Dr.Inz. Stefan Pagowski

TO JUŻ 67. LAT OD OSWOBODZENIA 7. TYSIĘCY WIĘŹNIÓW AUSCHWITZ

Polska Martyrologia lat 1939-45 doczekała się wielu opisów, ale tylko jedna rodzina pozostawiła wspomnienia z obu stron nieszczęścia, zakończonego w Kanadzie.  Henryk Piekarski [1887-1973, herbu Rola] wraz z żoną Marią doświadzcyli morderczej poniewierki sowieckiej a ich syn Konstanty [1915-1990] przetrwał piekło niemieckich obozów koncentracyjnych.  Wspomnienia (ale nie tylko) Ojca: “Znad Niemna przez Syberię do Kanady” (300 stron) wydane zostały w Rzymie w 1967 r.{miejmy nadzieję, zostanie wznowione w Polsce}, zaś Syna: “Escaping Hell – The Story of a Polish Underground Officer in Auschwitz and Buchenwald” (254 strony) opublikowano w Toronto w 1989 r.. {tlumaczenie polskie “Umykając piekłu” (330 stron) zawierające także przypisy i uzupełnienia, ukazało się w Warszawie 6 lat później, jako wydanie specjalne na 60. rocznice oswobodzenia obozu Auschwitz}.  Warto te książki przypomnieć, a są do wglądu w Fundacji im Konstantego Piekarskiego (Calgary, Kanada www.PolandPolska.org) a także w Bibliotece Narodowej w Warszawie.  Dla zachęty pozwalam sobie przytoczyć fragmenty ich treści:

Iwan priszoł (str. 298-293 “Znad Niemna…”)-
Było nas siedmiu.  […] zebraliśmy się w pokoju stołowym gościnnego rejenta Czyżewskiego w m. Lidzie.  [rok 1923?-SP]  Rozprawialiśmy o rzeczach najrozmaitszych, a ponieważ każdy z nas nim się zainstalował w tym cichym mieście, nie z jednego pieca chleb jadał, przeto tematów nie brakło.
Było wśród nas trzech “sybiraków”.  Istniało takie stowarzyszenie w Polsce, założone przez byłych powstańców, ale później do organizacji należały osoby w ogóle kiedyś zamieszkałe w Syberii.
Kraj ten miał czasami niesłusznie złą sławę.  Był obfity we wszystko.  Było tam czasami nudno i tękno do ludzi, ale były też strony dobre: dużo miejsca, szczera gościnność, lepsze zarobki i nawet większa wolność niż gdzie indziej w Rosji [carskiej].  Gospodarz nasz też był sybirakiem i miał sporo kłopotów w r.1940., kiedy był aresztowany w Wilnie.  Sledowatiel w czasie przesłuchania pytał:
-“Tak wy, znaczy się, należeliście do związku sybiraków –tak?”
Tak.
-“To znaczy wy chcieliście oderwać iskoni ruską ziemię na rzecz waszej Polski?” itd.
Dostał za to usiłowanie 8 lat łagru.

ś
“Byłem ja w r.1989. sędzią w mieście N. za Bajkałem” – podjąl któregoś wieczora jeden z “sybiraków”, mecenas Bojarczyk. Nie starał się zdobić swej opowieści i mówił ze śpiewnym akcentem kresowym o tym, jak to było.
“Byłem wprawdzie sędzią pokoju, ale musiałem pełnić także obowiązki sędziego śledczego, bo nie było kogoś innego.  Któregoś dnia przyszło pismo, że w miasteczku w sąsiednim powiecie kogoś zabili.  Jednym słowem, był trup i trzeba było pojechać, zrobić dochodzenie, sekcję zwłok itp.
Cóż robić.  Kolei żelaznej, rozumie się, nie było.  Drogi zalane.  Pojechałem, raczej popłynęliśmy rzekami na łodzi.  A rzeka – jak to rzeka: raz – na lewo, raz – na prawo, albo zakręca całkiem spowrotem.  Płynęliśmy chyba miesiąc albo półtora.  Kiedy przypłynęliśmy, to ten nieboszczyk był już całkiem zgniły.  Już nie można było rozpoznać, kto to i od czego umarł.  Napisali protokół i tylko nie chciało mi się znowu prawie dwa miesiące płynąć.  Wiadomo – sprawy w domu czekają.  Pytam, czy nie ma jakiejś innej drogi.  Nie – mówią – chyba przez bagna.  Jak, przez bagna? – pytam.  W zimie to tu saniami wszędzie jeżdzą, dobra droga, końmi albo na jeleniach, a teraz tylko rzeką, albo przez błota na nartach.
Ja na nartach nie umiem jeździć, a jeszcze przez błoto!  -Nie twój kłopot, barin, – odpowiadają – ciebie już tutejsi Tunguzi przeprowadzą.  Jeśli chcesz, za tydzień w domu będziesz.  Zgodził się ja – co tydzień, to nie dwa miesiące.  Na drugi dzień gospodarz budzi mnie rano, przed wschodem słońca.  Wstawaj – mówi – twoi przewodnicy gotowi.  I prawda: przed chatą siedzą jakieś dwa Tatary, oczy skośne, do nóg deski przywiązane w rodzaju nart, tylko szersze.  Mnie też dali takie same i sznur.
Jak tylko ze wsi my wyszli na te błota – końca nie widać – jeden z nich krzyczy do mnie: chodi, chodi!  Nie stoi!  I daje mnie środek sznura do ręki.  Ja za ten sznur trzymam się, a oni za końce i idą prędko.  Jak tylko ja chciał zatrzymać się, już ten znowu krzyczy: chodi, chodi!  Nie stoi!  Za jakie 15 minut ja całkiem spotniał ze zmęczenia i, prawdę mówiąc, ze strachu.  A oni pokrzykują: chodi, chodi!  Nie stoi!  Co prawda i siąść nie było gdzie, naokoło bagno, jak morze.  Tak my szli przez te błota prawie do samego wieczora.  Tylko raz odpoczęli trochę na jakiejś kępie i zakąsili kawałkiem chleba z ogórkiem solonym.
Na noc zatrzymali się znów na kępie, trochę większej.  Był też tam szałas z gałęzi, a komarów – chmury!  Rozpalili ogień, ugotowali kawałek mięsa z kartoflami i herbaty.  Na drugi dzień – znów w drogę… chodi, chodi!  Nie stoi!  I trzeci dzień też.  Pod wieczór moi przewodnicy ożywili się i pokazywali coś na horyzoncie, tłumacząc gestami, że będziemy dobrze spać i jeść.
Z radością zobaczyłem na pagórku wieś i dzwonnicę cerkwi.  Dokąd było iść w takich okolicznościach?  Oczywista do popa.  A batiuszka jak mnie zobaczył, to tak się ucieszył, tak zapraszał, jakbym był jego najlepszym przyjacielem: ot dobrze!.  Jak ja jestem szczęśliwy!  Od razu dwóch Bóg posłał!  Już ja was wcześniej niż za tydzień nie wypuszczę – powtarzał.  Drugim gościem, który tegoż dnia przybył, był jakiś Niemiec, agent od ubezpieczeń od ognia – Szwarc czy Kwarc – już nie pamiętam.
Batiuszka był sam.  Popadia zmarła przed rokiem.  Biega pop po swoim domu, wyciąga ze składzików, co ma.  Do jedzenia, co prawda, miał nie dużo, ale piwniczkę miał zaopatrzoną porządnie, bardzo dobrze.  Były rozmaite nalewki na jagodach syberyjskich i ziołach, a zwykłej wódki – monopolówki nie wiem już ile…
My trochę pomyli się po podróży, no i zaczęli bawić się.  Poszli spać po północy, a na drugi dzień od rana…zaczęli znów.  Pierwszego dnia to dużo mówili, opowiadali, a poźniej to już nie było o czym gadać – wszystko już opowiedzieli, co mieli.  Siedzieli sobie i popijali.  Przekąskę też trzeba było jakąś przygotować.  Pop wszystkie swoje kury porżnął.  Tak my pobawili się i trzeci i czwarty dzień, a na piąty … już zabrakło!  Nie ma co robic!”
To: “nie ma co robić” opowiadacz wyrzekł z tak wielkim przekonaniem, ze cała nasza siódemka długo się śmiała z aprobatą.  Rzeczywiście: co mieli robić: sędzia Polak, Niemiec Szwarc i prawosławny pop bez tego niezawodnego łącznika dusz – wódki?
Ale batiuszka był przewidujący.  W piwnicy, prawda, miał dużo, ale juz tego wieczora, jak my przyszli, posłał swego psałomszczyka – Iwana – do innej wsi, też przez błota, żeby przyniósł 4 czetwierci (czetwiert’ – ćwierć wiadra) spirytusu. Po cóż wodę przez błoto nosić, wody jest dosyć w studni – tłumaczył.
Piątego więc dnia – nie było co robić.  Pop chodzi smutny.  My tez.  Pójdę odprawię nabożeństwo – mówi wreszcie.  Poszedł.  My też pochodzili trochę po plebanii i po podwórku i też poszli do cerkwi.  Prawda ja – katolik, a ten Szwarc to pewno był luter, czy inny jakiś, ale nic – poszli.  W cerkwi pusto.  Ludzie poszli pewno na daleki sianokos, czy może orzeszki cedrowe zbierać, taki tam zwyczaj, całymi wsiami po orzeszki chodzą.
Stoimy sobie w cerkwi, pop wyszedł w rizy ubrany, modli się, ręce składa I rozkłada, śpiewa takim smutnym głosem i za psałomszczyka odpowiada: Hospodi pomiłuj!..Ale ja widzę, że zaśpiwa i szyję wyciąga i przez okno zerka.  Znów poszedł gdzieś za ołtarz i znów wyszedł.  Kadzidło przyniósł.  Chodzi przed ikonami i kadzi i śpiewa Hospodi pomiłuj!..Ale ja znów widzę, zaśpiewa, wyciągnie szyję (okno było wysokie) i zerk do okna.  Ale zaraz odwraca się i znów śpiewa modlitwy.  Nie wiem dobrze, czy naprawdę skończył nabożeństwo, ale za którymyś tam razem wyjrzał przez okno, szybkim krokiem wysunął się naprzód i zamykając ołtarz, a głosem już całkiem nie modlitwnym, rzekł zwracając się ku nam:
IWAN PRISZOŁ!
Teraz znowu bawiliśmy się u gościnnego batiuszki jeszcze 3 dni aż wyczerpały się zapasy zabawy dostarczone przez dzielnego Iwana.

—————————————————-

Intelektualiści (str.261-264 i 285-286 “Umykając piekłu”):
Po zaspokojeniu naszych zasadniczych potrzeb życiowych znowu wracaliśmy w myślach do planu ucieczki.  Pewnego dnia – podczas dyskusji nad planem – zaskoczył nas Ojciec Marcin.  Okazało się, że nie spał i z zainteresowaniem przysłuchiwał się naszej rozmowie.
-Chciałbym wam na wszelki wypadek powiedzieć – ostrzegł nas – że komendantem pbozu jest pułkownik Busch, były oficer gestapo.  Został przeniesiony tutaj za karę za nadmierne okrucieństwo w torturach i morderstwach popełnionych pod jego komendą w Berlinie.  Plotka głosi, że jest spokrewniony z kimś blisko Hitlera – jednym słowem wściekły pies.  Osobiście zastrzelił poprzedniego starszego obozowego i oświadczył, że Zyga i jego pomocnicy są następnymi w kolejce, jesli ktoś ucieknie.  Jedynym sposobem ucieczki stąd, bez narażania życia reszty więźniów, jest ucieczka w czasie pracy.
Ta wiadomaść potwierdziła podejrzenia, jakie miałem do wszystkiego, o czym Zyga opowiadał przed wyjazdem z Buchenwaldu.
– No, to masz teraz tych swoich łagodnych esesmanòw!– wypaliłem do Kazika. –Oczywiscie Zyga nie powiedział o przywodcy – potworze – tej całej zgrai.     Zdawało mi się, że Kazik jednak niczego nie żałował:  – musisz przyznać, Kot, że ci strażnicy są zupełnie inni od tych rzezimieszków w Buchenwaldzie…Dzięki temu tu jest bezpieczniej.  Mòwiąc szczerze, nie widzę konieczności uciekania przed zakończeniem wojny.
Chyba, że ktoś inny ucieknie przed nami – przerwałem Kazikowi – a ten maniak wyskoczy z karabinem maszynowym i zacznie pruć do więzniów!
Dlatego własnie Zyga postawił straże w obozie – powiedział Ojciec Marcin – nie mogł zaufać strażnikom SS, gdyż większość dnia przesypiają; wie o tym sam Grubas.ł
Kilka dni po tym sami mogliśmy się przekonać.  Zyga zaprosił nas do swojej kwatery na wieczór towarzyski i na porcję smażonych kartofli.  Po posiłku Kazik, Jan Groski, Fryderyk Jarosy i Zyga, pogrążyli się w partyjce brydża.  Ojciec Marcin usiadł w kącie przy małym stoliku, żeby pracować nad swoją książką.  Andrzej zajął zwykłą pozycję na pryczy.  Adam Jankowski i ja, nie mając nic lepszego do roboty, wdalismy się w ożywioną dyskusję na temat moich rosyjskich przyjaciół w Buchenwaldzie.  Dyskusja niestety uwidoczniła jego cynizm i snobizm.  Już sama okoliczność, że w ogóle raczył ze mną rozmawiać, była dla niego czymś wyjątkowym.  Poeta z dorobkiem wydanych tomików poezji, przedwojenny profesor literatury polskiej na Uniwersytecie Jagiellonskim – Jankowski uważał siebie w całym obozie za intelektualną wyrocznię na temat wszystkich zagadnień o kulturze.  Ten jego samozwańczy status szedł w parze z wyglądem poety.  Krótko obcięte siwe włosy wyrastały u niego z trójkatnej czaszki, która ciągnęła się bezpośrednio do szyi pomijając nieobecny podbródek, zaś głęboka bruzda w środku czoła świadczyła, że jest on stale pogrążony w myślach.  Mimo, że był wysoki, jego zgarbiona sylwetka postarzała go – wyglądał na kogoś zdecydowanie starszego niż pięćdziesięcioparolatek.
Ty musisz mieć jeszcze niższe podstawy kulturalne, niż myslałem – powiedział- żeby zawierać przyjaźń z ukrainskimi chłopami.
A na jakiej podstawie myslisz, że ty jesteś lepszy od nich? – zapytałem – na pewno nie z powodu twojej niezrozuniałej poezji.  A może jesteś spokrewniony z naszym barłogowym hrabią?
`Przyjmij do wiadomosci, że moja rodzina ma rodowod siegający XV wieku, przy czym każda kolejna jej generacja była błogosławiona posiadaniem wybitnych intelektualistow i jest spadkobierczynią długiej szlacheckij tradycji.
Oh Janie! Nie przebywałeś w obozach wystarczająco długo, żeby poznać te wspaniałe umysły, wywodzące się z niskich warstw, z ktorymi ja sie zetknąłem.  Mój przyjaciel Iwan jest wspaniałym człowiekiem.
Nasza dalsza sprzeczka mogłaby stać się nudna, gdyby nagle Zyga nie odwrócił się od gry i nie wtrącił swych trzech groszy:
Tak, Kot, ty rzeczywiście masz rację.  Nasz przyjaciel Jan nie ma pojęcia o tym, co my przeżyliśmy.  Pamiętam zdarzenia, które – wyłączając oczywiście Kazika i Kota – wam wszystkim napędziłyby takiego strachu, że drżelibyście jak osiki.  Wyobraźcie sobie na przykład, że jesteście skazani do bunkra z dwunastoma innymi więźniami.  Napakowani tak ciasno, że nikt nie może się poruszyć, dusicie się, umieracie z głodu, z pragnienia, a portki wszystkich są pełne kału – to skutek rozwolnienia z głodu.  Potem musicie nosić ciała waszych rozstrzelanych przyjaciół, ślizgacie się w ich krwi, potykacie się o trupy, patrzące na was martwymi oczami, z krwią buchającą z ich ust.  Co wy o tym wiecie?  No co? – Potem zwracąjc się do swoich partnerow w robrze – Prepraszam panow za tę dygresję.  Czasami sentymentalizm bierze nade mna górę.  Powiedziałem trzy bez atu – czy ktoś kontruje?
Bladolicy, młody hrabia Andrzej też musiał coś dorzucić, jakby przyczynek Zygi nie wystarczał.  Siedząc na pryczy, zaskrzeczał:
– widzisz, wujku Janie, wielu starych ludzi, takich jak ty, odmłodniało w szpitalach obozowych.  Wpierw maszerowali nago jeden kilometr w temperaturze poniżej zera, potem dostawali gorący prysznic i znowu wracali, maszerując na mrozie.  Wszystko było robione higienicznie.  Ich członki robiły się dwa razy dłuższe – wygladając niczym błyszczące sople.  Na ich widok esesmani ze smiechu pokładali się…
Zamknij się! -krzyknał Zyga przerywając hrabiemu – ty nędzna kreaturo, dlaczergo nie powiesz wujkowi Janowi, do czego kapo Bruno cię zmuszał za cenę dodatkowego jedzenia i pewnych przywilejow?…
…- Panie Komendancie! Trzech Rosjan uciekło z obozu [17 III 1944]! – zameldował jeden z niemieckich wartowników.  Specjalna opaska na jego ramieniu trzęsŀa się, gdy salutował.
Zyga rzucił karty i wyskoczył przez drzwi, a wartownik i kilku z nas tuż za nim…

Tam jest kuchnia! O, tam! Szybko! Prędzej! – Wszyscy trzej pobiegliśmy do budynku, ale dotarłszy do drzwi, młody esesman popełnił bŀąd.  W pośpiechu za kawą, wszedł do kuchni pierwszy, a my za nim.  Gdy Niemiec rozglądał się za jakimś znakiem życia, postawiliśmy cicho kocioł na podłodze i podeszliśmy do niego po obu jego bokach.  Kazik wskoczył na niego z lewej strony i złapał go za szyję w zapaśniczych kleszczach.  Szybko złapałem karabin i wyrwałem mu go z taką siłą, że zwichnąłem mu ramię tak, że zawył z bólu.  Aby położyć kres jego wołaniom o pomoc, przyłożyłem mu lufę do pleców i powiedziałem:
-jeszcze raz wrzaśniesz i będzie po tobie.
-Błagam, nie zabijajcie mnie.  Wojna już się kończy, Amerykanie są blisko, ja też
chcę iść do domu…
…Czas i okoliczności ponaglały nas.
-Jak będziesz cicho, to będziesz żyŀ.  W przeciwnym razie będziemy musieli cię zastrzelić.
Kazik przeszedŀ z jednego końca kuchni do drugiego, otwierąjąc drzwi do wszystkich pomieszczeń.  Sprawdziŀ jadalnię i spiżarnię, w końcu otworzyŀ drzwi do piekarnika.  Schyliŀ się i zajrzaŀ do środka, po czym zawoŀaŀ:
-Zobacz Kot, tu jest doskonaŀe miejsce, pasujące znakomicie dla naszej maŀej, nazistowskiej swini.
Bez pogrozek i poganiania z naszej strony, strażnik potulnie wlazŀ na czworakach do pieca.  Kazik uśmiechnąŀ się zŀośliwie widząc jego przestraszoną twarz i z olimpijskim spokojem powiedziaŀ do Franza:
-My tutaj poczekamy, aż pociąg odjedzie.  Jesli puścisz najmniejszą parę z ust, mój kolega natychmiast zacznie przez te drzwi strzelać do ciebie.
Po czym zatrzasnąŀ drzwi piekarnika i zamknąŀ je na skobel.  Wziąŀ ode mnie karabin i umieściŀgo w niewidocznym miejscu na jednej z górnych póŀek.  Daŀ mi znak, żebym cicho za nim opuściŀ kuchnię.  Jeszcze raz rzuciliśmy okiem wokóŀ i zamknęliśmy drzwi.  Po wojnie dowiedziaŀem się, ze Franz wróciŀ do Bergen-Belsen i zameldowaŀ, ze nas zastrzeliŀ…

…Wokóŀ nie byŀo żywej duszy.  Poszliśmy szybkim krokiem na drugi koniec obozu i stanęliśmy przy ogrodzeniu.  Nigdy przedtem widok ŀąki nie zachwyciŀ mnie swym piąknem tak, jak wtedy.  Byŀ ciepŀy, wiosenny dzień – 27 marca 1945 roku – trzydziesta rocznica moich urodzin.  Powietrze pachniaŀo swieżą ziemią, z zielonego dywanu rozciągającego się przed nami unosiŀa się mgieŀka, rozwiewająca się pod ŀagodnymi promieniami sŀońca.
Nie rozmawialiśmy.  Poczucie wolności i piękno natury byŀy jak czar, wprawiaŀy nas w ekstazę, której żaden z nas nie byŀ w stanie wyrazić sŀowami.  Poszliśmy na zachod, zostawiając za sobą ohydny, zwyrodniaŀy świat, wkraczając z powrotem w odlegŀe i dziwne życie, które opuściliśmy pięc lat temu.

Pozdrawiam z Toronto,
Stefan Pągowski, 27 stycznia 2012 (nadesłane do Gazety Warszawskiej 2 stycznia 2012 roku).

, , , , , ,

No comments yet.

Leave a Reply

Intronizacja
Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE