otwarcie, że wbrew wielu fałszywie rozrzuconym po świecie pogłoskom, widzę w parafii mojej bardzo wielki postęp w obyczajności i w gorliwości w służbie bożej. Dowodem na to są pomiędzy wielu n.p.: coraz bardziej pomnażająca się liczba członków Bractwa św. Trzeźwości, dalej wielka gorliwość w uczęszczaniu na nabożeństwa i na wspólne modlitwy, częste przystępowanie do Sakramentów św., szczególne umiłowanie Różańca św., który nie tylko w kościele, ale i po domach gorliwie bywa odmawiany, liczne nawrócenia innowierców, nareszcie zamiłowanie do stanu panieńskiego, przez co wiele dziewic wstąpiło już do klasztorów: a ten postęp w prawdziwej pobożności pokazuje się widocznie nie tylko w parafii Gietrzwałdzkiej, ale i w dalszych okolicach aż poza granice pruskie, co nawet i wrogowie kościoła św. przyznawają.

Dodając na koniec, że nigdy w życiu mojem nie byłem w Marpingen, jak to w niektórych nowszych pismach fałszywie o mnie donoszono, polecam siebie i parafią moją pobożnej modli­twie łaskawych czytelników.

Gietrzwałd, 2go Sierpnia 1883.                                                                    x. Augustyn Weichsel.

Modlitwy przy różańcowem nabożeństwie w Gietrzwałdzie.

Stosunkowo do trzykrotnego dzwonienia na Anioł Pański odmawia się najprzód Różaniec, i to w poranek radosną cząstkę, w południe bolesną, we wieczór chwalebną.

I. Każda cząstka Różańca rozpoczyna się znakiem krzyża św., potem odmawia się „Wierzę w Boga” itd., dalej jedno „Ojcze nasz” itd. i trzy „Zdrowaś Marya” itd. z dołączeniem jednego „Chwała Ojcu” itd. Po tym wstępie następują po sobie zawsze jedno „Ojcze nasz” itd. i 10 „Zdrowaś Marya” itd. i „Chwała Ojcu” itd. Przy każdem „Zdrowaś Marya” wsuwa się po „Jezus” niektóre słowa: przy trzech pierwszych „Zdrowaś Marya” prośbę o pomnożenie trzech cnót Boskich, przy następujących, które na dziesiątki są podzielone, wtrąca się zawsze jedne z tak nazwanych tajemnic Różańca św.

Wsuwające się prośby i tajemnice są następujące: Na wstęp.

1.         Który niech w nas wiarę pomnaża.

2.         Który niech w nas nadzieję utwierdza.

3.          Który niech w nas miłość rozpala.

I. Tajemnice radosne.

1.         Któregoś, Panno, z Ducha ś. poczęła,

2.         Któregoś, Panno, do Elżbiety niosła.

3.         Któregoś, Panno, porodziła.

4.         Któregoś, Panno, w kościele ofiarowała.

5.         Któregoś, Panno, w kościele znalazła.

II. Tajemnice bolesne.

1.         Który się za nas krwawym potem pocił.

2.         Który za nas był ubiczowany.

3.         Który za nas był cierniem ukoronowany.

4.         Który za nas krzyż ciężki nosił.

5.         Który za nas był ukrzyżowany.

III. Tajemnice chwalebne.

1.         Który z martwych powstał.

2.         Który w niebo wstąpił.

3.         Który Ducha świętego zesłał.

4.         Który Cię, Panno, wziął do nieba.

5.         Który Cię, Panno, w niebie ukoronował.

Poczem następuje: II. Litania Loretańska.

Kyrie elejson. Chryste elejson. Kyrie elejson.

Chryste usłysz nas. Chryste wysłuchaj nas.

Ojcze z nieba Boże, zmiłuj się nad nami.

Synu Odkupicielu świata Boże, zmiłuj się nad nami.

Duchu święty Boże, zmiłuj się nad nami.

Święta Trójco, jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

Święta Maryo, módl się za nami.

Święta Boża Rodzicielko, módl się za nami.

Święta Panno nad Pannami, módl się za nami.

Matko Chrystusowa,

Matko łaski Bożej,

Matko najczystsza,

Matko najśliczniejsza,

Matko niepokalana,

Matko nienaruszona,

Matko najmilsza,

Matko przedziwna,

Matko Stworzyciela,

Matko Odkupiciela,

Panno roztropna,

Panno czcigodna,

Panno wsławiona,

Panno można,

Panno łaskawa,

Panno wierna,

Zwierciadło sprawiedliwości,

Stolico mądrości,

Przyczyno naszej radości,

Naczynie duchowne,

Naczynie poważne,

Naczynie osobliwego nabożeństwa,

Różo duchowna,

Wieżo Dawidowa,

Wieżo z kości słoniowej,

Domie złoty,

Arko przymierza,

Bramo niebieska,

Gwiazdo zaranna,

Uzdrowienie chorych

Ucieczko grzesznych,

Pocieszycielko utrapionych,

Wspomożenie wiernych,

Królowo Anielska,

Królowo Patryarchów,

Królowo Proroków,

Królowo Apostołów,

Królowo Męczenników,

Królowo Wyznawców,

Królowo Panieńska,

Królowo wszystkich Świętych, Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta, Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam. Panie! Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj na Panie! Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami. Chryste usłysz nas! Chryste wysłuchaj nas! Kyrie elejson. Chryste elejson. Kyrie elejson. Ojcze nasz i.t.d. Zdrowaś Marya i.t.d. Pod Twoję obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko, naszemi prośbami nie racz gardzić w potrzebach naszych, ale od wszelakich złych przygód racz nas zawsze wybawiać. Panno chwalebna i błogosławiona! O Pani, o Pani, o Pani nasza. Orędowniczko nasza. Pośredniczko nasza, Pocieszycielko nasza! Z Synem Twoim nas pojednaj! Synowi Twojemu nas polecaj! Twojemu Synowi nas oddawaj. O Pani! o Pani! o Pani nasza! Orędowniczko nasza! Pośredniczko nasza! Pocieszycielko nasza!

V. Módl się za nami, święta Boża Rodzicielko. R. Abyśmy się stali godnymi obietnic Pana Chrystusowych.

Módlmy się. Łaskę Twoje, prosimy Cię Panie, racz wlać w serca nasze, abyśmy, którzy za anielskiem zwiastowaniem Chrystusa, syna Twego wcielenie poznali, przez mękę Jego i krzyż do chwały zmartwychwstania byli doprowadzeni. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który z Tobą i z Duchem świętym żyje i króluje na wieki wieków. Amen. V. Módl się za nami święty Józefie.

R. Abyśmy się stali godnymi obietnic Pana Chrystusowych.

Módlmy się. Ratuj nas zasługami Oblubieńca Przenajświętszej Rodzicielki Twojej, prosimy Cię, Panie! żebyśmy to, czego z własnych sił dostąpić nie możemy, za Jego przyczyną otrzymali. Który żyjesz i królujesz z Bogiem Ojcem w jedności Ducha świętego, Bóg po wszystkie wieki. Amen.

 

Modlitwa św. Bernarda.

Pomnij, o najmiłosierniejsza Panno Maryo, iż nigdy nie słyszano, aby ktokolwiek, .co się pod Twoje obronę ucieka, o Twoje wstawienie błaga, i żebrze Twego wspomożenia, od Ciebie został opuszczony. Tą ja ufnością oży­wiony, o Panno nad pannami, do Ciebie biegnę, do Ciebie przybywam, przed Tobą grzesznik jęczący stawam. O Matko Słowa! racz nie gardzić słowem mojem, ale usłysz łaskawie i wysłuchaj. Amen.

III. Za szczególne, wedle okoliczności zmieniające się dolegliwości, odmawiają się tu jeszcze niektóre „Zdrowaś Marya” z wymienieniem intencyi, a osobliwie: za wywyższenie św. Kościoła Katolickiego; za Ojca św.; za biskupa; za proboszcza; za całą parafią; za wszystkie klasztory; za chorych, konających, grzeszników, niewiernych, przyjaciół i nieprzyjaciół i inne.

IV. Na koniec odmawiają się jeszcze następujące akty strzeliste:

1. Chłopcy: Chwała i dziękczynienie bądź w każdym momencie Jezusowi w Najświętszym Boskim Sakramencie. Dziewczęta: Ile minut w godzinie, a godzin w wieczności, tylekroć bądź pochwalon, o Jezu, ma miłości.

2. V. Słodkie Serce Jezusa bądź moją miłością! (300 dni odpustu.)

3. V. Słodkie Serce Maryi bądź mojem zbawieniem! (300 dni odpustu.)

4. V. Królowo serca Jezusowego, módl się za nami. (100 dni odpustu.)

5. V. Ś. Józefie, przyjacielu Serca Jezusowego, módl się za nami!

6. V. O mój Jezu, miłosierdzia! (trzy razy.)

Spis rzeczy. strona oryginalna – aktualna

1. Gietrzwałd. (Dittrichswalde)……………………………………

2. Dzień 27my Czerwca. Examin w katechizmie…………

3. Wigilia i uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła .

7. Kusiciel…………………………………………………………………….

8. Badania kościelne……………………………………………………

9. Różnice i sprzeczności w objawieniach i odpowiedziach …

10. Zdania lekarskie……………………………………………………..

Modlitwy przy różańcowem nabożeństwie w Gietrzwałdzie ….

7………… . 2
9………… .. 3
13 …….. .. 5
15 …….. . 6
18 …….. 8
22 …….. 10
27 …….. 12
35 …….. 16
41 …….. 19
44 …….. . 20
53 …….. . 24
61 …….. . 28
68 …….. .. 32
78 ……. … 36
84 ……. … 39
94 ……. …  43
96 … 44

 

 

NMP Królowa Polski w Gietrzwałdzie

160 objawień w polskim języku 27-VI -16-IX-1877 r.

Rok 1877 dla Warmii był to mrocznym czasem zaboru pruskiego, kulturkampfu, walki z polską mową, prześladowania Kościoła. Największe wartości tamtejszego ludu: patriotyzm i katolicyzm, zostały wystawione na ciężką próbę. I wtedy – ignorując wszelkie zakazy i restrykcje – stanęła wśród ludzi Matka Najświętsza. Nie tylko podkreśliła prawdziwość wiary katolickiej, ale potwierdziła też prawo Polaków do własnego języka i własnej Ojczyzny.

Obok obraz objawień – szkoda, że nie namalowano Maryi jako KRÓLOWEJ w koronie i na tronie, jak się zaczęła objawiać 2-go dnia itd.

Proboszczem był niesamowity ksiądz – Augustyn Weichsel, który umiał się nie tylko modlić, ale i cierpieć za parafian. Były to czasy, kiedy nie było Polski na mapie Europy i trzeba było wielkiej odwagi, by się przyznać, że jest się katolikiem i Polakiem. Mówiła językiem warmińskich wieśniaków.

Matka Najświętsza dała nam przykład, w jaki Polacy mają posługiwać się swą mową ojczystą, to rzeba nam zwrócić uwagę nie tyle na prostotę Jej ęzyka, ile na fakt, że niemal wszystkie słowa, jakimi się posłużyła, zostały wzięte ze skarbca słownictwa religijnego. Może i my, naśladując Matkę Najświętszą, winniśmy więcej mówić o Mszy Świętej, czyśćcu, piekle, a przede wszystkim o Różańcu?

 

 

Dlaczego dalej jest wypełniana zaborcza wola, że ważne jest tylko źródełko i różaniec – tylko nie całkowita polskość?

Czy to właśnie ich polskość nie była powodem tak długiego czasu ich wyciszenia? Czy dalej nie jest pomniejszana przez zwracanie uwagi tylko na źródełko – drugie Lourdes? Czy pokutę i różaniec, też bardzo cenne, ale znane także w wielu innych sanktuariach, i wcześniej, i gdzieindziej?

Ponadto to jedyny przypadek, kiedy ludzie tak szybko odpowiedzieli na wezwanie Matki Bożej o zbudowaniu kapliczki i wznieśli ją jeszcze w czasie objawień. Maryja wynagrodziła ich gorliwość, przedłużając swe spotkania z wizjonerami.

Już same powyższe stwierdzenia każą nam przyjrzeć się bliżej objawieniom w Gietrzwałdzie i nie tylko propagować je szerzej w naszej Ojczyźnie, ale uczynić skarbem Kościoła powszechnego. Właśnie to miejsce objawień powinno być znane w całym świecie.

 (-)X. Ksawery.

 

W ogóle jestem otwarty na wszelką pomoc w ujawnieniu – rozgłaszaniu objawień Maryi jako KRÓLOWEJ POLSKI przez:

drukowanie, e-mailowanie, blogowanie, czy założenie specjalnej witryny w internecie…

Koszuty Małe, dn. 8-V-2010 r.

 

ks. Ksawery Wilczyński,

Koszuty Małe 5,

62-400 Słupca,

tel. 063 277 25 35 lub

507 015 885

koszutymale@gmail.com

lub koszutym@wp.pl

za pośrednictwem w/w adresu mailowego chętnie prześlę każdemu wszystko to co wyżej napisałem, a może nawet więcej, jeśli mnie o coś zapyta w/w temacie NMP Królowej Polski tak bardzo związanych z Jej wielokrotnymi objawieniami i w różnych miejscach.

,

No comments yet.

Leave a Reply

Intronizacja
Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE