Grzegorz Warszawski; Ks. Mjr. J. Warszawski “Myśl Jest Bronią” cz1.

.

 Ks. Józef  Warszawski  SJ
MAJOR A.K.                    OJCIEC PAWEŁ

MYŚL JEST BRONIĄ

BÓG
HONOR
OJCZYZNA

R O Z W A Ż A N I A

Na podstawie: Ks. Józef Warszawski TJ Myśl jest bronią (Solingen – 1947)
Reprint
wydanie pierwsze na dyskietkach

© Copyright by Józef Warszawski
Nihil obstat: Ks. J.Nowak TJ.
Imprimatur: Ks. E.Lubowiecki, Vic.Gen.; Ks. D.Ziarniak, Not.

 

 

 

SPIS  TREŚCI
Od  Redakcji………………………………………………………………………………………………………..4
Biogram Autora…………………………………………………………………………………………………..5
Słowo o stosowaniu książki…………………………………………………………………………………10
Przyjaciele moi (Słowo wstępne do pierwszego wydania)……………………………………..14
Przedmowa do wydania drugiego……………………………………………………………………….17
POCZĄTEK  MYŚLI
Na dzień 29 listopada………………………………………………………………………………………….24

JESTEM CENTRUM
Na niedzielę I Adwentu………………………………………………………………………………………29
Na dzień 1 grudnia……………………………………………………………………………………………..34
Na dzień 2 grudnia……………………………………………………………………………………………..39

 

Na dzień 3 grudnia……………………………………………………………………………………………..43
Na dzień 4 grudnia……………………………………………………………………………………………..45
Na dzień 5 grudnia……………………………………………………………………………………………..48
Na dzień 6 grudnia……………………………………………………………………………………………..51
KTÓREGO CAŁOŚĆ . . .
Na niedzielę II Adwentu……………………………………………………………………………………..54
Na dzień 8 grudnia……………………………………………………………………………………………..57
Na dzień 9 grudnia……………………………………………………………………………………………..61
Na dzień 10 grudnia……………………………………………………………………………………………66
Na dzień 11 grudnia……………………………………………………………………………………………69
Na dzień 12 grudnia……………………………………………………………………………………………73
Na dzień 13 grudnia……………………………………………………………………………………………77
JEST CZĘŚCIĄ . . .
Na niedzielę III Adwentu …………………………………………………………………………………..85
Na dzień 15 grudnia……………………………………………………………………………………………90
Na dzień 16 grudnia……………………………………………………………………………………………95
Na dzień 17 grudnia………………………………………………………………………………………….101
Na dzień 18 grudnia………………………………………………………………………………………….105
Na dzień 19 grudnia………………………………………………………………………………………….109
Na dzień 20 grudnia………………………………………………………………………………………….112
CORAZ  TO  WYŻSZYCH  CAŁOŚCI
Na niedzielę IV Adwentu………………………………………………………………………………….116
Na dzień 22 grudnia………………………………………………………………………………………….122
Na dzień 23 grudnia………………………………………………………………………………………….125
Na dzień 24 grudnia czyli Wigilię Bożego Narodzenia ……………………………………….129
Na dzień 25 grudnia czyli Boże Narodzenie……………………………………………………….133
Na dzień 26 grudnia………………………………………………………………………………………….144
Na dzień 27 grudnia………………………………………………………………………………………….150

W  HIERARCHICZNYM  UWSPÓŁRZĘDNIENIU
Na niedzielę w oktawie Bożego Narodzenia………………………………………………………..158
Na dzień 29 grudnia………………………………………………………………………………………….164
Na dzień 30 grudnia………………………………………………………………………………………….174   Na dzień 31 grudnia………………………………………………………………………………………….177

Indeks……………………………………………………………………………………………182

*

OD  REDAKCJI

Autor, ks. Józef Warszawski TJ, profesor filozofii i teologii, owiany legendą Ojciec Paweł, major AK, przedstawia w sposób prosty i przystępny, posługując się przykładami z życia Naszych Wielkich Przodków, jak to my, współcześni Polacy jesteśmy w stanie wyzwolić z siebie energię i współuczestniczyć w tym wielkim dziele, jaki nakreślił sam Pan Bóg. Słowa Bóg, Honor i Ojczyzna – by nie były czczymi frazesami i przybrały konkretny kształt w naszej osobowości, i drążąc nasze sumienia, wolę i postawę, dały obraz i podobieństwo Boże w czasie, który tak zagrożony jest zniszczeniem wszystkiego, co katolickie i polskie.

„Rozważania” są bardzo przystępnym przedstawieniem Zarysu Filozofii Uniwersalizmu Katolickiego*)  Katolicki uniwersalizm Autora pokazuje, że nie jesteśmy wyłączeni ze świata stworzonego, ale jesteśmy jego „częścią”, która musi współuczestniczyć i działać, aby ten świat pełen sprzeczności wywołanych złym duchem – wolą ludzi, idących za Panem i Jemu służącymi – budowali morale i cywilizacje spójne z Bożą Prawdą.
*) Nie mylić z masońskim „uniwersalizmem”,gdyż oba, oprócz wspólnej nazwy, są całkowicie od siebie odmienne(przyp.red).

Książka ta doczekała się do tej pory dwóch wydań. Pierwszego – po II-giej wojnie światowej, w 1947r. w Niemczech  i drugiego – w 1989r., w Polsce, przez Instytut Wydawniczy  PAX. Mimo, że nakład drugiego wydania wynosił 10.000 egz., praktycznie ta książka – oprócz prywatnych posiadaczy – „zniknęła” z półek bibliotecznych. Podjęta w 1999r. próba wydania kolejnego wydania nie doczekała się realizacji.

Tym wydaniem redakcja pragnie uczcić 100 – letnią rocznicę urodzin Autora (9.03.1903 – 1.11.1997).

Redakcja liczy na wyrozumiałość Czytelników za nie perfekcyjną jakość techniczną tego opracowania. Scanowanie, korekty oraz skład techniczny trwały – z przerwami – ponad rok. I tylko zawzięcie doprowadziło do ukończenia…

Dyskietki powinny być sobie –– jak „sztafeta” – przekazywane z rąk do rąk, i to wszystkim tym, którym bliskie jest hasło ze strony tytułowej.

Zalecenie redakcji – koniecznie należy zapoznać się ze  Słowem o stosowaniu książki.

W ręce Czytelników wydawca oddaje cenną pozycję, która – jeśli Dobry Pan Bóg się ulituje -da nam szansę wszelkie złe moce przezwyciężyć, własną energię wyzwolić, połączyć się w zespoły zawsze pragnące i zmierzające ku wspólnemu celowi wolnej, katolickiej Ojczyzny.
*

BIOGRAM AUTORA

„ Warsztat pracy“

Ks. Józef Warszawski TJ (9.03.1903 -1.11.1997), ps Ojciec „Paweł”, urodził się w Hamburgu, w rodzinie polskiej karnie przeniesionej do Niemiec. W latach chłopięcych, żyjąc w otoczeniu wrogiego Polsce żywiołu niemieckiego, w rodzinnym domu otrzymał solidne wychowanie patriotyczne.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, wraz z rodzicami przeniósł się do Ostrowa Wlkp. Po wybuchu wojny bolszewickiej, w 1920 r., jako 17-letni uczeń humanistycznego gimnazjum ochotniczo zaciąga się do wojska, za co po latach zostaje odznaczony.

Po maturze excellens in mathesi, 5. IX. 1924 wstąpił do zakonu Ojców Jezuitów w Kaliszu. Po święceniach kapłańskich i specjalistycznych studiach filozoficznych (Kraków, 1926 – 29) i teologicznych (Lublin, 1929 -35), uwięczonych doktoratem filozofii wystawionym przez Papieski Uniwersytet Gregoriana w Rzymie, zostaje profesorem filozofii w Papieskim Seminarium Wschodnim w Dubnie Wołyńskim (1935-36), współpracując jednocześnie z redakcjami jezuickich czasopism „Przegląd Powszechny” oraz „Sodalis Marianus”.

W czasie kampanii wrześniowej 1939 r. – mimo proponowanej ucieczki -pozostaje w Warszawie jako kapelan ochotnik na terenie Mokotowa i podejmuje działalność konspiracyjną, angażując się w kształtowanie ideologiczne oparte na własnym opracowaniu tez tworzonego przezeń systemu filozoficznego Narodowej filozofii społecznej pt. Uniwersalizm. Referowanie jej zarysu rozpoczął od X. 1940 r. w poszczególnych ośrodkach Polski Podziemnej takich, jak KN, SiN, Unia, SN, SD, NSZ i Studium Europy Wschodniej. Włącza się aktywnie w akcję ratowania Żydów od zagłady. Przebywając w majątku Kozłówka pod Lublinem (u Zamoyskich – XII/41 do VIII/42), upomniał się o równe traktowanie w tajnym nauczaniu dzieci chłopskich z paniczami       dworskimi. W 1943 r. redaguje i publikuje Wojenną Katolicką Agencję Prasową. VIII/43 r. zostaje zaprzysiężony na kapelana AK. W czasie Powstania Warszawskiego – kapelan zgrupowania Radosław. Ideał w pojęciu bohaterskich i walecznych batalionów Zośka i Parasol oraz oddziałów Czata 49, Wigry i KN -owskie  Mieczyki. Będąc realistą miał odwagę wypowiadać i podejmować niepopularne decyzje. Gdy „Radosław” (ppłk Jan Mazurkiewicz) leżał ciężko ranny, w dniu 12.VIII. udaje się jako delegat Komendy Zgrupowania „Radosław” do Komendy Głównej AK, by forsować plan („Radosława”) ewentualnej ewakuacji AK do Kampinosu, celem ocalenia ludności Warszawy i zapobieżenia całkowitemu zniszczeniu miasta. Może przez analogię do Apostoła Narodów, sanitariuszki nazwały go Ojcem Pawłem, i ten przydomek przylgnął do niego na stałe. W dniu 23 września 1944 r., w sposób wręcz graniczący z cudem ratuje ostatnią grupą „Radosława” (ok. 120 powstańców) od rozstrzelania przez hitlerowców (Herman Göring Strafkompanie) i uzyskuje od dowództwa niemieckiego status „jeńców wojennych” dla ostatnich obrońców Reduty Czerniakowskiej. Za tę bohaterską służbę Ojczyźnie uhonorowano go Krzyżem Walecznych oraz Virtuti Militari.

Po wyjściu z jenieckiego obozu Sandbostel, w którym to redagował pismo obozowe Polska Myśl Uniwersalistyczna, rozwinął wielokierunkową działalność duszpasterską i edukacyjną słowem, pismem i czynem organizacyjnym w społecznościach polskich pozostałych na emigracji po II – woj. światowej. Działa głównie na terenie Niemiec (strefa brytyjska), Anglii i Włoch.

Najdłuższe miejsce postoju – Rzym (1950 -1994). Kierownik sekcji polskiej Radia Watykańskiego (1950 -1957); wiceprezes Polskiego Instytutu Historycznego w Rzymie;  współpracownik Komitetu Millenistycznego Sacrum Poloniae  Millenium; moderator Sodalicji Mariańskiej w Papieskim Kolegium Polskim. Od X/68 r. mieszka w jezuickiej Willi Kurialnej pod Rzymem (Grottaferrata) z wydzielonym działem pisarza historii, której to działalności poświęca się prawie bez reszty.

Po 50-latach emigracji wrócił do Polski (1994 r.). Jego dynamiczna i ofiarna postać w służbie Bogu i Ojczyźnie, owiana legendą będzie wzorem dla tych, którzy swe życie chcą godnie przeżyć, Boga zatknąć na swym sztandarze z zawołaniem „Bóg – Honor – Ojczyzna”.

Pan powołał Go na Wieczną Służbę w dniu Wszystkich Świętych (1.11.1997 r.). Liczne poczty sztandarowe trzymały wartę przy trumnie w czasie odprawiania żałobnych egzekwii i Mszy św. koncelebrowanej przez Prymasa Polski kard. Józefa Glempa oraz Bpa Polowego Sławoja Leszka Głódzia, a Kompania Honorowa WP odprowadziła kondukt na miejsce wiecznego spoczynku. Pochowany na cmentarzu na Powązkach w grobowcu Zakonu Jezuitów.

Odznaczenia : Krzyż Walecznych (11.VIII.l944 r.), Virtuti Militari (1.X.44 r.),  Polonia Restituta (Paryż, 4.IX.63 r.), Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski (1963 r.),  Krzyż Powstańczy (Rzym, 1983r.), Order Polonia Mater Nostra Est (Warszawa, 1995 r.), Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski oraz Krzyż za Udział w Wojnie 1920 r. (17.03.96 r.)

Główne publikacje : Uniwersalizm. Zarys Narodowej myśli społecznej (wyd. KN, W-wa,1942); Warszawa-Rzym 1939-1943 (wyd. SN, W-wa, 1943); Myśl jest bronią (I-sze wyd. Meppen-Solingen, 1947, II-gie wyd. Pax, W-wa, 1989);
Rhapsodia Mariana (w jęz. łac., Rzym, 1952); Il sistema scolastico asservito dai communisti in Polonia (po włosku, Rzym, 1955); Polonika z Rzymskiego Kodeksu Nowicjuszy Towarzystwa Jezusowego (1565-1586) (Rzym, 1955); Katolickość dzieł Mickiewicza (Rzym, 1956); niekonwencjonalne studium oparte o analizę autografu świętego: Analysis graphologica autographi S.Stanislai Kostka  i  Największy z międzynarodowych Polaków – św. Stanisław Kostka (Rzym, 1959 i 1961); rewelacyjne i przemilczane studium: Mickiewicz uczniem Sarbiewskiego (Rzym, 1964); Akcja antypapieska w Polsce podczas II-wojny światowej (Londyn, 1965); GARABANDAL – objawienie Boże czy mamienie szatańskie i El mito de Gambandal (Rzym, 1970 i po hiszpańsku -Madrid, 1973); odkrywcza, sensacyjna rozprawa o prawdziwym obliczu religijnym J.Piłsudzkiego: Studia nad wyznaniowością religijną marszałka Józefa Piłsudskiego (Londyn, 1978, wyd. polskie pt. „Piłsudski a religia”, W-wa, »ad astra«, 1999); przełomowa praca „Dramat Rzymski” Macieja Kazimierza Sarbiewskiego (1622-1625) (Rzym, 1984);
pierwsza praca wydana w kraju, poza cenzurą przez Ruch Narodowy: Zwięzły Komentarz do wydanej przez Kongregację Doktryny Wiary “Deklaracji” o przynależności do stowarzyszeń masońskich, Gdańsk 1982; wydana na 80-lecie urodzin: Bibliografia, Rzym 1985.***
Grzegorz Warszawski

Człowiek otwarty na innych, sporo czasu poświęcał Polonii na Zachodzie. Gdy zjawił się w Rzymie ktoś z Polski, okazywał mu wiele serdeczności, a świadomy, że przybysze znad Wisły są najczęściej bez pieniędzy, troszczył się o to, aby wspomóc ich materialnie. Niejednokrotnie zastanawiałem się skąd u niego tyle siły, patriotyzmu i życzliwości dla innych. Doszedłem do wniosku, że książka Myśl jest bronią, która po raz pierwszy ukazała się na emigracji, gdy był kapelanem głównym ZHP na terenie Niemiec, służąca młodym jako podręcznik kształtowania osobowości, została najpierw, lekcja po lekcji, praktycznie przerobiona i przeżyta przez samego jej Autora. Jest tak autentyczna, że zaraz po wojnie zauroczona nią młodzież, w bibliotekach ręcznie przepisywała ją do zeszytów.

Dzisiaj, gdy Europa cierpi na bezideowość, lektura książki ks. Warszawskiego może być skuteczną terapią w schorzeniach nękających młode pokolenie.
Ks. Felicjan Paluszkiewicz TJ

„Jedynie wysiłek kilku z rzędu pokoleń, zespolonych wspólnym planem działania, jednolitą ideą polityczną, jednolitą racją stanu, i jedynie wysiłek kilku po sobie następujących pokoleń, które sobie poczną podawać z rąk do rąk sztafetę tej Wielkiej Rzeczy, którą jest występująca jako podmiot w dziejach Polska, zdoła jako młot olbrzymi zaciążyć nad ślepym faktem, któremu Bóg niejednokrotnie oddaje nas w ręce, zdoła nas „zjadaczy chleba”, przerobić, jeśli nie w aniołów i ród gigantów, to przynajmniej w postacie historyczne, w ludzi i osobowości posiadające odwagę i czelność kształtowania swego środowiska na modłę i miarę ojczystą, a nie wedle miary wielkiej międzynarodówki czy wielkiej finansjery tego świata”.
Z artykułu Małgorzaty Rutkowskiej pt. „Wzór na ład serca” (Słowo – Dziennik Katolicki, 26.12.1994 r.)

 

ks. Józef  Warszawski TJ (III. 1903 – XI. 1997)

…wierzył w naród, który po każdej klęsce potrafił się odrodzić, wychodzić z      niej mocniejszy. Chciał, by miał on odwagę żyć, rozwijać się i kształtować według własnych  narodowych tradycji i prawideł, a nie wytyczanych przez czerwoną czy złotą, masońską międzynarodówkę. Nie ma powstania narodu bez wielkiej, przewodniej myśli dziejowej. Gdziekolwiek zaś tknąć wielkich  przewodnich myśli w dziejach poszczególnych narodów, zawsze sięgają swymi korzeniami głębin filozoficznych założeń. Dziejowa przeto myśl Polski musi w urabianiu psychiki swych pokoleń zstępować również i do tych głębin, musi z wielkiej kuźni pozaczasowych i poza przestrzennych zasad dobyć narzędzie
myślowe dla siebie – wołał.
( ze szkicu Małgorzaty Rutkowskiej)
*

Święta miłości kochanej Ojczyzny
święte dla Ciebie rany
słodkie po nich blizny –
oby wszystkie pokolenia Polaków
znały – i wspominały – przelaną przez ich przodków krew
aby za jej napominaniem małym się wydawał
wszelki poniesiony trud –
i aby Bóg Wszechmogący i Sprawiedliwy
wynagrodził naszej Ojczyźnie
hekatomby ofiar złożonych dla wielkości
i dla świetności imienia Polski
pośród narodów świata –
dumny z Polski jej syn  –
„Ojciec Paweł“

 

12/13 września 1997 *)

*)Podczas uroczystości poświęcenia przez Ojca Pawła sztandaru łódzkiego Liceum         Ogólnokształcącego im. Janka Bytnara, ps.”Rudy”, w Warszawie – wpis  do Księgi Pamiątkowej.  Wpis został dokonany pismem odręcznym, ale redakcja – ze względów technicznych– przedstawia go w takiej formie. Treść i układ wpisu jest zgodny z oryginałem (przyp.red.).

SŁOWO O STOSOWANIU KSIĄŻKI

Ugór bezmyśli polskiej, jego działkę filozoficzno-światopoglądową, należy przeorać prze głęboko.
Gdyby ta działka stanowiła rozdział z powieści, czytałoby się książki wertujące jej niwy „jak powieść”.

O to nieporozumienie rozbiło się już wiele prawdziwie dobrych chęci. Przed nim czytelnik winien ostrzec samego siebie.

Każdy kto się zabiera do „przeczytania” podręcznika matematyki czy fizyki, tak jak człowiek pospolity zasiada do „przeczytania” stron powieści — naraża się na srogi zawód. Tak się też ma ze stronicami niniejszej pracy.

Nie jest ona dziełkiem przeznaczonym głównie ku  „przeczytaniu”. Kto chce tylko poczytać sobie w jej stronicach — choćby od pierwszej do ostatniej — temu nie uchyli rąbka swej właściwej tajemnicy — nie przeorze duszy.

Książka niniejsza nie chce być „czytana” lecz „rozważana”. Służy „rozmyślaniu”. Wewnętrznemu, osobowemu i sam na sam ze sobą dokonanemu roztrząsaniu poruszanych w niej myśli i zagadnień. Chce służyć temu, czemu odłam sangwiniczny naszego społeczeństwa zawsze się przeciwstawiał, a co każdej wielkiej kulturze, jest kamieniem węgielnym — tj. urabianiu własnej myśli, nadaniu  zarówno osobistej jak społecznej dziedzinie przekonań mocnego kręgosłupa światopoglądowego i założeniowego, bez  którego żadna większa a pozytywna  rzecz dokonać się  nie może.

Z rozmyślaniem, tj. z myśleniem stosowanym, rzecz ma się osobliwie. Lękamy się tego wyrażenia.
Pospólstwo i tłum od wieków już gardzą  zastanowieniem i myślą. Nienawidzą mędrców urastających myślą ponad poziom ich umysłowości i tępią bezlitośnie każdy wysiłek zmierzający do odradzania  myśli w jednostce.

„Karcących mędrców pospólstwo zawsze łajało.
Lecz świadczących o prawdzie zawsze zabijało”.
(Mickiewicz).

A jednak kto chce jakkolwiek bądź dźwignąć siebie czy naród, czy zgoła ludzkość całą, musi rozmyślać, musi przemyśliwać, musi począć w sobie myśl  i myśli i prawdę w nich zawartą stosować. Biada kupcowi, który się zawikłał w impasie gospodarczym, a nie poczyna „łamać sobie głowy”, by wypracować „myślowo” wyjście z afery, biada, jeśli wypracowawszy raz logiczne wyjście, nie stosuje powziętych wytycznych. Na nic stronnictwom i najświetniejsza przeszłość, jeżeli w ramach gotowych nawet ustaw każdy ich członek nie pocznie wysilać się w „przemyśliwaniu” na każdy dzień jak służyć sprawie, jak unikać błądzeń i potykań się w przyszłości, jak równać zwycięstwu drogę.

„Zasady do poprawy rządu” z roku 1789, „Uwagi nad życiem Jana Zamoyskiego”, „Listy do Stanisława Małachowskiego”, „Ustawy Komisji Edukacji Narodowej” z 1783 roku — to wszystko jest nie czym innym, jak właśnie owocem zrodzonym z „rozmyślań” i z „rozważań”. Komunizm jako prąd myślowy jedynie dlatego stanowi tak zawrotną i porywającą w swe wiry moc i siłę, iż posiada — w przeciwstawieniu do zachodu — gigantycznie zakrojoną i rzadką w dziejach konsekwencją naznaczoną ideologię, iż przedstawia w swej treści wielki, przemyślany do końca, logiczny i zwarty system żagwiących prawd i idei, które wszczepia i którymi karmić się każe  „na każdy dzień” wszystkim swoim zwolennikom.

Na każdy dzień!

Myśl obudzona raz do roku nie zdolna ani codziennej stworzyć wielkości, ni potęg dziejowych niosących w swym prądzie wypadki. Systematyczność i ciąg, z dnia na dzień ponawiane obudzenie i narastanie myśli warunkuje dopiero zrodzenie się myśli zarówno jednostkowej jak zespołowej jako siły dziejotwórczej.

Tej „praktyce” chce służyć obecna praca. Wyobraża sobie jednostkę względnie zespół jednostek w wieczornej godzinie, tuż przed udaniem się na spoczynek — a więc w chwili kiedy myśl i mózg czekają swego zwornika myślowego, by nim zamknąć dorobek całodzienny i kiedy podświadomość najbardziej się wyczula na przyjęcie ziarna ku wewnętrznym przeobrażeniom — jak rozczytuje się w materiale rozważaniowym podanym „Na dzień…” i jak poświęca rozpamiętywaniu tego co w ciągu czytania własną myśl uderzyło, chwilę sposobną, wieczorny lub ranny „kwadrans koncentracji myśli”, „ kwadrans samokontroli woli”.

Ten „kwadrans” samodzielnego myślenia jest wszystkim — nie książka. Ten „kwadrans” samodzielnej pracy dokonanej wewnątrz samego siebie poza książką jest — żeby użyć niemożliwego określenia — właściwą treścią książki, którą należy  z niej  wyczytać. Książka sama ma jedynie służyć temu celowi. Gdyby zaś czytanie jej na tyle miało pochłonąć uwagę czytelnika, iżby zaciekawiło jedynie do dalszego czytania a nie przymuszało do zastanawiania się  nad przeczytanym materiałem — chybiłaby właściwego założenia. Postać konkretna takiego „kwadransa”‘ jest niemal całkowicie indywidualna. Tak jak każda psychika jednostkowa jest odmienna od drugiej, tak i treść i w pewnym zakresie metoda rannego czy wieczornego „kwadransa” jest odmienna. Raz będzie wzmaganiem się problematyka, drugi raz zachwytem kontemplatyka, raz suchą medytacją nad podstawową zasadą, raz radosnym h e u r e k a    Archimedesa  z poznanej prawdy. Typy bardziej abstrakcyjne będą filozofować, typy bardziej platońskie będą snuć barwne wątki, typy sokratesowe będą doszukiwały się bezustannie moralnej strony we wszystkim. Każdy według konstytucji swojej. Pobudzenie i wykuwanie samodzielnej i prawidłowej myśli zarówno jednostkowej jak i zespołowej zawsze stosownie do psychiki poszczególnej jednostki — oto generalne założenie określające właściwą treść proponowanego „kwadransa”.

Tematyka całości rozważań „kwadransowych” jest tak ułożona, iż zarówno poszczególne dni jak też całe tygodnie i obejmujący je miesiąc stanowią zamknięte w sobie całości. Osnowa tematowa poszczególnych dni przebiega trzema jakby frazami zawartymi w trzech po sobie następujących punktach: l -szym, bardziej ojczystym, polskim, II-gim czysto filozoficznym i  III-cim wyłącznie religijnym, cytowanym za pismem świętym Starego lub Nowego Testamentu. Wszystkie trzy „punkty-frazy” tworzą same w sobie myślową całość. Ton zasadniczy i jak gdyby kontrapunkt całości rozważań, stanowi ciąg fraz filozoficznych. Punkt ojczysty ilustruje na sposób życiowy prawdy wyrażane abstrakcyjnie w punkcie filozoficznym. Punkt zaś biblijny chce nadać najwyższą sankcję  poruszonej w poprzedzających go punktach prawdzie. Momenty filozoficzne poszczególnych dni wiążą się ze sobą logicznie i tworzą jedną rozwiniętą w pełni zasadę filozoficzną, według której uniwersalizm pragnie modelować wszystkie jednostki włączające się w wielkość jego światów — tworząc tym sposobem poszukiwane przez współczesność przeciwstawienie do typów wyrosłych  z założeń indywidualistycznych i totalistycznych.

Skuteczność rozmyślań nie wymaga wertowania całokształtu materiału przeznaczonego na poszczególny dzień. Wystarczy zatrzymać uwagę na jakimś jednym punkcie względnie nawet na urywku myślowym wziętym z poszczególnego punktu, który w trakcie czytania najwięcej zastanowił i zreflektował umysł. Można nawet prze¬skoczyć jeden czy drugi z punktów i zatrzymać się wyłącznie nad treścią trzeciego, np. biblijnego, względnie odwrotnie.

Czynnikiem istotnym w rozważaniu pozostanie zawsze uchwycenie dla siebie jakiejś myśli by ją:   l) pamięciowo ogarnąć,    2) rozumowo przetrawić, i  3) w pełni myślowo przyswojoną przeszczepić  własnej woli jako zasadę działania.

Przypuśćmy np. że z rozważania „Na dzień 29 listopada” spodoba mi się określenie samego siebie jako „potencjału dziejowego” i „zapowiedzi czegoś, co się może stać”. Przyswajam sobie najpierw to określenie pamięciowo, na przykład, jako rodzaj „hasła”, roztrząsam je następnie przy pomocy pytań takich jak zapożyczone z klasycyzmu starożytnej retoryki:  quis?  quid?  ubi? . . .  kto?  co?  gdzie?  jak? dlaczego?  itd., przekonywując w trakcie rozumowania samego siebie, że ta prawda faktycznie mnie się tyczy, ile prostuje dotychczasowy mój światopogląd, do  jakiego stopnia mnie wiąże moralnie  itd. — a w końcu z wszystkich nasuwających się refleksyj wykuwam całkowicie praktyczne postanowienie, którym zmuszam wolę swoją do wykonania ściśle określonego w dniu rozważań czynu jak np: potencjał myślowy w sobie zaktualizuję dziś przeczytaniem w ściśle określonym czasie numeru czasopisma naukowego, do przeczytania którego trudno mi kiedykolwiek nakłonić samego siebie,
„Czytanie zespołowe” rozważań — żeby i o nim słówkiem napomknąć — rozwija się zazwyczaj w dyskusję. Zwłaszcza w zespołach zaznajamiających się po raz pierwszy z  myślą  uniwersalistyczną. Przestrzec należy natenczas słuchających, że dyskusja nie jest „rozważaniem”, Dyskusja przygotowuje płodnie rozważanie. Jest jak gdyby rozkopywaniem gruntu pod siew. Zespół kończący dyskusyjne czytanie powinien zamknąć owoc swej dyskusji w kilku wnioskach-określeniach i podać je jako właściwy materiał do „rozmyślania”. Dopiero gdy jednostkowa wola przeistoczyła w siebie rozważaną myśl, gdy przeistacza niejako siebie w myśl rozważaną, rozmyślanie zostało dokonane — i zespół dopiął skutku.

W takim li tylko ujęciu książka niniejsza chce być zrozumiana. Jako materiał. Jako surowiec pod myśl przyszłości. Jako współprzyczynę w ukształtowaniu zarówno jednostkowej duszy jak i postaci zespołowych całości.

Jeżeliby zalecić  trzeba podobną  książkę, to tylko słowami Mickiewicza:

„Człowieku! gdybyś wiedział jaka twoja władza!
Kiedy myśl w twojej głowie, jako iskra w chmurze
Zabłyśnie niewidzialna, obłoki zgromadza,
l tworzy deszcz rodzajny, lub gromy i burze;
Gdybyś wiedział, że ledwie jedną myśl rozniecisz,
Już czekają w milczeniu, jak gromu żywioły.
Tak czekają twej myśli — szatan i anioły:
Czy ty w piekło uderzysz, czy w niebo zaświecisz;
A ty, jak obłok górny, ale błędny, pałasz,
l sam nie wiesz gdzie lecisz, sam nie wiesz co zdziałasz…
Ludzie! każdy z was mógłby, samotny, więziony,
Myślą i wiarą zwalać i podźwigać trony.”

Myśl jest bronią!
A kto nią nie zawładnie prawidłowo i umiejętnie — tego rozłoży psychicznie i dobije ostrze myśli złej.
*          *          *          *          *          *        *         *

Słowo wstępne do pierwszego wydania
Przyjaciele moi!
Zespól utworzyć — oto był nasz cel.

Zespół ludzi posiadających „myśl o Polsce” i urabiających w sobie odpowiadającą tej myśli „wolę Polski”. Ze¬spół ludzi, „obywateli całego świata” według określenia Mochnackicgo, a znających mimo to i właśnie dlatego „wielką rzecz” Polski, wiążących się właśnie dlatego rama¬mi zespołowymi, by ją jako całość zrealizować.
Nie rościliśmy sobie pretensji, że będziemy pierwszym tego rodzaju zespołem. Nie myśleliśmy nigdy o tym, że będziemy zespołem wyłącznym i posiadającym monopol. Nie zdawało nam się, że będziemy ostatnim zamykającym dzieje i rozwój.

Chcieliśmy być jednym z wielu. Z wielu podobnie myślących i podobnie działających. Z podobnie się ośrodkujących i w pokrewne środowiska dojrzewających.
Ale tym jednym chcieliśmy być. Być — nie wydawać się być. Chcieliśmy być zespołem jednostek wykuwających w sobie wolę i myśl — dla Polski — na współczesny etap jej dziejów.

Myśl i wolę! Uparliśmy się przy tym, bo serca i czucia stwierdzaliśmy w sobie legion. Myśl i wolę — ale w skrystalizowaniu dorobku dziejowego. Myśl i wolę — ale obie w urobieniu zespołowym, nie wyłącznie jednostkowym: odgadliśmy bowiem nagle po przeżyciach powstaniowych ciężar gatunkowy i wartość „istoty społecznej” w każdym z nas. Odgadliśmy wartość zespołowego, społeczno-dziejowego działania w nie wystarczającej samej sobie jednostkowości każdego z nas.

Przenigdy zaś — w przeciwstawieniu do czystych teoretyków dziejów — nie chcieliśmy myśli, która by była tylko myślową formą naszego umysłu. Ani marzyliśmy o woli, która by była czysto kosmicznym dynamizmem bezosobistych chceń. Nam „myśl”, dojrzała myśl, miała zawsze stanąć ,,wytyczną”. Miała zawsze oznaczać realizowany dziejami, a poprzednio przemyślany kształt. Wolą zaś w sobie nazywaliśmy ,,sprawstwo”. Sprawstwo przede wszystkim codziennych, szarych obowiązków, z których istoty — widzieliśmy to tylokrotnie — urasta właściwa społeczna treść. Dla nas wolą był, dostrzeżony jako istot¬ny faktor dokonań dziejowych, bezwzgląd. Bezwzgląd planów i zimnych rachub scalających nadrzędnie, a nigdy nie zastępujących jednostkowej inicjatywy. Bezwzgląd ich zamierzeń i dokonanych przeprowadzań. Wolą dla nas było — w najgłębszym zrozumieniu pojęte — posługiwanie niesione ochoczo centrującej wszystko postaci narodowej.
Oprzeć zaś chcieliśmy obie — zarówno domenę myśli, jak i kuźnię woli — o twardy kościec założeń filozoficznych, by tak ,,granity rzucić pod tęczę” naszych literackich uniesień. I rdzeń żywotny chcieliśmy wstrzyknąć w ten kościec, rdzeń nieprześcignionego po dziś dzień morale nauki Chrystusowej, by się nie śmieszyć więcej tym postępem zwanym opadaniem do niżu i negatywu pierwotnej hordy. A wszystko to miało być przeczynione Polską. Chcieliśmy, by myśl nasza i wola — mimo uogólnienia i uponadnarodowienia założeń — urastały na wskroś polskie, karmiły się Polską na każdy dzień, wertowały wszystkie jej dziedziny, zarówno polityczną, jak i gospodarczą. jak przede wszystkim kulturową. Innego wejścia w tworzącą się rodzinę wszech narodów nie chcieliśmy znać.
Jeden choćby taki zespół — pamiętacie, przyjaciele?! Jeden jedyny tak myślących i chcących. Jeden jedyny na taki podmiot się urabiających jednostek. Jednostek chcących skończyć z wiecznym chodzeniem luzem po dziejach, a sprzęgających się w ujednoliconą moc, w bezlitosny na własną słabość młot, w bezczucia obuch na snobizm polski, w bezwzgląd bezkompromisowej woli dobra, ilekroć mowa i rzecz o najwyższych wartościach na ziemi zarówno narodowych, jak i nad-narodowych.
Jeden jedyny zespół taki!

Nim, właśnie nim, chcieliśmy być.

Świadomie i bez oglądań się na urażone ambicyjki własne chcieliśmy jednostkowość swoją — ten modlący się z buddyjska pępek świata — włączyć w twarde spójnie tego, cośmy określili mianem zespołu, by tak dźwignąć się do wyżyn, na które byśmy, sami sobie zostawieni, nie byli się dźwignęli nigdy. Zawiązkę chcieliśmy utworzyć pod to, cośmy poznali jako naszą wielką potrzebę dziejową, jako nasz osobisty i społeczny brak, to jest pod „zorganizowaną centrycznie grupę” społeczną urastającą poprzez zjednoczone w niej jednostki w podmiot dziejowych poczynań i stawań się. Chcieliśmy dokazać tego, co jest najtrudniejsze dla wszystkich egoizmów i każdego z nas, to jest wyjść poza siebie, wyżej własnej cieśni i zlać się w wielką całość, w wielki układ zhierarchizowanych części, w wielką ponadjednostkową „rzecz”, która przerastając każdego z nas, miała stać się naszym właściwym kształtem społecznym, naszą społeczno-dziejową postacią.

Tak pojmowany zespól był celem.

Dlań to, otuleni łachem jenieckiego koca, zbieraliśmy się co wieczór w zimnej, wstrętnej, a mimo to zazdrośnie strzeżonej, bo jakże trudno zdobytej, izdebce stalagowskiego baraku. Dlań to dźwigaliśmy się z resztek cieplej ciepłem własnego ciała woliny — i — pamiętacie jeszcze te pół żartem, pół żółcią witane brnięcia poprzez stojące wody i błocka sandbostelskie na ten nasz „kwadrans koncentracji myśli”, kwadrans „kontroli woli” w grudniową rozpadaną noc. Dlań to — głodni niemało i przygaszeni też niemało — wznosiliśmy się wyżej siebie, ponad osobiste wydoskonalenie i dopełnienie, i tępym parciem głucho chcącej woli posuwaliśmy automat naszego ciała, by szedł, by wykonywał, by działał, by nie ustawał, gdzie inni ustawali — by się załamywał dopiero osiągnąwszy zamierzony cel.

Myśli, któreśmy wtenczas wspólnie snuli, stanowiły punkt kulminacyjny wszystkiego, co było pozytywne i konstruktywne w dniach naszej niewoli, naszego smutku po upadku Stolicy, naszego załamania po zwiedzionym Po-wstaniu. Widzimy to dzisiaj lepiej niż kiedy indziej.

Obraliśmy sobie Adwent, początek roku kościelnego, jako dzień startu naszego lotu wyżej siebie. 29 listopada, rozpoczynający rok kościelny, połączył nam myśl narodową z myślą religijną (jakby naumyślnie dla nas zrządzone, mawialiśmy wtenczas). Przedyskutowany zaś w gorących debatach i w formalnych bitwach myślowych uniwersalizm klasyczny stanął podstawą filozoficzną dla naszego samo-szkolenia moralnego.

Narzekaliśmy na brak źródeł, na brak książek, na nie¬możliwość oczytania się, na niedokładność cytat. Braki te nawet dzisiaj jeszcze pozostały brakami.

Mimo to myśl rosła — wola się wykuwała.
– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –
Czas zatarł ślady po naszych barakach…
Czas chce zatrzeć ślad również  po zespole.
Ta uzyskana niby-wolność rozproszyła nas. Nawet pisywać nam do siebie tak trudno. Nie wiemy często, gdzie mieszkamy. Myśl nasza jednak pozostała. I pozostało ciepło woli tlące pod popiołem dawno snutych myśli. Idziemy budzić je od nowa.

W sobie — i w drugich.

Może od iskier tych — wspomnienia wielkich dni takie są płodne — zajmie się światło przewodnie na najbliższe skrzyżowanie dziejowej drogi. Może w ośrodkach nowych buchnie zwartym płomieniem — tak jak w nas — i zespoli w jeden podmiot tych, co myślą i nie mogą ustać myśleć — przez ciąg cały dziejów — o umiłowanej ponad krew i szał wszechpolskiej Wielkiej Rzeczy, wszechludzkiej wielkiej epoce.

A może doleci do Ojczyzny, do grona tych, co pierwej niźli my umiłowali myśl uniwersalistyczną — na otuchę im, na wiarę w polską myśl dziejową i bezkonkurencyjną przyszłość polityczną tejże myśli.

Jeśliby z myśli tej choć jeden urósł zespół — spełniła swe zadanie. Jeżeliby jednostka, chociaż jedna, dojrzała poprzez nią do włączenia się w podmiot rodzącego się zespołu — spełniła, co miała spełnić.

A może my się znowu poprzez nią zejdziemy?

Przyjaciele!
– – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

Przedmowa do wydania drugiego
Książka, której wydanie drugie oddajemy niniejszym do rąk Czytelnika w kraju, powstawała w warunkach raczej niezwykłych.

Dobiegał swego końca pamiętny rok 1944. Rok bohaterskiego, a jakże klęskowego Powstania Warszawskiego. Po jego bolesnej kapitulacji, rozgłaszanej niemalże szeptem nam, pozostałym przy życiu wojakom, zabrali się do nas oprawcy niemieccy i chcieli z nas początkowo uczynić rodzaj swoich kombatantów, mających walczyć przy ich boku przeciwko nacierającej zwycięsko armii sowieckiej. Od¬mówiliśmy jednogłośnie. Za karę popędzili nas szlakiem jenieckim poprzez Żyrardów, Skierniewice (jeszcze dziś posiadam list pisany do mnie przez panią Krystynę Mystkowską, dobrodziejkę nas, jeńców-podróżnych, datowany ze Skierniewic w dniu 8 X11 1944 roku)—poprzez Koluszki, a dalej drogą na Berlin—Luckenwalde i Hamburg, pokąd nie dobrnęliśmy w rejon miejscowości zwącej się: Sandbostel. Nazwa ta w tłumaczeniu na język polski brzmiała¬by: „Piaszczyste Porośle”. Rzeczywiście, jak sprawdziliś¬my po przybyciu tamże, poza kartoflami — które kaza¬no nam dzielnie okopywać, a z kolei później wykopywać — trudno było dostrzec poza wzmiankowymi ,.poroślami” jakieś połacie uprawne czy zgoła ogrody. Rozciągały się owe niegościnne tereny w pobliżu miasteczka Bremervörde, leżącego w dość znacznej odległości od Morza Północnego, pomiędzy Hamburgiem a Bremenhaven. Mimo to nie były całkowicie puste względnie nie zamieszkane. Odkryliśmy bowiem podczas przymusowych prac w polu kilka wcale solidnych chałup wiejskich i gospodarstw rol¬nych.
Na tym oto terenie, na jego nie zabudowanym gospodarstwami wiejskimi obszarze, rozciągał się szeroko dość pokaźny i wieżami z dala widoczny obóz jeniecki.
Oficjalna nazwa obozu brzmiała M[ilitär] Stammlager X B, w skrócie: Stalag X B. Myliłby się jednak, kto by przypuszczał, iż my, to jest przybyli doń w ostatniej fazie jego istnienia powstańcy, stanowiliśmy istotne gremium jego obozowych mieszkańców. Obóz ów bowiem, jak tyle innych na terenie Niemiec, był obozem wielonarodowym.
Nas, powstańców, rozmieszczono w trzech oddzielnych kwaterach: w pierwszej, leżącej w samym środku obozu, oficerów i podoficerów; w drugiej, znajdującej się w pobliżu wejścia, kobiety-żołnierzy, w trzeciej, przylegającej do pierwszej, bractwo szeregowe. Poza nami jednak, powstańcami polskimi, wiódł swój osobliwy żywot na tere¬nie obozu oddział jeńców polskich, zwanych przez nas ..chorążakami”, wzięty do niewoli jeszcze w 1939 roku i przywleczony ostatecznie tu. Pracowali głównie w za¬kresach gospodarstwa obozowego, jak kuchnie, zaopatrzenie, rozdzielnia — czegośmy im mocno zazdrościli. Mieszkali jakieś dobre sto metrów od nas w pobliżu zabudowań gospodarczych. Pomiędzy nami a nimi rozpościerały się kwatery Rosjan, Francuzów, Włochów i Jugosłowian — i to w przeróżnym uplasowaniu geograficznym. Rosjanie trzymali się z dala od wszystkich. Francuzi, lepiej zagospodarowani aniżeli którakolwiek inna nacja, zapraszali do siebie, to znaczy pod swe ogrodzenia drutowe, przede wszystkim nasze kobiety-żołnierzy. Włosi, traktowani przez Niemców jako ,,zdrajcy”, za to, iż nie bardzo chcieli z ni¬mi walczyć na wspólnym froncie przeciw Rosjanom, zapraszali nas na urządzane przez nich koncerty, w zamian za co ‘wypadało nam częstować ich prawdziwą kawą, otrzymaną w darze od Polonii amerykańskiej w okresie świąt Bożego Narodzenia. Jugosłowian wreszcie, nie wiadomo dlaczego, trzymano na uboczu. W zestawieniu liczbowym przedstawialiśmy imponującą liczbę około dziesięciu tysięcy jeńców wojennych. Można sobie łacno wyobrazić, jak się dla Niemców, znajdujących się u kresu sił, przedstawiał problem wyżywienia i zaopatrzenia podobnej masy jenieckiej.
Odczuwaliśmy owo położenie na własnej skórze. Wydzielano nam bowiem na całe trzy dni po jednym chlebie, dzielonym w dodatku na cztery osoby. Jako okrasę do owej pajdy chleba otrzymywaliśmy dziennie po łyżce stołowej tak zwanej marmolady, a dwa razy w tygodniu kostkę podejrzanej margaryny. Jako napój podawano nam w ogromnych kotłach, z rana i z wieczora, po trzy czwarte litra herbaty-mięty. Tyle była ceniona przez wszystkich, że ciepła. Obiad znowu, czyli podstawa wyżywienia dziennego, ograniczał się do wydawanej każdemu w ilości trzy czwarte, litra zupy, która to miała szczególne do siebie, iż usiłowaliśmy, każdego dnia na nowo, wyłowić z niej — a z wielkim krzykiem radości, jeśli się udało — coś bar¬dziej substancjalnego czy to w rodzaju kluseczki, czy choć¬by płatka kartofla.
Kwatera nasza, czyli oficerów AK, do której i mnie przydzielono, przedstawiała rodzaj rozległego czworoboku, otoczonego wcale wysokim ogrodzeniem drucianym, którego lepiej było nie dotykać, bo można było niekiedy ulec porażeniu. Po bokach owego czworoboku sterczały dobrze już stare, ale jeszcze możliwe, drewniane baraki, zaopatrzone w nieduże okienka, które niekiedy miały nie rozbite jeszcze szyby. Spaliśmy w owych barakach pokotem, je¬den przy drugim, by jakoś się rozgrzać, bo leżało się na gołej ziemi, gdyż baraki stawiano bez drewnianych podłóg, a tak zwaną wolinę dostarczano nam z dobrym opóźnieniem. Szczęśliwy, kto przywiózł ze sobą koc czy cieplej¬sze okrycie, bo ogól z nas poszedł w niewolę z tym, co miał na sobie. Ja stale kontemplowałem swe buciki, z których każdy był wzięty z innej pary, w dodatku jeden z nich coraz domagał się podwiązywania sznurem pode-szwy, bo odlatywała.
Nimeśmy jednak na dobre się zagospodarowali na owej kwaterze, a raczej nim nas wprowadzono do czekających baraków, otrzymywaliśmy osobliwe, jenieckie personalia. Ogolili nam przede wszystkim głowy. Z kolei nadano nam nowe a oficjalne odtąd pseudonazwisko w postaci numer¬ka jenieckiego. Mnie wypadł wcale wysoki, bo stanowiący cyfrę 224 766. Tak też odtąd wołano nas: Gefangener Nu¬mer 224 766! Tyle przedstawialiśmy. Nic więcej. Z prawdziwego nazwiska nie znał mnie właściwie nikt w obozie. Dowód osobisty posiadałem na nazwisko: Stanisław Kamiński, imię i nazwisko wzięto po zmarłym przyjacielu z lat gimnazjalnych. W Podziemiu znowu, po całym szeregu zmienianych stale pseudonimów, ustalił się jako ostateczny; „Ojciec Paweł” — nadany mi przez nasze łączniczki.
Przybyłem do opisanego obozu oddzielnym transportem dopiero w przeddzień, czyli w wigilię uroczystości Wszystkich Świętych oraz związanych z nią, a szczególnie smutnych tego roku, Zaduszek. Niemcy chcieli mnie koniecznie mieć kapelanem montowanych antyradzieckich oddziałów. Stąd owe zapóźnienia. Woziłem zaś stale ze sobą, od dni jeszcze Powstania, w zwykłym ziemniaczanym worku nie¬zbędne kapelanowi paramenta kościelne, to jest albę, pa¬sek i ornat, bez, niestety, kielicha mszalnego. Jakoś Niem¬cy przepuszczali. Usiłowałem konsekwentnie, zaraz po przybyciu do obozu, zorganizować życie religijne. Przy pomocy kilku ochotników, a dawnych ministrantów, zbudowaliśmy na prędce przed barakiem głównym prowizoryczny ołtarz. I zapowiedziałem wszem wobec na dzień następny uroczystą Mszę świętą z kazaniem.
Iluzja! Zebrała się przed ołtarzem gromadka — około pięćdziesięciu osób. Na stan liczebny blisko tysiąca żołnierstwa oficerskiego. Tak się rozpoczął mój kapelański start jeniecki.
Nie dałem jednak za wygraną. Jakem stał, ubrany w albę, stułę i ornat, począłem przebiegać barak po ba¬raku — a bractwo albo jeszcze się wylegiwało — (była godzina 10 do południa) — albo zabawiało się w kartograjstwo, względnie ćwiczyło się w sztuce skręcania machorkowych papierosów — i, jako pełnoprawny kapelan AK, huknąłem, co było mocy w piersi: Albo wojsko, albo tałatajstwo! Gdzie tu honor oficerski! Gdzie żołnierska karność!
Poskutkowało! Następnej niedzieli poszczególne baraki urządziły na kwadrans przed Mszą zbiórkę poszczególnych oddziałów. I czwórkami, równym krokiem, a z podniesionym czołem pomaszerowały przed ołtarz.

Stalag X B! Nie notowany w almanachu polskich miejsc deportacyjnych Sandbostel!
W jego historycznym konkrecie, w podyktowanych przez jego daleki od ideału realizm warunkach, zrodził się pierwszy pomysł i powstawała z biegiem sześciu miesięcy, przez jakie trwało nasze jeniectwo (od dnia 30/31 X 1944 do dnia 29 IV 1945 roku) wydawana niniejszym po raz wtóry książeczka.
Podtytuł jej, Rozważania, może w pierwszej chwili za¬dziwić i mylić. Ale takie właśnie były jej początki. W atmosferze bowiem niezaprzeczalnego popowstaniowego niżu duchowego, który zalegał coraz bardziej negatywnym swym wpływem na mieszkańcach obozu, poczęła nas się zbierać — nie tyle na znak protestu, ile jako wyraz woli nie poddającej się rozkładającej wszystko klęsce — mała, jak na liczbę tysiąca niemal jeńców, nikła gromada zespołowców (nie przekraczaliśmy liczby dwudziestu), by w pseudo-pokoiczku centralnego baraku, w którym wraz z kilkoma towarzyszami stacjonowałem, wsłuchiwać się, wieczór w wieczór, poczynając od dnia 29 listopada 1944 roku, w opracowywany naprędce przeze mnie, jako jedynego kapelana obozu, materiał do rozważań, mający posłużyć do wieczornych względnie porannych rozpamiętywań, by tą drogą przenikną

, , ,

Comments are closed.
Intronizacja
Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE