Morderstwa Armii Krajowej na Żydach

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej „Znak”:

Morderstwa Armii Krajowej na Żydach

0 comments

Posted by Piotr Nowik on paź 7, 2011 in Antysemityzm polski | 0 comments

Zagłada Żydów. Studia i materiały

„Chcę nadmienić, że nie byłem uświadomiony i wykonywałem zadanie jako żołnierz Armii Krajowej” — tak tłumaczył się jeden z polskich morderców, bandyta z podziemnej Armii Krajowej.

W końcu listopada 1943 r. w miejscowości Rędziny-Borek pod Miechowem grupa uzbrojonych mężczyzn wdarła się do domu miejscowego chłopa, z zamaskowanej komórki wyciągnęła sześcioro ukrywających się tam Żydów. Następnie, po przeprowadzeniu dokładnej rewizji i odebraniu kosztowności i gotówki, ofiary ustawiono pod ścianą i po kolei rozstrzelano strzałami w tył głowy.

Zbrodnia ta nie była jednak dziełem bandytów, czy też bliżej niezidentyfikowanych „leśnych” , lecz starannie zaplanowaną (i sankcjonowaną rozkazami z dowództwa Okręgu) operacją wojskową miechowskich struktur AK

Zagłada Żydów. Studia i Materiały, nr 6/2010
O wymordowaniu ukrywających się pod Racławicami Żydów przez kompanię miechowskiej AK
oprac. Jan Grabowski

Jan Grabowski — profesor historii na Uniwersytecie w Ottawie (Kanada). Ostatnio opublikował: „Ja tego Żyda znam!” Szantażowanie Żydów w Warszawie, 1939-43 (2004, wydanie francuskie 2008) Zainteresowania badawcze: niemieckie i polskie sądy a Żydzi w czasie okupacji hitlerowskiej.

Copyright © by Fundacja Kultury Chrześcijańskiej „Znak” 1999-2009.

E-mail: fundacja@znak.org.pl |

Designed and created by Piotr Poniedziałek

,

One Response to Morderstwa Armii Krajowej na Żydach

  1. KSC 07/06/2012 at 17:59 #

    O Polakach zabijających Żydów

    Z prof. Janem Grabowskim rozmawia Anna Pawlikowska

    09-03-2011 / AP

    Powyższy tytuł nawiązuje do ogłoszonego ostatnio projektu wzniesienia pomnika Polakom ratującym Żydów. Tymczasem zdaniem prof. Jana Grabowskiego, jeżeli ktoś w imieniu wspólnoty narodowej chce powiedzieć „myśmy ratowali”, to musi mieć odwagę cywilną, żeby powiedzieć również: „myśmy zabijali”.

    Anna Pawlikowska: Czy spodziewał się pan takiego obrazu wsi, jaki wyłania się z Pana książki „Judenjagd. Polowanie na Żydów 1942 – 1945. Studium dziejów pewnego powiatu”, opisującej losy Żydów uciekających przed Zagładą na wsiach powiatu Dąbrowa Tarnowska już po likwidacji tamtejszego getta? Pisze Pan, że spośród niespełna 300 Żydów, którzy próbowali tam znaleźć ocalenie, przeżyło zaledwie 38. Wszyscy zabici spośród 190, których losy Pan udokumentował, zginęli na skutek denuncjacji Polaków, w tym ponad stu – z polskiej ręki, głównie granatowych policjantów.

    Jan Grabowski: – Spodziewałem się, że było źle, ale nie do tego stopnia. Mogłem się tego spodziewać, bo znałem część dokumentacji wcześniej, ale nie miałem pojęcia o skali, o stopniu uczestnictwa i współuczestnictwa Polaków w Zagładzie. Nie przypuszczałem, że ta kategoria, którą na Zachodzie nazywamy bystanders właściwie nie ma zastosowania, przynajmniej jeśli chodzi o te okolice, które badałem.
    Dodatkowym zaskoczeniem był dla mnie poziom zorganizowania wspólnot miejscowych i stopień włączenia – świadomie albo nieświadomie – zorganizowanych polskich struktur samorządowych w proces ludobójstwa.. Tak, to było dla mnie dużym zaskoczeniem.

    Zaskakujący jest też fakt, że o działaniu tych struktur nie znalazłem żadnych opracowań, ani jednego artykułu, który by o tym mówił, nic, absolutnie. Chodzi mi tu o rozmaite warty nocne, gromadzkie, o sołtysów, ich zastępców, o powiązania miedzy niemiecką policją a policją polską i ochotniczą strażą pożarną itp. Musimy właściwie od początku poznawać istniejące wtedy na wsiach polskich struktury społeczne i instytucjonalne, które w końcu nie wzięły się znikąd. Wiążą się one z pewną tradycją chłopską, gminną, która nie doczekała się opracowania. Natomiast za sprawą tych wszystkich studiów, które popełniono w ciągu ostatnich sześćdziesięciu lat, a które służyły gloryfikacji miejscowej historii, przysypaniu i zapomnieniu uległa właśnie skala tego koszmaru. On nie został zapomniany, bo ludzie miejscowi doskonale wszystko pamiętają, tylko nigdy go nie opisano.

    W Pana książce pada dużo nazwisk, w powiązaniu z czynami. Tadeusz Markiel czekał kilkadziesiąt lat z opublikowaniem swojego wspomnienia, które nie dawało mu spokoju przez cały ten czas. Czekał, dopóki nie wymrą wszyscy uczestnicy, sprawcy, którzy mogliby jemu samemu czymś zagrozić. Czy Pan wyobraża sobie jakąś konfrontację z pamięcią potomków tych, o których jest mowa w Pańskiej książce?

    -- Jeśli chodzi o Gniewczynę i pana Markiela, wiem, że kilka miesięcy przed jego śmiercią – zatem już po opublikowaniu wspomnień – ktoś mu przestrzelił kulą karabinową okno w domu. Sprawcy torturowania i eksterminacji kilkanaściorga Żydów w jego rodzinnej wsi już nie żyją, ale żyją ich dzieci, krewni. Pan Markiel nie czuł się więc specjalnie bezpiecznie.

    Natomiast czy ja bym się chciał konfrontować? Nie bardzo. Nie jestem dziennikarzem, nie mam instynktu tropiciela w sobie, więc niekoniecznie chciałbym się konfrontować z bohaterami wydarzeń, które opisuję w książce.
    Sytuacja pana Markiela była inna, on był członkiem tamtej wspólnoty, choć przeniósł się w inne okolice. Ja mieszkam daleko stąd, na Zachodzie, ale pod pewnymi względami bywa to gorsze, niż gdybym był tutaj. Polonia jest środowiskiem zamkniętym jeśli chodzi o schematy, stereotypy, o obronę dobrego imienia, o zwarte szeregi, o psychologię oblężonej fortecy. Nie ukrywam więc, że to nie zawsze jest przyjemne.

    Skoro o tym mówimy, opowiem Pani, co ostatnio się okazało. Opisałem w ostatnim numerze rocznika „Zagłada Żydów”, jak pluton miechowskiej AK wymordował Żydów w pewnej małej miejscowości. Byłem tam dwukrotnie i niczego się nie dowiedziałem, poza jednym: że główny sprawca tej zbrodni ma dziś 97 lat i żyje otoczony powszechnym szacunkiem…

    Z Pana książki wyłania się obraz policji granatowej, który rozwiewa mit o Polakach jako jedynym narodzie, który nie wystawił w czasie okupacji żadnej formacji kolaboracyjnej w rodzaju Galizien SS.

    -- Chciałbym na wstępie wskazać na pewien paradoks. Bardzo wielu granatowych policjantów było wielkimi patriotami. Często byli głęboko zakonspirowanymi członkami różnych organizacji podziemnych. A przy tym zabijali Żydów. I w umysłach tych ludzi nie było żadnej sprzeczności pomiędzy byciem polskim patriotą i jednocześnie mordercą Żydów. Istotne jest także, że polska policja była nominalnie pod rozkazami niemieckimi, podobnie jak SS Galizien. Dopiero w trakcie tego studium zdałem sobie sprawę, do jakiego stopnia była to zbrodnicza, okrutna formacja. Z drugiej zaś strony w tej samej policji odnalazło się wielu zakonspirowanych AK-owców, patriotów, którzy dzielnie przysłużyli się Państwu Podziemnemu. I bądź tu człowieku mądry… Natomiast nie ulega najmniejszej wątpliwości, że jakaś rzeczowa praca o roli policji granatowej jest bardzo potrzebna.

    Czy uważa Pan, że są podstawy, by wręcz oskarżać granatową policję o współsprawstwo Holokaustu?

    -- Tak, zgodziłbym się z tym. Uważam, że skala jej uczestnictwa w Zagładzie była ogromna – co oczywiście zależy od regionu, bo tam, gdzie Żydów było bardzo mało, tam stopień włączenia się był mniejszy. Członkowie tej formacji powinni byli jednak udowadniać, że nie są winni, jak w sądach denazyfikacyjnych, co zresztą przewidywał rząd londyński. Przecież mówimy tu o blisko 20 tysiącach ludzi.
    A druga formacja, o której jeszcze mniej wiadomo, a która była równie zła, to polska Kriminalpolizei, która podchodziła bezpośrednio pod rozkazy niemieckie. To byli głównie polscy przedwojenni tajniacy, z tym, że oni byli po wojnie pociągani do odpowiedzialności. Za udział w Kripo szło się do więzienia, za granatowy mundur – nie. Ale byli oni ścigani dość niekonsekwentnie. Ich roli nie prześledziłem dokładnie, bo działali głównie w miastach, ale wiadomo, że także przyczynili się do Zagłady. Do tego dochodzą straże pożarne w różnych miejscowościach, które również mają na koncie wiele niechlubnych czynów. Właściwie każda organizacja, która miała jakiś paramilitarny dryl, była przez Niemców albo rozwiązywana, albo używana. Niemcy oczywiście nie tolerowali żadnych niezależnych organizacji paramilitarnych, mieli jednak bardzo skuteczne, „gospodarskie” podejście do tego, co zastali. I czego można było użyć – używali.

    Jest Pan autorem wstępu do książki J.T. Grossa „Złote żniwa”. Sama zapowiedź jej ukazania się wywołuje histeryczne reakcje mediów i nie tylko – także wielu zwykłych ludzi. Jak Pan interpretuje tę reakcję?

    -- Tu daje się zauważyć pewien instynktowny odruch; nazwisko Grossa wywołuje reakcje automatyczne, bezrefleksyjne. Zauważyłem, że nawet wśród ludzi myślących, których cenię, również można zaobserwować taką histeryczną reakcję. Dla mnie rzeczą ważną jest, aby czytelnikom udowodnić, że mało kto dla polskiego etosu i dla stanu polskiej jaźni zrobił tyle, co Gross. Jeśli ktoś zasługuje na tytuł polskiego patrioty, to właśnie on. Alergicznie na jego nazwisko reagują głównie ci, którzy nie czytali jego rzeczy. Oni już wiedzą, że nie muszą tego czytać. Nie chcę był tutaj porte parole Grossa, on sam jest w końcu wystarczająco elokwentnym człowiekiem i potrafi to zrobić lepiej ode mnie. Uważam jednak, że próba “oddiabolizowania” Grossa jest tym, co należy koniecznie zrobić, by przywrócić jakieś proporcje. To jest poważny człowiek, mówiący poważne rzeczy o najpoważniejszych sprawach, w sposób najczęściej kontrowersyjny, ale zawsze godny wysłuchania.

    W argumentacji krytyków Grossa wyraźny jest postulat „zrównoważenia obrazu”, nader niekorzystnego dla polskiej prowincji, poprzez wydobycie przykładów Sprawiedliwych…

    -- To właśnie uważam za okropne nadużycie. Nastąpiło bowiem „ubrązowienie” Sprawiedliwych. Przez całe dziesięciolecia nikt o nich nie wspominał. Ci ludzie sami chowali się w mysie dziury, żeby tylko o nich nie mówiono. Przecież do niedawna jeszcze, co zresztą Gross słusznie wyciągnął w jednym ze swoich artykułów, jakaś pani wstydziła się przyznać, że dzieci żydowskie ratowała podczas wojny. Sam także spotkałem się z tym w moich badaniach. Na terenie powiatu Dąbrowa Tarnowska pewien 88-letni mężczyzna do dzisiaj nie chce się przyznać, że ratował Żydów, choć ja doskonale wiem z akt, że to robił. Takie uprzedzenia pokutują do dzisiaj, zatem nadużyciem wydaje się próba przejęcia schedy po ludziach, którzy mieli odwagę niejako zbuntować się przeciwko swoim sąsiadom, krewnym, często nawet współmałżonkom. Dzisiaj bowiem schedę po nich przywłaszczają sobie ci, którzy są najbardziej ideologicznie od nich oddaleni, obcy tym ludziom. A robią to, żeby podreperować swoje dobre moralne samopoczucie, co wywołuje we mnie głęboki i autentyczny sprzeciw. Jeżeli ktoś chce powiedzieć „myśmy ratowali”, to musi mieć odwagę cywilną, żeby powiedzieć również: „myśmy zabijali”.
    Jak trudno jest powiedzieć „ratowaliśmy”… Nie wiem, czy Pani by ratowała, nie wiem, czy ja bym ratował… Nie śmiałbym więc powiedzieć „myśmy ratowali”. Bohaterscy ludzie, których postępowania wręcz nie jestem w stanie pojąć, dokonywali niesłychanych cudów odwagi, dzięki czemu przeżyło sporo ludzi. Ale oni robili to wbrew swoim własnym wspólnotom…

    …i wbrew zmasowanej przedwojennej propagandzie antysemickiej.

    Trzeba naprawdę podziwiać odwagę tych, którzy zdobywali się na to, żeby tak radykalnie przeciwstawić się ogółowi. Próbowałem kiedyś określić „profil” ratujących, ale z takich badań absolutnie nic nie wynika. Próbując wyszukać jakąś prawidłowość, zakładałem, że może znaczące jest wykształcenie. Nieprawda. Może to, kto ma mniej dzieci? A może więcej dzieci? Też nie. Okazuje się, że jedyne, co stanowi pewien ślad w rachunku tych motywacji, to – jak to nazywam – „domek pod lasem”. I tylko tyle. Mam na myśli fakt, że ci ludzie z reguły byli jakoś niezgrani ze swoją wspólnotą, niedopasowani, zawsze istniał tam jakiś dysonans. A przy okazji byli także fizycznie oddaleni od centrów miejscowości, wobec czego mieli większą anonimowość, prywatność. Z tym, że to dotyczy wiejskich terenów; w mieście wszystko to wygląda inaczej. Oczywiście, są też inne tropy… Badałem kiedyś Ciechanowskie, na podstawie niemieckich archiwów miejskiego Gestapo, i zauważyłem, że była tam grupa Gottglaubige, głęboko wierzących chrześcijan, luteranów, i oni rzeczywiście Żydów trochę więcej uratowali. Ale to była maleńka próbka, trudno więc powiedzieć, do jakiego stopnia wskazuje ona na jakąś prawidłowość.

    Ciekawy wątek dotyczący mariawitów się pojawił w jednym z numerów „Zagłady”…

    -- Tak, pisała o tym moja siostra, która po prostu mieszka wśród mariawitów i dzięki temu dowiedziała się o pewnych faktach…. Może jest tak, że ludzie, którzy czują, że tak powiem, na plecach oddech jakiegoś zagrożenia, mają więcej empatii. Podobnie było w miasteczku Chambon-sur-Lignon we Francji. To jest maleńka miejscowość zamieszkała przez protestantów, położona wśród katolickich parafii i gmin. I okazuje się że niespełna 3 tysiące mieszkańców tego miasteczka – licząc ze starcami i dziećmi – uratowało 3 do 5 tysięcy Żydów. Każdy wziął do domu przynajmniej jednego Żyda, przechowywali ich też w budynkach wspólnej użyteczności. Zachowali milczenie, pomogli im potem w przedostaniu się do Szwajcarii. A była to jedyna protestancka miejscowość w morzu katolickim wokół. Gdzie indziej nie ratowano Żydów, a tu – owszem.
    Albo Polacy w Galicji… Z akt sądów niemieckich ze Lwowa wynika, że Niemcy prześladują okrutnie ludzi ukrywających Żydów. W trakcie lektury tych akt zauważyłem, że najwięcej jest tam nie ukraińskich, ale polskich nazwisk. Wydaje się, że Polacy w sytuacji mniejszościowej – szczególnie na Wołyniu i na wsiach pod Lwowem – byli dużo bardziej otwarci w stosunku do cierpienia żydowskiego. Sami też czuli oddech zagrożenia na własnych karkach. Zagrażają im Ukraińcy, mordują ich. Polacy mieszkający 200 km dalej na zachód drzwi nie otworzą, a tam, pod Lwowem, Żydom się pomaga. Tak, jakby czuli, że płyną z nimi w jednej łódce…

    Nie są to badania, które mogę przedstawić jako gotowe, to tylko efekt lektury teczek Sondergericht Lemberg. Przy czym uważam, że największe znaczenie mają nie cechy narodowe, ale sytuacja, która wynika z okoliczności. Poczucia zagrożenia nikomu nie można życzyć, ale może to ono wywołuje w człowieku wyższy poziom empatii. Gdy człowiek sam ma nóż na gardle, zaczyna myśleć inaczej.

    Z tego, co dotychczas powiedzieliśmy i co można wyczytać także z Pańskiej książki, wynika, że należałoby napisać na nowo pewne fragmenty podręczników szkolnych. Jak Pan wyobraża sobie formułę takiej zmiany?

    Niewątpliwie znaczna korekta pamięci jest konieczna, jeśli chodzi o to zagadnienie. Pamiętajmy jednak, że mówimy o marginesach, obrzeżach Holokaustu, używając słów Grossa. Wiemy, że Zagładę obmyślili i przeprowadzili Niemcy, a 90% Żydów zginęło w wyniku deportacji do obozów śmierci. Moje badania dotyczą zatem znikomej mniejszości ofiar. Ale mówimy o tym jedynym momencie, kiedy miejscowa ludność polska miała decydujący głos w sprawie tego, co się stanie z niedoszłymi ofiarami, z uciekinierami z Holokaustu. I głos ten nie zawsze był taki, jaki byśmy chcieli usłyszeć.

    Jest długa droga przed nami. To jest zadanie na lata, dla całego zastępu młodych historyków i socjologów. Jest późno, bo lat temu dwadzieścia można było od świadków uzyskać o wiele więcej. Nawet dzisiaj jednak jest to jeszcze możliwe, jak pokazuje choćby reportaż Anny Bikont, idący tropem moich badań w powiecie Dąbrowa Tarnowska.

    prof. Jan Grabowski ukończył studia historyczne na Uniwersytecie Warszawskim (1986). Od 1994 roku pracuje na wydziale historii Université d’Ottawa. Prowadzi badania dotyczące pomocy i ratowania Żydów, niemieckiego i polskiego systemu sądowniczego na terenach okupowanej Polski, a także stosunków polsko-żydowskich w okupowanej Warszawie i na prowincji. Jest autorem kilkudziesięciu prac naukowych publikowanych w języku polskim, francuskim, angielskim w Europie i w Kanadzie.

Leave a Reply

Intronizacja
Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE